środa, 11 marca 2015

Znaleźli śmierć w dalekim Peru ...

Ze ściśniętym sercem słuchałam ostatniej niedzieli słów ojca Szymona, który łamiącym się chwilami głosem opowiadał o tamtych wydarzeniach, jako że był w ich samym centrum. Przed oczami miałam ogromne zdjęcie dwóch uśmiechniętych braci zakonnych, młodych mężczyzn, pełnych zapału i dobrych myśli na przyszłość ...


W początkowych latach swego życia zakonnego przebywali także tutaj, na kalwaryjskim wzgórzu. Jeden urodził się w Zawadzie k. Tarnowa, drugi w Rychwałdzie k, Żywca.


Kiedy utworzono w 1988 roku misję w wysoko położonej. andyjskiej wiosce Pariacoto, pojechał tam o. Zbigniew Strzałkowski i o. Jarosław Wysoczański, w następnym roku dojechał o. Michał Tomaszek. Oprócz pracy we wsi wyjeżdżali do 70 innych osad, wioseczek rozrzuconych wśród gór, a niełatwą drogę pokonywali pieszo, konno lub na osiołku, Oprócz szerzenia chrześcijaństwa przychodzili z pomocą mieszkańcom, dostarczali żywność, sprowadzili lekarza na stałe, uruchamiali agregaty prądotwórcze, przemyślnymi instalacjami wprowadzali wodę do wsi, a także uczyli przetwórstwa. Na cześć polskich misjonarzy jedną wieś nazwano Cracovia.
Na tym terenie działali maoistowscy terroryści pod nazwą "Świetlisty Szlak", którzy niszczyli ze szczególną zawziętością wszelkie przejawy życia kulturalnego, inicjatywy. Władze państwowe, nie dając sobie rady z nimi, wycofało stamtąd posterunki wojskowe, policji, a ludzi zostawiając na pastwę grasujących band.
Przyszli do wsi po raz pierwszy w lutym 1990 roku, zabili kilka osób, wysadzili w powietrze budynki, a ojcowie zakonni zaczęli dostawać pogróżki.
Pamiętnej nocy 9 sierpnia 1991 roku przyszli do klasztoru w kominiarkach,
 ... "Otoczyli klasztor i weszli do środka. Ich przywódca Jorge oskarżył misjonarzy o prowadzenie działalności, która usypia świadomość rewolucyjną wśród Indian. Zarzucił również misjonarzom, to że upokarzają ludzi przez rozdawanie im żywności, która pochodzi od kapitalistów. Następnie związali ojca Zbigniewa i Michała i samochodami misjonarzy wywieźli ich za wioskę. Po drodze terroryści rozlali benzynę i podpalili most, aby nikt ich nie ścigał. Zatrzymali się i bestialsko dwoma strzałami w tył głowy zabili zakonników oraz alcalde (wójta) Pariacoto Justino Leona Maza. Na ciele zabitego ojca Zbigniewa zostawili kartkę z napisem: „Tak umierają sługusy imperializmu. Niech żyje EGP” (EGP to Exercito Guerillero Popular – Ludowe Wojsko Partyzanckie – fanatyczny odłam „Świetlistego Szlaku”). Jako swoją wizytówkę na kartce narysowali sierp i młot. Następnie podpalili samochody i uciekli. Po drodze terroryści przypadkowo spotkali alcalde pobliskiej wioski Cochabamby – Dario Padilla Champi, którego również zamordowali. Kolejnego misjonarza terroryści z Sendero Luminoso zamordowali 25 sierpnia 1991 roku  niedaleko miejscowości Santa w diecezji Chimbote. Był to Włoch, kapłan diecezjalny Aleksander Dordi" ... /T.Cukiernik Podróże/



Jeszcze w maju tego roku o. Jarosław, pochodzacy z Dolnego Śląska,  wyjechał do Polski na urlop. To uratowało mu życie, o bestialskim mordzie współbraci dowiedział się z radia, jadąc samochodem.
Na miejsce przyjechał o. Szymon z Limy, powiadomiony z opóźnieniem, bo terroryści zniszczyli także jedyny telefon we wsi, ciała zabitych znajdowały się w zakładzie medycyny sądowej w mieście,przeprowadzano autopsję, bo taki był wymóg. Przy okazji jednemu z braci zrekonstruowano głowę, bo strzał oddany w jej tył zupełnie zniszczył czaszkę. Kiedy wieziono trumny z tymi młodymi ludźmi przez kolejne osady na miejsce wiecznego spoczynku do Pariacoto, sterroryzowani mieszkańcy andyjskich wioseczek nie ulękli się, wylegli tłumnie na drogi, wysłane kwiatami i żegnali ich ze łzami, i śpiewali pieśni, których nauczyli ich ci młodzi bracia. Ostania podróż trwała prawie do samego wieczora.



