piątek, 4 października 2019

W drodze do Babadag ... rumuńskie wędrowanie II ...

Przed nami Park Narodowy Putna Vrancea.
Jechaliśmy przecudną droga przez potężne góry, a po drodze ani wioski, ani ludzi. Z głównej drogi można zjechać w bok, a szutrówka wyprowadzi nas na wypłowiałe połoniny.


Widoki dookoła dalekie ... góry, góry, i lasy bezkresne ...


Stare buki powykręcane, schłostane przez wiatry, a przez to przybierające fantazyjne kształty ... w takich miejscach lubimy zatrzymać się na odpoczynek, coś zjeść, mając jednocześnie baczenie na okolicę ...



Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zjeżdżając z z góry, odkryliśmy odbijającą w bok inna drogę, a tam, przytuloną do zbocza najprawdziwszą, nowoczesną daczę. Mąż od razu porównał to do naszych realiów: - A kto im dał pozwolenie na budowę tutaj?


W górach temperatury spadały poniżej zera, więc na nocleg w namiocie nie decydowaliśmy się. W miejscowości Lepsa, w centrum masywu górskiego znaleźliśmy pensjonaty, niektóre już zamknięte, ale ten jakby na nas czekał. Był pięknie ukwiecony, ale rankiem zobaczyliśmy obraz zniszczenia ... nocny mróz zniszczył co delikatniejsze rośliny.



Jesteśmy skowronkami, więc wczesnym rankiem ruszyliśmy w dalszą drogę, odwiedzając kolejne atrakcje. Czekał na nas wąwóz, Cheile Tisitei. U jego wejścia brama, punkt poboru opłat, miejsce na ognisko i na drewnianej palisadzie pokazane główne zwierzęta, jakie można tu spotkać ... jejku! te niedźwiedzie mnie prześladują:-)


Wzdłuż rzeki Tisita Mare prowadzi ścieżka, jak w podobnych wąwozach ... w czasie II wojny zbudowano tu tory kolejki wąskotorowej do wywozu drewna z głębi gór, w tej chwili nie ma prawie śladu ... Na końcu wąwozu jest długi tunel, wykuty w skale, ale ... tam nie dotarliśmy, zwłaszcza jak znowu zobaczyłam taką tablicę, skutecznie mnie wystraszyła:-) ... i do tego, że nie warto uciekać, bo niedźwiedź jest szybszy:-)


Przeszliśmy z kilometr, na trasie ani żywej duszy, nawet w budce strażnika nikogo nie było, huk spadającej ze skał wody, osypujące się z góry kamienie, na wszystko reagowałam trochę panicznie. Po przeglądnięciu przeze mnie stron Parku nie dziwcie się temu, i to w okolicach, gdzie kończy się wąwóz czyli kilka domów Gresu ... nie, żebym straszyła, takie są realia tego Parku Narodowego.





Nie, to ponad moje siły ... z ulga powitałam bramę wejściową do wąwozu:-)
Taka to ze mnie bohaterka!






Rzeka Tisitei jest dopływem większej rzeki Putna i ta ostatnia dostarczyła nam dalszych wrażeń, spadając niezwykłymi kaskadami ze skał, wymytymi w litym podłożu. Huk Putna robi niesamowity, woda uwięziona w głębokim, a stromym korycie huczy, że ciężko słowo zamienić. Miejsce jest obarierowane, pewnie po śmiertelnym wypadku, który tu się zdarzył i o którym nie daje zapomnieć mały krzyż. Jesteśmy pod koniec lata, wyobrażam sobie, co dzieje się tu wiosną, kiedy śniegi schodzą z gór.




Szalony, wariacki 80-metrowy bieg rzeki kończy się basenem, dosyć głębokim, bo 12-metrowym.
Ciekawostką jest, że kiedyś rzeka płynęła 200 m dalej, ale wskutek ruchów tektonicznych jej kaskady przeniosły się w obecne miejsce, a na starym jest zupełnie sucho. Na równinie Putna łagodnieje, rozlewa się po żwirowym korycie i płynie ledwie strumyczkiem.
Patrzyłam na te skały u brzegu basenu, w kamiennej lawie zatopione większe kamienie ...


Powoli opuściliśmy góry, za jakiś czas były one tylko ciemnym cieniem na widnokręgu, a my jechaliśmy wielkimi równinami naddunajskimi. Przed nami przeprawa przez Dunaj, prom w Braiła, przed którym miałam trochę obawy ...



