wtorek, 21 maja 2019

"Pod Słońce" w Jamnej 2019 ...

Pozytywnych treści słuchać ... spodobało mi się to określenie, które przysłała mi Lidka w ostatnim komentarzu.
Tak i pozbieraliśmy się w ostatniej chwili i ruszyli do Jamnej na festiwal piosenki "z krainy łagodności". Miejsca noclegowe w bacówce i okolicy wszystkie zajęte, udało się wreszcie gdzieś dalej z agro, przy niepewnych prognozach nawet nie braliśmy pod uwagę kempingu, stare kości nie lubią wilgoci:-)
A pogoda wbrew prognozom wykociła się prześliczna, iście letnia, nie spadła kropla deszczu, z tarasu Schroniska Dobrych Myśli nawet widać było Tatry.
Zanim zakotwiczyliśmy na festiwalu, zajrzeliśmy jeszcze do Bartnika Sądeckiego w Stróżach, jak zwykle pachnąco, brzęcząco od pszczół, w stawie wielkie cienie ryb i ostra zieleń młodych liści w mnogości lip. Zakupiliśmy bardzo smaczne piwo miodowe z browaru Grybów:-)




Położona na pograniczu Pogórzy Wiśnickiego i Ciężkowicko-Rożnowskiego Jamna przyciąga urodą miejsca i spokojem okolicy. Bardzo rozległe widoki, zagrody rozrzucone wśród pagórków i wzgórz, bardzo zadbane i kolorowe od kwiatów. Usiedliśmy na ławach tarasu widokowego Schroniska, już zauważyliśmy znajome twarze z innych festiwali, powitania, uściski ...



Przygotowaliśmy się na nocne koncerty, miękki kocyk na twarde ławki, śpiwór do otulenia, ciepłe skarpety, polary, bo noce bywają chłodne. Godziny festiwalowe są bardzo płynne, bywają obsuwy czasowe, ale nikogo to nie denerwuje. Atmosfera bardzo luzacka, tu grają na gitarach i śpiewają, towarzyszy im fujarka, tam stoją znajomi i trzeba słowo zamienić, poznaje się nowych ludzi ... jakaż odskocznia od codzienności, ulubiona przez nas i bardzo kultywowana:-)
Pierwszy koncert prowadził Robert Marcinkowski, krakowianin, poeta, muzyk, architekt, a jednocześnie członek zespołu Bez Zobowiązań, który także wystąpił później. Celny dowcip, doskonałe teksty ...


Pierwszy wystąpił Tomek Jarmużewski z zespołem Zgórmysyny, piosenka "Pod słońce" użyczyła przed laty nazwy na ten festiwal, który obchodził właśnie 10-lecie. Sama nazwa Zgórmysyny ma swoją bardzo długą historię, nie wiem, w jaki sposób została "zapożyczona" i jest używana, o tym wie Rado Barłowski, którego nie było na tym festiwalu, a szkoda:-) pewnie pojechał do chatki na Rogaczu, gdzie odbywały się również śpiewanki:-)


Następnie Mikroklimat z Basią Sobolewską i Stanisławem Szczycińskim ... to klasyka, publiczność śpiewa razem z nimi wszystkie piosenki:-) ... bogate życiorysy, wspaniały dorobek muzyczny, a o tym dowiedziałam się szperając w necie:-)


Potem wymieniony wyżej zespół Bez Zobowiązań, z Grzegorzem Śmiałowskim i Robertem Marcinkowskim ... Śmiały to człowiek z Bieszczadów ... jakżesz oni doskonale rozumieją się, a słuchanie ich gry na gitarze to sama przyjemność, tam się słyszy dźwięki strun, a nie dudnienie ...
I popłynęły pieśni o górskich urwiskach, cerkiewnych baniach, ikonach, czuło się dym palonych ziół z piosenki o św. Idzim ...


Sprzedawcy Dymu ... ten zespól poznałam przed laty w Przemyślu na imprezie Pod Kopcem, nazywali się wtedy Formacja Myśli Kameralnych. Poszłam za kulisy kupić ich płytę, nie mieli wydać reszty, więc dołożyli mi jeszcze jedną płytę, mówiąc, że jak kiedyś będą sławni, to ta płyta będzie bardzo cenna:-)


I na koniec Włodek Mazoń i Przyjaciele, klimat krainy łagodności i lekka nutka bluesowa.
Tak się teraz lekko pisze, a koncerty przeniosły się na następny dzień, skończyły się sporo po drugiej, potem muzykowanie w podgrupach, tak, że trafiliśmy na nocleg o świtaniu. Kilka godzin snu i koło dziesiątej przed południem pojechaliśmy do Skamieniałego Miasta w Ciężkowicach. Był organizowany rajd, ale nie poszliśmy, zaczynał się upał i parnota, wybraliśmy chłodną i cienistą trasę wśród malowniczych skał.







