niedziela, 29 sierpnia 2021

Jeden dzień w Beskidzie Skolskim ...

 Mamy bardzo blisko do przejścia granicznego z Ukrainą, w Krościenku koło Ustrzyk Dolnych. Nie trzeba wstawać w środku nocy, kiedy jedzie się niezbyt daleko, niemniej jednak trzeba brać namiar na niespodzianki przy przekraczaniu granicy. Tym razem było wyjątkowo gładko, dosłownie z biegu, ani jednego auta przed nami, może dlatego, że środek tygodnia. Wszystkie dokumenty skrupulatnie sprawdzono,  certyfikaty covidowe, ubezpieczenie zdrowotne, zieloną kartę, dokumenty pojazdu, paszporty, sprawdzono, czy kogoś nie przemycamy, no i te tajemnicze karteczki podawane z okienka do okienka, które potem pogranicznik odbiera. I dobrze, przy okazji wyszło na jaw, że paszport mam ważny do początkowych dni września, po powrocie trzeba postarać się o nowy:-) 

Lubimy te drogi, znamy je już na pamięć, Chyrów z widocznym dawnym kolegium jezuitów, widać że po pożarze w 2018 roku już odbudowano. Jechaliśmy tamtędy kilka miesięcy po zdarzeniu, widok tragiczny. Potem obydwa Sambory, kierunek na Drohobycz i Truskawiec, zatrzymaliśmy się w tym ostatnim. Uzdrowisko ze słynnymi wodami "Naftusia" ... chcieliśmy pospacerować, popatrzeć, bez pośpiechu i na luzie. Ależ wszędzie mnóstwo ludzi, coraz więcej, chyba z racji kanikuły, no i spacerujących kuracjuszy. 

Zapuściliśmy się między stragany przy deptaku, w jedną stronę, w drugą. Za szybami pawiloników powtarzające się gadżety pamiątkowe, ot! choćby taki Kozak z Kozaczką ...


... i bardziej śmiała wersja:-)


Najładniejsze były haftowane bluzeczki, koszule, a także wielkie włochate skarpety, filcowe czapeczki kranoludkowe w kształcie dzwonka konwalii z różnymi napisami cyrylicą.


Zwracają uwagę stare budynki, przemieszane z nowoczesnymi, bezdusznymi molochami. Te pozostałości dawnej świetności uzdrowiska przyciągają uwagę delikatnością drewnianych ozdób, misternymi koronkami, w jednym z nich znajduje się muzeum.



Na budynku tablica poświęcona Rajmundowi Jaroszowi. W czasach II Rzeczypospolitej gościły tu wielkie sławy świata towarzysko-filmowego, ale powiem szczerze, że niezbyt czuje się dawnego ducha poprzez te nowoczesne budowle, może tylko stare fotografie przy niektórych willach i tabliczki informacyjne.

Niestety, nie pokosztowaliśmy słynnej wody, pachnącej naftą, bo dla kuracjuszy wyznaczone są godziny i wtedy pijalnie są zamknięte dla osób postronnych, nie chciało nam się czekać prawie dwóch godzin. Trzeba było najpierw iść do wód, a dopiero potem spacerować. Pozostała nam malutka, pyszna kawa na ławeczce w cieniu drzew.



Przy jednym z malutkich barów zauważyliśmy tablicę z menu, a na niej "czeburieki", ależ nam zapachniało. Nie odnaleźliśmy jednak w nich smaku pysznych, gorących i świeżych czeburieków, serwowanych na dworcu w Samborze. Żal tylko, że samborski bar został wyremontowany i sprzedają tam teraz hamburgery ... wielka szkoda. Tutaj dostaliśmy czeburieka odgrzewanego w mikrofali, i wcale nie świeżego, jak nas zapewniała właścicielka:-) Nie jesteśmy wybredni, ale to jawna profanacja tak pysznej, tradycyjnej potrawy:-) i nie zajrzymy tu więcej, mimo kilkakrotnie pojawiającego się zaproszenia "zachodźcie do mnie". Pani pewnie myślała, że my może kuracjusze:-) U wyjazdu z Truskawca zatrzymaliśmy się jeszcze przy nowoczesnej kapliczce, w lesie już ludzie szukający grzybów, a na łące pełno kwitnących czarcikęsów.