... i młodzi Francuzi na pokładzie, w podróży z kotem:-)


Moment odbicia od brzegu wiąże się dla mnie z mdlącym uczuciem w żołądku, że my stoimy, a brzeg odpływa, tak jak w ruszających pociągach ... dopiero, jak nawiązałam wzrokiem do zabudowań, punktów stałych, poczułam, że to my płyniemy:-) Na drugim brzegu ciemniejszy zarys niewysokich gór, tam zmierzamy.


To góry Macin, dla mnie stareńkie prawie jak Matka Ziemia, bo któż jest w stanie ogarnąć umysłem wiek 255 milionów lat:-) Na mapie znalazłam monastyr, a tuż za nim zaznaczony kemping. Ponieważ znacznie ociepliło się w porównaniu z górami,  zostaliśmy tu na nocleg.
Oto powyższy kemping ... zniszczone tablice ze schematem szlaków, taryfą opłat,, 2 wc toiki, drewniane stoły i ławy, niektóre zdekompletowane, bo chyba komuś brakowało drewna na ognisko:-) teren wyczyszczony z gałązek, mniejsze akacje zrąbane, większe jakoś trzymają się.


Kiedy przyjechaliśmy, było sporo aut na parkingu, z gór schodzili pojedynczy turyści, była jakaś grupa chyba entomologiczna, bo zainteresowali się ostatnim zielonym krzakiem i latającymi nad nim motylami. Zbierali coś z gałązek, może złożone jajeczka, może usiłowali schwytać motyla ... kiedy odeszli, podeszłam tam i ja z aparatem ...


Niby znany mi motyl, podobny lata u nas, ale ten inny, mieniący się szmaragdowo, duży, obiektyw nie widział tego, co moje oko ... Stefan będzie wiedział:-)
A tak w ogóle na tablicy wyczytałam, że w sezonie można spotkać tu "900 de specii de fluturii" - 900 gatunków motyli ... możliwe to?
Mąż został na dole poodpoczywać sobie, a ja poszłam znaczonym szlakiem w górę. Potem szlak zgubiłam i wydeptanymi ścieżkami wspinałam się coraz wyżej, zauroczona księżycowymi krajobrazami.







Roślinność spalona słońcem, tylko gdzieś w załomie skalnym uchowały się zielone listki, po pojedynczych kwiatkach rozpoznałam dzwonki, goździki, poduchy czegoś nieznanego ... wiosną musi tu być pięknie, kwitnąco, ciekawie botanicznie ...





Na skalnych połaciach, w pełnym nasłonecznieniu wyłaziło ze mnie zimno przywiezione z gór. Wspinałam się beztrosko po kamieniach coraz wyżej i wyżej, a widok z góry daleki na naddunajskie pola ... u stóp gór monastyr. Towarzystwa dotrzymywała mi modlitwa mnicha, którego śpiewny głos był wzmocniony przez nagłośnienie ... to było przyjemne doznanie, nienatarczywe dla ucha, modlił się tak już pewnie trzecią godzinę, a Alleluja w jego wykonaniu brzmiało jak śpiew muezina z meczetu, z tureckim zaśpiewem.
Liczyłam na spotkanie z żółwiami, ale nie udało się, może byłam w bardziej stromej części Gór Macin, a może nie miałam szczęścia. Puściłam sms-a do koleżanki Lidki, że tu wcale nie ma żółwi, to mi odpisała, że trzeba było zawołać: Stefan, Stefan!
Stefana to ja znam, ale on nie od żółwi, tylko od motyli:-)
Przypadkiem trafiłam w necie na krótki filmik Lidki sprzed laty, ze spotkania z żółwiami ... ponoć i susły można tu spotkać.


Jak wspomniałam, beztrosko wspinałam się do góry, gorzej było z zejściem, kiedy nogi podjeżdżały na skalnym rumoszu, a kijki leżały sobie w bagażniku. Nie raz zaliczyłam skałę, obtłukując tyłek i zjeżdżając w dół ... ale cała szczęśliwa, napatrzona, z uczuciem niedosytu, wróciłam do bazy.


Pszczelarz od razu zwrócił uwagę na ilość uli w obejściu monastyru ... teraz pożytku tu nie było, ale wiosną, latem, zanim słońce spaliło zieleń, do tego pewnie słonecznikowe pola.
Ostatni turyści odjechali, nawet jacyś biegacze zbiegli z gór, zbliżał się wieczór, więc przed nami pierwsza noc pod namiotem, z cykadami w tle ... CDN ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dzięki za odwiedziny i pozostawione słowo, pa!



42 komentarze:

Aleksandra I. pisze...

