piątek, 17 listopada 2017

Czekają nas sianokosy ...

... w akwarium:-)





A to się zapuściliśmy:-)
Skoro pojawiają się na blogu rybki, to znaczy, że dopadło mnie choróbsko, i stąd ten temat zastępczy.
Zatoki mi bardzo dokuczają, bo nie lubię czapek:-)
Pozdrawiam serdecznie, nie dajcie się listopadowi, pa!

poniedziałek, 13 listopada 2017

Jakby patriotycznie trochę ...

To granatowe niebo skutecznie wybiło nam z głowy jakiekolwiek wyjazdy. Sobotnim rankiem lunęło jak z cebra, szkoda, bo znowu chcieliśmy gdzieś ruszyć po Pogórzu. Ale główny impet burzowy przeszedł, gdzieś od północy zaczęło się z lekka podkasywać i nawet słońce pokazało się.


Ponieważ mąż chciał rzucić okiem na jakiś plac budowy, to trochę przymusowo wybór padł na Dubiecko i okolicę, dawne włości Krasickich. Z jesiennych kolorów pozostały już tylko modrzewie, sypiące niemiłosiernie rudymi igiełkami, ale widokowo jest jeszcze miło dla oka ...




W Dubiecku szykowały się jakieś ważniejsze uroczystości, wzmożone pogotowie stróży porządku,  w jednej z uliczek minęliśmy jeźdźców na koniach ...


Nie zatrzymywaliśmy się tutaj, tylko skierowaliśmy się nadsańską równiną do Słonnego. Tu jeszcze skręciliśmy polną droga w zadrzewione miejsce, które jeszcze kiedyś, w drodze do rezerwatu torfowego Broduszurki nanieśliśmy na plan wycieczkowy, bo podejrzewaliśmy, że to może być stary cmentarz. I rzeczywiście, mocno zaniedbany, ze zrujnowanymi nagrobkami, a pośrodku ruiny kaplicy ...



Z tego miejsca doskonały widok na dawne miasteczko ... doskonale utrzymany pałac Krasickich ...


W lecie Słonne to letnisko, mnóstwo wypoczywających nad wodą, San na tym odcinku jest rzeką górską o kamiennym dnie, niezbyt głęboką, a brzeg po drugiej stronie mocno górzysty, pokryty bukowymi i jodłowymi lasami. Jest gdzie wędrować, uprawiać sporty wodne, brzegi spięte są kładkami dla pieszych, które kołyszą się nad wodą w rytm naszych kroków ... jedna na Wybrzeżu, druga w Słonnem ...



Kusił nas rezerwat Kozi Garb, ale zostawiamy go na przyjaźniejszą porę roku, a właściwie na suchszą. Rzeka tak tutaj meandruje, że momentami mam kłopoty ze zorientowaniem się, po której stronie jesteśmy, ale skoro nie przejeżdżaliśmy żadnym mostem, ani nie korzystaliśmy z usług promu ...

... to znaczy, że ciągle jesteśmy na lewym brzegu. Kierujemy się do miejscowości Bachórzec, kolejnej posiadłości Krasickich ... chcieliśmy zobaczyć dwór z przyległym parkiem, ale jest obecnie własnością prywatną, nie udostępnianą zwiedzającym. Brama co prawda otwarta, ale nie mamy śmiałości jej przekroczyć. Objeżdżamy posiadłość dookoła, wszędzie atmosfera opuszczenia i ruiny ...

Z pól robię jedno zdjęcie przez zakrzaczone ogrodzenie. Mąż nie daje za wygraną, bo okazało się, że w połowie lat 80-tych bywał tutaj z racji zawodu, dwór miał właściciela, odbywał się remont, nowa stolarka okienna, z pracowni konserwatorskiej panie odnawiały sztukaterie na sufitach, wstawiane już były epokowe meble, obrazy ...  potem chyba po zmianach ustrojowych posiadłość odebrano w niejasnych okolicznościach, wszystko znowu poszło w ruinę, wystawiono do sprzedaży ... Znowu podjechaliśmy do bramy, weszliśmy na teren, a kiedy pojawili się ludzie, poprosiliśmy nieśmiało, czy moglibyśmy zobaczyć, przejść się, bo kiedyś remontowałem ... właściciel machnął ręką, a idźcie!
Budynki gospodarcze zniszczone pożarem, który strawił tutaj w zeszłym roku hurtownię odzieży używanej, gdzieś w parku słychać pracujące piły, potem widzimy, że czyszczą z zakrzaczeń. Ogromne tulipanowce, dęby, lipy, wyraźne aleje ... przez bystrą rzeczkę przerzucony kamienny mostek ... podchodzimy bliżej, mostku nie ma, zawalił się, tylko mały nawis przy prawym przęśle pozwala przedostać się na druga stronę. Z duszą na ramieniu, przy moim szczęściu, może pośliznąć mi się noga i wyląduję w lodowatej rzeczce:-)


