poniedziałek, 17 października 2016

Niesłychane ...

... za cały ubiegły tydzień na Pogórzu zrobiłam tylko jedno zdjęcie!


Któregoś dnia, pod jego koniec zaświeciło zachodzące słońce prosto w okna ... a mówią, że rasowy bloger nie zje posiłku, zanim nie wykona zdjęcia:-) ... nie czuję się takim blogerem, ale zdjęcia lubię robić.
Bo tak właściwie to cały wyjazd pod znakiem deszczu, mgły, zgniłego zimna, a nawet przymrozku.
Mnóstwo prac gospodarskich czeka na swoją kolej, ja zaczęłam od kapusty, którą trzeba było w pierwszej kolejności zebrać z grządek, poszatkować i ukisić w kamiennym garze.
Kapusta z własnej działki jest zupełnie inna od kamiennych głów, które można zakupić wszędzie, jest krucha, soczysta, a po zmieszaniu z solą, z przyprawami właściwie nadaje się od razu do zjedzenia jako surówka, a ubita w garze spływa obficie sokiem, pachnie przyjemnie ... położyłam jedną warstwę jabłek do ukiszenia, zobaczymy, co z tego wyjdzie ...
W przerwie między ulewami wyskakiwałam pozbierać spadłe jabłka do koszyka, jedne obrane, pokrojone, smażyły się długo i powoli na płycie kuchennej, nabierając bursztynowej barwy. Nawet nie dodawałam do nich cukru, to mniejsze, czerwone jabłuszka, z poobijanymi boczkami, ale tak soczyste i pyszne, że zajadam się nimi na okrągło, i chyba nie skończy się na dwóch solidnych porcjach marmolady, dorobię następne. Zwłaszcza, że złapałam natchnienie od Ani Kruczkowskiej z http://rozmowki-kobiece.blogspot.com i zrobię coś na ostro do mięs ... smażone jabłka z dodatkiem soli i ostrej papryki:-)
Inne jabłka, ogromne, jakby odmiana zimowa, bardzo dobrze zachowują się w sokowirówce.
Dobrze odsączają się, nie zatykają porów bębna wirującego, dają obficie sok ... produkt końcowy ze sporym dodatkiem miodu znalazł się już w balonie z rurką fermentacyjną i dodatkiem drożdży do cydru i win musujących ... zamówiłam je sobie przy okazji, kiedy robiłam miód pitny ... bardzo przyjemnie nastaw pracuje, łagodnie bulgocze w rurce.
Bardzo ciekawa jestem, czy np. fachowiec od jabłoni potrafiłby nazwać moje jabłonie, co to za odmiany ... są stare, bardzo stare, ogromne drzewa, dają różne jabłka.
Wytłoki z jabłek, a była ich całkiem spora ilość, wylądowały na kompoście, myślę, że będzie to dobry materiał na żyzną próchnicę.
Na spadłe jabłka przychodzi też zwierzyna płowa, obserwuję je wczesnym rankiem i pod wieczór ... zawsze trwożliwe sarny, uważne, pogryzają jabłka, bacząc pilnie na otoczenie ... tyle wrogów na nie czyha.
Nastawiłam też słój z obierkami i pokrojonymi owocami na ocet jabłkowy, oczywiście z dodatkiem miodu ... pięknie pachnie ze słoja, wytworzyła się pianka, znaczy, że zachodzi zdrowa fermentacja.
A przy podjeździe, na samym dole, czekała spora góra drzewa, bardzo krótko pociętego do piecyka "cyganka" ... a że krótko pocięte, to zeszło mi z robotą prawie całą sobotę ... taczki ładowane tylko w połowie, bo pod górę trzeba pchać ... ale chatka w opał na zimę już zabezpieczona.
Już prawie po ciemku zdołałam jeszcze zerwać dwie skrzynki jabłek na zimowe przechowanie, do tego bardzo przydał mi się zrywak, drabinę musiałam rozłożyć, bo jabłonie wysokie ... kiedy zachodzę do piwnicy, mam poczucie bezpieczeństwa przed nadchodzącą zimą ... nawet jak nas zasypie i odetnie od świata, zdołamy przetrwać:-)
W chwilach przebłysku pogodowego, pełni optymizmu, poszliśmy z mężem i psami znowu do młodnika sosnowego poszukać maślaków, bo tak nas męczą, nawet w dolinie, w sklepiku śmietanę zakupiliśmy na sosik ... ale gdzie tam, ani jednego grzyba nie znaleźliśmy, tylko zmarzłe kanie ... od znajomych, którzy poszli zdobywać Maguryczny w Bieszczadach, też dostaliśmy wiadomość, że grzybów ani śladu.
Ależ mi się "wykocił" kulinarno-gospodarski wpis ... aż dziwno, że taki bez zdjęć.
Może nie do końca, bo przy okazji "odchudzania" szafy ze złogów ubraniowych, znalazłam w torebce płytkę ze zdjęciami z pewnego rajdu, na Halicz i Rozsypaniec z roku 2008... mąż wtedy pracował na osuwisku drogowym na Polanie, potem dołączył do nas szlakiem od Wołosatego ... nie było jeszcze schodów w górach, żył nasz pudelek Maksio, który przemierzył z nami Bieszczady wzdłuż i wszerz, jedliśmy placki ziemniaczane w barze "Niedźwiadek" w Ustrzykach Dolnych ...  i ja jakaś taka młodsza:-)







