środa, 13 kwietnia 2011

Lachawa, nieistniejąca wieś .....

Czytając mapę, natknęliśmy się na tę nazwę "Lachawa, nieistniejąca wieś", położona na północny zachód od wzniesienia Gródek /Horodok/, sama nazwa wskazuje, że był tu kiedyś gród, ale nie przeprowadzono żadnych badań. Wybraliśmy się tam z Kuźminy, polną drogą do góry, wśród pięknych łąk:


.... na samej górze, pod lasem, zaskoczenie, mieszkają tu ludzie. Stara, pobielona chatynka, pod drzewem owocowym, na fotelu wyłożonym poduszkami, siedziała babuleńka, przy niej również leciwy przyjaciel, mały piesek, nawet nas nie obszczekał. Z obórki wychylił się dziadziuś, sympatyczny, uśmiechnięty, z wyblakłymi, niebieskimi oczami. Zapytaliśmy o drogę, bo nie wiodła tamtędy żadna ścieżka, skierował nas w błotnistą drogę do gęstego lasu....





Tuż przy domu małe poletko, ogrodzone przed dzikami i jeleniami, a dla odstraszenia postawione dwie kukły, ale jak wystrojone:


Zastanawialiśmy się potem z mężem, jak oni tu żyją, co w razie choroby, zanim przyjedzie pomoc, a zimą? Tam, na tej górze najbardziej zimą wieje, na drodze tworzą się największe zaspy.


Szliśmy trochę leśnymi duktami, przetartymi przez zrywkę i wywóz drzewa, potem przez pokrzywy po pas, podciągnęliśmy wysoko skarpety, ale niewiele to pomogło. Po drodze mijaliśmy skupiska cudnych, aksamitnych grzybków:



Teraz wiem, że są to prawdziwki ceglastopore, nigdy ich nie zbierałam i robiłam tylko zdjęcia co piękniejszym okazom.


Las robił się coraz dzikszy, nawet wyręby pokończyły się, mieliśmy tylko kompas i mapę i nie trafiliśmy w to miejsce, gdzie chcieliśmy, a może minęliśmy tuż obok, w gęstwinie nie poznasz. Zeszliśmy korytem potoku w dół, spotkaliśmy ludzi, pszczelarzy, mieli tam pasiekę. Okazało się, że jest to Kreców, podworskie tereny, stawy i kilka domów , prawie bez mieszkańców.


Drogowskazy, strzałki, tabliczki, podane czasy, chyba wybraliśmy się tam nie z tej strony, co potrzeba, ale atak ponowimy...


,..... trzeba zastanowić się, co dalej, odpocząć i powrót do samochodu. Żeby nie tupać w tym upale po asfalcie, przerzuciliśmy się na drugą stronę drogi, przez Margiel, do góry i w dół, do Kuźminy...


... kościółek przysposobiony z cerkwi na rozstaju dróg, a obok cmentarz z neogotycką kaplicą grobową..



W XVIII i XIX wieku wieś należała do rodziny Pieściorowskich, Ryszard, nie posiadając potomstwa, utworzył fundację na rzecz młodzieży szlacheckiej, uczącej się w szkołach średnich i na uniwersytetach, szkoda, że tylko dla tych wybranych i wyższych stanem.


Atak przypuściliśmy za niedługo, tym razem z dołu, wg drogowskazów.


Ktoś wyrzezał w korze napis, nie potrafię go odczytać, coś o śmierci i pamięci..

Dawną wiejską drogą w godzinę , może trochę krócej, byliśmy na górze, miejsce smutne, zarośnięte, stare fundamenty domów, studnie, tylko ten nagrobek znaczył ślad po wsi...


... to młodziutki chłopak, który został rozstrzelany z innymi mieszkańcami za pomoc UPA, we wsi stacjonowała sotnia "Jara". Po ataku wojska wyrwała się z okrążenia, w odwecie wieś w większości spalono i już nie została zasiedlona po deportacjach. Gdzieś na forum czytałam, że chłopak zginął, bo ostrzeliwał się z piwnicy szkoły, historie smutne, tragiczne, jakich wiele na tym terenie.
Powrót do Krecowa, jeszcze zdjęcie w dziko rosnących rudbekiach:


potem kierunek Wola Krecowska, a tam urokliwa, stareńka, przechylona kapliczka...