Przy lesie zauważyłam ciekawe liście jakiejś rośliny, w kształcie podobne do funkii. Nie mam pojęcia, co to za roślina, ale widoczne były dołki po łopacie, ktoś coś wykopywał. Może te rośliny, może jeszcze coś innego, ani chybi jakaś ciekawostka, może ładnie kwitnąca:-) Sama łąka była urokliwa, pewnie botanicy znaleźliby tam wiele ciekawostek.
Z Truskawca przez Borysław zjechaliśmy do Schodnicy, to kolejne uzdrowisko, jakich wiele w Karpatach. Też obeszliśmy stragany, nic ciekawego, chińszczyzna, wiele polskich produktów spożywczych, chyba mieszkańcy z okolicznych wioseczek przyjeżdżają tu po zaopatrzenie. Pszczelarza oczywiście zaciekawiło stoisko z miodami i api-produktami.


Ostatni przystanek naszej wycieczki. To Urycz z pozostałościami zamku Tustań, właściwie to nie pozostałości, tylko grupa skał, między które wpasowała się budowla. Jak byliśmy tu ostatnio, to droga ze Schodnicy do Urycza była w budowie, musieliśmy zawrócić i zrobić wielkie koło na stryjską drogę, żeby dostać się do Sambora. Teraz jedzie się nowym, wyprofilowanym traktem, gładziutkim jak masełko, kiedyś to była zwykła szutrówka. Sam teren wokół Tustania też ewoluuje na miarę europejskich standardów, wszędzie asfalt, przegrodzenia, szlabany, płatne parkingi ... trochę żal mi starego, kamienistej drogi, kobiety, która przynosiła świeżutkie "watruszki" z jagodami i nawoływała turystów jak rasowa przekupka ... waaatruszki, waaatruszki! Teraz pewnie by ją przegonili na cztery wiatry:-)
Urokliwe miejsce obrasta tablicami informacyjnymi, wszędzie zbudowane pomosty, schody, wszystko ku wygodzie zwiedzających. Może i dobrze, nie trzeba błocić butów, ale miejsce traci na naturalności.



Przechodząc między skałami coś mignęło mi z boku, a myślałam, że to prześwit pomiędzy ... nie, to wpasowane lustro, można się przejrzeć, zrobić zdjęcie, albo zwyczajnie dać się omamić i próbować przejść na drugą stronę:-)


Na nasłonecznionych, odkrytych zboczach wychodni skalnych wszechobecne wrzosy, kwitnące wrzosy.



Ścieżka okrąża skały wspinając się coraz wyżej i wyżej, bariery ograniczają dostęp do wielu miejsc ... kiedyś na tych kamieniach siedzieli młodzi ludzie z bębenkami i śpiewali jakieś pieśni ... teraz tylko kwitną ostatnie dzwonki karpackie.


Jest tu takie miejsce, najbardziej widokowe, więc ustawia się prawie kolejka na selfie, pozują całe grupy, pojedynczo, w każdej ręce telefon, cały czas rozmowy, na głośnomówiących też, od razu filmiki ... 



Tak, to ładny widok, wieś położona niżej, wonne dymy bukowe z palenisk, tam będziemy coś jeść, jak skończymy zwiedzać.


Na dziedzińcu również tablice z prac archeologicznych ...



Z góry widać doskonale wychodnie skalne, z jednej strony, z drugiej. To piaskowce jamneńskie, do tego pasma należą również Skałki Dobosza po drugiej stronie rzeki Stryj, jednak nie jechaliśmy do nich tym razem.





Zeszliśmy do baru pod chmurką, u sympatycznych babeczek, tych co zawsze proponują mężowi kusztyczek czegoś mocniejszego, zamówiliśmy ja bogracz, mąż szaszłyk. Bogracz smakowity, gęsty, piekący ostrą papryczką, ale taki ma być, do tego kromki ciemnego chleba. Mąż przepada za ich szaszłykami pieczonymi na prawdziwym ogniu, tylko kawałki mięsa przekładane cebulą:-) Jeszcze na jednym ze straganów zobaczyliśmy wielkie płaskanki rozmaitych serów, a obok o! raju! jakie grzyby, wielkie borowiki z Beskidu Skolskiego, podobne kobiałki widzieliśmy też przy drodze. Ale cóż, serów nie przewiezie przez granicę, a na grzyby przyjdzie czas i u nas, bo jak to, kupowane grzyby bez przyjemności szukania, zbierania:-) 