I z tym akcentem bieszczadzko-archiwalnym pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, za pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!


poniedziałek, 10 października 2016

Jesienne wino czyli XIII CZART granie w Bieszczadach ...

Prognozy pogody nie były łaskawe, co najwyżej jakieś marne 5 stopni w ciągu dnia. Szkoda, bo w planie tej imprezy jest sobotnie wyjście na Kamień Dwernik, i śpiewanie w górach przy gitarach, a zawsze to przyjemniej, kiedy świeci słońce, i jest ciepło.
Śpiewanie na Dwerniku odbyło się, my dojechaliśmy w sam wieczór na koncerty pod wiatą.
Nauczona zeszłorocznym doświadczeniem ubrałam się cieplutko, zabrałam pledzik, ale ciepłe powitanie forumowych znajomych, a potem garnuszek pachnącego grzańca sprawił, że było wręcz gorąco:-)


Właściwie to zacznę prawie od końca, bo zespół CARYNA  był gwiazdą wieczoru, a pierwszą piosenką, którą wykonywali było właśnie "Jesienne wino" A.Koczewskiego i Z.Bogdańskiego, z której to pozwoliłam sobie pożyczyć tytuł do tego wpisu.
Obydwaj twórcy już chadzają po niebieskich połoninach, ale żyją wśród nas w swoich piosenkach, bractwo turystyczne śpiewa je od wielu lat.

Caryna Jesienne wino"  - musiałam jakoś tak sobie poradzić, bo nie działa mi dziś wstawianie filmów





W trakcie koncertu do Adasia i "Ziutka" Łukasza dochodzili kolejno członkowie innych zespołów ... jeden podszczypywał na gitarze, inny na basie, a jeszcze inny na kachonie ... tak się chyba nazywa ta skrzynka perkusyjna:-) ... i zrobił się całkiem przyzwoity zespół. Wspólne granie i śpiewanie sprawia radość ludziom, to widać po ich twarzach, uśmiechach, kiedy porozumiewają się tylko oczami między sobą.
Przeskoczę teraz znowu na początek koncertowy ... wieczór został otwarty przez Kapelę z Przypadku, to są nasi ulubieńcy, a publiczność bawi się wyśmienicie, bo potrafią rozruszać bractwo ...

W międzyczasie na scenie pojawia się Bogdan z Orkiestry św.Mikołaja, bo prowadził jakieś warsztaty muzyczne, trzeba zaprezentować nowe umiejętności uczestników ...



Prawdę mówiąc, myślałam, że da jakiś występ wokalny, z fujareczką ... ale skończyło się na "smykowaniu" ... cóż, warsztaty chyba nie obejmowały występów na scenie, a szkoda ...
Jeszcze dzieciątka miały swoją chwilę, bo też były dla nich zajęcia, no i trzeba było pokazać się ...


Uwielbiam te maluchy na scenie ... jedne nie mogą odkleić się od mikrofonu, jedne są zupełnie niezainteresowane, i z uwagą obserwują sprzęt nagłaśniający ... jeszcze inny bobek malutki zasypia prawie, otulony w kocyk, ale też chce być na scenie ... ha! a jak bawią się rodzice, i publiczność na scenie ... może przypomina nam się czas przedszkolny, a może "dziecinniejemy":-)



Były bębny Z.Nadolskiego, które wybijały pierwotne rytmy ...


...  Henryk Jaskulski , śpiewający m.in poezję WUKI ...


... Maciej Jóźwik z Gór Świętokrzyskich ...
Tuż obok sceny pan "od wikliny", od jakieś czasu nasz dobry znajomy, bo spotykamy się na różnych jarmarkach, kiermaszach ...