.... i można spotkać jeszcze takie pogórzańskie zagrody.../DO REMONTU/


Zwiedziliśmy jeszcze, ale to samochodem, po drodze,  Dobrą Szlachecką oraz Ulucz, ale to już temat na inny   post. Zakupiłam w klamociarni dwa kostury do podpierania się podczas wędrówki, zakończone metalowym szpikulcem, mnóstwo plakietek z nazwami zobytych szczytów, nie znam niemieckich nazw, tylko Tyrol odczytałam ....




.. jedna ma wyrzeźbioną szarotkę, to ta większa, jakby męska...


Hej! będziemy latem szpanować na różnych łazęgach, teraz wiszą i odpoczywają....


Serdecznie i ciepło pozdrawiam wszystkich, do miłego, pa.

40 komentarzy:

kyja pisze...

Mario, ale Wy tam macie ładnie!!!a te kapliczki-cudo!

M. pisze...

Ale piękna historia! Mieszkańcy nieistniejącej wsi... A może wcale ich nie było? Pewnie nie znają innego życia, innych zim. Dla nich to zwyczajna zwyczajność. Niewykluczone, że ktoś im jednak pomaga - rodzina lub jacyś dalecy, niewidoczni sąsiedzi. Jeżeli kiedyś pogotowie (mają telefon?) nie zdąży, to pożegnają się z pobieloną chatynką i swoją ziemią. Całkiem zwyczajnie.
Przesiedleńcy, od których kupiliśmy dom, mieli prostą zasadę życiową - Bóg dał, Bóg wziął. 65 lat temu, zimą, Bóg obdarował ich słabowitym dzieciątkiem, które z trudem oddychało. Gdy oddech noworodka stał się niewidoczny, wynieśli je na noc do zmrożonej sieni, żeby Bóg spokojnie i bez świadków mógł je zabrać. W izbie płakała, nie protestując matka. O świcie przyszli zająć się pochówkiem, ale lusterko przyłożone do buzi dziecka zaparowało. Nie dość, że chłopak nie zamarzł, to jeszcze mu się poprawiło. Ależ było krzyku i radości! Skoro Bóg oddał, to zajęli się synkiem należycie. To on sześć lat temu prowadził sprzedaż tego domu ...
Godne potępienia? Ja za malutka jestem na takie wyroki.

Kapliczka przecudna!
Pozdrawiam serdecznie!

Inkwizycja pisze...

Piękna wycieczka Mario, jak zawsze, i wzruszająco-zwyczajna historia staruszeczków żujących w nieistniejącej wsi - ich miejscu na ziemi...
Kolejne kapliczki, zapomniane, urokliwe...
Ale - wybacz - z zapartym tchem przeczytałam historię w komentarzu Magdy... to jest inne życie, dla nas nie do pojęcia. Być może mielibyśmy się czego uczyć od tych ludzi...
Kosturki kapitalne - będziecie zadawać szyku na szlakach ;-)
Ściskam czule!

Inkwizycja pisze...

żYjących, oczywiście! przepraszam... ;-))

M. pisze...

Tacy ludzie mają w sobie ZGODĘ.

amelia10 pisze...

W prostym domu panuje wielki... POKOJ.

weszynoska pisze...

Zazdroszczę możliwości i chęci szukania. Oj...miałam w swoim życiu czas kiedy każdą niedzielę gdzieś wyruszaliśmy, ale teraz :( wstyd się przyznać....mąż po całotygodniowej ciężkiej pracy w dzień wolny marzy już tylko o odpoczynku i kanapie ;) no może nie do końca, latem bardzo chętnie na grzyby chodzi i na niedalekie spacery. A te prawdziwki...są pyszne w marynacie, takie twarde i chrupiące. Laski wędrowne są niesamowite..gdzie Ty wynajdujesz takie cuda???? W ogóle cała opowieść bardzo klimatyczna.

aneta pisze...

