niedziela, 8 stycznia 2017

Pogotowie mrozowe, a tak się starałam:-) ...

Zaczęło się tak ładnie. Ponad dwa dni sypał śnieg, wiatr przewiewał sypki puch po pagórach, czasami kręcił się niby ogromna trąba powietrzna, zasysając śnieg, czasami gonił małymi podmuchami, jakby szła cała gromada małych postaci, albo zwiewał z dachu przysłaniając zupełnie widok z okna. Dobrze się patrzyło z ciepłego pokoiku, co i jakiś czas donosiłam naręcze polan, to do jednego pieca, to do drugiego, książek ze stosika ubywało, żadne wieści ze świata nie dochodziły, tylko jeszcze ptakom dosypywałam słonecznika, bo jadły jak oszalałe.


To jeden ze znaków przyrody, że idzie tęgi mróz. Także potężne stado jeleni zaległo w brzozowym zagajniku, gdzie przez dłuższy czas obserwowałam je przez lornetkę, co i raz splatały się porożem, mocowały ze sobą, inne zalegały w śniegu, a jeszcze inne obgryzały gałązki krzaków. Do samego wieczora przemieszczały się tylko w tym jednym rejonie, widocznie było tam sporo pożywienia. Pod koniec drugiego dnia, pod wieczór, słupek rtęci gwałtownie poleciał w dół, zatrzymał się na -18 stopniach, w następnej nocy na -22, a wszystko potęgował nieprzyjemny wiatr. Trochę zaniepokojona patrzyłam na naszą drogę, przecież kiedyś trzeba będzie stąd wyjechać pod górę, ale w nocy zjechał ciągnik z pługiem, a następnego dnia posypał, tak że mamy łączność ze światem:-)


W nocy obudziła mnie co chwilę włączająca się pompa do wody, już przeczuwałam złe ... odkręciłam kran i tylko kilka mizernych kropli spłynęło. Aha, jednak przyłapało wodę w rurze, tylko gdzie? ... chatka jesienią ogacona z tej strony, gdzie wchodzi przyłącz ... i tak z mężem doszliśmy do wniosku, że pewnie przymarzło w tej nowej studni, tam nie pomyśleliśmy, że trzeba trochę okryć pod betonową pokrywą. Znowu więc mamy pionierskie warunki, woda spożywcza przywożona w pojemniku, a na potrzeby bytowe topimy śnieg w ogromnym garze na kuchni:-) ... a poza tym wszystko gra i czekamy na ocieplenie:-)
Nowy wór słonecznika zakupiony, bo ptactwa do karmnika przylatuje cała mnogość ...



Mamy nawet wyróżniającego się wśród tego żółtego upierzenia gila o pięknym, koralowym brzuszku ... gile w większej ilości gromadzą się w przydrożnych krzakach, ten jeden przylatuje do karmnika, a raczej częściej zbiera, to co z niego spadnie ...



Zmarznięte ptactwo usadawia się na nasłonecznionych gałęziach, usiłując choć trochę ogrzać się w pierwszych promieniach. Niełatwy to czas dla zwierzyny, wiele nie przetrwa ... pamiętajmy, jak zaczynamy dokarmiać, to nie wolno nam zwłaszcza w takie mrozy zaprzestać. Patki potrafią przylecieć za jedzeniem z daleka, a potem czekać i cały dzień, więc taka mroźna noc może się źle skończyć, kiedy nie będzie sił na jej przetrwanie.


Ze zbędnych plastrów pszczelich mąż wytapiał wosk.
Jest taka reguła, żeby co jakiś czas wymieniać całe wyposażenie ula, a więc i ramki, i plastry, żeby nie przenosiły się chorób. pasożytów. Wyobrażałam sobie, że taki plaster to w całości wosk, wystarczy go podgrzać, zlać do naczynia i gotowe ... wcale tak nie jest, tego wosku w plastrze nie ma zbyt dużo, reszta to odpad, jakieś organiczne pozostałości, włókniste kokony, wyściółka komór, trzeba je zebrać i spalić.
To efekt kilku dni pracy przy wytapianiu ... całkiem spory krążek wosku pszczelego.