Ze środkowego punktu szlaku została wyznaczona powrotna ścieżka ze znakami nietoperza, już nie wśród skałek, a bokiem, łąką i lasem ...


Mnóstwo miejsc do odpoczynku na ławkach wykonanych ze zmyślnie ukształtowanych pni drzew, do tego wiele rzeźb zwierzątek, różnych postaci. Robię wiele zdjęć, bo to są moje natchnienia, niektóre wykorzystuję:-)





Ścieżka wyprowadza na kładkę nad drogą, którą można przejść na drugą stronę. Tam też ciekawe skałki, a także miejsca nad Białą Tarnowską z rzeźbami 7 żywiołów.




Na pniu przydrożnego dębu zauważyłam czerwony skrawek czegoś ... to nie skrawek, a wielki robal:-) a właściwie gąsienica. To trociniarka czerwica, wędrowała sobie pniem do góry, pewnie poszukać miejsca na złożenie jaj, może przepoczwarczyć się w wielkiego motyla nocnego:-)


W drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze na wieżę widokową w Bruśniku. Zatrzymaliśmy się wcześniej w punkcie widokowym na niebieskim szlaku i próbowaliśmy identyfikować okolicę, a widząc wieżę chwila zastanowienia, czy to ona?
Tak, to była ta wieża, w linii prostej niedaleko, a objeżdżać drogami trzeba daleko.


Jakież widoki z wysoka, sprawę ułatwiają panoramy na najwyższym tarasie z opisami, znaleźliśmy wieżę kościoła w Jamnej:-)


Inne strony świata również urzekające, można siedzieć i patrzeć, a wiatr chłodzi rozpalone twarze, pachnie słodko-mdląco kwitnącym głogiem ... były kiedyś zamontowane lunety, zostały tylko słupki...



Mieliśmy czas na kąpiółkę, i na godzinną drzemkę przed kolejną nocą koncertów. Ogólnie ten wyjazd cechowała powolność i spokój, nic "na zapalenie płuc", nigdzie nie śpieszyliśmy się.
Małopolska jest inna od Podkarpacia, przynajmniej od tej naszej części, u nas wsie bardzo rzadko rozmieszczone, dużo bezludnych terenów, które pozbawiła mieszkańców historia, raczej domostwa skupione ... tutaj jak na Huculszczyźnie, wszędzie porozrzucane po górach zagrody, jest pięknie inaczej, jesteśmy pod urokiem tej krainy.
Wieczorne koncerty już z widownią na wolnym powietrzu, zabezpieczone przed deszczem rozpiętą wielką plandeką ...


Zespół Celtic Tree, dużo muzyki irlandzkiej, skład zespołu trochę zmieniony, nie ma na przykład tego chłopaka od fujareczki, pastuszka z palcami tak długimi, że kilka lat temu patrzyliśmy w niemym zdumieniu, jak przebiera nimi niewyobrażalnie szybko:-)


Zespół Myszy i Ludzie, nazwa zespołu nic nam nie mówiła, ale kiedy tylko usłyszeliśmy głos wokalistki, to: - znamy ją! To nowa odsłona zespołu sprzed lat, Na Bani, bywaliśmy na ich koncertach w filharmonii rzeszowskiej, w Bieszczadach w ramach projektu W górach jest wszystko, co kocham, słuchamy ich płyt, repertuar był stary, znany i nowy. Wokalistce dostał się tort, jako że obchodziła swoje święto.


Potem był Jurkiel, Krzysztof Jurkiewicz, on prowadził konferansjerkę, a także śpiewał. Ale ma gość gadane:-) przebija nawet Zgorzela:-)


Klasyka piosenki turystycznej, SETA, oni nie potrzebowali stroić się długo, nie było: tu niżej, tam wyżej, tam jeszcze środek, pogłos, odsłuch, olaboga! ... wyszli, zaśpiewali piosenki o tematyce beskidzkiej, a widownia razem z nimi. Każda piosenka jest znana, śpiewają je od wczesnych lat 70-tych:-)
Uśmiechnięci panowie z brzuszkami, widać u nich radość śpiewania, a występy nie przeładowane instrumentami, dwie gitary i chwatit:-)
Ostatnim zespołem była Cisza Jak Ta ... nie mam ani jednego zdjęcia, wstaliśmy już z twardych ławek, wyprostować zbolałe plecy ... obserwowaliśmy przez jakiś czas psa Michała Łangowskiego, głównego wokalisty zespołu ... drżąca kończyna tylna, zamiatanie zadem, to duży pies, może nowofunland, a wielkie psy tak chorują, na stawy biodrowe, zespół "końskiego zadu", ucisk na nerwy, niedowłady ... miałam dużego wilczura, wiem, czym to pachnie. Widziałam te wierne psie oczy i niemoc człowieka ...


