czwartek, 22 czerwca 2017

Pozdrówcie od nas Glavoi ... Rumunia z przygodami cd ...

Obudziło mnie słońce, zaglądające do naszego pokoiku. Zostawiłam śpiącego męża, a sama cichutko wymknęłam się na poranny obchód Padisu. Wyjątkowa cisza, tylko parskanie pasących się koni, dźwięczą dzwoneczki zawieszone na szyjach krów i moje kroki na drobnych kamyczkach drogi ...


Sama osada nie jest piękna, zlepek różnorodnych budowli, mnóstwo betonu, blachy i bylejakości, ale widoki, otoczenie wynagradzają tę drobną usterkę:-) Zresztą kiedy odwiedzający to miejsce turyści namachają się cały dzień po górach, to potrzeba tylko gdzieś głowę złożyć, a szlaki są długie, wielogodzinne, i trzeba jeszcze wrócić do bazy. Można przyjechać z namiotem, rozbić się przy strumyku, latem jest tu kolorowo.


Przeszłam kawałek w kierunku, skąd wczoraj przyjechaliśmy, zerknęłam w dół, a tam coś kwitnie biało, czyżby rumiany tu wysoko w górach? niemożliwe. Trawa pod stopami zamieniła się w mchy, a to białe okazało się być wełnianką. Kulki białej waty, zawieszone na gałązkach, pod nogami mokro, więc trzeba przeskakiwać z kępy na kępę ...



Wśród tych puchatych kulek zauważyłam też inne, mniej dorodne ...


... a całości obrazu dopełniały łany storczyków, i innych kwitnących.



 

Już w drodze powrotnej takich miejsc widziałam mnóstwo, zagłębienie w podłożu, bez odpływu wody, a więc albo oczko wodne, albo małe bagienko białe od wełnianek. Natura stworzyła sama takie kompozycje, że człowiekowi się nie śniło, i może tylko naśladować, bo nic piękniejszego nie wymyśli. Wróciłam do pokoju schlastana błotem i rosą po kolana, z dziesiątkami zdjęć, jedne lepsze, drugie gorsze, pełna wrażeń i pod urokiem tego miejsca. Chciałabym to wszystko uwiecznić, tyle tu różności, ale trzeba jechać dalej, przed nami sporo kilometrów.


Od naszych znajomych, Krzysia i Grażynki dostaliśmy wczoraj sms-a, jak w tytule tego wpisu: Pozdrówcie od nas Glavoi! Widziałam to miejsce na mapie, skręt z drogi mijaliśmy już dwa razy podczas poprzednich pobytów, ale nie przyszło nam do głowy tam skręcić. Teraz naprawiamy ten błąd.

Przecudowna dolina, ze strumykiem kręto wijącym się jej dnem, na pastwiskach mnóstwo zielonych kęp roślin o palczastych liściach. Znam je przecież, to po nie jechaliśmy na Gazdoran do Słowacji, żeby zobaczyć właśnie ciemiernika w naturze, a tutaj ...  morze ciemierników:-)


Od kiedy tylko zejdą śniegi, dolina staje się jednym wielkim kempingiem. O, tak, teraz żałowaliśmy, że nie zabraliśmy ze sobą namiotu, tym bardziej, że są tam i bary, gdzie można pokosztować lokalnych potraw, napić się pysznej kawy z uroczych, wiejskich garnuszków i co najważniejsze, zbratać się z innymi mieszkańcami doliny. Zamówiliśmy sobie placintę z bryndzą na śniadanie, a potem sympatyczne gadanie, z uśmiechniętą gospodynią, z pasterzem, a także z napotkanymi krajanami.


