niedziela, 4 października 2015

W jesiennej tonacji ...

Nawiedziły nas gwałtowne opady, tak się cieszyłam, że wody przybędzie w studni.
A tu nic z tego. Woda spłynęła szybko w dół, napełniła koryta potoków i Wiaru, tak, że w zeszłą niedzielę strach było przejechać brodem, a śladu w naszej studni nie poczyniła. Radzimy sobie dalej z beczkami, wlewamy wodę do studni, żeby pompa przynajmniej była zanurzona i można było korzystać z kranu, garnuszki umyć.
Oprócz tego ulewy wymyły pobocza nowej drogi, ściągnęły kamienie na asfalt i pewnie drogowcy będą musieli jakoś je umocnić, bo przy tym spadku terenu rychło zabierze drogę w dół.


Podjadamy już własne papryczki czereśniowe, nadziewane słonym serem, jedne z dodatkiem ziół, zalane w słoikach gorącą oliwą z dodatkiem czosnku i bazylii. O, benedyktyńska to praca wytrybowanie tych małych owocków z nasion, ale warta zachodu, bardzo smakowita przekąska, tym bardziej, że zrobiona własnymi rękami i z własnej papryki.
Oprócz tego mnóstwo czasu zajmują mi śliwki, strząsam je z drzew już mocno dojrzałe, ze zmarszczonymi "dupkami", jak nazywa je Krystynka, słodkie i soczyste ... no grzech nic z nich nie robić, zostawić na zmarnowanie ...


To i kompoty na zimę w ogromnej ilości, i powidła smażą się na zmianę na kuchni ...


Zwykła kuchnia to bardzo dobry wynalazek:-) powolutku cała zawartość brytfanki odparowuje, nic się nie przypala ... po jednym polanku w palenisku, po jednym ... i już za trzy dni mamy śliwkowe delicje, gęste, pachnące, i prawie bez cukru. A co z resztą urodzaju? Nic, tylko mi szykować beczkę na palinkę:-)
Jabłek w tym roku nie ma, jabłonki odpoczywają po zeszłorocznym urodzaju, ale zawsze kilka w trawie leży na przygotowanie najzwyklejszej szarlotki.
Od wczoraj mamy iście letnią pogodę, pracujemy przy budowie w koszulkach na krótki rękaw. Pewnie z tymi temperaturami związana jest inwazja biedronek, które nadlatują od lasu w ilościach ogromnych, no i gryzą nas niemiłosiernie. O, gdybyż tak mieć kilka zupełnie wolnych dni, od rana do wieczora ... diabła byśmy zrobili, jak mawia mąż. A tu czas rwany, kilka godzin po pracy i już zapada zmrok, słońce tak szybko chowa się teraz za Horodżenne.


 Ale są już widoczne postępy na budowie, prawie wszystko opatulone wełną mineralną, osznurowane i obite jakąś włókniną ... trochę robót na wysokościach, na rusztowaniach. Ja tam nie pcham się tak wysoko, raczej mąż, ja podaję narzędzia, gwoździe, wkręty, a wszystko różnej długości. Do tego nauczyłam się, co to ostrze skrzydełkowe, śmiga, kątownik, no i przymuszona jestem na dole przycinać listwy, a więc pilarka czy wyrzynarka na bieżąco. Bałam się na początku, ale w końcu przecież to robią ludzie, to i ja dam sobie radę, wolniej bo wolniej, ale idzie mi coraz lepiej:-)
Mieliśmy już pierwszy oszroniony poranek ...


... dobrze, że poprzedniego wieczoru okryłam "na wszelaki pożarny słuczaj" paprykę, pomidory podmarzły, ale jeszcze niezupełnie, tylko wierzchem. Bardzo ładnie obrodziły orzechy włoskie, moi staruszkowie dają z siebie wszystko ... a już myślałam, że jeden, podpróchniały prawie na wylot zakończy żywot.
Jelenie ryczą wieczorami, ale jakby mniej, w końcu nie zostało ich tak wiele, skoro zasadza się na nich tylu myśliwych, kłusowników ...
Wyszłam w piękne popołudnie na nasze łąki, nazbierać tarniny, która obficie w tym roku obrodziła, w końcu to też "śliwka" ...



