wtorek, 23 czerwca 2020

Barowa pogoda ...

Mokro.
Jak nie pada, to zbiera się na deszcz, i tak codziennie.
Ziemia nasączona wodą jak gąbka, każdy ślad wyciska mokrość, w piwnicy woda po kostki, potok poniżej szumi jak szalony, rzeki wypełnione wodą do granic wytrzymałości, San przybrał 3 metry ...
Straszono nas czerwcową suszą i upałami, mamy sytuację zupełnie odwrotną, w polu nie wyschnie, a raczej zgnije od nadmiaru wody. Już widać pożółkłe rośliny w zastoiskach na polach, moja sałata też zgniła, a grządki są na pochyłości ... to będzie trudny rok.
Wczoraj w siąpiącym deszczy kończyłam koszenie sadu, taki kawałek za grządkami na stromym zboczu ... podagrycznik urósł jak krzew, grube łodygi, które trudno poddawały się żyłce kosy, a wysokie prawie jak ja:-)
A wracając do barowej pogody, to wykorzystujemy ten czas na pobliskie wycieczki, chociażby tylko zza szyb auta świat pooglądać.


Tym razem w sobotę ruszyliśmy na południe, nisko wiszące chmury obiecywały kolejną ulewę na popołudnie. Zatrzymaliśmy się w Krościenku przy cerkwi na wzgórzu, widocznej z daleka z głównej drogi. Widoczna dlatego, że wycięto wianuszek okalających ją starych drzew ... dla mnie właśnie takie otoczenie dodaje uroku cerkiewkom czy kościołom.

Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy ma ładne położenie w widłach potoków Stebnik i Strwiąż, a przechodziła różne koleje losu jako że teren ten przypadł po wojnie Sowietom. Po korekcie granic w 1951 roku wrócił do Polski, wytrybowany z mieszkańców, ze wszystkiego, co tylko dało się zabrać i wywieźć, łącznie z wycięciem lasów.  Szykowała się jeszcze jedna wymiana w 1952 roku, miały być zabrane okolice Hrubieszowa w zamian za Niżankowice, Chyrów, Dobromil, i linię kolejową Przemyśl-Zagórz. Do tej wymiany nie doszło, bo zmarł Stalin, a przez długi czas jeździło się pociągiem do Zagórza przez teren ZSRR, ten maleńki przygraniczny wycinek Ukrainy, żołnierze sowieccy wchodzili do pociągu i pilnowali wszystkich drzwi, nie wolno było otwierać okien. W ramach tej pierwszej korekty  z 1951 roku mieszkańców Sokalszczyzny przesiedlono w Bieszczady ...


Napisała o tym Grażyna na swoim blogu " I tu, i tam" w poście z wycieczki sentymentalnej do Czarnej. Ze znanych osób przesiedlona została także z Krystynopola jako dziecko poetka, która obecnie mieszka w Toruniu, Wiesława Kwinto-Koczan, jej wiersze śpiewają znane zespoły "z krainy łagodności".


Wracając do cerkwi w Krościenku, w 1956 roku została przejęta przez greckich emigrantów, użytkowana jako owczarnia i magazyn obornika miejscowej spółdzielni produkcyjnej, tak wyczytałam w necie. Zniszczone zostało wnętrze, drzwi, podłogi, a mizerne resztki ikonostasu znajdują się w Muzeum w Łańcucie.


Z ciekawostek, obok cerkwi nagrobek w kształcie trumny, z napisu cyrylicą odczytałam tylko początek "świaszczennik ..." czyli ksiądz, z drugiej strony daty z XIX wieku. Nieco dalej nagrobki z napisami po grecku, dziecięca mogiłka z datą 1956 rok, kilkumiesięczne dziecko zmarło tuż po przybyciu emigrantów ...


Po wizycie w Krościenku pojechaliśmy dalej, małe zakupy w Ustrzykach Dolnych i kierunek Równia, a w niej cerkiew z XVIII wieku pw. Bogurodzicy. Położona na wzgórku, dojeżdża się do niej wąską drogą przez mostek, ponoć dzień temu woda przelewała się wierzchem po opadach. W skarpie zauważyłam dziury, może jaskółki albo inne ptaki miały tam gniazda ... nawet nie chcę myśleć, co się z nimi stało przy tej wysokiej wodzie.