Pewnie śpiewanki trwały do rana, my niestety, o północy zebraliśmy się do domu, pożegnawszy znajomych, którzy "bieszczadują" przez najbliższy tydzień, by na zakończenie pobytu zdobyć Maguryczny ... może i nam uda się do nich dołączyć:-)
Przez Pogórze przeszedł przymrozek, zniszczył kwiaty, co niektóre watzywa na grządkach, a przede wszystkim kanie na łąkach ... zebrałam je, lekko pomarszczone, ale do suszenia się nadają ... będzie dodatek do potraw w postaci zmielonej ...



Zima zbliża się na całego, myszy sprowadzają się nie tylko do naszej chatki, turlając orzechami po podłodze ...


UWAGA NA RAMPIE SĄ MYSZY UWAŻAĆ PRZY WCIĄGANIU PIECZYWA RUSZAĆ SKRZYNKAMI ŻEBY WYLECIAŁY

Świat wokół kolorowieje ... kilka fotek z niedzielnego Pogórza ...





Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pa!


piątek, 7 października 2016

Coś słodkiego czyli najszybszy placek świata ...

Czy może być bardziej przyjazny przepis nawet dla początkującej lub bardzo opornej kuchareczki? ... nawet pan domu może sprawić przyjemność żonie. Nie umniejszając absolutnie kulinarnym zdolnościom panów, bo ponoć najlepszymi kucharzami są właśnie oni ... Przepis ten zanotowałam w swoim pierwszym zeszyciku w czasach, kiedy byłam młodziutką żoną i korzystam z niego przez te wszystkie lata. Po kilku weekendach z szarlotką przyszedł czas na placek z dżemem ... teraz siedzi już w piekarniku, napełnia zapachem cały dom, a ja dzielę się z Wami przepisem ... być może posiadacie go już w swoich zasobach, może lekko zmieniony, a może ktoś znajdzie natchnienie na weekendowe małe, słodkie co-nieco ...



PLACEK Z DŻEMEM

3 szklanki mąki
1 szklanka mleka
1 jajo
0,5 szklanki oleju
1 szklanka dżemu
1 szklanka cukru
2 łyżeczki sody oczyszczonej

Wszystko razem zamieszać, do blaszki i siup! do piekarnika.




Ciasto można wzbogacić różnymi dodatkami, orzechami, suszonymi owocami, można sypnąć cynamonu tudzież przyprawy piernikowej, trochę kakao ... ja do swojego dodałam garść żurawiny, bo pałętała mi się po szafce jakaś resztka, i smażoną skórkę pomarańczową, co to jej zrobiłam onegdaj spory zapas ... jednocześnie oczywiście zmniejszając ilość dodanego cukru ... a dżemu dałam cały słoiczek ...


Placek można przełożyć marmoladą, posypać cukrem pudrem, posmarować polewą lub lukrem, albo zostawić w takiej postaci, wszystko zależy od fantazji kulinarnej i czy nam się chce:-)



Powodzenia w potyczkach kulinarnych, pa!

wtorek, 4 października 2016

Lecą kasztany ...

Znalazł się w moim ogrodzie, kiedy  pod koniec lat 90-tych bezprzytomnie sadziłam wokół budowanego domu wszystko, co tylko pojawiało się u znajomej pani, handlującej roślinami na zielonym rynku.
Gołe pole domagało się urozmaicenia, zagospodarowania, a ja nie patrzyłam przyszłościowo ... byle dużo, gęsto i od razu z efektem.


Tym sposobem kasztan jadalny został posadzony prawie na środku podwórza, cieszył oko ładnym pokrojem, ciekawym ząbkowanym liściem, potem zaczął zawiązywać pierwsze owoce o bardzo kolczastej i kłującej  łupinie... na razie puste ...


Z roku na rok kasztanów było coraz więcej, i więcej, a drzewo rosło coraz wyżej i szerzej ... dziś przeczytałam w wiki, że okazy dorastają do 35 metrów!


Padający deszcz, a może i odpowiednia pora roku spowodowała, że drzewo nagle sypnęło  ...


... to jeszcze nie wszystkie marony, jak je nazywają, tylko mała ich część.
Jak co roku trzeba ubrać grube rękawice, żeby nie pokłuć dłoni, wyłuskać pełne kasztany, a resztę wyrzucić na kompost. Liście ciężko się rozkładają, są jakby skórzaste, ale przecież mnie się nie śpieszy:-)


Los tego drzewa jest już przesądzony, w tamtym kierunku pójdzie w przyszłości rozbudowa ... kasztan jadalny symbolizuje mądrą przezorność ... szkoda, że przed laty nie byłam przewidywalna i mądra przezornie ...



Z drugiej strony cieszy oko przebarwiony na żółto krzak oczaru, nie wiem jaki to rodzaj, ale już kwitnie ...