Zawsze pod bacówką chodzę po lesie i fotografuję buławniki, tym razem kwiaty mieczolistnego były słabo rozwinięte, tego było widać najbardziej.
W miejscu naszego zakwaterowania gospodyni pokazała mi pokryte kwiatami drzewo. To była paulownia, która zakwitła po raz pierwszy ... paulownia, paulownia, liście jakby znajome, tak, to drzewa tlenowe, które zaczynają się zadomawiać i u nas na wielkoobszarowych plantacjach ...
Jeden brzęk owadów, a ponieważ kwiaty mają szerokie gardziele, to i pszczoły, i trzmiele i inne błonkówki mają używanie ... tylko, że u nas nie rosną do etapu kwitnięcia, mają dawać masę drewna.





Nie zostawaliśmy już na nocne śpiewanki, słonecznym rankiem pobudka, kawa i  w drogę. W Gorlicach skręt na Konieczną, kierunek Słowacja. Przecudna droga, w Małastowie starszy mężczyzna w wyszywanej koszuli łemkowskiej, dalej serpentyny wynoszące wysoko aż pod cmentarz z I wojny. To już Gładyszów, potem zjazd przez przejście graniczne, wielkie opuszczone gmaszysko straży granicznej, zniszczeje jak nic, jak nie znajdzie gospodarza.
Pod przydrożnym krzyżem zrobiliśmy sobie przystanek na śniadanie ... poranny bezruch, przejechało tylko ze dwa auta ...


... potem ruiny w Zborovie wysoko na górze ...


Cofnęliśmy się kilka kilometrów do Bardejova.
Lubimy to miasto ze starymi murami, rynek z kocimi łbami i figurą kata, strzelisty kościół pw. św. Idziego ...



To już ostatnie zdjęcie z tego wyjazdu.
Obraliśmy kierunek na Medzilaborce, przez Stropkov, Hawai ... przy drodze kępy kwitnących buławników aż bieleje, dalej na łąkach jakieś storczyki, a my dalej przed siebie. Potem objechaliśmy obydwie połoniny bieszczadzkie, a w okolicach Ustrzyk Dolnych zaczęła się ulewa. Strwiąż błotnisty i wysoka woda, na drodze z Jureczkowej do Arłamowa wypłukane pobocza, u nas na wjeździe ogromna kałuża ze spływających wód. Nie było mnie dwa dni, grządki zarosły zielskiem, trawa już powyżej kolan, olaboga, ileż pracy przed nami:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!
P.s. Leje dalej ...



środa, 15 maja 2019

Niedziela była nasza:-) ...

Już od bardzo dawna nie zdarzyło nam się spędzić niedzieli na Pogórzu.
Po dniach chmurnych i zimnych przywitała nas rankiem prześliczna pogoda, szkoda w taki dzień siedzieć w chatce. Po leniwym śniadaniu wybraliśmy się w małą objazdówkę po dolinach Gór Sanocko-Turczańskich, a ciekawił nas zwłaszcza Rezerwat Cisów w Serednicy.
Bardzo mały ruch na drodze, a już po zjeździe z głównej trasy, prowadzącej w Bieszczady ustał zupełnie. Z kominów domów unosił się pachnący buczyną dym, oho! orzekliśmy, że na kuchni na pewno gotuje się niedzielny rosół:-) ... niedzielna powolność.
Co niektórzy posiadywali na ławeczkach pod nagrzaną ścianą domu, inni wolno szli w pola, zobaczyć, czy coś urosło na grządkach, jakaś kobieta podpierająca się laską i z psem poszła polną drogą, a co niektórzy przywdziewali strój pszczelarza i szli z dymem między ule. Widziałam, że mężowi zaświeciły się oczy ... nie martw się, objedziemy doliny szybko i też pójdziesz do swoich pszczół:-)