Niesamowite. Kraj niby niedaleko od nas a jakże inne klimaty i widoki. Taki bardziej dziki jak dla mnie. Podziwiam Wasze samozaparcie i odwagę w zapuszczaniu się w takie miejsca. Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Pani Mario, dzięki za piękne widoki i równie piękny przekaz. Nigdy nie byłam w Rumuni, ale dzięki Pani czuję już ten klimat, tą naturalność i dzikość tego kraju. Spotkanie z tymi łagodnymi misiami nie byłoby fajne. Fajnie, że kiedy większość wybiera wycieczki all inclusive, Pani serwuje nam takie prawdziwe oblicze odwiedzanych stron. Pozdrawiam serdecznie, Alik. A co do spadku temperatur w nocy, u mnie - na Warmii, niby dziś nie było przymrozku, ale na niektórych kwiatach liście poczerniały i pomarszczyły się, więc chyba był. Zimna tej jesieni początki.

Tomasz Gołkowski pisze...

Dzień dobry Mario
Uwielbiam przeglądać Wasze wypady w kierunku rumuńskim. Kierunek ten obierany przeze mnie w przeszłości stracił już mocno na intensywności bynajmniej nie z powodu braku chęci a raczej czasu. Nakręca mnie jednak każda przeglądana wyprawa, a to że od dwóch lat nie mogę tam z zorganizować powrotu wynika z przyczyn niezależnych ode mnie i problemów pojawiających się niemal w ostatniej chwili. Tyle tam pięknych miejsc - pozytywnie zazdroszczę
Pozdrawiam serdecznie

BasiaW pisze...

Nie chciałabym spotkać tych misiaczków:-) A swoją drogą, kto wymyślił misie dla dzieci???

Agnieszka Mikołajczyk pisze...

Piękne widoki i ładne zdjęcia

mania pisze...

Ha, a już myślałam, ze wykrakałaś te niedźwiedzie :D

wkraj pisze...

Twoje opisy są jak najlepszy przewodnik. Pięknie pokazujesz dzikie oblicze Rumunii. A takie spacery wąwozami są dla mnie ulubionymi. Myślę, że każdy miałby pietra, widząc takie ostrzeżenia przed niedźwiedziami.
Pozdrawiam :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ola, to prawda, niby niedaleko, a inaczej; widać wyraźną granicę w zabudowie, dokąd sięgały kiedyś Węgry; chyba nie odważyłabym się na nocleg w namiocie w takim "niedźwiedzim" terenie:-) Rumunia oferuje tyle ciekawostek, że nie pozna się wszystkich, a za każdym razem coś nowego; pozdrawiam.

Alik, i Rumunia zmienia swoje oblicze, z każdym wyjazdem, choć są miejsca , które nie zmienią się i za sto lat:-) z dala od głównych tras można znaleźć miejsca niezwykłe, gdzie nie dociera nowoczesność, to lubimy; jestem spóźniona "działkowo", wczoraj lało, dziś w nocy chyba mróz, nie zdążyłam zebrać zieleniny:-) pozdrawiam.

Tomasz, bo do Rumunii nie można jechać na 1-2 dni, choć i takie wypady mamy za sobą, tylko mąż cały czas za kierownicą:-) miejsca naprawdę niezwykłe, na pewno wiele ciekawostek mijamy, czasami aż żal, bo nie ma dobrego dojazdu, a na długą wyprawę pieszą szkoda nam czasu, bo już coś następnego czeka do obejrzenia, i jak mówisz, czasu zawsze mało; ale bywasz w miejscach równie ciekawych, i w Karpatach:-) pozdrawiam.

Basia, właśnie 2 lata temu miałam takie spotkanie i podchodzę teraz do tematu "jak pies do jeża"; nie trzeba jechać do Rumunii, ostatnio na Pogórzu wędrowiec prawie wszedł na niedźwiedzia:-) misie przytulaśne, miłe i łagodne tylko w postaci maskotki, ostatnio oglądałam zdjęcia jego łapy i pazurów ... nie, nie prowokuję losu, nie chciałabym takiego spotkania; pozdrawiam.

Agnieszka, Rumunia spalona słońcem, tylko lasy zielone, chciałabym wrócić tu wiosną, kiedy wszystko kwitnie; pozdrawiam.

Mania, o, nie, nie chciałabym takiego spotkania, choć przejeżdżaliśmy tą drogą, gdzie fotografowano te misie; prawdę mówiąc, troszkę wciskało mnie w fotel ze strachu:-) pozdrawiam.

Wkraju, może gdyby było więcej ludzi na szlaku w wąwozie, poszlibyśmy za nimi, a tu ani żywej duszy; ze mnie to takie strachajło, ale wychodzę z założenia, że lepiej nie prowokować losu; bardzo podoba nam się Rumunia, tym razem była inna, i być może ostatnia w te rejony; pozdrawiam.

Krzysztof Gdula pisze...

