niedziela, 19 sierpnia 2018

I tak mija nam lato ...

W lipcu lało, ani się pooglądałam, a tu już prawie koniec sierpnia.
Mgły poranne zalegają doliny, by potem przegoniło je słońce.
Ptaki jakby ucichły, tylko koncerty koników polnych słychać do późna w noc.
Tylko trawa nic nie robi sobie z końca lata i rośnie jak szalona. Dopiero co skosiłam, a już trzeba robić powtórkę. I wcale nie z racji, że chcę mieć angielski trawnik, a dlatego, że będą lecieć orzechy, jabłka, a nawet śliwki, a wyższa trawa tylko by przeszkadzała.






Na początku tygodnia spędziłam trochę czasu z Jaśkiem, bywając sporo nad wodą. Wiar jest rzeką o charakterze górskim, ale woda była tak ciepła, że Jaśkowi nawet zęby nie dzwoniły po dłuższym chlapaniu:-) Pyszna to była zabawa, budowanie zapory z kamieni, puszczanie kaczek, "bomby" z wody, kiedy płaski kamień spadał z dużej wysokości, prawdziwe gejzery ...






Żeby tylko jeszcze wypoczywający nad wodą nie zostawiali po sobie tyle śmieci. Może to i wina braku koszy, przecież można zawiesić na obręczy kilka worków i po sprawie ... tak myślę:-)
Na drugim brzegu broniła dostępu wysoka ściana skalna fliszu karpackiego ...


Późnym popołudniem jechaliśmy na Pogórze, kierując się na most na Sanie w Krzywczy. Jakaż nas spotkała po drodze burza, ciemno zrobiło się wkoło, grad walił falami jak śnieg w syberyjskiej purdze ... schowajmy się pod drzewo, bo nam dziury porobi w karoserii ...- krzyknęłam do męża w strachu. - No tak, lepiej, żeby drzewo się na nas zwaliło - skwitował. Co prawda, to prawda, więc jechaliśmy wolniutko dalej ... za kolejnym pasmem wzniesień ani śladu ulewy, sucha droga.
Śmiałam się, że ludzie pomyślą sobie, że prosto z myjni wyjechaliśmy, tak wymyte mieliśmy auto.
Mąż zaczyna przygotowywać pszczoły do zimowli.
Już drugi raz były dymione, wczoraj po raz pierwszy je dokarmiał. Dziś zajrzał do uli, jedzenie prawie całe zabrane.
Także wczoraj zrobiliśmy porządek ze sprzętem pszczelarskim, mycie wiader, odstojników, sit, miodarki, montowanie w piwnicy nowej półki ... zajęło nam to prawie cały dzień.
Ale zanim zabraliśmy się do roboty, poranny wyjazd do sklepiku w dolinie i objazd drogi do Leszczyn i doliny Jamninki.
W Górach Sanocko-Turczańskich już z lekka płowieją bukom czupryny ...


Na drutach mnóstwo ptactwa, pewnie zbierają się do odlotu ... dziś na polach pod Radymnem widzieliśmy także stada czajek ...


Już zaczynają kwitnąć zimowity ...


Niechybny to znak, że lato ma się ku końcowi.
W piątek wieczorem znalazłam jeszcze chwilę czasu, żeby przygotować jedzenie, takie "ubogoresztkowe".
To knedle czeskie.
 Na zdjęciu wyglądają nieciekawie, ale są smaczne. To ulubione danie męża, babcia mu takie gotowała:-)


Na pewno u każdego znajdą się w chlebaku czerstwe bułki, z którymi nie wiadomo co zrobić, bo ileż można produkować tartej bułki. Więc trzeba te bułki pokroić w kostkę, przygotować ciasto drożdżowe jak na racuchy, a kiedy podrośnie, wsypać do nich te kostki. Dokładnie wymieszać i poczekać, aż bułka wypije wilgoć z ciasta. Uformować kule, wrzucać na wrzącą wodę /dla ułatwienia można obtoczyć je w tartej bułce, żeby nie lepiły się do rąk/. One nie toną, pływają cały czas po wierzchu i niech to Was nie zmyli, trzeba je pogotować dłużej, żeby środek nie był surowy.
Swoje knedle czeskie polałam sosem z kurek, na następny dzień zostały odsmażone i również z tymże sosem zjedliśmy. Dziś rano zjedliśmy same, tylko takie chrupiące:-)
Tylko trzy bułki, a jedzenie, że ho!ho!


