niedziela, 4 grudnia 2016

Krzeczkowski Mur zimą ...

Właściwie na nizinach nie było śniegu, ot! jakieś śladowe ilości.
Wybraliśmy się w piątek na Pogórze ładniejszą drogą, przez bryliniecki las. Jeszcze niżej prowadziły nas koleiny, pozostawione przez jakiś pojazd, potem skręciły w bok, w las.. Za płytami zaczął się drogowy horror, śniegu coraz więcej, bardziej stromo ... nie pomogły reduktory, przełączanie napędów ... "czołg" buksował w miejscu i coraz niebezpieczniej przesuwał się bokiem nad głęboki rów. Zostało nam do wyjścia na prostą ze 200m, ale góra ze śniegiem nas pokonała. Nawet nie było gdzie zawrócić, bo wąsko ... delikatnie metr za metrem wycofaliśmy się na szerszy placyk, zawróciliśmy i przez Zalesie pojechaliśmy na Przemyśl. I tak się zastanawiamy, gdzie ta zima, która dała nam tak popalić w lesie ... na polach łyso, jeszcze w Aksmanicach wcale nie zimowo ... i zima jak zwykle zaczęła się za Chybem:-)
Zrobiło się już dawno ciemno, jeszcze nie wiemy, czy uda nam się zjechać do nas, czy też trzeba zostawić pojazd i po ciemku zejść do chatki. Uff! droga odśnieżona ... powolutku stoczyliśmy się, stając u bram po 3 godzinach jazdy, gdzie zazwyczaj 1 wystarczała:-)
Podzieliliśmy się robotą, mąż czyścił piece z popiołu i palił, bo chatka dosyć wyziębiła się, a ja odśnieżałam po ciemku ... nie tak całkiem, blask szedł od śniegu, i chatka oświetlona trochę rozjaśniała.


Od rana śnieg dosypywał obficie, ale my już sobie wymyśliliśmy wcześniej, jeszcze w domu, że zrobimy wycieczkę krajoznawczo- botaniczną, na Krzeczkowski Mur, to bardzo niedaleko od nas, trzeba tylko przemieścić się na druga stronę Kopystańki. Po lekturze innych blogów chciałam wreszcie zobaczyć stanowisko języcznika w naturze, ale przecież jest tyle śniegu, że nic nie zobaczymy ... ale Mur Krzeczkowski nie przysypany ... jedziemy.


Pod kapliczkę zawsze wiatr zawiewa drogę, tam czasami zaspy nie do pokonania. Udało się przejechać, a zjeżdżać będziemy w dół tą drogą, którą wczoraj wieczorem nie udało nam się wjechać ... z górki będzie łatwiej. Tak, minęliśmy nasze ślady wczorajszego zmagania się z przyrodą ... rzeczywiście zabrakło nam tak niewiele:-) Niebo ciemniało coraz bardziej, a w samych Krzeczkowicach rozpętała się istna zamieć ...


Mur Krzeczkowski leży spory kawałek za wsią, idzie się tam niebieskim szlakiem, a droga wiedzie wśród przepastnych lasów ...  dobrze być tam wiosną, latem, jesienią, ale nie w takiej zamieci, gdzie ślad drogi coraz bardziej zasypuje śnieg. A dane nam będzie wrócić?
Po jakimś czasie pojaśniało, śnieg jakby mniej padał, przystanęliśmy na rozjeździe ... wąsko, trzeba gdzieś zawrócić, ustawić "czołg" ... mąż został, a ja poszłam, w dziewiczym śniegu po kolana, w bajkowej scenerii przysypanych śniegiem jodeł ... najprawdziwsza zima:-)


Za zakrętem wyłonił się zza drzew on, Krzeczkowski Mur ... jak resztki dawnej twierdzy, ruiny starożytnej budowli ... przysypany śniegiem, w takiej scenerii jeszcze go nie widziałam ...





Sypie śnieg, nie ma dobrej widoczności, a cicho, jak makiem zasiał ... dach, pod którym latem można spożyć posiłek, odpocząć załamał się chyba pod ciężarem śniegu ... płaski teren jest dobrym miejscem na obozowisko.
Po swoich śladach wróciłam do "czołgu" ...