Ludzie jeżdżą gdzieś na krańce świata, bo wypada, bo egzotycznie, bo pochwalić się mogą, a tak blisko nas czeka tyle pięknych i ciekawych krain, widoków i przeżyć. Mario, serdecznie gratuluję wycieczki!
Niedźwiedzi i ja się boję, ale pamiętam zapewnienia mieszkańca Ustrzyk Górnych: niedźwiedzie ludzi się nie boją, ale i nie szukają zaczepki. Zawsze jakieś pocieszenie, ale niepokój na myśl o ich spotkaniu zostaje.

grazyna pisze...

Zupelnie inne krajobrazy, moze dlatego, ze susza wytrzebila zielonosc, wiosna jednak jest bardziej malownicza, trzeba na wiosne!. A niedzwiedzi tez bym sie bala, chociaz ogladac je z samochodu to chetnie!
Motyl...wyglada na jakas dostojke. Moze dostojka malinowiec, jest motylem duzym i mieniacym sie na zielonkawo.
Wlasnie wrocilam z Podlasia i tam jeszcze polatywala dostojka latonia, pialam z zachwytu ma jej widok.
No to czekam na cd.
pozdrawiam serdecznie

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krzysztof, sama jestem bardzo zaskoczona tą różnorodnością, jaką oferuje Rumunia; my nie wędrujemy po górach, bo zazwyczaj za mało czasu, choć lubimy; raczej przemieszczamy się z miejsca na miejsce i oglądamy, i chłoniemy, a przy okazji małe wypady w teren; tak sobie mówimy, że chyba zanudzilibyśmy się na śmierć w jednym miejscu, a już niewyobrażalne jest spędzenie całego urlopu w hotelu z basenem:-) ech, niech nie szukają zaczepki, niech odchodzą, nie chciałabym spotkania z misiami:-) jest niepokój, i to wielki, zwłaszcza u mnie; pozdrawiam.

Grażyna, kiedy byliśmy przełom VII/VIII, to jeszcze zielono, ale to było bliżej, okolice Cluj Napoca, może tak słońce nie paliło, no i deszcze; ten motyl był przecudny, dosłownie było słychać jak przelatuje, i takie mienił się zielonawo, cudeńko! mąż namawia mnie na Podlaskie, jeździ tam na jakieś przeglądy budowlane i okolica jest zachwycony, ja najdalej byłam nad jez. Białym, a właściwie nad Okuninką, było pusto, teraz mówią, że brzegi zabudowane; będzie jeszcze 1-2 wpisy rumuńskie i już wracam na swoje włości:-) pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Twoje wprawne oko wychwyciło inną kolorystykę skrzydeł tego motyla.
Podobieństwo do Dostojki malinowca jest tak duże, że nawet patrząc do atlasu można się pomylić. Ale gdyby Ci się udało zobaczyć czerwonawy kolor spodu górnych skrzydeł, to już byś wiedziała co to jest. Niestety stałej populacji w Polsce na razie nie ma, ale pojedyncze osobniki zalatują od południa czasami. Drobne szczegóły rysunku na skrzydłach nie pozostawiają wątpliwości, że jest to Argynnis pandora. To jej nazwa łacińska lub po prostu Dostojka pandora. Na zdjęciu oczywiście jest samica.
Pozdrawiam Stefan

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Stefan, bo to był przepiękny motyl, zwracający uwagę:-) mam chyba zdjęcie z boku, przy złożonych prawie skrzydłach, więc sprawdzę, ale ... hm! malin tam nie było:-) skoro to samica, to może rzeczywiście składała tam jaja i ci ludzie zbierali je, choć na jednym zdjęciu sięga ssawką do tego małego kwiatuszka; dzięki za dostojkę pandorę, ładna nazwa; pozdrawiam.

Pellegrina pisze...

Dobrze, że te niedźwiedzie to tylko internetowe bo zanim doczytałam to aż mnie zmroziło.
Uwielbiam wodospady, ten ich szum i moc, a zwłaszcza możliwość podejścia za ścianę wody.
Te góry takie tam dzikie, poszarpane, pofałdowane ale nie dziw jeśli takie stareńkie. Podziwiam Cię Maryś, że wyszłaś tak wysoko, ja już bym nie mogła ze względu na serducho i dlatego dziękuję, że mogłam chociaż zobaczyć.

Anonimowy pisze...