Leży na różnych listeweczkach, z których mąż w wolnej chwili będzie zbijać nowe ramki. Lubię patrzeć, jak spod jego rąk wychodzą zgrabne ramki, idzie mu to całkiem dobrze, bo opanował całą linię produkcyjną:-) potem napina na nich drucik, sprawdza jak strunę w gitarze.
Kiedyś zrobiłam sobie pastę z wosku pszczelego, mieszanina terpentyny i wosku podgrzana, do tego odrobina spirytusu, żeby szybko nie tężała, i można w naturalny sposób konserwować drewno, wcierać szmatką, podgrzewać, dalej wcierać, żeby dobrze wchłonęło się ... trzeba by wrócić do tych starych sposobów, a i zapach przy tym niezapomniany:-) Ten krążek pójdzie na wymianę, za niego dostaniemy węzę, to taki jakby "wafel" woskowy, który potem wtapia się w te druciki na ramce, a pszczoła buduje na nim nowiuśki plaster.
Pokażę jeszcze, jak zwykle, moją szopkę na poddaszu, którą opanowały gliniarze naścienne ... z roku na rok widać coraz mniej, i jakoś to miejsce przypasowało owadom bardzo, bo zabudowa powiększa się ...




Ciągle wracają w to samo miejsce, kleją, lepią, noszą latem pecki z gliny ... jest co obserwować:-)
Wracam znowu na swoją zmianę dbania o ciepło w chatce, mimo, że nie ma wody, nie można sobie pozwolić, żeby zamarzły inne urządzenia, a zresztą to sama przyjemność. Mimo, że nie zdążę wymienić książek w bibliotece, to mam tam swoją "żelazną rezerwę", złotówkową ... napoczęłam ją delikatnie wczoraj, o księciu Rudolfie, samobójstwie w Mayerling, a może wcale nie samobójstwie, tajemniczym Austriaku w tureckim Adampolu, o pałacowych zwyczajach, Habsburgach, nieżyciowej etykiecie dworskiej, intrygach ... :-)


Pozdrawiam Was serdecznie z mroźnej krainy, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, trzymajcie się ciepło i zdrowo, pa!




Przepraszam, nie mogę odpowiedzieć na komentarze, bo już muszę wracać na Pogórze, zmiana woła:-) odpowiem po powrocie, pa!

19 komentarzy:

agatek pisze...

Prawdziwa zima :) Braku wody współczuję, to takie momenty, które uświadamiają co się naprawdę w życiu liczy, prawda? A ta cała pogoń za zachciankami jest taka sztuczna :) Pozdrawiam, byle do wiosny :D
U mnie też sporo ptaków :) Piękne zdjęcia zrobiłaś :)

Bylinowy Pan pisze...

Tydzień po tygodniu, przez wiele lat tworzysz Marysiu swój pamiętnik zdarzeń z podziwu godną regularnością i ciągłym zachwytem nad swoim miejscem na pogórzu. Zapisujesz tu także przyrodnicze spostrzeżenia. Z przyjemnością czyta się Twoje posty, z których emanuje spokój, nawet wtedy, kiedy pojawiają się kłopoty.
Mróz w tym roku srogi, kpi sobie z nas.
W swoim zabieganiu często zapominamy, że trzeba bezustannie troszczyć się o to co mamy, a każde przeoczenie odczuwamy boleśnie, bo przyroda karze nam za to płacić. U Was przynajmniej śniegu dużo, a u nas garstka.

Pellegrina pisze...

Początek sprawił, że zatęskniłam za ciepłą izbą z widokami, dokładaniem do pieca, książkami ze stosika i ciszą. A nawet za wodą z potoka przynoszoną w wiadrach. Ale inne powody każą dawkować te przyjemności.

Aleksandra pisze...

To się nazywa zima. U nas póki co dwie noce było blisko -20. Dzisiaj już czuć odwilż.
Ciekawie jest u Was, chociaż trudno czasami. Ja na balkonie wywieszam kule dla sikorek i mogę obserwować jak pożywiają się. raz przyleciała wrona lecz nie mogła utrzymać się na delikatnej gałązce, którą umocowałam do poręczy balkonu.

Jan Łęcki pisze...