Trzeba jeszcze oczyścić tabliczkę ze śniegu, bo może jakiś turysta nie spojrzy i ominie ciekawy pomnik przyrody nieożywionej:-)


Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym nad doliną Cisowej ... śnieg zasypał parking, za bardzo nie ma gdzie stanąć ... niebo z lekka zaczyna się przecierać, nawet gdzie-niegdzie prześwituje błękit ... Kopystańka z drugiej strony ...


Tocząc się wolniutko za ogromnym tirem dostawczym z tesco zjechaliśmy do Birczy, zastanawialiśmy się nawet, dokąd on jedzie po tej zaśnieżonej drodze ... za chwilę znowu serpentyny, nie mówiąc już o zjeździe ze Słonnego ... Małe zakupy w sklepikach zgrupowanych wokół rynku, sympatyczna atmosfera, jeśli czegoś nie ma w jednym, to polecają sobie wzajemnie klienta ... może tam, może tam ... nie ma handlowej zawiści, a może nam się tylko tak wydaje?
Teraz już słońce poczyna sobie całkiem śmiało , chmury odeszły gdzieś daleko, świat pojaśniał ...
widoki dalekie, wyraziste ...


.... i Kopystańka z jeszcze innej strony ...


Zmniejsza nam się liczba mieszkańców w wioseczce, starzy umierają, młodzi wyjeżdżają, inni się rozchodzą, każdy w swoją stronę ... miałam kiedyś zrobić zdjęcie najpiękniejszym wąsom, w typie cysorza Franciszka Józefa ... nie zdążyłam ... w sobotę znowu odbył się  następny pogrzeb.
Tylko Wiar niezmiennie toczy swoje wody, nie bacząc na zawirowania tego świata, raz gniewny, pełen wody, a raz ledwie strużką niknącą między kamieniami ...


Smutne te zdjęcia, wszystkie w tonacji czarno-białej, tylko moja pomarańczowa kurtka jedynym kolorowym akcentem ... czy zima już na stałe zagościła u nas?
Wyjeżdżałam na Pogórze pełna niepokoju, bo Gucio nie pokazał się przez cały dzień, potem nie wrócił na noc, rano go znowu nie było ... wieczorem dostałam sms-a: Wrócił!
Ktoś go podrzucił nam mniej więcej o tej samej porze, prawie 6 lat temu, przywiązałam się do niego ... inaczej jest, gdy człowiek wie, że zginął gdzieś, a inaczej trwać w niepewności ... może ktoś go zamknął i ginie z głodu, może leży poturbowany, może męczy się ... same zgryzoty z tymi zwierzakami.



W klamociarni nabyliśmy za grosze stare narzędzia, nawet nie wiemy do czego służą ... skusiła nas ich starość, szlachetny dźwięk, jaki wydawała stal ... może do obróbki kamienia?


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!



środa, 30 listopada 2016

Koniec sadzenia ...

Pojawiłam się na bazarku u znajomego pana ogrodnika.
Zanim zatarł ręce, schował coś szybciutko pod siedzenie w samochodzie ... przyuważyłam jakąś kolorową ćwiartuchnę, a kolor twarzy tego pana mówił sam za siebie ... Oj! pani, zimno dzisiaj!
- To niech się pan trochę grzeje.
- Ale czym? - śmieje się do mnie.
- Już tam pan wie, czym - zaśmiałam się. - Niech pan da jeszcze pęczek malin Polana, i antonówkę ... jest? dojechała?
- Dojechała, dojechała  ... które dać? patrz, pani, jakie korzenie, korzeń jest ważny, pani wie ...
- rozmowa zaczynała rubasznie zbaczać na niebezpieczne tory, zwłaszcza, że pojawili się koledzy z sąsiedniego straganu.
- A antonówka? - pan zaczął rozcinać nie ten pęk jabłoni, jakieś Jona zobaczyłam na plakietce, to chyba Jonagold ... Ale ja chcę antonówkę ... Oj, faktycznie, to nie to ... za chwile wyjął następną sadzonkę ... Masz, pani, a za to, że z panią można pożartować, i już koniec sezonu, na Mikołaja gratis! ... Nie patrz pani, za to będą omszone!
I tym sposobem stałam się właścicielką brzoskwini.
Posadziłam ją niedaleko chatki, ale tak, żeby nie przysłaniała widoków.
Gdyby udało jej się przetrwać, tej brzoskwini, miałabym wiosną pod chatką pięknie kwitnące na różowo drzewko:-)
Jabłonkę też posadziłam, w miejsce tej uschniętej po karczowniku, ale głowy bym nie dała, że to antonówka:-)


