niedziela, 2 października 2016

Wielka ucieczka czyli moje kłopoty z psami ...

Amik rozwłóczył się przeokrutnie.
Pisałam nie tak całkiem dawno, że poszedł gdzieś na łąki i przepadł prawie na całe popołudnie i noc.
Ile mnie to kosztowało zmartwienia, szukania, wołania, czekania i nocy nieprzespanej, to nie wspomnę.
Ostatnio znowu wywinął mi taki numer, z tym, że zabrał ze sobą Mimi.


W jednej chwili straciłam psy z oczu, tym bardziej, że obejście nieogrodzone ... minęło sporo czasu, patrzę przez moje okno widokowe, a tam na łąkach "zapotocznych" biegną jakieś psy ... szybko lornetka do oczu ... nie do wiary, pierwszy Amik, a za nim Mimi ... przystaje, ogląda się, czy biegnie za nim i razem do przodu ...
W strachu wybiegłam na łąki, wołam, gwiżdżę ... słyszę psy ujadające, ale one mnie wcale, bo wiatr zachodni, zeszłam nad potok, słyszę je gdzieś daleko w lesie, a potem cisza ...


Miałam jechać po męża, przyczepka z drzewem naszykowana, a psów nie widać ... co było robić?
Czekałam do południa, dłużej już nie mogłam ... jeśli w ogóle wrócą, to znają dobrze drogę do chatki, a my przyjedziemy za 2-3 godziny.
Z ciężkim sercem, z niepokojem wracałam, i z nadzieją, że jednak powitają nas u bramy ... zjeżdżamy w dół naszą drogą, jesteśmy już pod chatką ... wychodzą nam na powitanie dwie złachane łajzy, z sierścią zlepioną błotem i rzepami ... skaczą, witają, merdają ogonami ... no jak tu je skarcić, skrzyczeć, ukarać, przecież nawet nie będą wiedzieć, o co chodzi?


I skończyła się słodka wolność ...
Na tarasie pojawił się całkiem ładny i długi łańcuszek, którym przypinam Amika do nogi stołu.
Nie krzywduje sobie wcale ... grzecznie kładzie się na swoim legowisku i stamtąd albo poszczekuje, albo śpi sobie ... a Mimi bez niego nie ma ochoty na jakieś wyprawy ... kręci się koło chatki, idzie ze mną na grządki i grzecznie wraca.
Z kolei Amikowi też należy się trochę wolności, więc Mimi zamykam w domu, a jego puszczam luzem ... pobiega, obwącha swoje miejsca, zrobi co potrzeba i nie ciągnie go gdzieś dalej ... wraca, a ja go na powrót przypinam.
Musi być łańcuszek, bo ze smyczą radzi sobie doskonale, dobrze, że zauważyłam, jak ją przeżuwa tylnymi zębami:-)
Amik to pies po przejściach, po jego zachowaniu widzę, że był kiedyś na uwięzi, nie przeszkadza mu ten stan "przejściowy", mam nadzieję ... dopóki nie uda nam się postawić ogrodzenia.
Kiedy się ściemni, psy są już puszczane, nie uciekają wtedy, trzymają się chatki ... ale w ciągu dnia nie mogą być razem na wolności, bo od razu idą "w długą".
Na razie musi być tak, bo nie chciałabym, żeby padły ofiarą myśliwych, przecież im wolno strzelać do wałęsających się psów ... w pobliskich lasach kręcą się już dwie watahy wilków, a psy ponoć są ich przysmakiem i ... na razie musi być, jak jest ... "wyjścia sterowane" ...
Nie powiem, jest to dla mnie dodatkowa uciążliwość, ale nie mam pomysłu, jak to urządzić inaczej ...
a zależy mi na psach, nie chcę, żeby im się stała krzywda ...


Ale może już dosyć o tych moich sierściuchach:-)


Na Pogórze zawitała jesień, dziś rano ze zdziwieniem zauważyłam przebarwione drzewa, a zwłaszcza dzikie czereśnie, i już zaczynają rudzieć buki. Kolejnym, bardzo znamiennym zjawiskiem jest zakończenie sezonu motocyklowego na kalwaryjskim wzgórzu ... zjeżdżają się ich tysiące ... są koncerty na wolnym powietrzu, uczestnicy dobrowolnie oddają krew, pomagając w ten sposób potrzebującym ... dudnienie wielkich maszyn od piątku było słychać z doliny.
Na zdjęciach to tylko poranny zwiastun tego, co się będzie tu działo potem ...