Pasterz dużo opowiadał o górach, nas bolały ręce, z tego wszystkiego zrozumiałam tylko nazwy poszczególnych miejsc, szczytów, wąwozów, jaskiń, a także czasów, ile potrzeba, aby tam dotrzeć ... ore tzn. godzina:-)


Pies pasterski spokojnie leżał z boku i czekał, aż mu coś wpadnie do pyska z naszych śniadań,ale cały czas zachowywał strefę, nie pozwolił się pogłaskać. W końcu zajechał młody człowiek na motorynce z sąsiedniej staji i przegonił go, żeby poszedł nareszcie do roboty, stada pilnować, a nie żebrać. I wcale nie był głodny, nie rzucał się łapczywie na jedzenie:-)
Dalej tą doliną można dostać się na Polanę Ponor, z pojawiającym się i znikającym strumieniem, wszędzie wywierzyska, jaskinie, głębokie leje, słynna Twierdza Ponoru ... to miejsce poczeka na nas pewnie do przyszłego roku.
Cały masyw Apuseni jest jak ser szwajcarski, z mnóstwem odkrytych i nieodkrytych jaskiń, zjawiska krasowe obłędne, miałam okazję oglądać je w Jaskini Niedźwiedziej w Chiscau.
To było tak sympatyczne spotkanie, tak piękne miejsce, że już dziś wracalibyśmy tam na skrzydłach:-) Krzysiu i Grażynko, Glavoi jest niezwykłe, a atmosfera tam, jak nie przyrównując, na Danielce:-)
Czas pożegnania i zjechaliśmy w dół na równiny, jeszcze po drodze podziwiając ogromne masywy skalne ...


Teraz objeżdżamy góry od południa, co wcale nie znaczy, że jest równinnie, cały czas kręcimy drogą wyciętą w zboczu, czasami można zatrzymać się w małej zatoczce i popatrzeć na okolicę z wysoka ...


Szerokie przestrzenie, kolejne łańcuchy górskie niknące w oddali. Wydaje mi się, że Rumunia zagarnęła wszystko, co najlepsze z całych Karpat, nam dostał się tylko maleńki wycinek:-)
Przejeżdżamy przez tereny narciarskie, stoki o takim nachyleniu, że w życiu nie zjechałabym stamtąd. Mieliśmy jeszcze wstąpić na słynne osuwisko wysoko w górach Groapa Ruginoasa ale jakoś nieuważnie przejechaliśmy obok wejścia na szlak i nie chciało nam się zawracać, zresztą byliśmy tu już ze dwa lata temu.
Na drodze bawią się cygańskie dzieci, a ruch samochodowy niezgorszy ... podjeżdżamy bliżej, jakieś łaszki rzucone na drogę, a kiedy auta zwalniają, dzieci pokazują gestem, że chcą pieniądze ... no cóż, to są tylko dzieci i ktoś ich uczy takich zachowań ...


Skoro nie wyszło nam z tym osuwiskiem, to mam jeszcze w zanadrzu jedną ciekawostkę, tylko czy uda nam się w Garda de Sus trafić w odpowiednią drogę, i czy w ogóle tam dojedziemy. Jest, jest drogowskaz, i jeszcze inne ciekawostki geologiczne. My wybraliśmy wąwóz Ordancusei, obok jakieś jaskinie ... skręciliśmy w prawo w betonową drogę, obok szemrał malutki potok. Ściany skalne nagle wystrzeliły w górę, ścieśniły się i oto jechaliśmy dnem wąziutkiej dolinki na jedno auto, a tylko małe zatoczki pozwalały na wyminięcie się dwóch.



W tych ścianach mnóstwo otworów, jaskiń, wejść pewnie do środka ziemi, wspaniałe bogactwo krasowych zjawisk ...






Na skałach roślinność czepiająca się najmniejszej chropowatości, aby zapuścić tam korzenie ...




Na przydrożnym krzaku zaniebieściło mi się coś ... o raju! powojnik alpejski, taki, jaki mam w ogrodzie, zakupiony w szkółce, a tutaj rośnie sobie dziko ...


Przejechaliśmy wąwozem w jedną stronę, w drugą ... pełni zachwytu zatrzymaliśmy się jeszcze przy jednej ze ścian ...