Udało mi się zwieźć całe drewno, a to pozostałe schować na taras ... trociny wygrabione i podsypane pod lipki. Na ten rok koniec.
Wywiozłam jeszcze przyczepkę kompostu, którą wyprodukowałam w domu z odpadków kuchennych, trawy, liści, owoców i popiołu z kominka ... została jeszcze jedna ... ta chyba zostanie do wiosny, bo znowu pada śnieg. Spróbujemy pakować się w piątek, ale jak śnieg stopnieje, to zjedziemy w dół z przyczepką.
Na razie cieszę się przyjazdem syna, który przyjechał z wysp, ale na bardzo krótko.
Nastawiłam staropolski piernik dojrzewający, tylko żebym o nim nie zapomniała ... jak babcia Ani z Rozmówek przy herbacie ... upiekła go na święta wielkanocne:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!








czwartek, 24 listopada 2016

Krążę ... krążę ...

... między domem a Pogórzem, bo chcę zdążyć przed zimą ze zwiezieniem drewna, żeby znowu śnieg nie przykrył gotowych polan.
Wczoraj przed południem ruszyłam w drogę, i znowu na Chybie zmiana pogody, mgła jak w najgorszym horrorze. W dolinie Wiaru nie lepiej, ale kiedy zjechałam do nas, jakby nieśmiało słońce zaczęło prześwitywać, ale i tu wszędzie mokro, znaczy, że mgła ustąpiła całkiem niedawno.
Zabrałam się od razu ostro do pracy, bo przecież zakupiłam jeszcze maliny, które trzeba posadzić, a raczej dosadzić do tych poprzednich.
Tak sobie umyśliłam, że obsadzę nimi moje poletko z grządkami, ale po zewnętrznej stronie siatki.
Może kiedy urośnie zielony żywopłot, to choć trochę uchroni warzywa przed chłodnymi, północnymi wiatrami, i będą miały zaciszniej, i cieplej ...


Najpierw kupiłam w Albigowej 50 sadzonek, potem u znajomego pana ogrodnika na bazarku następne 50. Odrobinę mi zabrakło, jakieś 15 sztuk, więc jutro pojadę znowu do niego, dokupię następny pęczek, resztki posadzę w pobliżu chatki. Przyjemnie tak wyjść rankiem i zerwać owoce na wyciągnięcie ręki:-) W moim nowo założonym sadku brakuje mi jabłoni antonówki, to też dokupię szczepę w miejsce tej, którą podgryzł chyba karczownik, może poszedł już sobie precz.
Po posadzeniu malin pracowałam do zachodu słońca przy zwożeniu drzewa na taras ... jak to miło w zimowy czas wyskoczyć tylko za drzwi i przynieść drewno do palenia, dodatkowo ściany z polan chronią chociaż częściowo przed zacinającym śniegiem.
Przy okazji segregowałam polana, drobniejsze na taras, resztę na przyczepkę do domu.
Bardzo pożyteczny jest ten fitness w obejściu, rzekłabym, ogólnorozwojowy:-) na żadne siłownie nie muszę chodzić, sauny, tężnie solne i inne wymysły, bo wszystko zapewnia mi solidny stos drewna, taczki i pchanie ich pod górę. Resztę rekompensują widoki, bo to takie Pogórze w pakiecie:-)




Dzisiejsza noc była jasna ze względu na mróz i tysiące gwiazd na niebie , a zaraz potem skrzący się szron i wschód słońca. Bardzo wcześnie wstaję, bo futrzaki domagają się spaceru skrobaniem w drzwi.
Potem palę w piecu, solidny kubek kawy i książka jeszcze przy zapalonej lampie. Patrzyłam, jak w szarówce budzącego się dnia ogromna sowa sfrunęła z jabłoni w gęstwę sąsiedzkich drzew, tylko sobie znanym kanałem, nie dotykając nawet gałęzi ... już później stadka grubodziobów buszowały pod czereśnią, słabo tam z zapasami, bo w rym roku czereśni prawie nie było.
A tak w ogóle, jak jest słoneczny dzień, to w powietrzu tyle świergolenia, ptasiego nawoływania, jak nie przymierzając na wiosnę, nawet po śniegu zostały mizerne ślady, gdzieś tam pod Kopystańką, albo pod naszą chatką ...