Dziś, jak wracaliśmy do domu, mąż mówi  ... jedź w prawo, nie na główną drogę, będzie mniejszy ruch ... ale gdzie tam, zewsząd jechały motory, towarzyszące im auta ... o! jest już wieczór, kiedy piszę ten post, a jeszcze słychać warkot silników powracających:-)



Wszędzie brakuje wody, nasze rzeki zamieniają się w niewielkie ciurki wodne, Wiar niknie między kamieniami ... dziś rozmawialiśmy ze starszym panem, który ma za Wiarem kawałek letniska ... wody z własnego ujęcia już nie ma całe lato, więc wiercił głębinówkę ... dowiercił się do solanki w najczystszej postaci ... teraz planuje pogłębić istniejącą studnię, może studniarze dokopią się do jakiejś wydajniejszej warstwy wodonośnej ... a może nie ... ogólny problem na Pogórzu - brak wody w studniach ...


Kiedy tak sobie rozmawialiśmy pod murem klasztornym, zauważyłam, że do kwitnącej surfinii przyleciał jakiś zawisakowaty chyba, może to fruczak ... zrobiłam mu kilka zdjęć, myślałam, że obiektyw uchwyci skrzydła w ruchu ... ale na zdjęciach tylko rozmazany cień, tak szybko migały ...


Robiłam dżem z ciemnych winogron, bo naczytałam się w necie o jego smakowitości, a winogron u mnie dostatek ... z dodatkiem jabłek ... Pięknie się to wszystko rozgotowało, pyrkało sobie spokojnie na blasze kuchni ... ale winogrona przecież mają masę pestek, więc przetarłam to wszystko przez sito, i zrobiła się taka pulpa-przecier ... "rzadzielinka" jak mawia moja teściowa ... naobierałam jeszcze jabłek, rozparowałam, przemieszałam razem i odparowuje się to teraz na maleńkim ogniu, i pięknie pachnie ...
Muszę przyznać, że bardzo nie lubię dżemów z dodatkiem tych żelfiksów czy innych specyfików, sztucznie zagęstniających ... dżem ma być odparowany, nie przypalony, ewentualnie coś domieszać z większą ilością pektyny:-)
Odbyła się degustacja papryczek czereśniowych ... i zostałam pochwalona, aż pokraśniałam z dumy.
Korzystając z pięknej pogody całą sobotę spędziłam, zbierając plony z grządek, jedne warzywa lepiej wyszły, inne gorzej, ale nie ma co narzekać ... a kapustę będę kisić też swoją, dorzucę do garnka trochę jabłek, jak się robiło dawniej ... żeby też się ukisiły ... nigdy takich nie jadłam, najwyższa pora skosztować ... warzywa złożone w zimnej piwnicy, razem z natką, która ani myśli więdnąć:-)
Mąż dokarmiał pszczoły, było cieplutko, ależ się rozszalały ... miałam pozbierać jeszcze orzechy, bo lecą z drzewa, ale owady latały nade mną jak perszingi ... dziś rano nie było już co zbierać, zostały tylko pokruszone skorupki ... tak myślę, że pewnie dziki się dobrały, a może jakie inne stworzenia :-)...
Wieczorami jeszcze ciepło, siedzieliśmy na tarasie, słuchając nocnych odgłosów z lasu  ... w piątek zjeżdżaliśmy do chatki, Janek "góry" krzyknął tylko do mnie: - nie jedź na dół, tam byki ryczą ... to prawda, rykowisko trwa w najlepsze, jeszcze rano je słychać ...
Popielice chyba już zasnęły na zimę, bo nie słychać ich tupania na poddaszu.
Aha! i znowu się pochwalę ... nasze miody pojechały aż do Monachium:-)


Jeszcze mi się przypomniało, jakiego psikusa sprawiła mi Mimi w któryś dzień ... mam w małym oczku wodnym pompkę, do której podłączona jest malutka fontanna i żaba, która też pluje wodą, a wszystko dla lepszego napowietrzenia wody, żeby się nie psuła. Mimi wyciągnęła żabę w krzaki i cała woda została "wypluta" poza obręb oczka ... po jakimś czasie zachodzę, pompka ledwo rzęzi, a wody prawie nie ma:-)  ... robi nam to psisko różne kawały ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!