Marysiu, zmuszony jestem napisać sprostowanie w kontekście tych "malin co ich nie było".
Nomenklatura polskich nazw gatunków nie jest bezpośrednim tłumaczeniem z łaciny i często nie wiąże się też z nazwą rośliny żywicielskiej.
Dostojka malinowiec a dokładnie jego gąsienica nie odżywia się malinami.
Obydwa gatunki D.malinowiec i D.pandora za rośliny żywicielskie dla larw obrały różne gatunki fiołków. A jaja składane są na korze drzew rosnących w pobliżu fiołków.
Bionomia cyklu życiowego motyli jest inna u każdej rodziny.
Pozdrawiam
Stefan

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krystynko, jechaliśmy tą drogą, ale na szczęście miśków nie było, bo nawet zza szyb auta trochę mroziłoby mnie:-) tutaj wodospad huczał, spadając i wirując w kolejnych wypłukanych skalnych misach, jakby tam człowiek wpadł, to przemieliłoby go na amen; spodobały mi się góry Macin, wróciłabym tam kiedyś na dłużej, obeszłabym wszystkie szlaki, szkoda że tak daleko; nie, nie były wysokie, ze 300 m trzeba było wspiąć się do góry; pozdrawiam.

Stefan, ano widzisz, od razu biorę dosłownie:-) jak malinowiec, to ani chybi na malinach:-) jak bielinek kapustnik na kapuście; ale to wynika z mojej niewiedzy, lubię obserwować motyle, gąsienic już nie za bardzo; to cóż mogli tam debatować ci ludzie tak długo? coś zbierali na pewno; pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Znów spędziłem trochę czasu w Twojej czarującej Rumunii. :)
W górach Vrancea zrobiłem kiedyś ciekawą trasę, zaczynając właśnie od wąwozu Tisita. Jeszcze przed tunelem mija się wspaniałą bramę skalną. Wypatrzyłem też kozice, szukając powodu, dla którego spadały ze zboczy kamienie. Miśków nie spotkałem, czego akurat nie żałuję. ;)

Pozdrawiam,
Wojtek

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Wojtek, czy ten kraj ma jeszcze przed Tobą jakieś tajemnice? żałuję, że tak bałam się iść dalej tym wąwozem, ale strach zwyciężył, może gdyby jeszcze ktoś szedł, byłoby raźniej; szukamy miejsc, gdzie nie ma zbyt wielu ludzi, a tym razem przydałaby się ich obecność:-) spadały kamienie powiadasz, no chyba brałabym nogi za pas, nie wypatrując powodu:-) siedzi we mnie strach przed miśkami, u nas niedźwiedzie, w Rumunii niedźwiedzie, w górach Macin byłam beztroska:-) pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

"Wojtek, czy ten kraj ma jeszcze przed Tobą jakieś tajemnice?"
Życia nie starczy, żeby poznać wszystkie tajemnice, wszystkie miejsca warte zobaczenia. Ale... to dobrze...

Pozdrawiam,
Wojtek

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Wojtek, i ja mam takie odczucia, z każdym wyjazdem odkrywamy co innego; żeby poznać, należałoby zainstalować się w jednej krainie i czesać teren, a tu za jednym wyjazdem człowiek chce połknąć jak najwięcej i dużo ciekawostek mija; pozdrawiam.

Beskidnick pisze...

Pozazdrościć!
Piękna kraina.

Dorota pisze...

O razu na myśl mi przyszła książka Stasiuka, ale te krajobrazy, te kolory pełne życia i radości niezbyt mi pasują do klimatu jego powieści ;) Piękna wyprawa. Pozdrawiam serdecznie

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Maciej, zaprawdę piękna to kraina, już wracałabym tam; pozdrawiam.

Dorota, zobaczyliśmy w naszej wyprawie całego Stasiuka:-) ale nie pokazuję takich zdjęć, bo i po co? biedy, pijaczków spod sklepu, watah romskich niedorostków, głodne chore psy; szukamy nawet nie miast, a ciekawostek natury, to nam odpowiada:-) posłużyłam się nazwą Babadag w tytule posta, bo kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z książką Stasiuka, miasto tylko przejechaliśmy, całkiem nieciekawe; pozdrawiam.

Maciej Majewski pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Maciej Majewski pisze...