Przy okazji widać schnące na ławce pieńki, przeznaczone na budki lęgowe ... te z lewej to jesionowe ... cały środek pnia oddziela się i wysuwa jak trzpień, wystarczy stuknąć. Te po prawej to z orzecha włoskiego, gotowe dziuple, albo ładnie wypróchniałe środki, tylko wygrzebać, może spodobają się ptakom.
Dwa lata temu wysiałam na grządce rutę, bo to i ruciany wianeczek w piosenkach, i chyba nigdy nie widziałam tego ziela, a także zielone gałązki wymagane są przy sporządzaniu krupniku litewskiego ... wzeszło kilka roślinek, niezbyt rosły, a już zimy myślałam, że nie przetrwają.
Wiosną przeniosłam delikatne sadzonki w pobliże chatki i to im posłużyło ... chyba ruta jest zimozielona, bo przymrozki i śniegi jej nie szkodzą ... jeszcze nie kwitła ...



W tak przyjemnym słońcu Mima towarzyszyła mi przy robotach ...



... a Amik w tym czasie ...


Nie myślcie, że jest mu źle, bo za chwilę zmiana, Mimi do domu, on na wybieganie. Jednak nie mogą biegać razem, bo od razu długa ... a i moje zdrowie psychiczne bezpieczne, nie muszę się bać i zamartwiać, gdzie są.
Pogórze odrobinę poszarzało, jeszcze tylko modrzewie złocą się gdzie- niegdzie.
Jutro znowu jadę, po następna przyczepkę drewna, i ... może już będzie koniec.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!


 P.s. Surówka z kiszonej kapusty z dodatkiem kiszonych jabłek była pyszna:-)

sobota, 19 listopada 2016

Za Hybem zima ...

Wróciłam na Pogórze tuż po niedzieli, a to za sprawą niezbyt optymistycznych prognoz. Mróz w nocy zapowiadali dosyć solidny, trzeba jechać palić w piecach i ogólnie dbać o obejście. Drogi z zajeżdżonym śniegiem, jakby nie tknął ich pług, wiatr nawiał solidne jęzory, ślady w rowach po autach, które tam wylądowały. Tuż pod Hybem jedno jeszcze zostało, z obcą rejestracją, skierowane dziobem w dół, w głębokim rowie ... ten podjazd pod kapliczkę św. Franciszka i zjazd serpentynami w dół w warunkach zimowych nie jest łatwy. Widok ten dał nam do zastanowienia, czy uda się zjechać w dół, czy odsypali drogę ... najwyżej zostawimy "czołg" na górze, a z psami zejdziemy do chaty. Na szczęście droga odśnieżona, a tuż za naszą bramą, prawie w poprzek drogi śniegowa przeszkoda ...


Zauważyłam, że przez niedzielę śniegu dosypało jeszcze tyle drugie, bo nasze wydeptane ślady zniknęły. Chatka nawet za bardzo nie wystygła, rozpaliłam w piecach, a sama zabrałam się do odśnieżania traktów komunikacyjnych, z Mimą na smyczy w ręce, bo Amik ruszył gdzieś w teren.
Ściemniło się, a tego włóczykija ani widać ... wrócił po godzinie, szerokim krokiem, jak kowboj Dżo ... ale co tu się dziwić, jak wszystko przeszkadzało ...



Usiłował sam sobie wygryzać te zbite gule śniegowe, ale przecież nie da rady ... łapy, brzuch, i zimno mu na pewno od nich ... oskrobałam go z grubsza, a resztę? ... stał jak sierota na środku i wykapywał jeszcze dłuższy czas ...


Poranek wstał mroźny, tajemniczy z tym ogromnym księżycem, zwieszonym gdzieś prawie nad Kopystańką, a świat wokół bajeczny ze śniegiem ...