20 komentarzy:

Barbara Wójcik pisze...

Motory- moje marzenie...
Pieski dwa duże parę razy wybiegły na drogę, ale udało się je opanować, są zagrodzone w dużym ogrodzie więc mają raj. A grubiutka Sonia zawsze przy nas:-)

Aleksandra pisze...

Czytałam niemal z wypiekami na twarzy, takie interesujące zapiski. Psy są nie do podrobienia. Widać, że szczęśliwe, a że rozrabiają no cóż taka ich uroda.
Jakoś do motorów nie mogę się przekonać. Z pewnością jest grupa rozważna i potrafią odpowiednio zachować się. Jednak za często widzę szalejących bez opamiętania. Nie patrząc, że drogi nie koniecznie należą tylko do nich.
Wyobrażam sobie jak pięknie i kolorowo musi robić się na Pogórzu.
U mnie też jest coraz ładniej. Pozdrawiam

mania pisze...

A to gałgany! Piękne kolory u Was, ja mam wrażenie, że u nas wciąż zielono, ledwo klony i lipy pożółkły a przecież to już październik.
Dobrego tygodnia :)

Grey Wolf pisze...

Ja piesków nie widziałem, ani krówek, a byłem dziś na Kopystańce i pod :)..Dobrze, że ja nie mieszkam przy głównej drodze, im głośniejszy motor tym lepszy..masakra..Ani 1 jeleń też nie ryczał..u mnie też w studni wody malutko, jeszcze nigdy nie był tak niski poziom..a Gminy coś pomagają z wodą? Może teraz deszcze poprawią sytuację.
U mnie już dawno po orzechach- wiewiórki wyniosły z drzewa, nie zdążyły spaść, i po winogronach- ptaki zjadły :)

Alina pisze...

jabłka z kiszonej kapusty są smaczne ale bardzo kwaśne. Moja mama zawsze wrzucała je do beczki kiedy kisiliśmy kapustę. Dobrze jest wrzucić jabłka duże, bo w kapuście troche zmaleją. Nie wszyscy w domu je lubili jeść, ja tak, do dziś pamiętam ich smak, a było to z 30lat temu. Pozdrawiam.

Anna Kruczkowska pisze...

Ech, psiaki! Koki, gdy był młodszy też ganiał po całej górce, teraz staruszek już domu pilnuje, nawet o dłuższych eskapadach nie myśli. Nawet na spacer idzie przy nodze, a jak mu za daleko to po prostu sam do domu wraca. Wody brakuje już chyba wszędzie. Nasza trzebiatowska Rega zrobiła się leniwą rzeczułką.
Zazdroszczę blachy na kuchni, żeby dżemy odparować. Już nie mogę doczekać się przetworów w Domku pod Orzechem, ależ będzie dom pachniał!
Dżem z winogron musi być pyszny! U mnie bulgoce wino i sok zrobiłam. Pozdrawiam jesienne!

colorado2811 pisze...

Też mam nieogrodzone, więc moje psy kołtunią się w domu, a na zewnątrz wychodzą tylko ze mną. Czarnej od czasu do czasu włączają się wspominki z życia ulicznicy. I wyrywa na szosę. Niebezpieczne to, bo durnieje wtedy ze strachu. No a w Twoich warunkach pogórzańskiej swobody niebezpieczne inaczej - albo one "kogoś' zeżrą, albo je coś zeżre, albo je dzielni chłopcy ustrzelą. Na noc bym nie puszczała absolutnie, przecież oni nocą też polują.

U mnie już koniec przetworów. Na ostatek były konfitury z zielonych pomidorów. A dżemy robię na pektynie. Bo krótko gotowane i może więcej dobrego w nich zostaje, nie tylko smak owoców i słodycz. Zresztą, przy krótkim gotowaniu ten smak owocowy jest bardziej owocowy. Takie mam doświadczenia, ale każdy ma swoje sposoby i upodobania. Pozdrawiam zza miedzy. Mokrej od wczorajszego późnego wieczora.