Jak wnioskuję z opisów, to starszy dwór, obok niego nowszy, z 1808 roku ...



Znalazłam w necie pracę p. Jerzego Pióreckiego, naukowca, dawnego dyrektora arboretum w Bolestraszycach "Dwory i ogrody w dolinie Sanu", gdzie opisuje m.in. Bachórzec ... ten mostek, po którym przechodziliśmy, był ponoć starszy od zabudowań dworskich.  Pod koniec XX wieku w centralnej części ogrodu zbudowano wielką przemysłową chlewnię, w wyniku której zostało zatopionych gnojowicą wiele pomnikowych drzew ... teraz właściciel prowadzi w nich jakąś działalność gospodarczą.
Dwór w Bachórcu przez 350 lat należał do jednej rodziny, Krasickich, potomkowie wystąpili o zwrot, nic z tego nie wyszło.


Dlaczego tak mnie zainteresowało to miejsce?
Ano dlatego, że urodził się tutaj August Krasicki, hrabia herbu Rogala, pan na Lesku, m.in.oficer ck armii i legionów polskich, przeszedł szlak bojowy od twierdzy Przemyśl po Karpaty, potem w legionach walczył od Lubelszczyzny po Wołyń, a także brał udział w wojnie bolszewickiej.
Często wracam do jego pamiętnika - Dziennika z kampanii rosyjskiej 1914-1916.
Markotni wracaliśmy z powrotem, mąż powtarzał tylko, jak można w tak krótkim czasie doprowadzić do takiej dewastacji, gdzie dwór nadawał się do zagospodarowania ... zgroza!


Na pociechę sobie i Wam ostatni kwitnący dzwonek, od jutra ma mrozić w nocy ...


... i widok doliny Sanu ...


Pozdrawiam serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!


niedziela, 5 listopada 2017

Po lewej stronie Sanu ... tym razem z mapą:-) ...

W nocy było jasno.
Przysłonięte chmurami od wielu dni niebo wreszcie rozjaśniło się i nagle okazało się, że jest pełnia.
Księżyc długo wisiał nad Horodżennem, świecąc w okna trochę niesamowitym blaskiem.
Doskonale widać było podwórze, przemykającego lisa, za płotem pasły się sarny, a ja nie mogłam spać ... w jedną noc wstałam tuż przed czwartą, a w następną po drugiej. Zmorzyło mnie na chwilkę znowu, kiedy niebo szarzało na wschodzie. Odczuwam wpływ księżyca, zmianę pogody ...


Księżyc z przekreską, jak tajemnicze oko ...
Słoneczny dzień nie zatrzymał nas w chatce, choć jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, ot! chociażby opał poskładać, ścianę zabezpieczyć przed mrozem, żeby w środku zimy nie okazało się, że wody zabrakło, bo zamarzła. Wyrzuty sumienia odsunęliśmy na bok i znowu pojechaliśmy, szkoda takiego dnia. Znowu przecięliśmy w poprzek pasmo Chwaniowa, lecz tym razem drogę przesunęliśmy w fazie o jeden "ruszt" niżej, czyli do Wańkowej, a potem przez Paszową, Rakową wylądowaliśmy znowu w Tyrawie Wołoskiej. Po lewej stronie ciągnął się potężny wał Gór Słonnych ... opadłe z drzew liście pozwoliły dojrzeć na wzgórzu w Paszowej cerkiew ...


... z drugiej strony przepiękne żeliwne krzyże na nagrobkach, szkoda tylko, że zasmarowane jakąś farbą do metalu ...