Chałupka zasypana, na tarasie nawiało białego, no i podjazd trzeba by choć trochę oczyścić.
Trakty komunikacyjne przekopane, nawet do piwnicy ścieżkę zrobiłam, bo w planie różne roboty domowe. ...


Śnieg utrudnił życie zwierzętom ... nie wiem, skąd sarny dowiedziały się, że u nas leży pod śniegiem spiżarnia? Przychodziły nad ranem, kiedy ledwo szarzało na świecie, i w południe też im się zdarzało, a wieczorem to już obowiązkowo ... szur! szur! grzebały w śniegu cieniutką nóżką, a potem jadły jabłka, rozglądając się trwożliwie dookoła, jak zwykle zresztą. Psy zatrzymywałam wtedy w chatce, niech sobie spokojnie podjedzą ... zdarzało się, że Amik wracał w tym czasie z drogi, pogonił je z górki, to obawiałam się, czy wrócą ... wracały zawsze ... 5-6 sztuk, jakby szły swoim stałym traktem, a przystanek na jabłka był tylko przy okazji:-)




Nie tylko sarenki znalazły się w kłopotach aprowizacyjnych ... ptaki chyba też zapamiętały karmnik  z zimy ... jakby na zawołanie zjawiło się ich mnóstwo, a nowy dozownik w kolorach wcale nie maskujących chyba przypadł im do gustu ...


Stara butelka na ziarno rozpadła się już na amen, klejona taśmą po wiele razy ... w markecie kupiliśmy takie coś, może dla kurczaków czy innych piskląt, ale całkiem dobrze służy ptakom. W środku jest uformowany stożek, ziarna osypują się na boki i wysuwają przez otworki, z wierzchu przykrywka i wieszaczek, ptaki nie boją się, mimo, że taki kolorowy:-)


O! zza okna zima nie straszna:-)



Wyjęłam z kapusty, przy okazji przekładania jej do mniejszych wiadereczek, kiszone jabłka ... pomarszczone, bardziej miękkie, ciemny miąższ, soczyste, osobliwy smak, trzeba się przyzwyczaić, może zetrzeć je do surówki z kapusty? ...


Jednego ranka patrzę przez okno, a tam przy bramie obce auto stoi, bo drogę przegradza wał śniegowy ... o, żesz ty! już myśliwi dowiedzieli się, że sarny przychodzą, ja wam dam moje sarny ... wypadłam na podwórze, zaklaskałam w dłonie, potupałam, sarny uciekły w podskokach...
Podeszłam bliżej, a tam obca rejestracja, aż z Krakowa ... aha, chyba przyjechał w nocy ten chłopak "angielski", co ma w domu poniżej zimę w ekstremalnych warunkach spędzić:-) i rzeczywiście, trochę później podszedł z dołu, zrzucił plecak, porobił zdjęcia i odjechał gdzieś.
Z dnia na dzień robiło się coraz cieplej, z dachu zsuwały się całe połacie śniegu, czyniąc rumor niemały i strasząc moje psy ... trakt do sławojki został dokumentnie zasypany, i trzeba było odkopywać się na nowo:-)
W piątek zadzwonił mąż ... zszedł już śnieg? bo u nas już prawie nie ma ...  A tu ciągle leży, chociaż jakby go coraz mniej:-) ... najpierw wytopiło tam, gdzie sarny grzebały, pokazały się kolorowe jabłka ,,,


... łąki "zapotoczne" zmieniały się jak w kalejdoskopie ...




A dziś rano było już całkiem przyzwoicie.
Tylko potok na dole huczy wściekle wezbranymi wodami, a Wiar bury i groźny nie pozwoli przejechać po płytach. Oczyściłam przyczepkę z zalegającego śniegu, zapakowałam ją drewnem, które wyjrzało spod śniegu i przyjechałam do domu ... prawdę powiedziawszy - stęskniłam się :-)


Jak dobrze, że te zdjęcia nieaktualne:-)
Maliny przecież muszę jeszcze dosadzić i ... wiele innych pożytecznych rzeczy zrobić:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!


Ten tytułowy Hyb to góra za Aksmanicami, którą trzeba pokonać w drodze do Kalwarii, albo do Arłamowa ... dla nas to magiczna granica, za którą jest zupełnie inny klimat niż na nizinach .., mówi się: Za Hybem zima ... albo: Od Hybu leje ... :-)