Ta kamienna "lawa" wygląda raczej na spływ podmorski tworzący tzw. olistostromę vel. "dziki flisz" niż dzieło wulkanu. Chyba, że jest to strefa kontaktowa jakiejś intruzji z brekcją, ale te w Karpatach Zewnętrznych to raczej rzadkość. Natomiast z górami Macin to jest taki problem, jak z innymi mitami o starych górach. Starych gór w kontekście np. całego fanerozoiku w zasadzie nie ma, za to skały które budują góry mają bardzo różnorodną metrykę, ale generalnie nie są tożsame z wiekiem gór jako struktury morfologicznej (no chyba że jest to wulkan :) ). W sieci panuje niemożebny bajzel odnośnie informacji geologicznych i nietrudno o powielanie nieprawdziwych informacji. Na naszym podwórku również popularna jest bujda o "szeregu" starości gór, z Górami Świętokrzyskimi jako "nestorami" wśród polskich pasm górskich.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Maciej, jestem zupełnie zielona z geologii, ale fascynuje mnie widok wszelkich ścian skalnych, podłoża, urwisk, dawnych wulkanów, a nawet zwykłych kamieni:-) u nas to tylko flisz karpacki, zdarzają się okrągłe formy, które miejscowi nazywają "wapieniaki", a zdobią zazwyczaj ogrody, skalniaki; wiek gór Macin wyczytałam z tablicy u wejścia do rezerwatu, dla mnie niewyobrażalny, ale są ciekawe choćby z tego względu, że wypiętrzają się nieoczekiwanie z równiny naddunajskiej; tam, gdzie rezerwat, góry mają spokój, ale trochą dalej czynny kamieniołom, wybierają urobek wgryzając się coraz głębiej w góry, szkoda, ale tak tam jest; jest budowa, potrzebne kruszywo, więc pozyskują go na miejscu; bujda o Świętokrzyskich? przecież tego uczono nas w szkole:-) dzięi i pozdrawiam.

Maciej Majewski pisze...

Jakby nie patrzeć, to również wyszedłem ze szkoły z taką informacją (matko! Kiedy to było :-) ). Z resztą nie była to jedyna odrealniona informacja wyniesiona z tego typu instytucji, a źródła z poziomu akademickiego i tak wszystko weryfikują. Mimo wszystko trudno wymagać by uczyć młodzież tajników geologii przy ogólnym programie nauczania, ale jednak ten błąd dość często pokutuje w społeczeństwie. To samo tyczy się tablic informacyjnych. Mam wrażenie, że niektórych informacji geologicznych nikt nie sprawdza, a teksty komponują krewni i znajomi wójta na podstawie wspomnień z wycieczki. Ten z pozoru monotonny flisz karpacki potrafi być czasem bardzo interesujący i bardzo duża ilość ciekawostek jest właśnie na Pogórzach Karpackich.

Beskidnick pisze...

Maciej jak zwykle rzucana kolana... Zero polemiki, po prostu prośba, skoro nie Świętokrzyskie to które?

Maciej Majewski pisze...

Już śpieszę z wyjaśnieniem. Podstawowym błędem poznawczym serwowanym przez wiele źródeł i niestety szkolnictwo, jest brak rozróżnienia pomiędzy wiekiem gór a wiekiem górotworu. W zasadzie nie ma na świecie starych gór, a wszystkie (jako element ukształtowania terenu) powstały w okresie od końca oligocenu po w zasadzie koniec miocenu z kontynuacją wypiętrzania w rożnym tempie i w różnych miejscach po dziś dzień. Owszem, niektóre góry jak np. Góry Świętokrzyskie zbudowane są po części ze starych skał paleozoiku i noszą pamiątki po starych orogenezach, ale w okresach pomiędzy orogenezami góry były erodowane do zera i stanowiły częstokroć element dna morskiego. Może jeszcze taki przykład: Jeśli tarnowską katedrę zbudowano w XIV wieku używając do tego cegieł wypalanych z plejstoceńskiej gliny, to katedra pochodzi ze średniowiecza czy z plejstocenu?

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Maciej, coś w tym jest, z opisami na tablicach:-) Staszek K. wyłapał również błąd na tablicy z roślinami, jedna nazwa dla dwu różnych okazów na wulkanach błotnych:-) trzeba umieć patrzeć na taki chociażby flisz karpacki, no i wiedzieć, na co się patrzy:-) odbieram te skałki raczej wzrokowo, faktura, kolory, erozja, o! odciski ciekawe roślin można zobaczyć, poza tym pozostałe zjawiska są mi nieznane; w sobotę zobaczę wielką ścianę, Mur Krzeczkowski; pozdrawiam.

Maciej Beskidnick, fascynujące jest ten świat, z przyjemnością wielką czytam; tyle do zrozumienia, zobaczenia, świat flory, fauny, teraz geologii, aż życia żal, że tyle umknęło:-) pozdrawiam.

Maciej, wielkie dzięki, teraz to i do mnie dotarło, i pojęłam różnicę:-) pozdrawiam.

Maciej Majewski pisze...