No i spotkało się dwóch panów o podobnych zainteresowaniach, dołączyłam i ja. Pan opiekujący się cerkwią zaprowadził nas wszędzie, pokazał wszystkie ciekawostki, nawet wąziutkim przejściem, wśród belek wspierających jeden z dachów, przecisnęliśmy się na wąziutki chór. Jako że mam lęk wysokości, tylko raz zerknęłam w dół i wycofałam do przedsionka z trzęsącym się, mdlącym żołądkiem:-) Widzieliśmy belkę poszarpaną pociskiem, który wpadł przez okno, dziury w ścianach po ikonostasie i bocznych ołtarzach, pięć wzorów krzyży, które można tu zobaczyć, kilka desek po ikonostasie, malowanych jakimś specjalnym wapnem, przechylający obelisk nagrobny przy wyciętej ogromnej lipie. Okazało się, że pod nim znajduje się krypta, ziemia osuwa się coraz bardziej, zapada, to i wysoki obelisk traci pion, to ten widoczny na zdjęciu powyżej, po lewej stronie.


Nad ołtarzem głównym wielki barokowy krucyfiks, jaśniejszym kolorem drewna odcinają się wymienione podczas remontów belki. Od 1972 roku cerkiew oddano kościołowi katolickiemu, wcześniej odbywały się też msze wbrew władzom.


Ściany zewnętrzne cerkwi impregnowane są co cztery lata surówką ropy naftowej, jak przed wiekami czyniono tutaj z drewnianą zabudową. Wydobywano ją pewnie z jakichś naturalnych wypływów, a impregnowane drewno ma ciemny kolor, no i specyficzny zapach.  Przy okazji dowiedzieliśmy się o występujących tutaj trzech rodzajach ropy naftowej ... pamiętam czasy z początków budowy naszej pogórzańskiej chatki, też marzeniem było wysmarować ją taką surówką:-)


Długo nam zeszło na pogaduchach, obejrzeliśmy każdy zakamarek, a człowiek był sympatyczny i z dużą wiedzą. Przyjeżdża tu dużo ludzi, potomkowie wysiedlonych, Grecy, Węgrzy, Ukraińcy ... pan jeszcze wskazał na ten krzyż, który widać tu wyraźnie na tle trawy. Właściwie to nikt nie wiedział, skąd on tutaj ...


Niedawno przyjechał z daleka człowiek, który jako dziecko bywał na cmentarzu, powiedział, że pamięta jeszcze białą emaliowaną tabliczkę z napisem, tylko nie wie, w jakim języku była. Bo sam krzyż jest ciekawy, lity, odlany w całości z żelaza, żadne tam blachy, pustki w środku ... na ramionach prawie zatarty wzór dębowych gałązek, liści ...  Cerkiew odwiedziło też dwóch Węgrów, jeden trochę mówił po polsku, powiedział, że takie krzyże spotyka się na Węgrzech, a zatem należy wnioskować, że jest to krzyż madziarski, ale o nieznanej proweniencji.
Są to wieści przekazane nam przez pana opiekującego się cerkwią, a ja je Wam przekazuję:-)


W drodze powrotnej spotkała nas ściana deszczu. Potem trochę suchej drogi, zanim przyjechaliśmy do chatki, dotarła tu i ta chmura, zlało niesamowicie.
A teraz, kiedy pisze te słowa aż strachem przejmuje mnie, co dzieje się za oknem, istne oberwanie chmury, potop jaki, czy co ... nie widać, co na łąkach, wodna kurtyna ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, dobre słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!

Kapliczka w pniu starej lipy pod cerkwią w Równi
P.s. Do warzywnika wskakuje mi przez siatkę jakieś płowe stworzenie, buraczki zjedzone, w mokrej ziemi głębokie ślady. Wbiłam wysoki patyk, na nim wywiązałam mój podkoszulek, całość zlałam "odiekołonem" Jacek po ś.p. wujku Pietrze, słupki ogrodzenia też wypachniłam. Jak sarna nie zobaczy stracha, to może chociaż odstraszy ją cuch wody kolońskiej wujcia:-)



12 komentarzy:

Agnieszka Mikołajczyk pisze...