Czas wracać. Tym razem wybraliśmy drogę z Sambora do Chyrowa przez Skeliwkę, to trasa z pominięciem Starego Sambora, kto tamtędy jechał, wie, że to karkołomny wyczyn. Ale zaskoczenie, droga remontuje się, sporo już nowego asfaltu, okropne dziury przynajmniej wyrównane, dało się przejechać i spokojniej niż na głównej:-) a przy budowie drogi pracuje jakaś polska firma.
Zresztą jeździ się już lepiej po Ukrainie, najgorsze odcinki remontowane, ciekawa jestem czy zakarpacki odcinek drogi za Stryjem, kierunek Bolechów, Bubniszcze na Skałki Dobosza też naprawiony, tam to trzeba było dokonywac cudów, żeby przejechać:-)
Zatrzymaliśmy się po drodze zakupy zrobić, słodycze dla dzieci, kwas chlebowy dla mnie i babci, bardzo smakuje pół na pół z piwem, posmakowało nam w Jamnej:-) Młoda kobieta za ladą dobrze mówiła po polsku, okazało się, że jeździ do Polski do pracy, aż do Łeby, tam pracuje w smażalni ryb. W tym roku nie pojechała, sprawy rodzinne nie pozwoliły. Pytamy, jak tam jedzie, bo to kawał drogi ...a! pociągami ...
Przekroczenie powrotnej granicy  spokojne, tylko kilka aut przed nami. Znowu procedury karteczkowe, sprawdzanie paszportów, bum! bum! przybite pieczątki, a polski celnik zabrał paszporty, zamknął okienko i kazał czekać .................. popatrzyliśmy z mężem po sobie, co? znowu wezmą nas na kanał? czekamy, czekamy, wreszcie wyjrzał, oddał paszporty ... no, tym razem przyzwoicie wrócimy do domu:-)
Nie mogę rozczytać, jakimi kryteriami kierują się przy tej dokładnej kontroli, statystyką: na kogo wypadnie, na tego bęc? czy źle nam z oczu patrzy, czy że nie mamy papierosów? widzą w bagażniku ubłocone buty, kurtki, koszyk z zakupami ... a może obserwują przez to zamknięte okienko i przyciemnione szyby, jak się zachowujemy, czy nie naradzamy się:-) bez poł litra nie razbieriosz:-)


Przy drodze łany dojrzałego barszczu Sosnowskiego, ech, jak sypnie nasionkami ... 
W Krościenku mignął mi kolejny mural Andrejkowa, cofnij, cofnij! krzyknęłam ... no i mam kolejny do kolekcji ...

Pozdrawiam serdecznie w ten deszczowy czas, pogody ducha życzę, spokojnych powrotów z wakacji, wszystkiego dobrego, pa!





28 komentarzy:

Stanisław Kucharzyk pisze...

Byłem w Uryczu kilkanaście lat temu, a Julian Fałat jeszcze dawniej ;-) http://napogorzu.blogspot.com/2011/07/urycz-zamek-tustan.html

grazyna pisze...

Zawsze mnie ciągnie na Ukrainę, kiedy jestem blisko jej granic. JAk się jest w Bieszczadach to wygląda na bezproblemowe to przejście. Kiedyś trzeba będzie tego dokonać. Oczywiście spodobały mi się te stare koronkowe domy drewniane. I spróbowałabym bogracza a nawet szaszłyka i to pod chmurką. Z tego co piszesz, na Ukrainie zaczyna się dziać lepiej, tęsknimy za taka prymitywną przeszłościa, która nam zaczyna umykać i pozostaje tylko w skansenach ale ludzie, którzy tam żyją potrzebują trochę współczesnych ułatwień.
Mural Andrejkowa w Krościenku widziałam i obfotografowałam i zawsze się cieszę, że Ty tez się nimi zachwycasz. Sciskam!

ikroopka pisze...

Tak piszesz, że poczułam wszystkie te zapachy i smaki (nawet te nieznane), i tęsknotę za tym, by pojechać w tamte strony, ale paszportu niet :(

agatek pisze...

Lubię z Tobą zwiedzać :)))
Wszystkiego dobrego życzę :)
A te kozaczki to nawet w rzeźnie śmiałe - hahahaha

BasiaW pisze...

Nie znam czeburieków, zaraz wygoogluję, ale skoro piszesz, muszą być pyszne. Piękna wyprawa, dziękuję, że mogłam tam być z Tobą.

Aleksandra I. pisze...

Czytając Twój opis z Truskawca nasuwają się dziwne myśli. Wprowadzanie czasami na siłę tej nowoczesnej zabudowy do niczego fajnego nie prowadzi. Z tym, że takie myślenie jak moje jest dziwne dla dzisiejszych młodych ludzi. A szkoda. Na szczęście jeszcze czasami zdarza się, że chociaż na zewnątrz jest zachowana stara architektura, charakterystyczna dla danego rejonu. Kolejna sprawa to mnóstwo wątpliwych pamiątek. Ciekawie opisałaś oglądane miejsca, wydarzenia, można się utożsamić i mieć wrażenie, że jadę z Wami. Całkiem fajna wycieczka. Czekam na kolejne, oby pogoda pozwoliła. Pozdrawiam Was cieplutko.