No, a wg potocznie przyjętej logiki, katedra była by klasycznym typem plejstoceńskiego gotyku :) Nieco miesza tu pojęcie "odmłodzenia" rzeźby, które błędnie sugeruje jakoby stare, skarlałe, ale wciąż widoczne w terenie górki miałyby się wydźwignąć ponownie. Faktem jest, że miejsca w których były kiedyś góry "łatwiej" poddają się kolejnym ruchom górotwórczym, ale za każdym razem góry tworzyły się w zasadzie od zera. Taki np. flisz karpacki składa się ze skał osadowych, będących produktem depozycji osadu z erodowanych gór po których nie został żaden ślad. Ot taki geo-recykling :) Niestety, ale do tablic trzeba podchodzić z pewnym stopniem ostrożności. Oczywiście nie ma co przesadnie zakładać, że na pewno trafimy na bzdury, ale ostatnio znalazłem tablicę opisującą stanowisko geologiczne z wyszczególnionymi typami skał metamorficznych. Wśród nich był: marmur, kwarcyt, łupek i... Grys! Dobrze, że nie dopisali bruku, tłucznia i podsypki :)

Beskidnick pisze...

Za taką wiedzę i zdolności dydaktyczne jakimi Maciej dysponuje nawet skrzynka piwa to nie była by cena wygórowana (nomen omen)!

Czyli tak. Świętokrzyskie to stosunkowo "młode" góry, tyle że wypiętrzeniu uległ znacznie starszy materiał? To nawet logiczne. Tylko jaki proces spowodował ich wypiętrzenie, Karpaty to orogeneza alpejska, ale Świętokrzyskich to nie obejmuje? A i jeszcze Cię pomęczę. Ten flisz i piaskowce to z erozji Świętokrzyskich, czy tego co było przed nimi, czy jeszcze z czegoś innego?

Maciej Majewski pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Maciej Majewski pisze...

Dziękuję za uznanie. Bardzo miło gdy się to czyta, no ale pora wyjaśnić resztę i po kolei:

1.Dokładnie tak. Część starych skał budujących Góry Świętokrzyskie nosi znaki starych orogenez, ale obecna forma tych gór to dzieło orogenezy alpejskiej, tylko wypiętrzanie odbyło się na inny sposób. Nie są to wszak góry fałdowe, tylko zrębowe. Nie było tu żadnej strefy subdukcji tak jak to miało miejsce w Karpatach, a wypiętrzanie objęło potężne zręby wypiętrzone wzdłuż uskoków. Pewną rolę odegrały tu tzw. ruchy wielkopromienne wznoszące spore obszary skorupy ziemskiej. Choć podczas orogenezy hercyńskiej w karbonie i permie część skał tworzących obecnie G.Świętokrzyskie była częścią gór fałdowych i była wypiętrzona w taki sam sposób jak Karpaty. Jednak już w mezozoiku teren dawnych gór wypiętrzonych w tamtym czasie był już zerodowany i stanowił dno morza, a na całym obrzeżeniu tych gór zachowały się ciekawe osady jury i kredy, znane chociażby z słynnego już kamieniołomu w Owadowie.

2.Orogeneza alpejska to proces który zachodzi na całym świecie i tak, właśnie tak, zdanie jet napisane w czasie teraźniejszym. G.Świętokrzyskie również wypiętrzyły się w tej orogenezie. Niemniej tak jak wspomniałem nie każde wypiętrzanie zachodzi w taki sam sposób i w takim samym czasie. Świetnym przykładem jest tu np. sytuacja z wyspy Seram w Indonezji gdzie na wysokości ok. 3000 m n.p.m. znajdziemy wapienie z przełomu pliocen/plejstocen co świadczy o bardzo szybkim wypiętrzaniu tamtego rejonu. Nawet w Karpatach wypiętrzanie nie zachodziło z taką samą intensywnością w tym samym momencie na każdym odcinku. W takim odniesieniu można już faktycznie powiedzieć o górach starszych i młodszych, jednak różnice w geologicznej skali czasu nie są takie jak wizji usnutej przez błędny mit.

3. Było kilka miejsc z których pochodzi materiał klastyczny fliszu karpackiego, a jednym z bardziej istotnych był tzw. Grzbiet Śląski, lub mówiąc inaczej: Kordyliera Śląska. Oddzielała dwa zbiorniki wodne tworzące basen magurski i basen śląski, ale z badań wynika, że wcale nie musiał być to jakiś bardzo duży teren i jego szerokość mogła być nawet taka jak w przypadku wspomnianej wysypy Seram. Trzeba też mieć na uwadze jak wyglądała Europa na granicy oligocen/miocen. Tak naprawdę to tylko północ Europy tworzyła NEP czyli platformę północno europejską (w Polsce na NEP leżało wszystko poza terenem Karpat). Południe obecnej Europy wyglądało podobnie do ponownie przywołanej Indonezji z licznymi lądami oddzielonymi morzami, ale dzieliły nie tylko morza ale i linie tektoniczne. Taka choćby ALCAPA, czyli terran tworzący rejon Alp i Karpat to były mikrokontynent, który wraz z innymi mikrokontynentami zderzył się z NEP i częściowo nasunął się nań formując wspomniane przed chwilą łańcuchy górskie, prasując przy tym kilka basenów sedymentacyjnych. Beskidy i Pogórza stanowią tzw. pryzmę akrecyjną, czyli najbardziej "poturbowany" rejon z całego orogenu karpackiego. Geolodzy musieli włożyć sporo pracy by odtworzyć sytuację sprzed przełomu oligocen/miocen.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Maciej, i chwała geologom za ogrom pracy, ja z lekcji geografii pamiętam tylko ery i okresy:-) myślałam, że treść tablic konsultuje się z naukowcami:-) pozdrawiam.