Nie ma rady, trzeba wracać do cywilizowanego świata, do którego wcale nam nie śpieszno.
Cofnęliśmy do głównej drogi i powoli zaczął się nasz powrót. Znowu objeżdżaliśmy ogromny górotwór, tym razem kierując się jego wschodnią stroną na północ przez Horea.  Góry złagodniały, mnóstwo pensjonatów, domy rozrzucone po rozległych halach ... kościółek najpierw widzieliśmy z daleka. potem zrównaliśmy się z nim, a potem serpentynami wjeżdżaliśmy coraz wyżej i wyżej, aż w końcu jego wieżą została hen, daleko na dole ... może to ten sam, a może już jakiś inny, tyle zakrętów ...



Z góry widoki rozległe, ciężko zrobić z "czołgu" dobre zdjęcie, Rumunia jest opleciona siatką linii energetycznych. Wzdłuż każdej drogi, do miejscowości leżących wysoko w górach ... zauważyłam taką prawidłowość: potok, droga i linia energetyczna. Łąki przecudnie ukwiecone, przedtem ciemiężycowe, teraz mnóstwo różowej smółki,  na poboczach drogi kwitnie len austriacki, i jakieś inne niebieskie dzwoneczki, skupione na wierzchołku łodygi, Nie ma czasu przystanąć, bo musielibyśmy się co chwilę zatrzymywać:-)



Pobocza dróg zdobne w poduchy kwitnącego żarnowca ...


... a niektóre źródełka bardzo dekoracyjne ...


Jeszcze zatrzymaliśmy się , żeby kupić gdzieś przy drodze ser. Mąż pękał ze śmiechu, kiedy dwie baby usiłowały dogadać się. Ja chciałam wiedzieć, ile waży ta ogromna kula, ile kosztuje, wreszcie pomogła kartka papieru ... 4 kg to za dużo dla nas, chciałam połowę ... nie, nie odkroi ... już miałam odchodzić, ale patrzę, przecież tam wisi mniejsza ...to wzięłam mniejszą, ustaliłyśmy cenę, a tu okazuje się, że kobita nie ma jak wydać. Trochę to trwało, zanim wspólnymi siłami dobiłyśmy targu ... ale wszystko odbyło się sympatycznie, z uśmiechem. Trzeba po prostu jakieś mini-rozmówki poszukać po rumuńsku, chociaż najpotrzebniejsze zwroty:-)





Już za plecami zostały góry, jeszcze zakupy innych serów w sklepie miastowym, jakieś drobiazgi i można wracać do domu. Tym bardziej, że pogoda psuła się wyraźnie i już na Słowacji wjechaliśmy w strefę burz i opadów. Nazajutrz w chatce upiekliśmy na grillu ukochane mężowskie mici.


A ja, jako, że bardzo smakuje mi placinta z bryndzą, kazałam sobie takową ...


Już na Pogórzu, w ramach przerwy przy dalszym koszeniu trawy, poszłam na łąki i tam uwagę moją przyciągnęła rudawa kępa. Albo coś wyschło, albo przekwitło ... a to najprawdziwszy przelot, cętkowany jak futerko rysia:-) ... czyż nie piękny?



W Rumunii mijaliśmy łąkę całą w tych kropkowanych kulkach, ale cóż, mignęła mi tylko za oknem ...

I to chyba już wszystko z naszego maratonu rumuńskiego. Typowa objazdówka, bo co można w dwa dni ... ech! tak chociaż z tydzień w Apuseni posiedzieć:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, a dla wszystkich, którzy zechcą do Rumunii pojechać: DRUM BUN!
P.s. Chyba powtórzę się, ale nigdy nie czułam w tym kraju żadnego zagrożenia. Zazwyczaj unikamy miast, jeśli już, to tylko przejazdem, a na prowincji ludzie serdeczni, pozdrawiają, chcą pomóc. Miast unikamy, bo wolimy naturę, ale niektóre miasta są jak perełki, warte odwiedzenia.
Moje obawy, jakie czułam przed pierwszym wyjazdem, rozwiały się zupełnie już dawno:-)
Dzięki temu, że podróżujemy "czołgiem", możemy dotrzeć w miejsca, gdzie zorganizowany turysta dotrze rzadko, albo wcale.







niedziela, 18 czerwca 2017

Jest nakrętka, jest zabawa czyli Rumunia z przygodami ...