Grażyna-M. pisze...

Psy i koty lubią zwiedzać okolicę, a my się o nie martwimy. Naszego bez smyczy się nie wypuści, bo głupieje, kot nie jest z gatunku domowych, spokojnie nie usiedzi.
Ja teraz robię dżemy z różnymi -fixami. Krótko się gotuje, a aromat i smak owoców jest niesamowity.
Na piękne motocykle lubię popatrzeć. Chętnie bym się takim dużym przejechała, jako pasażer oczywiście, ale nie mam znajomego z czymś takim.:))) Widziałam kiedyś taki zlot na rozpoczęcie sezonu i paradę. Mmmm... cudowne.:)))
Fruczak to taki nasz koliberek.:)))
U nas też są problemy z wodą, może teraz trochę popada?
Serdeczności:)

ankaskakanka pisze...

Ostatni psikus Mimi jest wspaniały. Tak to jest, jak ma się psa/psy. Czasami jest gorzej niż z niemowlakiem.

Krzysztof Gdula pisze...

Dróżka opadająca w dolinę jest urocza; już chciałbym iść nią.
Tak, psy ukarane po powrocie nie wiedziałyby za co dostają w skórę. Jesteś bardzo ujmująca, Mario, w swoich obawach o nie, ale i Amika rozumiem: pójść gdzieś daleko, gdzie oczy poniosą! A jeszcze gdy ma się towarzyszkę przy sobie…

Agnieszka Ostrowska pisze...

Witam :) Od jakiegoś czasu odwiedzam Pani bloga. Jestem nim zachwycona, tak jak i Pani życiem i miejscem życia :) Cudowne pogórzańskie tereny, od dziecka w nich bywałam i nadal bywam... Ja również wraz z moim prawie już mężem ;) często wędrujemy po lasach i bezdrożach z naszymi dwoma ukochanymi psiakami. W związku z tym nasuwa mi się pewne pytanie. Czy miała Pani z Amikiem i Mimi kiedyś jakieś niemiłe spotkanie z wilkami bądź dzikami, których przecież dookoła z pewnością nie brakuje? :) Serdecznie pozdrawiam i z niecierpliwością wyczekuję kolejnych zachwycających postów.

Agnieszka wraz z Pawłem, Trampkiem i Papajem :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Basia, hm! ładne, ale trochę straszne:-) mój syn jeździ, i zawsze drży mi serce; eh, żeby moje tylko na drogę, to nic bym nie mówiła, ale one oddalają się za bardzo, i za długo nie wracają; moja Miśka była tak przywiązana, ale cóż, już jej nie ma i żałujemy jej do tej pory; pozdrawiam.

Aleksandra, coś mi się wydaje, że za bardzo im pobłażam, a potem stąd moje zmartwienia i troski, przecież przy domu mają dobrze, czego szukać w dzikich ostępach; najbardziej przerażają mnie motory crossowe, albo ścigacze, bo "turystyki" są dostojne, podziwiam czasami taką kawalkadę wolno sunącą drogą; tak, z dnia na dzień zrobiło się bardzo jesiennie i kolorowo, a teraz leje bez opamiętania, i dobrze, bo wody brakuje; pozdrawiam.

Mania, gałgany to mało powiedziane:-) łapią w nos zapachy dziczyzny i dalej w drogę, i co najgorsze, nie mam za bardzo posłuchu u nich, mąż musi ostro krzyknąć, żeby je powstrzymać, to i muszę trzymać Amika na uwięzi; pozdrawiam.

Grey, oiesków nie widziałeś, i krówek też, bo byłeś o jedną łąkę za daleko; wędrowałeś na Kopystańkę czy na czterech kółkach? tak, pogoda do tej pory sprzyjała wędrówkom; u nas chyba ze 4 byki dają nocne koncerty, mam wrażenie, że odpowiadają sobie z różnych miejsc; dobrze, że w ogóle masz wodę, bo u nas studnie powysychały, a jak stawek, trzyma się? dobrze, że leje solidnie, może coś poprawi się, żeby tylko za szybko woda nie spłynęła' nie wiem, czy gmina coś pomaga, każdy chyba troszczy się sam o siebie; moje orzechy dziki zjadają, ostatnio mąż szedł w nocy po coś do auta, tylko chrumkanie było słychać, bo i na jabłka też przychodzą; pozdrawiam.

