niedziela, 13 października 2019

Rumuńskie wędrowanie IV ... Błotne Wulkany i kosmiczne trowanty w Ulmet ...

Przejechaliśmy Wołoszczyznę od Dunaju po Karpaty. Pogoda zmieniła się zupełnie, przejrzyste niebieskie niebo z początkowych dni schowało się za deszczowymi chmurami, ale za to było ciepło, na polach nasze bociany, pewnie w drodze do Afryki.
Za Buzau, w miejscowości Berca skierowaliśmy się za drogowskazami: Vulcani Noroiosi. To Błotne Wulkany.


Byliśmy tu już przed laty  z naszą ukochaną czarnulką Miśką.
Teraz przyjechaliśmy, bo chcieliśmy zobaczyć je jeszcze raz. Ohoho! zmiany, zmiany, komercja poczyna sobie tu pełną gębą. Najpierw uraczono nas ciorbą, taką, co to pewnie dolano wody, żeby było więcej, a kiedy poszliśmy ścieżką do Wulkanów, to było dopiero zaskoczenie.
Budka, strażnik i pobierają opłaty za wejście ... do licha, a ja zostawiłam na dole pieniądze, bo co będę upychać kieszenie bez potrzeby:-) aparat fotograficzny wystarczy. Nie pomogło tłumaczenie, że zapłacimy w knajpce, nie wpuści i koniec. Cóż było robić? zbiegłam z powrotem do auta jako ta lżejsza i przyniosłam te nieszczęsne leu, dobrze, że niedaleko i nie za wysoko.


Przed wejściem na teren Wulkanów zostaliśmy poinstruowani, jak mamy się zachowywać, a więc
... nie zbliżać się do otworów w odległości mniejszej niż 4m ...


... nie wrzucać do środka kamyków ...


... nie wchodzić na stożki błotne, bo może być "problema" ... no i nie używać ognia.


Za nami weszły na szlak dwie młode mamy z dziećmi, ależ przejęły się tymi zakazami.
Weszły na stożek, zrobiły selfi, a potem brały dzieci na ręce i prawie wsadzały do otworu, żeby zobaczyły, jak bulgocze błoto:-)  Przestrogi odnoszą zupełnie odwrotny skutek, nikt się nimi nie przejmuje, do głowy by mi nie przyszło, żeby wrzucać kamyczki do krateru:-)
To niesamowite miejsce.
Wkoło wrze, bulgocze, robi puff! wydaje odgłosy jak głodny brzuch ... w jednych kraterach rzadziutkie błotko, inne zbierają się w sobie i wyrzucają z trudem pecynę gęstego błotka, płyną strumienie błotnej lawy, ale też bąbelkuje w nich ...







Jeden stożek jakby zakończył aktywność, był zupełnie suchy i zamknięty, ale przypomniał sobie po czasie, że trzeba zadziałać, więc zrobił sobie z boku jakby przetokę i nią wypluwał błoto ...


Zaschnięte błoto wygląda jak skóra starego żółwia albo słonia ...


Vulcani Noroiosi są także ciekawostką botaniczną, przed wejściem do rezerwatu tablica z wyszczególnionymi roślinami, które można tu spotkać, niektóre znam, niektóre zupełnie obce.






Pan strażnik zobaczył, że interesujemy się roślinami, a zwłaszcza jednym krzewem ...


Objaśnił, że to zupełny unikat, występuje tylko tutaj, na Błotnych Wulkanach, potem daleko, bo na terenie Afganistanu, Iranu, Turkmenistanu i Tadżykistanu, a także w Australii.
Nazwał tę roślinę "gardurarita", jakoś tak hiszpańsko mi to zabrzmiało:-)
To Nitraria schoberi.
My widzieliśmy krzak z czarnymi owockami, już prawie wysuszonymi, we wczesnej fazie rozwoju wygląda tak ...