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!


wtorek, 7 sierpnia 2018

Klęska urodzaju ...

Zawsze byłam przeciwna takiemu nazewnictwu.
Jak to klęska? Trzeba tylko mądrze wykorzystać obfitość plonów.
Jednak mój stary sad chyba nie przeżyje tej obfitości.
Stare śliwy węgierki  łamią się pod ciężarem owoców jak zapałki.
Dziś kosiłam, bo po deszczach trawa znowu wybujała i już zaczęła wykładać się.
Kosiłam ze strachem pod tymi drzewami, bo zdawało mi się, że wibracje kosy spalinowej spowodują, że drzewo nie wytrzyma.
Jedna śliwka stoi jeszcze, bo oplatające ją pędy winorośli jeszcze przytrzymują, a kierunek upadku prosto na mój piec chlebowy:-)
Inna położyła się płasko na dachu pomieszczenia gospodarczego, podparta trochę na drewnianych widełkach, pojedyncze gałęzie jabłoni spadły na dół.
Do zbiorów owoców jeszcze daleko, muszą przecież dojrzeć, a jeszcze chyba powiększają swoją objętość i ciężar.









Tak się cieszyłam moją grządką permakulturową, dorodne pomidory, ogórki ... wystarczył jeden dzień nieobecności, a pomyślałam, że ktoś psikusa mi zrobił.



Jakby zaraza ogniowa przeszła ... dziś to już sterczą tylko wyschłe pędy, a zgniłe owoce opadają ...


Pod folią lepiej, no może chociaż tutaj coś z tego będzie ...



Po kilku dniach "złe" przylazło i tutaj ... coś tam jeszcze zbieram, ale nowe owoce już nie przyrastają, liście sczerniałe, łodygi to samo. Mąż tylko pokiwał głową: - Tyle się nachodziłaś przy tych rozsadach, tyle pilnowania, od lutego ... Takie to są blaski i cienie działkowca-amatora.
Pod folią jeszcze podlewam pomidory, niech dojrzeją te, które przetrwały. Wczoraj miałam towarzystwo, pod strumień wody z węża przyszła jaszczurka zwinka. Zanurzała pyszczek w wodzie, jak to czasami pies bawi się, polałam ją, co sprawiało jej wyraźną przyjemność:-) przeszłam do następnego krzaczka, a ona dalej czekała, no to jeszcze ją polałam ... popiła, kilka razy wysunęła rozdwojony języczek, jakby się oblizywała i sama odeszła. Nie sądzę, żeby cierpiała na brak wody, przecież tunel jest otwarty na okrągło.


Przestało wreszcie lać, może drzwi zaczną się domykać, spuchnięte od wszechobecnej wilgoci.
Piernaty wyniosłam na słońce, wszelkie dywaniki i inne szmatki, bo mam wrażenie, że wilgoć dotarła wszędzie.
Na środku podwórza rośnie stara grusza. Dziwna to jakaś grusza, bo jej owoce już spadają miękkie w środku, a już na ziemi wystarczy dzień, dwa i śladu po nich nie ma. Używanie mają osy, szerszenie, motyle, a nawet pszczoły ... teraz to nawet te na drzewie są przez nie zjadane. Słychać brzęczenie, jak na kwitnącej lipie, a pod gruszą ... no, tam to strach nawet się zbliżyć:-) Osy są wszędzie, nie można jeść na tarasie, psy chowają się przed nimi, a okna i drzwi w chatce są zamknięte, bo zlatują się po kilkanaście sztuk. Już zostałam użądlona, i to wieczorem, kiedy czytałam przy lampce. Przyleciała do światła, a ja myślałam, że to mucha usiadła mi na włosach, no i dziab! w rękę:-)
To ostatnie odkrycie w pomieszczeniu gospodarczym, są dwie kule wielkości głowy dorosłego człowieka, już są puste ...