Alina, i właśnie ja mam zamiar spróbować, co też to za specyjał te kiszone jabłka:-) u nas w domu robiło się jeszcze krężałki, z malutkich, niewyrośniętych kapustek, kisiło się je z burakiem ćwikłowym; pozdrawiam.

Ania, moje psiaki wykorzystały wolność na maksa, to i trzeba im ją teraz przykrócić, bo zaczynają przesadzać, i po prostu zaczyna to być niebezpieczne dla nich; tak, kuchnia z blachą jest najlepsza do takich działań kulinarnych, nie mówiąc już o tym, że proziaki upieczone na niej są najlepsze:-) ten dżem jest dosyć cierpki, ale w zestawieniu ze słodkim ciastem będzie dobry, ot, choćby ze świątecznym piernikiem; pozdrawiam.

Iwonka, w J. nie mam tego problemu, towarzystwo hasa po ogrodzie, nawet nie zaglądam gdzie są, bo ogrodzenie szczelne, ale na Pogórzu kłopot mam, jak licho; może nie zeżrą, a pogonią zwierzynę lub za zwierzyną, a najbardziej boję się myśliwych i wilków; w nocy nie oddalają się wcale, przecież to są małe tchórze, z tarasu poszczekać, i siku tuż przy schodach zrobić i powrót; na pewno dżemy krótko gotowane są dobre, ale nie zawsze udawało mi się te z żelfiksem dobrze przechować, wodą podchodziły, może pektyna jest lepsza, a najlepiej różne gatunki owoców mieszać, porzeczka jest dobra; niech leje trochę, choć żal ciepła i słońca, futrzaste towarzystwo przewala się w domu, nie mówiąc o błocie na łapkach; pozdrawiam.

Grażyna-M, kot Gucio ma wolny wybieg, zawsze okno od sypialni otwarte, psy hasają po ogrodzie, ogranicza je płot, ale na Pogórzu kłopot jak licho z tymi ucieczkami, i dla mnie dodatkowy obowiązek; niedaleko nas, w letniskowej miejscowości odbywają się takie zloty, nie mają dobrej opinii wśród mieszkańców:-) leje, leje, i niech trochę poleje, może podniesie się stan wód gruntowych, bo to najważniejsze; pozdrawiam.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ania, Mimi to dziwny pies, potrafi zanurzyć głowę pod wodę, i nie zakrztusi się nią:-) jak złapie ją szaleństwo na podwórzu, to ciężko za nią nadążyć, a zabawki Jaśka to kradnie namiętnie; pozdrawiam.

Krzysztof, bo to jest specjalna droga w dolinę, prowadzi do naszej chaty:-) chyba za bardzo uczłowieczam te moje zwierzaki, potem za bardzo przeżywam, i ucieczki, i ich choroby, i odejścia, ale cóż zrobić, lubię zwierzęta, ich towarzystwo, i to przywiązanie w oczach; zawsze raźniej w parze, a dopasowali się do siebie jak dwie połówki, nad czym boleję, bo gdyby Mimi nie dała się wyprowadzać, to Amik nie poszedłby sam, a tak mam kłopot; to młoda sunia, ma dopiero rok, Amik to ulicznik przygarnięty, włóczęgostwo ma chyba we krwi; pozdrawiam.

Agnieszko, witaj w naszych skromnych progach i dziękuję za dobre słowo; jeśli chodzi o spotkanie z wilkami, to widziałam je przez okno naszej chatki, po drugiej stronie potoku, na łąkach, ale mam kontakt z mieszkańcami, pracującymi w lesie, opowiadają o wilkach całkiem blisko podchodzących, takie spotkanie mogłoby być ostatnie dla psa; a dziki ... jest ich mnóstwo, przychodzą do sadu na jabłka, ryją ... psy szczekaniem płoszą je, ale jakiejś bezpośredniej konfrontacji nie było, zresztą dzika zwierzyna unika takich spotkań; kiedyś sama chodziłam do lasu na rydze, teraz mam obawy, a jeśli już się zdarzy, to zachowuję się głośniej, podśpiewuję, niech mnie mieszkańcy lasu słyszą ... i nie zaskoczą; pozdrawiam.