Z każdym postem coraz bardziej potwierdzasz to co wiemy wszyscy, że najpiękniejsze jest co najprostsze. Nie ma potrzeby jeździć na drugą stronę świata oglądać wulkany czy wioski majów. U nas jest tak pięknie, tu u nas, pod naszym nosem. Za kazdym razem idąc do tego samego miejsca można skręcić co rusz w innym miejscu, w inną drogę, inną miedzę, i za każdym razem odkrywa się czary.
Wygląda na to, że pogoda się u nas poprawia, a ja robię sobie chwilę pzrerwy, bo dziś do domu wrócę na noc. Pozdrawiam ciepło

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Kyja, jestem zdania, że wszędzie jest ładnie, każdy region coś oferuje, my tu mamy najbliżej i łazimy. Chociaż Dolny Śląsk przyciąga nas nieodparcie, serdeczności ślę.

Magdo, myślę, że na pewno ktoś do nich zagląda, a nigdzie nie chcą się przenosić, bo starych drzew się nie przesadza, tam, na górze jest im dobrze. Jestem pod wrażeniem Twojej historii, gdzieś czytałam, że organizm
przy samoleczeniu obniża swoją temperaturę, tak jest przy wszelkiego rodzaju szokach powypadkowych, a tu ten mróz chyba pomógł dzieciątku, przypadkowo, tak jest, nie nam oceniać. Pozdrawiam serdecznie.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Inkwizycjo, proste życie ma w sobie nieodparty urok, prostota, nie prostactwo.
Jak rozmawia się z tymi ludźmi, to patrzą ci prosto w oczy, próbują pomóc i cechuje ich dobroć, pogodzenie z czasem, z tym, co czeka na końcu drogi, uśmiechy ślę.

Amelio, nam brakuje życia zgodnie z porami dnia, z porami roku, zawsze jest jednakowo, szybko, szybko, szybko. Jak jestem u mojej Mamy na wsi, tam inaczej płynie czas: oho, już słońce wysoko, południe, czas do domu na obiad. Pa.

Tak, Magdo, zgodę na starość, łamanie w kościach, na zmarszczki, chodzenie o laseczce, bo przyszedł na to czas.

ankaskakanka pisze...

Dolny Śląsk z racji mieszkania, znam jako tako,ale ten Wschód urzeka swoja prostotą. Byłam na Ukrainie więc wiem czego się spodziewać. Piękne przestrzenie, krajobrazy, prości ludzie....Ach, rozmarzyłam się.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Weszynosko, ja robię w domu za kulturalno-oświatowego, mąż przychodzi i pyta: no, Maryś, gdzie na weekend i żebyśmy szli do samochodu, bo potem źle czeka się na autobus. I tak jeżdżę placem po mapie, szperam i obmyślam, czasami wyjazd nie wychodzi, to innym razem lub wcale. Nie dziwię się Twojemu mężowi, po pracy chce się odpocząć, my też nie chodzimy na siłe, tylko kiedy nam się chce. No i teraz mi żal, że nie zebrałam tych prawdziwków, były takie młodziutkie, a laseczki z klamociarni, pa.

Aneto, wiesz: cudze chwalicie..., no jak to łazić po jakichś dzikich lasach, po bezdrożach, szukać starych studni - to takie niemedialne, nie dla każdego się nadaje i nie każdy to lubi. Siedzę już w domu, bolą mnie ręce, wycięliśmy trochę starych, podeschłych drzew, dziś to wypalałam, potem przesadziłam maliny i będzie dość. Ale praca uszlachetnia, wszystkie głupoty wietrzeją z głowy, pa.

jola pisze...