Piękne miejsce

grazyna pisze...

takie wycieczki i szwendanie sie tudziez rozmowy ze spotkanymi ludzmi to moja slabosc, ale Ty o tym wiesz...Lubisz to samo, a masz pod bokiem tyle ciekawostek.
Mam nadzieje, ze deszcze juz zelzaly, niecj kropi na zmiane ze slincem. W tv uslyszalam, ze te deszcze i tak nie zapobiegaja suszy...?
Cerkiew ma ladna bryle.
Mialam z bratem kanadyjskim pojechac znowu do Bieszczad , do Czarnej ale koronawirus wszystko uniemozliwil. Brat siedzi w tej Kanadzie.
Pozdrawiam serdecznie

Olga Jawor pisze...

I u nas bardzo mokro. Wszędzie stoi woda a ziemia pod stopami zapada się i wypełnia od razu wodą. Gnije cebula na grządkach. Gniją owoce na drzewach. Nie pamiętam takiej sytuacji z wcześniejszych lat.Jak nie susza to zalania. Komarów i kleszczy mnóstwo!I ślimaków, rzecz jasna!
Pozdrawiam Cię serdecznie, Marysiu i zyczę, by sie te deszcze uspokoiły.Ponoć za parę dni upały. Ech, jak nie kijem to pałką!:-)

Anna Kruczkowska pisze...

Cudna cerkiewka. A buraczki też mi sarna zjadła. Nwet się odciskiem raciczki podpisała . Ot, życie blisko natury.

wkraj pisze...

Ależ mi przypomniałaś naszą pierwszą wyprawę w Bieszczady pociągiem. Faktycznie wskakiwali radzieccy żołnierze i zasłaniali okna. Stali z bronią przy każdym wejściu. Zdążyłem już wymazać fakt ten z pamięci. U nas też leje bez opamiętania. Chociaż dzisiaj był dzień przerwy, ale na jutro znowu zapowiadają opady. Pozdrawiam serdecznie i życzę trochę słońca :)

Lidka pisze...

Jak w piosence: ciągle pada :) U nas tez :/ W ogóle ten rok taki byle jaki... Zeby nie powiedzieć : straszny .
Ja mam w końcu naprawiony rower, miałam znów objeżdżać Kujawy, a tu samochód mi pewnie pozostanie. Uściski z nadzieją na lepsze dni :)

AgataZinkiewicz pisze...

Bardzo ciekawa wycieczkę mieliście. Bardzo... Jestem pod wrażeniem...ciekawa historia. Aż by się chciało dowiedzieć więcej o tym miejscu... Pogody nie zazdraszczam. Oby wszystko się ułożyło. Trzeba wierzyć... Bo to co się dzieje to straszne. Naprawdę s współczuję. U nas spokojnie. Popada. Pogrzeje, popada i tak w kółko... Ach. Trzymajcie się w zdrowiu.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Agnieszka, lubimy takie miejsca ... i ogólnie stare rzeczy:-) pozdrawiam.

Grażyna, przychodzi sobota i włącza się "szwendaczek", jak tu usiedzieć w chatce czy znowu do pracy? należy się jeden dzień dla ducha i oczu:-) przypasował nam ten pan z Równi, bo nie opowiadał jak przewodnik, tylko samo życie; wczoraj wieczorem przestało lać, dziś ranek smutny i szary, zobaczymy, co dalej, a potok z dołu szumi jak Niagara, trzeba by zobaczyć, co tam się dzieje, w każdym razie na Kopystańkę nie przejdzie przez wodę; pandemia pomieszała ludziom szyki, bardzo, nam też; pozdrawiam.

Ola, patrzyła wczoraj z okna chatki, bo nie sposób było wyjść nawet zamknąć bramę ... drogą płynął w dół strumień wody, nawet rów nie pomógł; byłam przed chwilą w piwnicy, tak jeszcze nie było; a na grządkach "baba jaga", za dobrze to nie wygląda, nie chcę być złym prorokiem; upały przy tej ilości wody, udusimy się w parnocie:-) pozdrawiam.

Ania, stara drewniana zabudowa posiada specyficzny zapach, czy to ze względu na surówkę ropy, czy jak w skansenach środki konserwujące drewno; jednakowoż bardzo lubię taki zapach, starości, dawnego; byłam wczoraj na grządkach, tylko stare ślady, cuch pachnidła pomógł:-) a buraczki wysieję jeszcze raz, na jesienny zbiór; pozdrawiam.