... delikatne kwiaty na nagiej gałązce ... jak ukwiały na koralowcu ...
Liście już słabo trzymają się na krzaku, pod ciężarem deszczu ciężko opadają na ziemię ... za chwilę przysypią maszynę budowlaną, też żółtą:-)


Pozdrawiam serdecznie wieczorową porą, a deszcz bębni o dach dalej, na jutro śnieg z deszczem przepowiadają u nas, trzymajcie się ciepła, pa!


niedziela, 2 października 2016

Wielka ucieczka czyli moje kłopoty z psami ...

Amik rozwłóczył się przeokrutnie.
Pisałam nie tak całkiem dawno, że poszedł gdzieś na łąki i przepadł prawie na całe popołudnie i noc.
Ile mnie to kosztowało zmartwienia, szukania, wołania, czekania i nocy nieprzespanej, to nie wspomnę.
Ostatnio znowu wywinął mi taki numer, z tym, że zabrał ze sobą Mimi.


W jednej chwili straciłam psy z oczu, tym bardziej, że obejście nieogrodzone ... minęło sporo czasu, patrzę przez moje okno widokowe, a tam na łąkach "zapotocznych" biegną jakieś psy ... szybko lornetka do oczu ... nie do wiary, pierwszy Amik, a za nim Mimi ... przystaje, ogląda się, czy biegnie za nim i razem do przodu ...
W strachu wybiegłam na łąki, wołam, gwiżdżę ... słyszę psy ujadające, ale one mnie wcale, bo wiatr zachodni, zeszłam nad potok, słyszę je gdzieś daleko w lesie, a potem cisza ...


Miałam jechać po męża, przyczepka z drzewem naszykowana, a psów nie widać ... co było robić?
Czekałam do południa, dłużej już nie mogłam ... jeśli w ogóle wrócą, to znają dobrze drogę do chatki, a my przyjedziemy za 2-3 godziny.
Z ciężkim sercem, z niepokojem wracałam, i z nadzieją, że jednak powitają nas u bramy ... zjeżdżamy w dół naszą drogą, jesteśmy już pod chatką ... wychodzą nam na powitanie dwie złachane łajzy, z sierścią zlepioną błotem i rzepami ... skaczą, witają, merdają ogonami ... no jak tu je skarcić, skrzyczeć, ukarać, przecież nawet nie będą wiedzieć, o co chodzi?


I skończyła się słodka wolność ...
Na tarasie pojawił się całkiem ładny i długi łańcuszek, którym przypinam Amika do nogi stołu.
Nie krzywduje sobie wcale ... grzecznie kładzie się na swoim legowisku i stamtąd albo poszczekuje, albo śpi sobie ... a Mimi bez niego nie ma ochoty na jakieś wyprawy ... kręci się koło chatki, idzie ze mną na grządki i grzecznie wraca.
Z kolei Amikowi też należy się trochę wolności, więc Mimi zamykam w domu, a jego puszczam luzem ... pobiega, obwącha swoje miejsca, zrobi co potrzeba i nie ciągnie go gdzieś dalej ... wraca, a ja go na powrót przypinam.
Musi być łańcuszek, bo ze smyczą radzi sobie doskonale, dobrze, że zauważyłam, jak ją przeżuwa tylnymi zębami:-)
Amik to pies po przejściach, po jego zachowaniu widzę, że był kiedyś na uwięzi, nie przeszkadza mu ten stan "przejściowy", mam nadzieję ... dopóki nie uda nam się postawić ogrodzenia.
Kiedy się ściemni, psy są już puszczane, nie uciekają wtedy, trzymają się chatki ... ale w ciągu dnia nie mogą być razem na wolności, bo od razu idą "w długą".
Na razie musi być tak, bo nie chciałabym, żeby padły ofiarą myśliwych, przecież im wolno strzelać do wałęsających się psów ... w pobliskich lasach kręcą się już dwie watahy wilków, a psy ponoć są ich przysmakiem i ... na razie musi być, jak jest ... "wyjścia sterowane" ...
Nie powiem, jest to dla mnie dodatkowa uciążliwość, ale nie mam pomysłu, jak to urządzić inaczej ...
a zależy mi na psach, nie chcę, żeby im się stała krzywda ...


Ale może już dosyć o tych moich sierściuchach:-)


Na Pogórze zawitała jesień, dziś rano ze zdziwieniem zauważyłam przebarwione drzewa, a zwłaszcza dzikie czereśnie, i już zaczynają rudzieć buki. Kolejnym, bardzo znamiennym zjawiskiem jest zakończenie sezonu motocyklowego na kalwaryjskim wzgórzu ... zjeżdżają się ich tysiące ... są koncerty na wolnym powietrzu, uczestnicy dobrowolnie oddają krew, pomagając w ten sposób potrzebującym ... dudnienie wielkich maszyn od piątku było słychać z doliny.
Na zdjęciach to tylko poranny zwiastun tego, co się będzie tu działo potem ...