Szkoda, że nie zrobiłaś im zdjęcia (tym staruszkom)byłoby przepiękne, Babę z Dziadem też mamy w sadzie, specjalnie kupowałam im ubranka, nieraz turyści przechodzący koło chałupy robili sobie z nimi zdjęcia, są już nieco nadwyrężone, więc czas im odejść na emeryturę i zastąpić młodszymi. Opuszczone wsie, samotne kapliczki, a ten dom do remontu cudo, już oczyma wyobraźni widzę, co można z nim zrobić. Wiesz Marysiu jak też nie znałam prawdziwków ceglastoporych i zawsze je omijałam, nauczyłam się dopiero od miejscowych, ale i tak nie wiem dlaczego, nie mam do nich zaufania:)) Zdjęcie w rudbekiach urocze, wyłaniasz się z nich jak łania, a kosturki cóż, pozazdrościć, kosturek na drogę musi być. Ja mam tendencję do gubienia ich, jak idę na grzyby często schylając się po jakiegoś zapominam o kosturku, jeden zgubiłam, a potem znalazłam :))

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ankoskakanko, ciągnie Cię ten wschód. Fajnie marzyć, a potem spełniać marzenia, pozdrawiam serdecznie.

jola pisze...

Acha i jeszcze jedno, wiesz ja o tym co pisze Magda, to prawda, dawniej ludzie, szczególnie w takich miejscach żyli inaczej, u nas na Jaworzynach było podobnie, przecież nie było tu żadnej drogi, żadnego sklepu, odśnieżania, ci ludzie umieli sobie radzić bez tego i niejeden umarł w chałupie. Mimo, że teraz mamy drogę i samochody, do tej pory co niektórzy się dziwią - jak Wy tu żyjecie? A Aniela żyła tu w tym domu do 92 roku życia, samiutka i myślę, że dla niej problem dojazdu pogotowia nie był istotny, bo ona mimo innych czasów,była "wczorajsza". Mogła iść do dzieci, gdzieś na dół, ale z tego co wiem, nie chciała...

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Jolu, nie potrafię tak znienacka , bez uprzedzenia, nie śmiałam nawet poprosić, może nie życzyliby sobie tego i nie chciałam zakłócać im spokoju, zapytaliśmy o drogę i poszliśmy nią. Bo one, te grzybki , Jolu, tak siwieją przy rozkrojeniu, tak nieapetycznie, a kosturki gubisz, bo to jest tzw. amok grzybowy, szypuły w oczach i nic poza tym, też tak mam. Prostota życia, jedzenia, pogodzenie się z upływającym czasem i zasada: tu żyłam, tu umrę.
A tym, co pytają, jak Wy tu żyjecie, odpowiedzcie: Pięknie żyjemy. Serdeczności ślę, pa. I sfotografuj swojego Dziada z Babą. A Hrabiostwo, jak się ma?

jola pisze...

Oj Marysiu kochana hrabiostwo ma się super, zaczyna brykać i meczeć jak mnie nie ma, pod koniec tygodnia załatwiam jej towarzystwo. Wiesz nigdy nie przypuszczałam, że kozy to takie kochane zwierzęta, ona jest po prostu mądra, patrzy i uczy się. Mam chorą Słoninkę na zapalenie tchawicy, strasznie harczy i kaszle, bierze antybiotyk, to taki wrażliwy psiak, już drugi raz to ma, a Fiona jeszcze nigdy nie była chora. Kózki są przekochane...

podkarpacka.niepanna pisze...