Mario, pięknie uchwyciłaś gila. Ten ptaszek jeszcze nie wpadł do moich zbiorów. Na Twoim czwartym zdjęciu wypatrzyłem dwa dzwońce. one również przylatują na moją działkę. Gdy będziesz dysponować wolnym czasem, wpadnij do:

https://jan0101.blogspot.com/2016/02/ptasie-figle.html

Drzewiej takie zimy u nas również bywały, a obecnie Dolny Śląsk jest chyba najcieplejszym regionem w naszym kraju.

Pellegrina pisze...

Te panoramy piękne są !!!

Bozena pisze...

Marysiu bardzo Wam współczuję. Problem mrozu jest duży. Rok temu odczuliśmy to na własnej skórze, gdy podmarzła nam rura od ciepłej wody. Całe szczęście, że wtedy byliśmy w chacie. Koleżanka miała dużo gorzej, bo straciła dwa grzejniki w pokoju dla gości. Mam nadzieję, że Twój problem jest przejściowy i już skończył się. Sama zastanawiam się, czy mróz nie poczynił zbyt dużo szkód w chacie. Zobaczę, gdy uda nam się do niej pojechać.Twoje zdjęcia ptaków cudne. Do naszego miejskiego karmnika przyleciały wczoraj jemiołuszki . Są też sikorki, które niekoniecznie lubią słoninkę. Zdecydowanie bardziej odpowiada im słonecznik. Całę szczęście , że po sąsiedzku mamy sklep z karmą dla gołębi. Zaopatrujemy tam naszą ptasią stołówkę. Pozdrawiam serdecznie.

makroman pisze...

Woskowy smak nieśpiesznego życia. Ukłony.

mania pisze...

I ja obserwowałam ostatnio sarny z okna w pracy. Przychodzą do lasku za parkingiem, widocznie smakują im młode brzózki.
Serdecznosci

Beata Bartoszewicz pisze...

Ach, Mario, musisz wracać, bo ptaszyny tam czekają na Ciebie i słonecznikowe ziarenka. Wspomnienia Waszych pszczółek nieustannie mnie rozczulają :* A w szopce owady jakby Jezuska oszczędzały...

Mario Miła, cytrynówka to prawdziwie rajski napitek. Dałam też skosztować trzem koleżankom - rozpływały się w zachwytach, które z przyjemnością przekazuję :)

Ściskam najserdeczniej,
Beata

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Agatek, tak, woda w domu to wygoda, a jak zabraknie, to koniec świata:-) poczekamy, aż się trochę ociepli, może ogrzejemy studnię i puści zamroź; a jak nie, to trzeba będzie czekać do wiosny, przeżyjemy:-)

Ania, a wiesz, że bardzo często wracam do archiwalnych postów, bo tam jest zapisane dokładnie wszystko, zwłaszcza daty, a pamięć bywa ulotna:-) owszem, miewam chwile zwątpienia, nawet ostatnio mówiłam, że może czas zakończyć tę przygodę z blogowaniem, bo ileż można ... W. zaprotestował, że tylu przyjaznych ludzi spotkałam, sprawia mi to przyjemność, więc kontynuuj, kobito! no tak, W. pluje sobie w brodę, że to jego zaniedbanie z tą studnią, ale czy w studni rzeczywiście zamarzło? będziemy próbować:-) śniegu znowu dosypało:-)

Krystynko, da się żyć bez wody w kranie, zresztą przecież tak zaczynaliśmy, więc tragedii strasznej nie ma:-) teraz moja zmiana pilnuje ognia w chatce, ja trochę domowo; a panoramki to syn jakoś komórką zrobił, o! stanął, obrócił się 360 stopni i panoramki gotowe, ja nie umiem:-)

Aleksandro, zima najprawdziwsza:-) ale chyba bardziej wolę cieplejsze pory roku:-) w ciepłej izbie nic nie straszne, ale np. zawiało drogę, na wysokości sąsiada powyżej nas, i jak pług nie przyjedzie, mąż będzie uziemiony, a jutro ma pilnie wracać:-) zeszłej zimy leśnicy dali nam kule tłuszczowe dla ptaków, w tym nic nie słychać; dziś w miejskim ogrodzie bażant chodził, na jabłka przyszedł, które kosom wydaję.