Już mrozi się w zamrażarce, a potem część do nalewki, a część na sok ... dary natury, jak nie skorzystać?
Latem, w czasie suszy, byłam w miejscu, gdzie znalazł sobie miejsce widłak ... wysechł zupełnie, żółty ... myślałam, że już się nie odrodzi ... a tu tymczasem cieszy oko żywa zieleń ...


Dziś podkarpackie zakończenie sezonu motocyklowego / a tak niedawno było otwarcie/, maszyny ryczą na drogach od wczoraj, a plac przy sanktuarium kalwaryjskim pełny ... po południu koncerty, oddawanie krwi dla potrzebujących dzieci ... zauważyłam, że z roku na rok coraz więcej jeżdżących na motorze ...
Jeszcze kilka zdjęć z jesiennego popołudnia, słońce niskie, a zimowity dalej kwitną jak oszalałe ...





Zobaczcie, jakie urokliwe chatki budują na Pogórzu ...



Pozdrawiam wszystkich serdecznie, dziękuję za odwiedziny i dobre słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!



15 komentarzy:

Mażena pisze...

Jest czas sadzenia , jest czas zbiorów....a Ty tak wspaniale zamykasz to wszystko w słoiczkach. Niesamowite te ziemowity na zboczach. Deszcze są wskazane ale faktycznie, ziemia chyba wyschnięta przepuszcza gdzieś. Podmyte drobi to jednak kłopot, bo nawierzchnia może popękać.

ankaskakanka pisze...

My również wykorzystujemy ostatnie słoneczne dni na prace ogrodowe. A pogoda sprzyja, z tym że biedronek tu nie ma. Dzisiaj sadziliśmy drzewka owocowe, więc roboty będę miała dużo więcej za jakiś czas. I żałuję, ze nie mam takiego pieca, boski jest. Już wiem, kiedy wybuduję taki domek ze zdjęcia, to będę miała taki piecyk. Dziękuję za przepis. Kiedyś zrobię takie papryczki, może je nawet zasadzę. Stale kupujemy Anipasti, to są moje smaki. Pozdrawiam serdecznie.

Agata Zinkiewicz pisze...

Papryczki wygladaja smakowicie:)a domek jest uroczy!Jesień to piękna pora my sadzimy drzewka i krzewy sprzątamy warzywnik i czekamy na deszcz bo jest naprawde sucho! Pozdrawiam i samych przyjemności na nadchodzacy tydzień:)

Anna Kruczkowska pisze...

Pięknie wyglądają te Twoje papryczki, a powidłami aż mi zapachniało ( u mnie w tym roku posucha śliwkowa- coś mi śliwę zżarło :( )
A wody na Wybrzeżu ani widu, ani słychu. Kiedyś trochę popadało, ale niewiele. Grzyby pokazały się, ale już ich coraz mniej- za sucho. Tarnina też u nas obrodziła, więc niedługo i ja się na zbiory wybiorę :0
Pozdrawiam cieplutko znad Bałtyku.

Grażyna-M. pisze...

Takie powidła są najlepsze. :)
U Ciebie oczywiście pracowicie, pachnąco i kolorowo.
Śliczna ta chatka. Bardzo mi się podobają takie dachy okalające okienko, tak miękko ukształtowane.
Miłe jest to podobieństwo do krokusów. :)
Serdeczności :)

grazyna pisze...

Zimowity!! no pieknie wygladaja a te krajobrazy Twoje zachwycajace o kazdej porze roku! Ach Mario jestes szczesciara niewatpliwie. I jeszcze smakolyki..pozdrawiam Cie serdecznie i wracam by sue napawac zdjeciami...

mania pisze...