Mario, piękne te Wasze wyprawy. Gdzie szukasz inspiracji? :)
O nieistniejących wsiach słuchałam w dzieciństwie od mojego Taty i dzisiaj z większym wzruszeniem czytam takie opowieści. Polecam lekturę książek Jana Gajura o podróży sentymentalnej po Łemkowszczyźnie. Od kilku lat staram się namówić mojego męża na takie wyprawy, bo choć on też stąd, to - wstyd się przyznać - rodzinnych stron właściwie nie zna. Ale zawsze jakoś 'schodzi' i nie po drodze. Mam nadzieję przy okazji Wielkiej Nocy gdzieś go wyciągnąć. Sama do lasu nie pójdę, bo oczywiście zabłądzę, więc jest mi konieczny i niezbędny ;).
Dziś rozchwiani jacyś jesteśmy, bo albo za bardzo w przeszłości, albo gnamy myślami gdzieś przed siebie, robimy milion planów, których później nie mamy czasu zrealizować.
Bardzo tęsknię do życia, kiedy rytm ustanawiały pory roku i święta, kiedy żyło się 'tu i teraz'. Chciałabym tak żyć. I nie wiem, czy nie robię tego bardziej z lenistwa, czy z braku odwagi, żeby się nie rozczarować. A może zwyczajnie mój czas jeszcze nie nadszedł ;).
Zagroda mnie urzekła, już ją widzę [w głowie ;)] piękną, odremontowaną, z bujnym ogrodem i sadem [same polskie stare odmiany] i pelargonie w oknach ;).
Kończę, bo mi się rozpisało... ;)Pozdrawiam ciepło :).

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Aniu, moją inspiracją jest mapa Pogórza Przemyskiego, uwielbiam jeździć palcem po mapie, potem czytam o szlakach, miejscowościach, ciekawych miejscach i samo się układa, a że mam bratnią duszę w mężu moim osobistym, to tak się wyprawiamy, to tu, to tam. Pogórze krajobrazowo jest trochę podobne do Łemkowszczyzny, a na święta koniecznie trzeba wstać od stołu i przejść się, super jest do tego drugi dzień. Aniu, wszystko przed Tobą, teraz marzysz, a potem będziesz spełniać te marzenia i kiedyś będziesz mieć zagrodę z sadem, okna z pelargoniami i ogród z kwiatami, różnie w życiu układa się, czego Ci życzę i pozdrawiam serdecznie.

Go i Rado Barłowscy pisze...

:D Też chodzimy najchętniej z WIG-ówkami i kompasem, oraz mamy ogromną słabość do nieistniejących wsi. Kiedy jeszcze mieliśmy czas, żeby się szwendać beztrosko z psem, gitarą i namiotem po bezdrożach, staraliśmy się w nich nocować.
Czekamy niecierpliwie na wpis o Dobrej Szlacheckiej, która zrobiła na nas ogromne wrażenie!
A w ogóle to dziękujemy Bogu, że możemy mieszkać w tej właśnie części Polski. (Innym częściom nie ujmując.:D )
Pozdrawiamy serdecznie
Post Scriptum; Ryszard Pięściorowski - ALE POSTAĆ! Niesamowite! Dzięki za temat do poszukiwań!

Grey Wolf pisze...

no najbardziej wieje na ogołoconych z drzew pagórkach..a takie podobne grzybki, jakby zamszowe od góry, koło siebie zbierałem :)..stawy fajne, pewnie rybki są..
oj tylko nie rudbekie ;), a barszczu nie było?, w drugą stronę od Kuźminy pełno rośnie..szkoda, że u mnie nie ma takiej zagrody, dach widzę cały..
Ja też mam jakąś laskę, a rakiety śnieżne macie? :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Go i Rado, ja jestem bojąca i wolę szlakiem, to mąż wyciąga mnie zawsze na dziko, najpierw obawiam się , a potem jestem zachwycona, bo pewnych rzeczy na szlaku nie uświadczysz. Namiotu nie ciągamy, bo baza jest w chatce, chociaż czasami nie chce się wracać. I jeszcze Maksa trzeba przenosić, bo go chwytają krzaki, usiądzie i nie odezwie się. Pa.

Grey Wolfie, właśnie tam, nad Kuźminą zawsze w zimie zawiane jest najbardziej, równa wszystko, krzaki nie pomagają. Piękne te stawy były, bez śmieci, reklamówek, butelek, bo tam chyba niewiele ludzi bywa, chociaż jest pracownia ikon. Co masz do rudbekii, a z barszczem mam fajne zdjęcie na Rebercach, ogromny był, tuż przy drodze.
Chyba już nie rosną tam na pagórach, bo trzeba kosić pod dopłaty unijne i może w ten sposób wypleni się je, tak, były, Jureczkowa, Liskowate, mnóstwo. Zagroda fajna, w deszcz można posiedzieć. Rakiet nie mamy, chociaż przydałyby się.
Pozdrawiam serdecznie.

gocha pisze...