Na skraju błotnych pól delikatne fioletowe kolorki, to zatrwian Gmelina ... taka mądra to nie jestem, udało mi się znaleźć stronkę z roślinami tu występującymi:-)


Mieliśmy zabiwakować na kempingu bodaj ze dwa dni i robić wypady w teren, bo okolica bardzo ciekawa. Niestety, deszcz pomieszał nam szyki, ciekawostki w miejscach o kiepskim dojeździe, więc plany na szybko zmieniły się i dotarliśmy tylko w jedno miejsce, do Ulmet.
Ciekawie jedzie się, z głównej drogi zakręt i to od razu ostro do góry szutrem, ale okolica naprawdę przepiękna.
Przyciągnęły nas tutaj kamienie "Trowanty" jak nie z tego świata, podobne do tych, które widzieliśmy w zeszłym roku na południu Rumunii, a cały ten rezerwat nazywa się Babele de la Ulmet.
Trzeba przejechać przez wioseczkę, dalej poprowadzą tabliczki z napisem Babele.
Nie myślcie, tutaj też czeka budka z punktem do pobierania opłat, bodaj kilka lei, byliśmy późno i po deszczu, strażnik zwiał:-)
I oczywiście od razu przygoniły dwa psy, wcale nie głodne, bo cóż same kromki chleba, a jeden z nich poszedł z nami na szlak, wesoło machając ogonem ... turystyczny pies, jakich wiele.
Droga wiejska, glina w pyle, na to spadł deszcz, więc do sandałów przyczepiała się ta mokra warstwa, odrywając plastry śladów i pozostawiając suche miejsca, a podeszwy robiły się ciężkie, grube i nijak nie można było pozbyć się ich. Dopiero przejście w mokrej trawie trochę umyło te modne "platformy".
Na łączce pierwszy ciekawy kamień, nazywają go chyba Żółw, a mąż od razu skojarzył to z twierdzą Przemyśl i żeliwnymi kopułami obserwacyjnymi:-)


Potem ścieżką ze śliskimi stopniami i o, rany, zupełny kosmos!


Obok ścieżki wymyty następny kamulec ...


... a na grzbiecie wzgórza ... no tak, tu na pewno byli kosmici ...









O, tak, pies wiedział, że nie ma co włóczyć się po mokrych krzakach, i tak tu wrócimy, żeby zejść z powrotem ... mała drzemka ...


Poszłam odważnie ścieżką dalej, zmoczyłam się w trawie i krzakach po pas ... wszędzie krzewy rokitnika, oblepionego pomarańczowymi owocami. Spróbujcie je zbierać, nie dość, że miękkie, to jeszcze wśród ostrych cierni.
Zakupiłam worek owoców po drodze, od jednego człowieka, który pracowicie obrywał je z przyniesionych gałęzi.
Rozgniecione i zalane miodem już macerują się w słoiczkach, są kwaśne, pachną podobnie jak kalina, czyli niezbyt, ale ponoć straszecznie zdrowe:-)







Niektóre kamienie-trowanty z dodatkowymi ozdobami ... jak tarcze starożytnych wojowników ...




Wróciliśmy do auta, drugi pies był mądrzejszy, wylazł spod auta, wyspany i suchy:-)
Tyle ciekawostek naszukałam, skalne pierwsze kościoły w górach, czyli pieczary ze starymi napisami, prowadzi szlak po górach, kolejne solne góry w Manzalesti, kraina ognia w Terca, bursztyny w Colti... wszystko to pozostawiliśmy w deszczu. Bardzo mi żal, że nie mogliśmy zobaczyć wszystkiego na własne oczy, nie wiem, czy będzie jeszcze w życiu okazja, żeby tu wrócić. Przy okazji poszukiwań w necie wyczytałam, że projektowane jest powstanie w górach Buzau geoparku, bo obszar niezwykle urozmaicony, a jeszcze niezbadany dogłębnie ... historia, związane z tym starożytne obiekty, budowle, geologiczna perełka, a także botaniczna.