Bozena pisze...

Jak czytałam o Waszych psiakach , zaraz mi się przypomniały historie z " Reksia i Pucka" Grabowskiego. Widać takie same słodkie łobuziaki.
O powidłach winogronowych nie słyszałam, ale z jabłkiem mogą być ciekawe. Kiedyś i ja takie spróbuję. A wody to od niedzieli chyba nie braknie, bo leje i leje, to u nas w Bóbrce, ale do Ciebie niedaleko. Też będziemy kisili kapustę, ale nie swoją. Jabłka nieraz kisiliśmy. Pyszne. Może w tym roku też zakisimy? Przypomniałaś mi dobre smaki. Jak tam z ziemniakami? Ile ich nakopaliście? I gratulacje z powodu miodów. Pozdrawiam

Mażena pisze...

Jesien kolorowa jakoś tak nagle ...wczoraj ulewy dzis wiatr...jakoś to oczyeiste a jakby mnie mnie zaskoczyła.
Psiaki coś ciągnie, ciekawe co? A moźe w okolicy jakąś nową psia piękność się pojawiła..i one tam gonią. Niestety rozumiem Twoje obawt

Mażena pisze...

Jesien kolorowa jakoś tak nagle ...wczoraj ulewy dzis wiatr...jakoś to oczyeiste a jakby mnie mnie zaskoczyła.
Psiaki coś ciągnie, ciekawe co? A moźe w okolicy jakąś nową psia piękność się pojawiła..i one tam gonią. Niestety rozumiem Twoje obawt

Grey Wolf pisze...

Byłem na kilku łąkach, na piechotkę od Cisowej, po Posadę i jeszcze z Kopystańki za Kopyśno :). Przez te 2 dni studnia już napełniona w połowie, jeszcze 2 dni i będzie wody równo z ziemią, i powodzie na nizinach.
Stawek też wyschnięty, bo tylko woda ze studni zasilała. U mnie w tym roku jabłek nie ma.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Bożena, dobrały się jak w korcu maku te moje psy, widzę błysk porozumienia w ich oku, kiedy spojrzą na siebie i ruszają w siną dal:-) dżem winogronowy wyrazisty w smaku, kwaskowy, raczej do przekładania ciasta wykorzystam; wszędzie leje, mąż wrócił z Pogórza, koryta potoków wypełniły się wodą, San jeszcze nie przybrał, czeka na spływ z tych pomniejszych zasilających, oby tylko coś zostało w ziemi; o, ziemniaków pół kosza zebrałam, mąż śmiał się, gdy pytał, czy wyjęłam z ziemi tyle samo, co posadziłam, czy też może mniej:-) pozdrawiam.

Mażena, i mnie kolory zaskoczyły, ale w końcu październik mamy, prawda? oj, węszą nosy za zapachami z lasu, instynkt łowiecki się odzywa chyba, bo zwierzyny pełno; nie, za pięknością nie gonią, sterylki u obu; tak, obawiam się o nie, jak idą "w długą", niestety, prawo jest po stronie myśliwych; pozdrawiam.

Grey, tam są ładne łąki, byłam też w Cisowej na początku lata, a na Kopystańce "czołgiem", bo czasu zawsze brak, żeby wybrać się na wędrówkę; no tak, ze skrajności w skrajność w tej naszej aurze, a i zimno się zrobiło, człowiek nieprzyzwyczajony; u nas jabłkowy urodzaj; pozdrawiam.

Agnieszka Ostrowska pisze...

Pani Mario, dziękuję serdecznie za odpowiedź. Mam nadzieję, że Pani pieski już tak nie rozrabiają :)
Słyszałam, że w Arłamowie spadło trochę śniegu. Czy zima zajrzała także do Pani ogrodu?
Serdecznie pozdrawiam :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Agnieszko, pieski są trzymane krótko, więc nie mają już za bardzo możliwości ucieczki, no chyba, że zagapię się:-) być może pobieliło Arłamów, bo on troszkę wyżej od nas, ale mróz był, dobrze, że mąż zdążył w tym deszczu zebrać pomidory i paprykę:-) pozdrawiam również.