I znowu odleciałam przy Twojerelacji :)

Riannon pisze...

Opuszczone wsie i domy, pozarastane chaszczami mocno mnie fascynują. Też szwendamy się i poszukujemy tego typu zapomnianej historii. Na swojej posesji mamy jeden dom w ruinie i kilka dookoła. Czasem tam chodzimy, grzebiemy, odsłaniamy posadzki i zastanawiamy się, kto żył w tym domu, jak wyglądało obejście, a może coś po nich pozostało...
Dzięki za wycieczkę. Nawiasem mówiąc, śniło mi się dziś, że grzyby zbieram :-)
buziaki :-*

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Gocha, z Ciebie super-wędrowniczka, a może by tak wyruszyć? Rzuć na chwilkę robótki, pozdrawiam serdecznie.

Riannon, śledzę z uwagą Wasze poszukiwania, a historia Twojego domu- masz może kontakt z właścicielami sprzed wysiedleń? A może przyjeżdżają? Twój sen o grzybach oznacza w senniku pomnożenie majątku, spodziewasz się wygranej albo spadku po wuju z Ameryki? Również słyszałam, że grzyby we śnie mają podtekst erotyczny, i to fajne, i to fajne. Serdeczności ślę.

HANNAH - UNE FEMME pisze...

Dziękuję za poswięcony mi czas, dziekuje za dobre słowo. Juz sie zadomowiłam u Ciebie i poczytam jak tylko złapie oddech w pracy.
Buziole

Grey Wolf pisze...

bo rudbekia u mnie gorsza od innych chwastów..wątpię czy koszenie coś pomaga, jak na rudbekię nic nie daje to i na barszcz, zawsze odrasta..mi też by się przydały rakiety, zwłaszcza indiańskie :)

Ataner pisze...

Mario, masz "nosa" do wyszukiwania ciekawych miejsc takich jak na przyklad ta nieistniejaca osada.
Bardzo ciekawa fotorelacja oparta ladnymi opisami a jednego z kosturow chcialabym miec na wlasnosc.
Pozdrawiam:)

podkarpacka.niepanna pisze...

Jakiś smutny ten mój ostatni komentarz :). Nie jest z nami tak źle - od kilku lat zwiedzamy z mężem sukcesywnie południe Polski: od zachodu ;). To bardzo ubogaca: poznawać pięknych ludzi i takie miejsca. Wszyscy mamy przecież swoje historie.
Nasze podkarpackie tereny poznałam wcześniej, a męża jakoś wtedy nie ciągnęło. Teraz pewnie by chciał, ale razem bywamy tu na krótko. 2 dzień świąt będzie więc turystyczny:albo Bieszczady, albo Pogórze. Już nie mogę się doczekać :))). Buźka!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Hannah, dziękuję za wizytę, ojoj! poszłaś aż do początków? Pozdrawiam serdecznie.

Wolfie, rudbekia idzie rozłogami, a barszcz to roślina dwuletnia, jak np. malwa. Jeśli nie pozwoli jej się zawiązać nasion, to po czasie zniknie, a rubekie trzeba kopać i wyrywać, syzyfowa praca. A rakiety upleć sobie z rzemieni, będą bardzo oryginalne, pozdrawiam.

Ataner, to nie nos, to mapa pokazuje, a na miejscu dopiero okazuje się, że jest interesująco, dla nas oczywiście, albo ktoś wskaże lub opowie, pozdrawiam.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Aniu, wcale nie był smutny, były tam Twoje marzenia i tęsknoty, a jak się bardzo chce, to zazwyczaj wychodzi. Też wybieramy się na łazęgę w drugi dzień, już od jakiegoś czasu, bo przy stole to mordęga. Serdeczności ślę.

guga pisze...