W Rumunii akcja wyborcza na prezydenta, w każdej najmniejszej miejscowości drogie, foliowane banery zawieszane w poprzek drogi ... ileż pieniędzy poszło w powietrze, tego nie zliczy. Obiecują tym ludziom cuda-wianki, byle oddali na nich swój głos, potem nikt o nich nie pamięta. Biedne osady, bez dobrego dojazdu, ludzie biedni, zwłaszcza starsi, ci kandydujący pewnie nawet tu nie byli ... polityka ma chyba jednakowe oblicze w każdym kraju.


Skoro tu nie udało się, to może trasa przez Fogarasze okaże się łaskawsza.
I dobrze, że się tam wybraliśmy, bo trafiliśmy na najprawdziwszy wiejski targ u podnóża gór.
Kupiliśmy tam paprykę, bakłażany, różową cebule sałatkową, podobną do naszej szalotki, jakieś precle wiązane na pęczki, sery wędzone przepyszne, a także coś, co nosili i przegryzali wszyscy ... placki podobne do racuchów, obtoczone w cukrze, chrupiące i pachnące.
Obserwowałam, jak to robili, pewnie rodzinny biznes.
Z kadzi pod blatem kobieta wyciągała po garści dosyć luźnego ciasta drożdżowego i rzucała na polany obficie olejem tenże blat. Potem rozpłaszczała dłonią i rzucała w gorący tłuszcz, placek pływał swobodnie, szybciutko rumienił się, a dziewczyna wyjmowała wielkim widelcem na ogromną tacę, potem w cukier i już można chrupać gorący.
Wiele śmiesznych sytuacji wywoływały te nasze nieporadne zakupy, bo dogadaj się tu z kobieciną co do ceny, co młodsi pomagali po angielsku, albo na elektronicznej wadze pokazywali, a już zakup precli-koleczików to wyższa szkoła jazdy ... tu trzeba było brać wielokrotność 10:-)
Kupowaliśmy przy drodze arbuzy, melony, dojrzałe tak, że rozpływały się w ustach, a smak niebiański. Melony kojarzyły mi się mdło, a te wygrzane na słońcu, soczyste były przepyszne.
Jakieś jasnozielone kule ... kupmy, mają czerwone w środku, pewnie będą dobre, i jeszcze te gładkie żółte, i jeszcze te ... kobieta podarowała nam za zakupy jeszcze coś innego. W domu okazało się, że też melon, ale inny z wyglądu i smaku.


Jednak trasa fogaraska nie okazała się wcale łaskawsza, im wyżej tym ciemniej, a potem to już w chmurze ...





Za tunelem wiatr, +5 stopni, wysiadać z auta nie chciało się, a tu takie sceny, panna młoda jak zmokła kura, w tej zimnicy, ależ fantazja ... moda na sesje ślubne w nieoczekiwanych miejscach.


Pokonywaliśmy kolejne zakręty drogi, temperatura rosła im zjeżdżaliśmy niżej, bez żalu zostawiliśmy góry za sobą ...


W Transylwanii znowu deszcz, bardzo nam pomogła autostrada Transilvana, zaoszczędziliśmy sporo czasu, a mieliśmy jechać inaczej ... mąż nie chciał już noclegu po drodze. Na Słowacji kilka kontroli jak nigdy, pogranicznicy, potem policja, nawet podany został alkomat, śmiejemy się do dziś, jak policjant wydał  polecenie: Dychajte!
Nad ranem stanęliśmy u bram pogórzańskiej chatki. KONIEC.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za poświęcony czas, pozostawione słowo, może kogoś zainspiruje moja relacja, bo Rumunia jest warta odwiedzin, pa!


P.s.
Aha! tak sobie pomyślałam ... może nasze roztoczańskie "kukiełki" to takie maleńkie, młodziutkie trowanty?
Trzeba by zapytać geologa:-)






19 komentarzy:

Stanisław Kucharzyk pisze...