Próbowaliśmy jeszcze przedostać się polnymi drogami, ale było takie błoto, że jednak pozostaliśmy na asfalcie. W Rakowej remont cerkiewki, tak samo w Hołuczkowie ...


Cerkiewka w Siemuszowej odsłonięta na wzgórzu, coś jej brakuje ... jednak w otoczeniu starych drzew prezentowałaby się o wiele lepiej ...


Przypomnieliśmy sobie, że kiedyś tędy wędrowaliśmy ... był upał, zwłaszcza po zejściu ze Słonnych, za to potem przy drodze moczyliśmy się długo w chłodnym potoku, razem z naszym Maksiem-wędrownikiem, co miał dredy zamiast ogonka, a kiedy zmęczył się, trzeba go było na rękach nosić.
To były dobre lata, tyle przewędrowaliśmy pogórzańskich szlaków.
Po przejechaniu przez San, w Hłomczy odbiliśmy w lewo, na Łodzinę, którą niefrasobliwie sobie ominęliśmy poprzednim razem ...



Czekała na nas ta maleńka cerkiewka, pod ogromnymi dębami, stareńka, bo wybudowano ją w 1743 roku. W 1875 roku remontowano ją i z tego czasu pochodzi kompletny ikonostas. Mieliśmy szczęście, bo akuratnie była pani z kluczami, otworzyła nam, serdeczna, uśmiechnięta, i zostawiła samych, żebyśmy sobie pooglądali, zdjęcia zrobili ... w środku zapach starego drewna, jak w skansenie ...




Miejsce przeurocze, na samym końcu wsi, a dęby ponoć tylko 2 lata młodsze od cerkiewki.
Bliżej środka wsi ogromne drzewa znaczą ślad po dawnym dworze z XVIII wieku, który rozebrano po wysiedleniach. Pozostały tylko kamienne słupy bramy wjazdowej, które zaskakują swym widokiem, bo na początku nie wiadomo, co to jest, jakieś pomniki, czy coś. Drzewom też nie jest pisany długi żywot, kiedy przejeżdżaliśmy drogą, niektóre zabytkowe kolosy już leżały powalone ...



Znalazłam w necie jeszcze taką ciekawostkę, że ten dwór został rozebrany w ramach czynu społecznego przez lokalne koło ZMW, a na terenach podworskich w latach 70-tych wybudowano wielkie obory, które nie zostały zagospodarowane, bo zapomniano do nich doprowadzić wody:-)
Łodzina jest pięknie położona, na tle Gór Sanocko-Turczańskich ..., po drugiej stronie Sanu Dobra, Ulucz, tereny dawnych wsi ... Jakby przedłużeniem Gór Słonnych po drugiej stronie Sanu są Góry Czarne, właśnie te tereny, po których się poruszamy. Nazwa troszkę tajemnicza, Czarne ... i od razu kojarzę Czarny Las, potem Czarny Wygon Stefana Dardy ...


Teraz drogą z płyt, na szczęście krótką przejechaliśmy do Witryłowa, a ponieważ byliśmy tu ostatnio, to tylko przemknęliśmy przez wieś. Wypatrywaliśmy za jakimś drogowskazem do Pańskiej Winnicy,  ponieważ nigdzie go nie było, doszliśmy do wniosku, że nie jest do zwiedzania.  Nic straconego, jedziemy dalej, w kierunku na Dydnię, a potem dalej do Jabłonki.
To już droga na Grabownicę, ruchliwa mimo soboty, takich nie lubimy, ale Jabłonka przyciągnęła nas swoim uroczym modrzewiowym kościółkiem w stylu zakopiańskim. Nie jest też stary, bo zbudowano go w 1936-39 roku ...


W miejscowości jest też dwór, XVIII-XIX wiek, niestety brama zamknięta, więc obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz ...