Dziś, jak wracaliśmy do domu, mąż mówi  ... jedź w prawo, nie na główną drogę, będzie mniejszy ruch ... ale gdzie tam, zewsząd jechały motory, towarzyszące im auta ... o! jest już wieczór, kiedy piszę ten post, a jeszcze słychać warkot silników powracających:-)



Wszędzie brakuje wody, nasze rzeki zamieniają się w niewielkie ciurki wodne, Wiar niknie między kamieniami ... dziś rozmawialiśmy ze starszym panem, który ma za Wiarem kawałek letniska ... wody z własnego ujęcia już nie ma całe lato, więc wiercił głębinówkę ... dowiercił się do solanki w najczystszej postaci ... teraz planuje pogłębić istniejącą studnię, może studniarze dokopią się do jakiejś wydajniejszej warstwy wodonośnej ... a może nie ... ogólny problem na Pogórzu - brak wody w studniach ...


Kiedy tak sobie rozmawialiśmy pod murem klasztornym, zauważyłam, że do kwitnącej surfinii przyleciał jakiś zawisakowaty chyba, może to fruczak ... zrobiłam mu kilka zdjęć, myślałam, że obiektyw uchwyci skrzydła w ruchu ... ale na zdjęciach tylko rozmazany cień, tak szybko migały ...


Robiłam dżem z ciemnych winogron, bo naczytałam się w necie o jego smakowitości, a winogron u mnie dostatek ... z dodatkiem jabłek ... Pięknie się to wszystko rozgotowało, pyrkało sobie spokojnie na blasze kuchni ... ale winogrona przecież mają masę pestek, więc przetarłam to wszystko przez sito, i zrobiła się taka pulpa-przecier ... "rzadzielinka" jak mawia moja teściowa ... naobierałam jeszcze jabłek, rozparowałam, przemieszałam razem i odparowuje się to teraz na maleńkim ogniu, i pięknie pachnie ...
Muszę przyznać, że bardzo nie lubię dżemów z dodatkiem tych żelfiksów czy innych specyfików, sztucznie zagęstniających ... dżem ma być odparowany, nie przypalony, ewentualnie coś domieszać z większą ilością pektyny:-)
Odbyła się degustacja papryczek czereśniowych ... i zostałam pochwalona, aż pokraśniałam z dumy.
Korzystając z pięknej pogody całą sobotę spędziłam, zbierając plony z grządek, jedne warzywa lepiej wyszły, inne gorzej, ale nie ma co narzekać ... a kapustę będę kisić też swoją, dorzucę do garnka trochę jabłek, jak się robiło dawniej ... żeby też się ukisiły ... nigdy takich nie jadłam, najwyższa pora skosztować ... warzywa złożone w zimnej piwnicy, razem z natką, która ani myśli więdnąć:-)
Mąż dokarmiał pszczoły, było cieplutko, ależ się rozszalały ... miałam pozbierać jeszcze orzechy, bo lecą z drzewa, ale owady latały nade mną jak perszingi ... dziś rano nie było już co zbierać, zostały tylko pokruszone skorupki ... tak myślę, że pewnie dziki się dobrały, a może jakie inne stworzenia :-)...
Wieczorami jeszcze ciepło, siedzieliśmy na tarasie, słuchając nocnych odgłosów z lasu  ... w piątek zjeżdżaliśmy do chatki, Janek "góry" krzyknął tylko do mnie: - nie jedź na dół, tam byki ryczą ... to prawda, rykowisko trwa w najlepsze, jeszcze rano je słychać ...
Popielice chyba już zasnęły na zimę, bo nie słychać ich tupania na poddaszu.
Aha! i znowu się pochwalę ... nasze miody pojechały aż do Monachium:-)


Jeszcze mi się przypomniało, jakiego psikusa sprawiła mi Mimi w któryś dzień ... mam w małym oczku wodnym pompkę, do której podłączona jest malutka fontanna i żaba, która też pluje wodą, a wszystko dla lepszego napowietrzenia wody, żeby się nie psuła. Mimi wyciągnęła żabę w krzaki i cała woda została "wypluta" poza obręb oczka ... po jakimś czasie zachodzę, pompka ledwo rzęzi, a wody prawie nie ma:-)  ... robi nam to psisko różne kawały ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!