Piękna wyprawa, roślinki niektóre wspólne z kserotermami z Pogórza. Chociażby ten zawilec taki jak z Góry Filipa a podpisany omyłkowo jako Astragalus monspessulanus ;-) Ten traganek jest zresztą na kolejnej tablicy podpisany tak samo :-)

Agnes Agnieszka pisze...

Piękne widoki

Aleksandra I. pisze...

Potrafisz dozować emocje turystyczne. Czytam i zachwycam się tymi błotnymi wulkanami, wyrażam w duchu opinie o pseudo turysta, niestety wszędzie ich pełno. Mają za nic jakikolwiek regulaminy - tylko ja jestem najważniejszy. A potem płacz i zgrzytanie zębów jak coś stanie się. A to, że niszczymy dobro nas wszystkich to już pryszcz. Oj skończę bo nakręcam się. Wracam do sedna wpisu. Dopiero kiedy zobaczyłam zdjęcia tych kamieni - zatkało mnie. Ileż zdolności posiada natura, to jest niesamowite. Wyobrażam sobie jak kolorowo wyglądał bazar, lubię takie klimaty.
Pozdrawiam Was serdecznie.

Bozena pisze...

Wasza podróż to , patrząc na zdjęcia, taka trochę wyprawa na księżyc. W każdym bądź razie krajobrazy marsjańskie, księżycowe... I jeszcze te mini wulkany, robiące chlup, chlup. Tu zieje, tam chlupie... Byłam na Wezuwiuszu i jakoś nie było mi wtedy do śmiechu. Ziejące opary, kamulce i z tyłu głowy opowieść o jego wybuchu.
Marysiu, jestem pod wrażeniem Twojego wyszukiwania roślinek, ich nazw. Twojej spostrzegawczości. Fajne te Wasze podróże. Pozdrawiam

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Staszek, nie, no, Ty to masz oko:-) rzeczywiście ta sama nazwa, pomyłka jak byk:-) niemniej jednak chciałabym być tam wiosną, mieć czas i łazić po tych górkach do bólu:-) z daleka od większych miast, wśród mieszkańców wioseczek,
a ludzie naprawdę serdeczni; pozdrawiam.

Agnes, kiedy tak pokonujemy kolejne kilometry, chciałabym zatrzymać się za każdym zakrętem, bo krajobrazy rumuńskie naprawdę obłędne, ale tak się nie da, czasami zza szyby uda się coś pstryknąć:-) pozdrawiam.

Ola, oj, znam Twoje zdanie na ten temat z Twojego bloga:-) przed laty był to teren ogólnodostępny, teraz zrobiono rezerwat, strażnik pilnuje, ale to nic nie daje, co najwyżej kasa wpłynie do skarbca:-) myślę, że każdy deszcz czy po zimie zmywa ślady ludzkiej działalności; nie chciałabym być tam w deszczu, błotko rzadkie chyba nie pozwoliłoby chodzić po polu wulkanicznym; też mnie zaskoczyły te kamienie, jak rzeźby zwariowanego artysty; na targu ludzie życzliwi, nigdy w Rumunii nie spotkaliśmy się z niechęcią czy agresją; pozdrawiam.

Bożena, też mi się tak skojarzyło, zresztą przed laty tak zatytułowałam swój wpis o wulkanach:-) tak, cały czas ziemia pracuje, oddycha, pluje, wszędzie na swój sposób, albo lawą albo błotem; są niedaleko pola wiecznego ognia, pali się ulatniający gaz; rośliny to tak przy okazji, a są ciekawe; tak się zastanawiamy, może czas obrać inny kierunek? pozdrawiam.

grazyna pisze...