Janie, gile to piękne ptaki, ładniejsze chyba od grubodziobów:-) są dzwońce, czyże, trznadle, raz udało mi się sfotografować krzyżodzioba, rzadki ptak; no właśnie, przecież kiedyś były zima w zimę, a teraz trochę śniegu, mrozu, i tragedia narodowa:-) a raczej pożywka medialna:-) zajrzę na ptasie figle:-)

Bożena, problem z wodą aktualny, ale i bez wody da się żyć; tak jak pisałam, znowu wozimy w pojemniku spożywczą, topimy śnieg, a na kąpiółki do domu:-) jemiołuszek jeszcze nie widziałam, to bardzo łagodne ptaki, i urodziwe; słonecznik kupujemy w hurcie na worki, bo dokarmiamy na dwa domy.

Maciej, bo na Pogórzu czas zwalnia:-) i pachnie woskowo-miodnie:-)

Mania, tak, sarny lubią młode gałązki, żeby tylko do moich drzewek w sadzie się nie dobrały; na razie pędzlują sąsiedzką jemiołę, i resztę jabłek spadłych jesienią.

Beata, mój zmiennik stoi na warcie, dba o ognisko domowe, i o zwierzynę, ja dojadę jutro; żłóbek z Jezuskiem z lekka tylko muśnięty gliną, bardziej im odpowiada Maryjka z Józefem, mają wielkie brody, są wręcz zamurowane; tak, cytrynówka zacny napitek, dosyć łagodny, no i na miodzie, nam też smakuje, i dziękuję za słowa uznania ... cieszą:-) pozdrawiam.

Krzysztof Gdula pisze...

Mario, na Twój blog, do Ciebie, można przychodzić żeby się ogrzać. Skutkuje, sprawdzałem.
Praca przy pszczołach jest dla mnie magiczna, pszczelarz jest magiem, a zapach świeczki woskowej jest podobny w działaniu do Twojego bloga: pogodnie nastraja.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krzysztof, męża dziadek miał kiedyś pszczoły, a on je zapamiętał z wczesnego dzieciństwa; upłynęło wiele lat, marzenia-wspomnienia nabrały wyrazu, przed kilku laty terminował przez cały sezon w pasiece u znajomego, no i przyszedł czas na swoje:-) pomagam też, zbieram zioła na łąkach, przy wirowaniu miodu, nic więcej, bo boję się pszczół:-)

Krzysztof Gdula pisze...

Ach, więc mąż jest pszczelarzem od niedawna. Gdzieś czytałem, że pszczoły rozpoznają swojego pszczelarza -opiekuna. Ciekawe, czy to prawda, bo jakoś trudno mi uwierzyć.

Mażena pisze...

Karmiąc ptaki jest szansa podpatrzeć jakie są piękne!

Mażena pisze...

Panoramy bajeczne !!!!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krzysztof, no może od 3 lat, to krótko, ale rodzina i znajomi w miód zaopatrzona, a nawet zostaje odrobina do sprzedaży; pasieka rozwojowa, nie w kierunku przemysłowym, ale tak do 10 pni:-) nie, nie poznają opiekuna, za krótko żyją, zresztą wiele zależy od rasy pszczoły, mamy w tej chwili łagodne, ale na początku jeden ul był tak zjadliwy, że przez lato nie mogłam wyjść na grządki, od razu na mnie polowały; mąż dał im nową matkę, i to niedobre pokolenie wyginęło naturalnie, a potomstwo z nowej matki już było przyjazne:-)

Mażena, ptactwa przylatuje całe mrowie, wiele rodzajów sikorek, inne też, czasami siedzę i patrzę, jak sobie radzą, chowają w piórka zziębnięte nóżki, przeskakując z jednej na drugą:-) panoramki syn jakoś komórką zrobił, a ja mu podebrałam na bloga:-)

Ania pisze...

Marysiu, pięknie na Pogórzu, pięknie. Ptaków zatrzęsienie, zwierza pełne bory... Pewnie, że z bieżącą wodą wygodniej ale pobyt w tym cudownym miejscu wynagradza niedogodności.

Ania pisze...

Gliniarze naścienne ??? Nigdy ich nie widziałam. Niesamowici budowniczy :-))). Buziaki !