Wkraju, można by napisać "tak było":-) szkoda, że taki pociąg już nie jeździ, były przymiarki do jego uruchomienia, ale to trzeba chcieć, no i czy byliby chętni, przede wszystkim turyści; u Ciebie był dzień przerwy w deszczu, znaczy wszystko przylazło do nas:-) momentami strach mnie przejmował, co to będzie, świata Bożego nie było widać; bo co innego, przyjdzie burza i pójdzie, a co innego, jak tak zaciągnie się bez miary; pozdrawiam.

Lidka, otrzymałam właśnie w tem względzie stosowny smsik od Krzysiów:-) no tak, rok byle jaki, nam to przekłada się na ten poprzedni też; a teraz dochodzi jeszcze "pandemiczny" strach gdzieś tam z tyłu, ale całkiem blisko, bo w mieście ogniska korona, w pobliskim leśnictwie też, gdzie robiliście zdjęcia po drodze zimą; kurczę, zbliża się:-) ponoć ma być jeszcze lato, błota obeschną, uderzysz w pedał, nie martw się:-) pozdrawiam.

Agata, właściwie to nie przepisuję historycznych treści, bo wszystko można znaleźć w necie, a raczej opisuję swoje odczucia, a że lubimy takie miejsca, nawet odwiedzane po wielokroć, to druga sprawa:-) rzeki groźne, podtopienia, zerwane mosty, zalane domy, to okropna klęska dla ludzi; mąż powtarza, że przed laty przekupki za halą targową zawsze mówiły, że aby było lato, San wpierw musi wylać; dzięki i pozdrawiam.

Krzysztof Gdula pisze...

Właśnie. Miała być susza, jest potop.
W najkrótszą noc chciałem pójść na plażę, ale była mgła i listopadowe zimno. Ech.
Zapach wody kolońskiej wujka jako straszak na sarny? Wielce oryginalny sposób! :-) Niech będzie skuteczny.

Aleksandra I. pisze...

No Popatrz jak znowu kraj podzielony. Wprawdzie u nas tez pada ale nie w takiej ilości. Kolejne ciekawe miejsca zobaczyłam za pośrednictwem Wasze wycieczki. Czasami ciekawie jest zastanowić się nad tajemnicami zawartymi w pozostałościach po poprzednikach. Ile historii ludzkich przewija się. Do mojego siostrzeńca przychodzi na posesję sarna z młodymi, nie ma jeszcze bramy, a w ogrodzie tylko trawa póki co. Widoki mają przednie. Pozdrawiam serdecznie.

Pellegrina pisze...

Jak widać nie ma złej pogody dla wędrowników i włóczęgów ( tak a propos podobno niedawno był światowy dzień Włóczykija z Muminków), zawsze Was oczy poniosą w ciekawe miejsca. Ja za kilka dni jadę w zielonogórskie na taki niby SLOT, będę się włóczyć po lasach, łąkach i jeziorach.
Ja zlewam gnojówką z chwastów ale to chyba dla nich najlepsza perfuma.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krzysztof, potop u nas przybrał rozmiary klęski żywiołowej, straszne; teraz upalnie, świeci słońce, ale groźba ulew nie odpuszcza; wyobraź sobie, że zadziałało, nie ma już nowych śladów na grządkach, to woda kolońska-zajzajer:-) pozdrawiam.

Ola, oj! po ostatnich dniach to kataklizm, oberwania chmury, fale powodziowe na potokach i rzeczkach, ludzkie nieszczęścia; bardzo lubimy rozmowy z ludźmi, dzielącymi się ciekawostkami, których nie wyczyta się w przewodnikach; zresztą cerkiewki, pozostałości starej zabudowy, skanseny to jednak cenimy najbardziej; sarna z młodymi na podwórku u siostrzeńca ... żeby tylko myśliwi nie zwiedzieli się:-) widoki na Waszym Pogórzu przecudne; pozdrawiam.

Krystynko, deszcz zza szyb auta niestraszny, a jeszcze można trafić na dziurę w niebie i przy okazji obejrzeć cerkiewki, stare cmentarze czy co tam jeszcze; to taka sobotnia, poranna tradycja - mała wycieczka po okolicy:-) dobrze Ci, spotkasz się z rodziną, ciekawie spędzisz czas; też używam nastawu z pokrzyw, smrodkiem przewyższają zapachy tej oborowej:-) pozdrawiam.