Ile w tej Rumunii niezwyklych miejsc, ma ona potencial turystyczny, moze lepiej by nie byla zadeptywana przez turystow, ale dla niej byloby to ekonomicznie bardzo pozytywne. Mnie zarazilas Rumunia, mam zamiar jeszce tam sie poszwedac. Te kamulce nie z tej ziemi, wulkany...niezwykle wszystko.
Zajrzalam do postu sprzed lat, rownie ciekawy, no i panny mlode, moja fotograficzna slabosc. pozdrawiam!!!

wkraj pisze...

Same ciekawostki. O wulkanach błotnych już słyszałem i nawet widziałem jak ktoś zrobił tam sobie ślubną sesję zdjęciową. Natomiast o tych kamieniach nie miałem zielonego pojęcia. Na temat zachowań niektórych "turystów" szkoda pisać takim ani woda święcona nie pomoże. Pozdrawiam serdecznie

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Grażyna, myślę, że to tylko część atrakcji Rumunii, to co wyszukałam w necie, a ile ominęłam; część kraju o węgierskim charakterze, część o wpływach osmańskich; bardzo lubię ich folklor na yt, malowany starymi zdjęciami; właśnie w tej części, w górach Buzau, est tyle ciekawostek, że posiedziałabym tylko w nich, a drogi takie super, żwirówki, surwiwalowe jak dla nas:-) i widać rdzennych mieszkańców, wioseczki biedne, ale ludzie serdeczni; tam, gdzie dotarł masowy turysta, ogólna pazerność, jak i u nas:-) jedź, bo z każdym rokiem Rumunia zmienia swoje oblicze; pozdrawiam.

Wkraju, o, ciekawostek u nich mnóstwo, ale widzisz, kraj zmienia się, natura jest cywilizowana, ogradzana, zabudowywana, trzeba śpieszyć się, żeby zobaczyć piękno bez tych naleciałości; i dobrze, że z każdej atrakcji są jakieś pieniądze, oby tylko trafiały do właściwej kieszeni, a przede wszystkim ułatwienia dla mieszkańców, tak jak w Sapancie na Wesołym Cmentarzu; ludzie żyją naprawdę w trudnym terenie, w trudnych warunkach, gdybyśmy my narzekali, to bluźnimy:-) obserwuję zmiany, jest czyściej, jest się gdzie zatrzymać, choć na Błotnych Wulkanach, gdzie chwaliłam pobyt przed laty, jakoś mi się nie spodobało; pozdrawiam

Krzysztof Gdula pisze...

Te kamulce rumuńskie niewątpliwie są dowodem obecności kosmitów :-)
Mario, tylko Wam pozazdrościć! A nieodwiedzenia planowanych miejsc nie żałujcie. Wszak w ten sposób macie zaczątki planów przyszłych wyjazdów.
Serdecznie Wam ich życzę.

Anonimowy pisze...

Ło Matko Bosko, co to się stanęło! Co za dziwy!Te głazy, te kamienie i jeszcze wulkany błotne to istny KOSMOS. Jak zwykle czytałam kolejne relacje z ogromnym zaciekawieniem. Super zdjęcia! Jeśli kiedykolwiek tam się wybiorę, to będzie Pani (za pozwoleniem) moim przewodnikiem. Pozdrawiam serdecznie, Alik

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krzysztof, no tak, kosmitów:-) a swoją drogą, ciekawa jestem, jakie to procesy zachodziły w skałach, że powstały takie cudeńka; kiedy przejeżdżaliśmy do Ulmet przez mosty, zaglądałam do koryta rzecznego, o dziwo, tam też leżały wypłukane, okrągłe kamienie, więc chyba cały teren jest nimi naszpikowany, tylko ukryty przed naszym wzrokiem, może przyszłym pokoleniom się odsłoni:-) oj, nie wiem, czy zawitamy jeszcze w tamte rejony, chociaż ... to moje marzenie zostać tam przez kilka dni; dzięki i pozdrawiam.