Ale tam u Was to cudnie jest. Chciałabym tak sobie przysiąść koło tej babuleńki i pogadać z nią, tzn ona by mówiła ja bym słuchała...
Tacy ludzie żyją miłością do Boga, siebie nawzajem i ciężką pracą, nie mają czasu zajmować się chorobami, a nawet jak te choroby przychodzą to tak ma być...czy oni by chcieli stać w kolejce po parę godzin do lekarza...mieszkam w wielkim mieście (3 min od szpitala) i co z tego...
Strachy-kukły fantastyczne! tak bardzo zazdroszczę Wam tych wędrówek, zwiedzania pięknych, opuszczonych miejsc.
Pozdrawiam radośnie w pięknie zapowiadający się dzień, pa :)))

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Guga.Bardzo lubię opowieści starszych, historie ich życia, pogodę ducha, oczywiście pod warunkiem, że nie są zgorzkniali, złośliwi i w pretensjach do całego świata, jeszcze trochę i ja będę babuleńką opowiadającą, czas szybko płynie. Jak przyjadę do mojej Mamy, zawsze mówi, kiedy to minęło, cała moja młodość, że ja już jestem taka stara, ale nigdzie się jeszcze nie wybieram! Coś u nas pochmurzyło się, zimno, może koło południa będzie cieplej i pójdę coś w ziemi grzebnąć. Właśnie uskuteczniłam spore prasowanie, nie przepadam za tym zajęciem. I jabłecznik wczoraj upiekłam, na biszkopcie jabłka z budyniem, ale bez mleka, wiesz, że smakowity? I szybko się robi. Pozdrawiam Cię serdecznie i ciepło, pa.

Ananda pisze...

Mario, pięknie oprowadzasz po swoim regionie, dla mnie nie znanym zupełnie, a z Tego co widzę - niesamowitym. Mnie też urzekają wioski "na końcu świata", stare chaty i ludzie. Często jeździmy po okolicy, rozmawiamy z ludźmi i po prostu chłoniemy ten klimat... w mieście go nie czuć!
Nie mogę się doczekać, aż zamieszkamy w "naszej" wiosce, na szczęście już bliżej jest niż dalej!

Ps. Do opuszczonych domów mam ogromną słabość, fotografuję zaciekle - chyba też zrobię o nich wpis - ku pamięci!

Grey Wolf pisze...

raczej takie bulwy, kłącza..i rozsiewa się na potęgę..

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Anando, wszystko przed Tobą, kiedyś skończysz remont i będziesz miała dużo czasu i przyjedziesz na Pogórze. A wpis o starych domach i ludziach zrób, to są ciekawe rzeczy, w mieście nie widać nawet za bardzo zmieniających się pór roku, pa.

Wolfie, widzę, że rudbekia zaszła Ci za skórę, a takie ładne łany kwitnące tworzy, pozdrawiam serdecznie.

Grey Wolf pisze...

ale nie jak rośnie na całej działce, gąszcz na 2 metry wysokości, i trzeba w niej chodzić :)

Anonimowy pisze...

Pięknie opisane!!!
Moja babcia jako dziecko mieszkała na Lachawie,dużo o tym miejscu słyszałam.Mam nadzieje, że kiedyś sie tam wybiorę.
Pozdrawiam

jendrek pisze...

Znam historię ostatnich dni Lachawy .Moja mama mieszkała tam prawie do końca.Grupa tych młodych pseudo bochaterów to zwykli bandyci,to oni wydali wyrok śmierci na moją babcię bo była polką.wystarczy spytać starszych ludzi jeszcze niekturzy żyją.leży na cmentażu w Krecowie.

Anonimowy pisze...

Poszukuje ludzi co mogą jeszcze powiedzieć coś o tym miejscu. Może ktoś ma stare pamiątkowe zdjęcia dworu w Lachawie lub młynu i tartaku w Krecowie. Czy zachowały się jakie kolwiek informacje o Nowackim-Kopaczyńskim Władysławie i jego żonie Józefie. Historie, legendy, zdarzenia. Proszę o pomoc nowackib@tlen.pl