To może zacznę od początku:-)
Zawsze wyruszamy na nasze wyprawy z Pogórza, gdzieś tak tuż po północku.
Tuż przed samym wieczorem mąż jeszcze sprawdzał poziom wszelkich płynów, jakie powinny znaleźć się w różnych zbiorniczkach "czołgu", wyjął bagnet z oleju, żeby sprawdzić jego poziom, dolał odrobinę, pociągnął za szmatkę i brzdęk! brzdęk! nakrętka poleciała w dół. Jedna latarka, druga, okulary na nos ... no, nie widać nic. Zdjęliśmy wszelkie pokrywy spod spodu, może tam gdzieś się zatrzymała ... ani śladu, teraz pokrywa z góry ... świecimy, zaglądamy, a czas leci. Już pogodziłam się z myślą, że jednak nie uda nam się pojechać na ukochaną Rumunię, no bo co zrobimy bez korka od zbiornika oleju.
Nagle jakoś tak spojrzałam w głąb od strony silnika. coś leciutko błysnęło na złoto, jakaś blaszka i oto moje stare oczy w okularach wypatrzyły całą nakrętkę. Uleżała się wygodnie pomiędzy wiatrakiem a chłodnicą, ależ się ucieszyliśmy:-) Jeszcze trzeba ją jakoś stamtąd wyjąć, a przeszkadzają skrzydełka wiatraka. Ponieważ mam dosyć szczupłą rękę, wcisnęłam ją tam jakoś, potem pomagając sobie kolejnym obrotem wiatraka, wwierciłam ją jeszcze głębiej i chwyciłam wreszcie nakrętkę w palce, teraz tylko wyjąć:-)
Nie było to proste, zabolało, a siniak za nadgarstkiem mam do dziś:-)
Zrobiła się późna noc, zostało tylko przykręcić zdjęte pokrywy i trzy godziny na sen.
Zdawało mi się, że tylko zamknęłam oczy, a już ten znienawidzony budzik poderwał nas na równe nogi.
Pojechaliśmy na Radoszyce, stamtąd skręt za Medzilaborcami na Hostowice, bo przy okazji chcieliśmy zobaczyć kwitnące irysy syberyjskie. Troszkę się spóźniliśmy, bo irysy już przekwitały, ale warto było dla tego poranka skąpanego w rosie ...




Teraz zupełnym skrajem Słowacji dotarliśmy na Węgry, znanymi drogami omijając duże miasta. Już na stronie rumuńskiej w niewielkim Carei wymieniliśmy pieniądze, przy okazji podziwiając przepiękną zabudowę, a stare kamienice, choć mocno zaniedbane, przyciągają oko  detalem architektonicznym.
Po drodze pastwiska, jakby ziemia poorana wiekowymi zmarszczkami ... to przez lata wydeptały je w zboczach gór kopyta zwierząt, ogromnych stad bydła, które tutaj pasą się. Chodzą zawsze tymi samymi ścieżkami ... Zaglądałam też do wiejskich ogródków, ależ tam wszystko dorodne, pędy ogórków wiją się wysoko po siatce, pomidory ogromne, moje lwie paszcze ledwo, ledwo, a tu w pełnym rozkwicie ... ale potem przyjdą upały, roślinność zżółknie, zmizernieje, słońce wypali łąki, pastwiska. Teraz Rumunia jest zielona, kwitnąca ...