Maciej Beskinick, myślę, że przy skrzynce piwa Maciej opowiedziałby nam wiele interesujących rzeczy:-) pozdrawiam.

Beskidnick pisze...

Maciej - mega... teraz potrzebuję kilka dni, żeby to przetrawić.

Maria - sugerujesz żeby Go porwać na pogórze, spić piwem i nakłonić do geologicznych zeznań? jestem ZA! ;-)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Maciej Beskidnick, no gdzież zaraz spić! dla jasności myśli raczej:-)

Beskidnick pisze...

;D

Maciej Majewski pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Maciej Majewski pisze...

No proszę, co tu się na mnie szykuje :) Do pogawędek wystarczy mała kawa, a nawet lepsze jest świeże powietrze w otoczeniu jakiegoś odsłonięcia geologicznego, gdzie wszystko można omówić na jakimś przykładzie :) Tak jeszcze dla lepszego zobrazowania sytuacji ogólnoeuropejskiej w okresie formowania Karpat, to polecam by zerknąć na tą stronę:

http://deeptimemaps.com/europe-series-thumbnails/

Na mapie rekonstruującej sytuację w oligocenie (tu dostępnej w formie miniatury) widać nawet wspomniany wcześniej Grzbiet Śląski i na dolnej mapie zaznaczona jest strefa subdukcji (sama subdukcja miała swe apogeum już w miocenie), gdzie mikrokontynenty ALCAPA, Tisza i Dacia (niezaznaczone) nasuwają się na na NEP, a ich specyficzny ruch z rotacją Dacii i ALCAP-y sprawia, że Karpaty mają charakterystyczną formę odwróconej litery C. Skoro tego typu opowieści budzą zaciekawienie, to polecam czasem zerknąć na mój własny zakątek internetu, gdzie daje sobie publicystyczny upust. Ostatnio mam mało czasu na pisanie, ale może jeszcze w listopadzie wypuszczę tekst o gazie ziemnym, albo o specyficznych wapieniach z Ponidzia. W przygotowaniu jest jeszcze więcej wpisów np. o najmłodszym karpackim wulkanie, który mógłby być już utrapieniem nie dla neandertalczyków, ale już dla kromaniończyków. No, ale doba niestety nie jest z gumy... A szkoda!

Beskidnick pisze...

WOW - to jest jeszcze ciekawsze niż mi się wydawało! Szczerze mówiąc myślałem że to było bardziej ... uporządkowane - a tu chaos na całego! Faktycznie było do zaj..u roboty, żeby to odczytać i zobrazować.

A twój blog ma w obserwowanych od dłuższego czasu.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Maciej, Twoje wpisy na blogu to ogrom wiadomości i dobrej roboty, pracę doktorską można by obronić przy okazji:-) gaz ziemny ... wiercą u nas na potęgę, najpierw przeszli ci z kablami i podziemnymi wybuchami, potem namierzyli złoża i teraz powstają na polach zaczopowane odwierty; z kolei przez łąki naszej spokojnej krainy budowali nową nitkę gazociągu wysokociśnieniowego, koparkowy skrobnął przy okazji stary gazociąg, bo idą równolegle, i było krok od katastrofy, a gwizd uchodzącego gazu słychać było w promieniu kilku km, a nam kazali uciekać:-) na szczęście opanowali wszystko; ale to tak "wtręt gazowy"gwoli ciekawostki podkarpackiej:-) z kolei Ponidzie ciekawe także z roślin kserotermicznych, o których dużo czytam, o gipsach wiem mało, a zatem będę zaglądać w oczekiwaniu na nowy post; w kolejce czekają na nas piaskowce jamneńskie na Ukrainie, ze względu na urodę tych skał:-) no i mamy blisko; pozdrawiam.

Maciej Beskidnick, poczekamy na karpacki wulkan, jest ciekawie bardzo:-) pozdrawiam.