Maryniu, Ty to jesteś prawdziwa kobieta pracująca, co to żadnej pracy się nie boi :) I u nas popadało ale w lesie zupełnie tego nie widać, nie pamiętam już kiedy nie było błota na ścieżkach w Stefanowej Dolinie.
Serdeczności

Bozena pisze...

Mam nadzieję, że wcześniej, czy później i ja będę cieszy się z powideł, kompotów, soków. Na razie brakuje mi na to czasu. Taki ten rok rozdarty pomiędzy pracą jeżdżeniem z tatą na chemioterapię itp.Może w przyszłym roku... Podziwiam Cię za pracowitość.Jesteś SIŁACZKA!uściski:))

t pisze...

Ładne przetwory :) i jak zawsze z przyjemnością przeczytałem Twój wpis.
Ja cały czas nie mogę się do śliwek przekonać i w tym roku znowu nie zrobiłem z nich żadnego użytku (prócz oczywiście jedzenia świeżych).

Beata Bartoszewicz pisze...

Jesień pracowita, ale zamyka lato w słoiki :) Będą pyszne wspomnienia.
Zdjęciowy spacer po Pogórzu refleksyjny, urokliwy, bo zdjęcia piękne , jak zwykle.

Piękny ten domek stawiany przez nowych osiedleńców, a to bawole oko, ummmmm...
Wydaje się jakby bale były wykorzystywane z już kiedyś stojącego domu.

Najserdeczniej ściskam spracowane Twoje dłonie Marysiu, i męża pozdrawiam również :)

Dorota pisze...

Zimowity w promieniach słońca wyglądają przepięknie na Twoim zdjęciu. I znowu pokazujesz, że jesteś kobietą wszechstronną. Pozdrawiam :)

Pellegrina pisze...

Właśnie pyrkoczą w garze winogrona na sok, podsmażają się z cebulka maślaczki - ach ten świat w jesiennej tonacji. Smażenie powideł jeszcze przede mną. U Ciebie Marysiu kolorowo, pachnąco i smakowicie, przeszkody w postacie braku wody Cię nie zniechęcają. Tak trzymaj!

Nasza Polana pisze...

Chatka na Pogórzu bajkowa. Czujemy ten klimat. Tarninę też postanowiłam zbierać w tym roku. Pociąga mnie także jarzębina i głóg. Masz Marysiu jakieś ciekawe przepisy na konfitury lub nalewki? Podzielisz się? :-)
ściski

Tomasz pisze...

Zazdroszczę papryczek, żałuję że w studni wody brak :(. Deszczu znów nie ma, pozostaje mi życzyć go jak najwięcej. Czy orientujesz się Mario gdzie w okolicach Kopystańki można zapalić ognisko? Mam ochotę na mały rodzinny piknik bez naruszania przepisów. Nie biwakowałem nigdy w okolicach Kopyśna mimo kilku wędrówek.
Pozdrawiam

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Mażena, suche lato odbiło się na zbiorach, korzeniowe mizerne jakieś; łąki pokoszone, to widać doskonale, jak kwitną zimowity, a i może teraz zwracam na nie większą uwagę, bo takie śliczne:-) pozdrawiam.

Ania, inwazja biedronek azjatyckich, tych, co to wymknęły się naukowcom spod kontroli; ani się spostrzeżesz, jak drzewka urosną i będą owocować; tak posadziliśmy kiedyś orzecha włoskiego, a on już sypie owocem jak trzeba; pozdrawiam.

Agata, papryczki są pikantne, ale ser łagodzi tę ostrość, no i zalewa z oliwy rozpuszcza ją trochę; może u nas dzisiejszy śnieg trochę nawodni ziemię; pozdrawiam.