Lidka pisze...

No i odobraziliście się na Ukrainę :)) Super :)
te wszędobylskie barierki i schodki mnie przerażają, za chwilę windy będą...
Coraz częściej, gdy słyszę, że góry poczekają, nie uciekną, to mam inna myśl: zabudują je, schowają pod stertą reklam i zabezpieczeń...
Trza się spieszyć , niestety...

don't blink pisze...

Piękną wycieczkę zafundowaliście sobie na koniec wakacji. My mamy też bardzo blisko do przejścia granicznego, ale odstraszają nas kolejki. Wiesz, że zapomniałam w tym roku o wrzosach. Straszne! W pierwszy pogodny dzień pojadę do dalszego lasu na podziwianie:)
Pozdrowienia z krainy deszczowej:)

Szymon Szympatyczny pisze...

Same kontrasty, z jednej strony nowoczesność a z drugiej tradycja, widoki zapierają dech w piersiach. Pozdrawiam ;)

jotka pisze...

W ogóle nie znam tych stron, więc tym chętniej przeczytałam.
Na granicy tez pewnie byłabym prześwietlona, bo zawsze mam pecha...
Świetne ciekawostki i takie różnorodne, w sam raz na koniec wakacji:-)

Krzysztof Gdula pisze...

Jej, jak tam pięknie!
Czarcikęs – co za nazwa! No i te wszystkie smakowite nazwy potraw.
Mario, przecież wiem o wielowiekowej przynależności tamtych ziem do Rzeczpospolitej, ale na co dzień nie myśli się o tym, nie uświadamia w pełni odebrania nam nie tylko dużego obszaru, ale i w pewnej mierze także historii tych ziem i kultury Kresów.
Dlaczego serów nie przewiezie się przez granicę? Jest zakaz przewożenia żywności?
Wczoraj jechałem do Biłgoraja. Wjeżdżając na szosę przemyską, zobaczyłem drogowskaz: Przemyśl 159. Tak daleko!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Staszek, na obrazie Fałata nie ma gęstego lasu, który teraz w gęstwinie porasta okoliczne zbocza:-) byłeś w Uryczu kilkanaście lat temu, jeszcze nie było wtedy tych różnych nowoczesnych ozdobników, co tu dużo mówić, psują naturalne piękno tej okolicy; z ciekawością przeczytałam Twój post i opis Z.Kaczkowskiego ... 2011 rok, wtedy wciągnęło mnie blogowanie:-) pozdrawiam.

Grażyna, lubimy jeździć na Ukrainę, lubimy te biedne przygraniczne wioseczki, miasta z ciekawą historią, kuszą nas stare, zarośnięte cmentarze, nagrobki z polskimi napisami; nie ma problemu z przekraczaniem granicy, czasami tylko jakaś niespodzianka, ale to jest do przeżycia; możesz sobie śmiało zafundować jednodniowy wypad, nie za daleko, żeby wrócić bez noclegu; drogi są coraz lepsze, widoki niezapomniane; to prawda, chcemy zachowania prostoty życia, dawnego, ale ludzie potrzebują nowego, ułatwień, oni tam żyją; tak, twórczość Andrejokowa interesująca, pamiętam jak zobaczyłam je pierwszy raz, twarze na pniach wierzb nad Sanem w Sanoku, na betonowej cembrowinie w Dwerniku:-) pozdrawiam.

Ikroopka, ha! na Ukrainie odnajdujemy wiele z tego, co lubimy, właśnie smaki, widoki, choć historia krwawa, a za bohaterów obierani ludzie odpowiedzialni za ludobójstwo; lubisz Kresy, rób paszport i jedź; nasze paszporty już gotowe, czekaliśmy tylko jeden tydzień:-) pozdrawiam.

Agatek, dzięki, dla tych słów wart pisać i pokazywać, i Tobie wszystkiego dobrego:-) Kozaczki śmiałe, a jakże:-) pozdrawiam.

Basia, czeburieki to chyba o tatarskim rodowodzie, robiłam je kiedyś w domu, wielkie smażone jakby-pierogi, z mięsnym nadzieniem, z dodatkiem masła i koperku, delikatne, chrupiące ciasto, no pycha! pozdrawiam.