Zatrzymaliśmy się przy tablicy rezerwatu, przeczytałam opis i ruszyliśmy przed siebie.
Ogromna, stara lipa, obok drzewa owocowe, rozległa łąka, brzozowe zagajniki, ale ani śladu ścieżki czy też bodaj znaku na drzewie ... wyszliśmy na słońce, przed nami pasmo Ostrego Działu ze szczytem Dił, gdzieś tam jest naturalne stanowisko cisa pospolitego w ilości 383 sztuk.
Słońce przypiekało z góry, siły nas opuściły ... popatrzyliśmy po sobie ... nie, dziś tam nie pójdziemy, poczekamy na mniej męczącą pogodę ...
Za to zatrzymaliśmy się przy cmentarzu i cerkwisku ...


Pozostały stare drzewa, trochę kamieni przy wejściu na plac cerkiewny, dwa stare nagrobki.



Pośrodku ogromna lipa z wypróchniałym pniem ... powiem szczerze, że z rezerwą podchodziłam do niej, bo ponoć niedźwiedzie lubią w takich pniach gawry budować:-)



Jej dni są policzone, u podstawy pnia prześwitują dziury do wewnątrz, niektóre gałęzie już wyłamane, ale jeszcze trzyma się dzielnie życia ...



Skończył się już czas szukania takich miejsc, pokrzywy po kolana, liście na krzakach przysłaniają widok, trzeba czekać do jesieni czy też zimy.
Jeszcze w Leszczowatem kusiła nas cerkiew, ale niestety, była zamknięta i nie udało nam się zobaczyć ciekawych polichromii.


Cofnęliśmy się do leśnej drogi, którą jechaliśmy po zimowej wędrówce z Ropienki Górnej. Na nasłonecznionym stoku czatował orlik, właściwie na początku myśleliśmy, że to lis. Kiedy zatrzymaliśmy się na dłużej, zerwał się z charakterystycznym skwirzeniem do dostojnego lotu, gdzieś z lasu odpowiedział mu drugi ... Pomachaliśmy brodatemu rzeźbiarzowi, który z dłutem w ręku pracował w słońcu przy swojej pracowni nad ogromnym pniem, z uśmiechem odmachał ... trzeba zajrzeć kiedyś do niego.



Przecięliśmy pasmo Chwaniowa i w drodze na Grąziową zauważyliśmy na asfalcie ogromną samicę zaskrońca, w oliwkowym odcieniu. Połyskiwała w słońcu skrętami wężowego ciała, a zanim wyskoczyłam z auta, skryła się w przydrożnych trawach, piękny okaz. Jakoś tak jest, że kiedy jakieś zwierzę tylko zejdzie z drogi w trawy, już tracimy je z oczu, mimo usilnego wypatrywania. Tak jest z sarenkami, zającami, lisami, wężami, a nawet domowymi kotami :-)
Wróciliśmy do chatki na samo południe, pszczelarz poszedł, a jakże! do swoich pszczółek.
Dawno nie widziałam takiego ruchu przy ulach ... ciepło, kwitnąco, to i pszczoły pracują ...



Niestety, w poniedziałek już pogoda skiepściła się, było pochmurno. Kiedy wyjeżdżałam z domu, było 10 stopni, na Pogórzu 7, następnego dnia jeszcze zimniej, do tego deszcz, i tak pada do dziś.



Kiedy byłam na Słowacji, na Gazdoranie, pozwoliłam sobie zabrać odrobinę puszku z przekwitłego kwiatostanu dziewięćsiła ... posiałam nasionka w doniczce i oto efekt ...


Wysiałam też zebrane z przydrożnych zarośli puszyste kwiatostany powojnika prostego ...


... kiełkuje też kosaciec syberyjski z Hostovic, nie, nie wchodziłam do rezerwatu, nasiona zebrałam z przydrożnego rowu:-)
Piszę ten post na tarasie chatki, bo tu mam jako-taki zasięg, ubrana w dwa polary i grube skarpety, palce mi zgrabiały, bo zimno, wilga nawołuje melodyjnie z lasu, ciągle na deszcz, bażant skrzeczy gdzieś niżej, jakby przechodził mutację, a ja tęsknię za słońcem.
A to mój powojnik alpejski z ogrodu domowego ... już myślałam, że zaginął, a on tylko wspiął się na dużą kalinę:-)



... i jeszcze lak, sadzonkę którego dostałam od sąsiadki. Nie jest jednoroczny czy dwuletni, nieokrywany przetrzymuje zimę i dalej kwitnie i pachnie ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowo, życzę słońca i prawdziwego ciepła, pa!