Słowa ojca Szymona zapadły we mnie głęboko, w nocy nie mogłam spać ... pomijając WSZYSTKO  ... patrzę na to okropne zdarzenie matczynym sercem ... mam synów w podobnym wieku, w jakim zginęli ci młodzi ludzie ...


9 komentarzy:

Barbara Wójcik pisze...

Oni pokochali ponad wszystko...i teraz są szczęśliwi, tylko ci, którzy pozostali muszą tęsknić.

Beata Bartoszewicz pisze...

Przejmująco smutne. Nienawiść, fanatyzm, rasizm - wszystko, co w ludziach najgorsze.
Czy kiedyś nastanie czas, gdy wszyscy ludzie będą sobie braćmi? Wydaje się nierealne...
Pamiętam, jak byłam malutka Babiśka opowiadała mi, że kiedyś będzie na świecie tak mało ludzi, że gdy ktoś zobaczy odcisk ludzkiej stopy w piasku to go będzie całować z miłością.
Tak by się chciało świata innego, choćby dla naszych dzieci...
Pozdrawiam Cię Mario serdecznie.

claire pisze...

Straszna historia o nienawiści fanatyków. Dla mnie okropne są też informacje o tym co dzieje się z chrześcijanami teraz w Syrii i Iraku :(

grazyna pisze...

Troche znam Latynoameryke, ale przeciez takie straszne zdarzenia bywaja nie tylko tam, z jakis przyczyn, fanatyzm roznego rodzaju i gatunku pada na zyzna glebe i prowokuje w ludziach zupelnie nieludzkie czyny, rodza sie bestie, ktore uwazaja ,ze w ten sposob "zbawiaja" swiat i wprowadzaja nowy porzadek i nowa sprawiedliwosc...przyklady takie mozna mnozyc...zawsze sie zastanawiam, jakie cechy ludzkie pozwalaja na rodzenie sie przyzwolenia na podobne czyny, jakie to czynniki na to wplywaja ...

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Basiu, kiedy patrzyłam na ten plakat, uśmiechnięte twarze i słuchałam słów ojca Szymona, wyobrażałam sobie rozpacz ich rodzin, ból matek, tu, w Polsce; co tam medale, odznaczenia pośmiertne, mowy wielkiej wagi, to nie przywróci życia; pozdrawiam.

Beata, przeczytałam dziś mądre zdanie, opiniujące czytaną książkę "Drzewo migdałowe", świat arabski i żydowski w państwie palestyńskim - "Tylko przebaczenie jest w stanie przerwać spiralę nienawiści" ... tylko czy potrafimy przebaczyć; człowiek z uporem dąży do zagłady, różnymi sposobami, a życie jest takie piękne; pozdrawiam.

Claire, zauważyłaś, że chyba najokrutniejsze są wojny religijne? pozdrawiam.

Grażyno, to prawda, wszędzie bywają takie zdarzenia, pod szczytnym hasłem, albo skrytobójczo, i w czasach pokoju i zamętu; mnie najbardziej przeraża fanatyzm religijny, te zaciśnięte palce na różańcach i krzyżach, wykrzywione nienawiścią usta; dlatego tak chętnie umykam w moje odludzie, wydaje mi się, że jestem dalej od tych niegodziwości; pozdrawiam.

Krystynka w podróży pisze...

Im większe emocje tym większa nienawiść a religia budzi bardzo głębokie emocje. Tu jednak chyba nie fanatyzm, raczej polityka i niezrozumienie. Może nie powinno się wysyłać misjonarzy w takie zapalne miejsca i takie gorące, rewolucyjne czasy. Tak myślę jako matka i babka.

Ania pisze...

Straszne.

Stanisław Kucharzyk pisze...

Prawdziwi męczennicy za wiarę. Podziwiam.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krystynko, od tego zdarzenia minęło ponad 20 lat, ci chłopcy mieli tyle lat, co moi synowie, a dziś byliby w moim wieku, bo to mój rocznik ... w niedzielę znowu patrzyłam na ich zdjęcie, ale inne, obaj w "cywilu", dżinsy, podkoszulki, zwykli, młodzi ludzie, brodaci, roześmiani, na tle gór; i znowu myślałam o ich matkach, kiedy dotarła do nich ta okropna wieść ... nie, to nie był fanatyzm, tu nawet nie chodziło o to, że byli chrześcijanami, tylko o to, że pomagali Indianom, budzili w nich jakąś inicjatywę, nadzieję na lepsze życie; pozdrawiam.

Aniu, dotarła do mnie cała okropność tego tragicznego zdarzenia, co czuli w ostatnich chwilach życia, kiedy kazali im uklęknąć i przyłożyli lufy do głowy, tacy młodzi ludzie ... pozdrawiam.

Staszek, patrzę na to zdarzenie sercem matki, nie chciałabym, żeby moi synowie byli męczennikami, chciałabym, żeby żyli; przecież tu nawet nie chodziło o wiarę, a o władzę nad biedną, indiańską ludnością, zawsze łatwiej rządzić zastraszonym tłumem; pozdrawiam.