Alik, ha, kosmos! ale ciekawostki, prawda? udało nam się zobaczyć tylko niektóre; jeśli pojechałabyś do Rumunii po przeczytaniu tych relacji, to uznałabym to za osobisty sukces w promowaniu tego kraju i zmianie niekorzystnego wizerunku, bo niestety, u wielu ludzi takowy pokutuje; dlaczego to robię? chyba dlatego, że sama miałam obawy przed laty, a pokochałam ten kraj już chyba na zawsze; pozdrawiam.

Dorota pisze...

Rumunia jest na mojej top liście miejsc do odwiedzenia, a teraz jeszcze bardziej podsyciłaś to pragnienie. Slinka mi leciała podczas czytania opisu pyszności z targu. Dzięki Ci za tę wyprawę!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Dorota, ten targ to był strzał w dziesiątkę, Rumunia w najczystszej postaci:-) kiedy zobaczyliśmy ceny serów wędzonych przy trasie fogaraskiej, to x2; zresztą i papryka, i bakłażany, i cebula sałatkowa, wszystko z pierwszej ręki, a co najważniejsze, sympatyczny kontakt z ludźmi; staram się pokazywać ten kraj, wręcz namawiać do odwiedzin, a cieszę się, gdy mi się to uda /mam już kilka osób na koncie/:-) :-) :-) pozdrawiam.

Pellegrina pisze...

I znowu urokliwa relacja z dzikiej i turystycznej Rumunii. Już tam się chyba nie wybiorę, muszą mi wystarczyć Twoje relacje.Te gejzery błotne, te kosmiczne kamienie, ta ścieżka donikąd, te drogie banery dla biedaków, te targi u podnóża gór, te lokalne potrawy, te wygrzane w słońcu arbuzy, melony, pomidory, papryki ... Chociaż, chyba każdy kraj i region ma takie swoje ciekawostki i zachwycenia, moja Córcia właśnie obczaja Gruzję więc może się tam wybierzemy za rok.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krystynko, to prawda, wszędzie można znaleźć ciekawostki, nas zachwyciła Rumunia, nie ta wielkomiejska, a właśnie prowincja:-) no i mają tych cudów natury od grzmota:-) chciałabym jeszcze trafić na taki targ, na wiejskim boisku rozłożone stragany z różnościami; Gruzja była naszym marzeniem, tylko że my zawsze chcemy swoim pojazdem, a to trochę daleko, więc buszujemy, gdzie bliżej; w dzieciństwie bardzo lubiłam oglądać występy gruzińskich zespołów ludowych, tańce mężczyzn na palcach, z szablami, piękne dziewczyny z warkoczami, niepokojąca muzyka; uda Wam się na pewno wyjazd, pozdrawiam.

Beskidnick pisze...

On faktycznie ciekawostek tyle że przetrawić ciężko.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Maciej, ciekawostek wyszukałam o wiele więcej, tylko planu nie udało się zrealizować; wracałabym tam już; pozdrawiam.

Maciej Majewski pisze...

Dobry trop! Rzeczywiście zarówno kukiełki lessowe z polskich utworów plejstoceńskich i trowanty mają podobną genezę. Wszystkie są konkrecjami węglanowymi, tyle że trowanty z Ulmet powstały w osadach neogeńskiego morza - Paratetydy, a kukiełki lessowe powstały już na lądzie, ale nie ma co liczyć na to by przybrały formę "kuzynów" z Multenii. Ciekawe, eoceńskie konkrecje można znaleźć w utworach fliszowych z Beskidu Śląsko-Morawskiego.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Maciej, dzięki wielkie za przybliżenie tych ciekawych zjawisk geologicznych, ale powiem, że aż nie chce się wierzyć, że to sama natura stworzyła te cudeńka; co mniejsze trowanty zauważyłam przy wjazdach na podwórka jako ozdoby przy bramie, jakieś ciekawe kule, ale tylko takie, które dało się udźwignąć:-) hm! to i u nas w Beskidzie można takie zjawiska obserwować? pozdrawiam.