No tak, teraz wyczytałam, że to centrum konferencyjne:-) budynek i ogród pod opieką konserwatora, czas powojenny nie był łaskawy dla dworu, z pięknego wyposażenia ostały się tylko 2 kominki.
Znowu zjeżdżamy z głównej drogi w nasze ulubione klimaty małych wioseczek, cerkiewek ... kierunek Grabówka ... wspinamy się drogą coraz wyżej i wyżej, nowe kościoły nas nie interesują, oczy wypatrują tego, co stare ... jest, opuszczony, pozostawiony, po prawej stronie drogi ...
To cerkiew prawosławna pw. św. Floriana ... parawanowa dzwonnica, z potężnymi kutymi gniazdami do dźwigania dzwonów, murowana z kamienia, potem otynkowana, gont pod blachą ...


Jej przyszłość niepewna, nikt nie pochyli się nad jej losem ... pęka, odpada ... kiedy patrzę na te wyokrąglone ściany, dach, widzę podobieństwo do malowanych cerkwi bukowińskich na Rumunii ...


... drzwi, zobaczcie, jakie ciekawe drzwi ...


Ćwieki ręcznie kute, takoż ciężki zamek razem z klamką ... od 1947 roku opuszczona zupełnie.
Jeszcze z mapy wyczytaliśmy, że w pobliskiej Falejówce też jest dwór ... jest, w agonii, nic go już chyba nie uratuje, dach prawie zawalony ... tylko oko przyciągnął śliczny detal,  daszek nad oknem z finezyjną podpórką, który oparł się czasowi ... szkoda, że kiedyś pewnie zniszczą, spalą, połamią ... przygarnęłabym:-)



Przygnębiające wrażenie, choć park wokół trzyma się całkiem, całkiem.


Potem jechaliśmy znowu drogą z płyt, tablica informowała, że w zimie jest nieutrzymywana ... ależ to cudna droga wśród bukowych lasów ...


... a potem na łeb, na szyję zjazd do Końskiego ... mąż mówi, ja tu kiedyś jechałem!
Jak to! skąd? - pytam. E, i to nawet dostawczym iveco - zaśmiał się - pokazali mi miejscowi skrót do Mrzygłodu.


Dla mnie to zupełnie nowe tereny. mały wycinek Pogórza Dynowskiego, pomiędzy Sanem a drogą z Dynowa na Grabownicę Starzeńską, urokliwe, acz troszkę inne od naszego Pogórza. W Końskiem minęliśmy cerkiew, która pełni teraz rolę kościoła ...


... na dzwonnicy wisi dzwon, który został odlany w 1712 roku.
Ale to nic, tu mamy następną ciekawostkę, maleńki kościółek zbudowany w murze pruskim, przy skrzyżowaniu dróg :-)


To jest naprawdę maleństwo, taka trochę większa kapliczka:-) krzywo wyszło zdjęcie, jak zwykle, kiedy człowiek w ostatniej chwili chwyta za aparat, a na ogonie siedzi auto.
Kościółek ten ufundowali właściciele majątku w 1939 roku dla rodzin katolickich, obecnie nie jest użytkowany.


I tu zamknęła się pętelka naszego wyjazdu, wróciliśmy za San, nadkładając drogi, bo przecież trzeba do jakiegokolwiek mostu dojechać. Zgłodnieliśmy całkiem sporo, więc w Birczy zakupiliśmy jakąś bułę z dodatkiem, którą mieliśmy zamiar zjeść gdzieś na słoneczku.
I wspomnieliśmy jeszcze, że powinniśmy jak Ania ze Stefanem, zawsze przygotować sobie na wyjazd mały termosik z herbatą, jakąś przegryzkę, a nie potem cierpieć. Ponieważ na drodze do nas kładli asfalt, to nieoczekiwanie zrobili objazd przez rezerwat Reberce, Łomną niedostępną dla zwykłego śmiertelnika ... jedziemy przez Łomną, a tu proszę, wspomniana Ania ze Stefanem. Nie widzieliśmy się dosyć długo, więc herbatka w chatce pogórzańskiej i rozmowy były wielką przyjemnością:-)
Poznaliśmy dosyć dobrze ten mały wycinek Pogórza Dynowskiego za Sanem,  teraz odwrót w drugą stronę, bo mnie bardzo nęci Roztocze Wschodnie, do miejsc, gdzie jeszcze nie byliśmy ... to wpływ pobytu na horynieckim cmentarzu:-)
I żeby tylko mapy nie zapomnieć zabrać:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!