... chyba osy tu mieszkały, te same, na które polował gąsiorek:-)
Nastał czas przetworów, zdążyłam jeszcze kupić wiśnie w sadzie po drodze na Pogórze. Dżem już siedzi w słoikach, a ja pracuję nad konfiturą wiśniową. Trochę to schodzi, bo konfiturę przygotowuje się przez 3 dni ... podgrzać i zostawić do ostygnięcia, podgrzać i zostawić ... owoce stają się szkliste, nasycone cukrem, dobrze się przechowują. To tak zwana galanteria przetworów z wiśni, nie do codziennego użytku, a do przyozdabiania smakowego np. budyniu, bitej śmietany, zupy "nic", ciast czy lodów:-)
To już tyle wieści z Pogórza.
W powietrzu czuje się już poranny chłodek, pachnie jesienią, a ja nie zdążyłam nacieszyć się latem.
To wszystko przez ten deszcz:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!





poniedziałek, 30 lipca 2018

Peregrynacja do Marii Hilf, poszukiwania ruin Edelstejn ... czeskich klimatów ciąg dalszy ...

Sobota była troszkę gorączkowym dniem.
Trzeba było poczynić poranne zakupy, przede wszystkim w sklepiku sieci Hruszka, bo tam sprzedawali bryndzę na wagę, a czynny był tylko do 12. W jednym już nie było, w następnym też, więc machnęliśmy ręką i po drodze okazał nam się trzeci, w którym tę bryndzę dostaliśmy ku naszej radości. Marzyło mi się w domu zrobić haluszki z bryndzą i skwarkami boczkowymi:-)
Już byliśmy wykwaterowani, żeby nie śpieszyć się z trasy, by zdążyć zabrać się z pokoju przed zakończeniem doby pobytu na agro.
Mieliśmy zaplanowaną trasę szlakiem żółtym ze Zlatych Hor, z ośrodka narciarskiego Bohema.
Na mapie zielony kolor znaczył, że będziemy wędrowali lasem, co nas niezmiernie cieszyło, bo dzień od samego rana był upalny.


Ale niestety, las był tylko na mapie. W rzeczywistości szlak prowadził pustynią, lasem wyciętym do jednego drzewa, tylko te pnie ze znakiem szlaku ucięte były do połowy i smutnie znaczyły drogę.
Upał walił w nas ze zdwojoną siłą, wlekliśmy się do góry w ślimaczym tempie, czy aby do samego końca czeka nas taki goły stok, buchający żarem?


Na szczęście okazało się, że szlak jest jednocześnie Drogą Krzyżową, ze stacjami zbudowanymi z kamienia, tak jak lubimy. W ich cieniu chowaliśmy się przed palącym słońcem, czasami zatrzymywaliśmy się pod pojedynczymi drzewami.


Coraz wyżej, coraz wyżej,  przy kolejnej stacji szlak skręcił w prawo, ostatni ścięty świerk ze znakami szlaku i wreszcie zbawczy cień lasu. Czuło się się chłód ciągnący z zielonego masywu, jaka ulga ...



Jeszcze trochę i znaleźliśmy się ponad sanktuarium Marii Pomocnej.
Przy okazji poszukiwań w necie natknęłam się na wpis z 2009 roku blogowego znajomego Wkraja, który pięknie opisał historię tego miejsca. Przy okazji, zerknąwszy na datę tego wpisu pomyślałam o sobie. Wtedy internet dla mnie jeszcze nie istniał, z pobłażaniem patrzyłam, jak mąż z synami siedzą, grzebią w tym internecie, marnotrawią czas ... po jakimś czasie wciągnęło i mnie:-)
I tak od marca 2011 roku nie mogę wyleźć z tej "studni":-)
Wracając jednak do naszej wędrówki ... schodkami zbiegliśmy na kościelny plac, obeszliśmy krużganki, napiliśmy się źródlanej wody z cudownego źródełka, a potem zasiedliśmy wysoko pod drzewami, w cieniu na ławce.


Widzicie te siostry zakonne u wejścia do kościoła w niebieskich szatkach?
Potem przyszły wysoko do nas, usiadły na sąsiednich ławkach i zaczęliśmy rozmawiać. Młodziutkie twarze, dzieci prawie, wesołe, rozszczebiotane, roześmiane ... jak to młodzi.
Tymczasem trzeba nam było jakoś dotrzeć do niebieskiego szlaku, a nigdzie tego koloru nie widzieliśmy na szlakowskazach i nikt nie umiał nam powiedzieć, gdzie go szukać.. Dobrze, że miałam podrukowane mapki, a wśród nazw wymieniony  szczyt Vyr, do niego musieliśmy dotrzeć. Prowadziła tam 0,5 kilometrowa ścieżka pięknym, bukowym lasem, a już na szczycie węzeł szlaków i nasz niebieski, i oryginalna skała ...