Ania, pewnie jeszcze trochę zrobię powideł, szkoda śliwek zmarnować, bo w przyszłym roku na pewno ich u nas nie będzie; na grzybach nie byłam jeszcze, czasu nam brakuje; i ja pozdrawiam.

Grażyna-M, mnie też podoba się ten dach, jest z desek, coś jak gont, i czymś ciekawie zabarwiony, może to surówka z ropy naftowej; pamiętam, pamiętam, nazwa Ci niemiła, sam kwiatek i owszem; pozdrawiam.

Grażyna, zdarzają się takie czarodziejskie chwile przed zachodem słońca, kiedy światło miękko pada na łagodne wzgórza, widać wtedy każdą nierówność terenu; trzeba szczęściu pomagać, łatwiej przyjdzie:-) pozdrawiam.

Mania, no ba! umiem już dużo:-) ponoć były u nas na łąkach kanie, ale ja zupełnie nie miałam czasu na grzybobranie, deski malowałam od rana do nocy; pozdrawiam.

Bożena, pewnie ja jeszcze dorobię powideł, bo przyszły rok może okazać się nieurodzajny; przynajmniej u nas tak jest, a drzewa stare, mogą nie przetrwać; przychodzi czas, że musimy zaopiekować się rodzicami, dobrze, gdy jeszcze obowiązki można podzielić między najbliższych; pozdrawiam.

T, mój syn ma taki wstręt do śliwek, że nawet świeżych nie je, no ale są jeszcze inni domownicy; teraz będę je pewnie na śniegu zbierać, co im wcale nie szkodzi, może nawet są bardziej słodkie; pozdrawiam.

Beata, trzeba zebrać, co się posadziło, albo samo urosło;przyszedł do nas najstarszy pewnie mieszkaniec wioseczki, i łapał się za głowę nad marnowaniem tych śliwek, także u niego; bo przecież za jego dzieciństwa i młodości nic nie miało się prawa zmarnować; śliwki były suszone na siatkach i jadło się je całą zimę, bo była bieda; za tym domkiem stoi drugi, tak, to przenoszone stare domy; cieszą oko ich nowe życia; i ja pozdrawiam.

Dorota, bo u nas teraz jesienią, jak na tatrzańskich łąkach wiosną:-) ano życie wymaga od nas różnych umiejętności, które się nabywa z czasem, albo życie wymusza; anim myślała, że będę piłą operować:-) pozdrawiam.

Krystynko, winogrona moje zostały pod śniegiem, ale może coś odrobinę jeszcze zbiorę, na sok właśnie; wodę przywozimy i zalewamy studnię; radzimy sobie, jak powiedział baca, zawiązując buta dżdżownicą:-) pozdrawiam.

Polanko, ciekawa jest ta chatka, a całe obejście nazywa się Orzechowisko, pewnie od ilości drzew na podwórzu; a Wy swoją sadybę jakoś nazwiecie? robiłam kiedyś jarzębiaczek, ale coś sknociłam, bo mąż z lekka krzywił się:-) a tarninę po prostu wrzuca do butelki, ja nie jestem smakoszem tych specjałów; z kolei znajomy robi nalewkę z tarniny na szybko, gotując przemrożone owoce, ale nie znam tego przepisu; a sok, to chyba zasypię owoce cukrem w słoju, ponoć ma dużo witamin; pamiętam tylko cukierki Jarzębinki, owoce w pomarańczowej polewie, jakie to było smaczne; pozdrawiam.

Tomasz, papryczki powtórzę na przyszły rok, już mam swoje nasionka, bo zachowałam je prawie wszystkie z oczyszczanych owoców; jest takie miejsce przed samą Kopystańką, idąc szlakiem od Rybotycz, pod starą lipą, przy zawalonej stajni, widziałam tam jakieś miejsca do siedzenia, i krąg ogniskowy; patrzę za okno, najpierw śnieg, teraz deszcz, może spłynie coś do studni:-) pozdrawiam.