Celem naszego wyjazdu był Padis, płaskowyż w górach Apuseni. Zazwyczaj docieraliśmy tutaj nowiutką drogą od strony Petrosani, teraz wybraliśmy sobie drogę od strony północnej. Googlemaps pięknie wyznaczyło mi drogę, wydrukowałam mapki, przy okazji chcieliśmy zobaczyć wodospad w małej miejscowości Rachitele. I tak sobie jechaliśmy bocznymi drogami, podziwiając prowincję rumuńską, wioseczki, kwitnące łąki, a asfalt powoli zamienił się w mocno nieprzyjemną, kamienistą drogę, które niedawno była przeorana, tak, że kamienie jeszcze nie zdążyły zastabilizować się.
Sporo czasu nam zajęła ta droga, ja oczywiście w czarnej rozpaczy, bo zawsze muszę coś wyszukać i potem zmartwienie. Wreszcie wyjechaliśmy na gładki asfalt, obejrzeliśmy w Huedin błyszczące pałace cygańskich baronów ... cała ulica takich "gargamelków" w towarzystwie starej, węgierskiej zabudowy.



Stąd już kierunek do wspomnianego wodospadu Valul Miresei w Rachitele.


Tak, jego potęga przyprawia o gęsią skórkę ... huk spadającej wody, gdzieś wysoko aż pyli mgłą, a od wody ciągnie chłodem i zimnym wiatrem ...




Mieliśmy szczęście, nie było ani jednej osoby, tylko my sami. Weszliśmy wszędzie, gdzie tylko się dało, na wysokiej skale tabliczka o węgiersko brzmiącym nazwisku i imieniu, widocznie ktoś i tutaj poniósł śmierć, jakiś wspinacz, bo zimą wodospad przyciąga takowych i wspinają się po lodowej ścianie. Kiedy już porządnie zmarzliśmy w tej wodnej mgiełce, i chłodzie, ciągnącym od wodospadu. kiedy już napatrzyliśmy się na ten cud natury, ruszyliśmy na sam Padis. Jeszcze na jednej ze skał wypatrzyłam tojad, już w domu okazało się, że to lisi. Z wielką obawą nazywam te rośliny, bo przecież mogę się mylić:-)



Do tej pory prowadził nas całkiem dobry asfalt, jeszcze osada o ciekawej nazwie ... żeby było śmieszniej nazywaliśmy ją w drugiej części ... Pipii ...


I teraz zaczęła się twarda walka o byt:-)
Droga zamieniła się w kamienistą, obok przepaść z szumiącym potokiem, ostra, żywa skała, ogromne kałuże o niewiadomym dnie ... długo wspinaliśmy się do góry, nie do końca wiedząc, gdzie jesteśmy ani dokąd zmierzamy, sami wśród ogromnego masywu. Wreszcie jakaś litościwa ręka przybiła do drzewa zardzewiałą tabliczkę z napisem i strzałką PADIS 5km ... przynajmniej wiemy, że dobrze jedziemy.

Na sam szczyt dotarliśmy o zachodzie słońca, drzewa kładły długie cienie, stada pasących się krów i owiec z pobrzękiwaniem dzwoneczków schodziły do obozowisk. Na Padisu spokój, sezon turystyczny jeszcze się nie zaczął. Znaleźliśmy kwaterę, najpierw gospodyni chciała nas ulokować w jakimś drogim pokoju, ale kiedy zrezygnowaliśmy i pokazaliśmy jej plecy, znalazł się malutki pokoik za połowę ceny:-)
Jeszcze mieliśmy czas pochodzić po okolicy, po ciężkim dniu wypić piwo u babuni z cabany Padis, zaprzyjaźnić się z Ursulem ...





Przystanęliśmy w miejscu, gdzie dwoje młodych Polaków znalazło śmierć w tych górach. Podczas powrotu do cabany, w burzy obydwoje zabił piorun ... kilka metrów od domu ...


Zapadł zmrok.
Gdzieś tam zaszczekał pies, przejechał samochód. w pokoiku były ciepłe kaloryfery, bo w górach noce jeszcze zimne ... mąż tylko przyłożył głowę do poduszki, a już zachrapał. Mnie jeszcze przewijały się pod powiekami obrazy z całego dnia, nagromadzone emocje powoli opuszczały, zasnęłam i ja, bez budzenia się, do samego rana:-)


Pozdrawiam wszystkich serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!
CDN.