Znowu szliśmy sami, teraz już coraz niżej i niżej, przy drodze wiata z ciurkającym źródełkiem w środku, miły chłód bijący od wody, chwila odpoczynku i wreszcie ruiny zamku Edelstejn.
Od XIII wieku pełnił on funkcje obronne i ochronne interesów biskupstwa wrocławskiego, tego, co kryło wnętrze góry Pricny Vrch, a więc bogatych pokładów złotego kruszcu. Znaleziono tutaj jedne z największych samorodków złota w Europie Środkowej o wadze 1,38  i 1,79. Jak czytaliśmy na tablicy, zamek przechodził różne koleje losu, zmieniali się właściciele, był zastawiany, przegrywany, wreszcie został zburzony. Oto, co z niego zostało ...




W prześwitach miedzy drzewami niezłe widoki, i na Zlate Hory też:-)




Szlak wychodzi przy górnej stacji wyciągu narciarskiego, jest ławka ze stołem, można odpocząć, popatrzeć na przecudowne motyle, które nijak nie dały się sfotografować, a także wyobrazić sobie to miejsce zimą, pełne narciarzy. Bo teraz cicho i spokojnie ...


Zeszliśmy do drogi, obok płynął wartko górski potok, na znacznych uskokach tworząc pieniste kaskady ...


Jeszcze przejechaliśmy drogą w stronę Hermanovic, gdzie mąż zauważył skręt do Pomocnej Marii i pokiwał głową z uśmiechem: - To tyle mnie po górach przegoniłaś, a można było autem podjechać:-)
Odbiliśmy w boczną drogę w poszukiwaniu strumienia, żeby można było obmyć się po trudach wędrówki, przebrać ... na samej górze znaleźliśmy źródełko, kryniczna woda zmyła z nas zmęczenie, ochlapanie zimną wodą orzeźwia. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęć z daleka Pomocnej Marii, ale zobaczycie je u Wkraja, widoki były też niezłe, to już morawski kraj.
 I to już koniec naszej czeskiej wyprawy.
Jeszcze w sklepie u Horaka poczyniliśmy ostatnie zakupy, obserwując uważnie, co też ludzie kupują.
Batony czekoladowe Kastany o różnych smakach, przyprawa Deko do przetworów, wielkie opakowania pieprzu czarnego i kolorowego, szampon i krem do rąk z serii konopie, była jeszcze herbata konopna ... ale ja wiem, wystarczy może czystek, który piję:-) ... i jeszcze "ryżi pivo z hor":-)
Także w tym samym miejscu zjedliśmy obiad, powtórka czesnakovej polivki, bo nam smakowała i oczekiwanie na koncerty. Byliśmy już bezdomni, bo nocą mieliśmy wracać do domu, nie braliśmy sobotniego noclegu, tym bardziej, że syn angielski w tym samym czasie na urlop zjechał i to on był pierwszy w domu.
Załapaliśmy się na występy konkursowe PUCH, potem była Irena Salwowska z zespołem ... w zeszłym roku byliśmy świadkami jej zwycięstwa w konkursie i z wielką przyjemnością wysłuchaliśmy tego koncertu.



Potem były Wyspy Dobrej Nadziei z poezją Gałczyńskiego ...



Darowaliśmy sobie następne koncerty.
Za chwilę miał zapaść zmrok, trzeba jeszcze za dnia przejechać te remontowane ronda z objazdami, w Prudniku, w Głogówku ... dzięki temu zobaczyłam, jak piękna jest stara zabudowa rynkowa mijanych miast. Potem to już dojazd do A4 w kierunku na Pyskowice, do domu jeszcze daleko, ale przynajmniej nie było korków na bramkach autostrady. Koło 2 nad ranem, w niedzielę byliśmy już w domu.


Dziękuję za Waszą uwagę, pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia na następnej Kropce, pa!