Ola, wiele tych sanatoryjnych molochów to pozostałość po Związku Radzieckim, socjalistyczne rozbuchane budowle, tak jak i u nas, wiele już pozostawionych i w ruinie; ale widzieliśmy też wiele drewnianych willi, perełek, zaniedbanych, niektóre rozsypujące się, ale wiesz, my mamy inne spojrzenie, liczy się rachunek i wynik ekonomiczny:-) chińszczyzna opanowała rynek, można to samo spotkać nad Soliną, nad morzem i na Ukrainie także; może uda się jeszcze gdzieś wyjechać, zanim znowu nas zamkną; pozdrawiam.

Lidka, a wiesz, kusi niesamowicie, tak blisko, że widzimy ją z naszych górek:-) ha, ha! windy, dobre sobie, ale wymagania ludzi rosną, zero wysiłku fizycznego:-) szukamy miejsc, gdzie niewiele ludzi, ale i na Tustaniu mnóstwo zwiedzających, miejsce staje się bardzo atrakcyjne, wielu przyjezdnych w sanatoriach; ale w przygranicznych wioseczkach spokój, nawet policja nas zatrzymała, uprzejmie skierowała w odpowiednim kierunku, nie wiedzieli, że byłam obłożona mapami i gps-em, bo to urządzenie też trzeba pilnować:-) oj trzeba, wszędzie zmiany, na nowoczesne; pozdrawiam.

Don,tblink, jak tu nie skorzystać, kiedy to tylko kilkadziesiąt kilometrów od nas:-) macie kolejki, a z kim granica? wrzosy w pełni rozkwitu, przepiękne, całe fioletowe łany; śpiesz się, póki deszcz nie zniszczy i nie przekwitną; u nas też leje, i zimno; pozdrawiam.

J.Kosik, kontrasty jak wszędzie, chcemy zachowania dawnego, jeździć, podziwiać, ale tam żyją ludzie, chcą nowocześnie też:-) lubimy tradycję, dlatego szukamy tych klimatów właśnie na Ukrainie czy w Rumunii; góry maja to do siebie, że oferują niezapomniane widoki; pozdrawiam.

Jotka, tereny sąsiedzkie, blisko nas, no i klimaty, jakie lubimy; mam wrażenie, że trafiamy na szczegółową kontrolę, bo jesteśmy bezpieczni, wyniki w statystyce są, a kto ma przejechać, to przejedzie:-) może jeszcze jesienią uda się gdzieś wyskoczyć:-) pozdrawiam.

Tomasz Gołkowski pisze...

Ukraina zmienia się w wielu aspektach, choć nie przekłada się to specjalnie na jakość życia. Piękna ta willa w Truskawcu, miałem w planach z rodziną tam być przez wycieczkę PTTK, ale z tych planów, połowę trzeba było wyciąć i wkleić na przyszły rok. Tam w Uryczu przy straganach zapamiętałem miejscowego, który częstował przeróżnego rodzaju nalewkami. Były doskonałe. Ciągnie mnie już znów na drugą stronę kordonu. Może jeszcze tej jesieni zorganizujemy krótki wyjazd.
Pozdrawiam serdecznie
Tomasz

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krzysztof, już kilka razy odwiedzaliśmy Beskid Skolski, bo blisko, niedaleko jest szczyt Paraszka, który nas kusi, ale wtedy nie byłoby czasu na zwiedzanie, a wyjazdy zazwyczaj jednodniowe. Czarcikęs, ładnie, prawda? lubię regionalne potrawy, a zakupiłam nawet ostatnio książki z ukraińskimi i rumuńskimi przepisami, niebywałe połączenia smakowe, no i kiszonki, ze wszystkiego, nie tylko ogórki i kapusta:-) wszędzie ślady polskości, nieraz zacierane, zamazywane, mijamy stare domy i próbujemy odgadnąć, dopowiedzieć sobie ich historię. Osobna sprawa to cmentarze, może uda się w jakiś listopadowy dzień i tam pobuszować, odczytać napisy. Granica unijna, nie wolno przewozić mleka i przetworów, mięsa, nie wiem, jak ma się sprawa z owocami i grzybami, ale wolę nie ryzykować, może być widzimisię celnika. Wczoraj? a to nie było tam deszczu? wędrowałeś? trochę daleko ten Przemyśl od Ciebie, zwłaszcza na jeden dzień:-) pozdrawiam.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Tomasz, to prawda, biedne te wioseczki, ludzie, ale może szczęśliwsi od tych majętnych:-) plany są, nie zawsze uda się wykonać, wiem to po sobie, najlepiej wychodzą mi te z dnia na dzień bez dłuższego zastanawiania; pamiętam, jak kiedyś mąż po pracy wpadł na Pogórze jak po ogień i powiedział: szykuj się, jedziemy na Ukrainę:-) nalewki na domowym destylacie, te są najlepsze, a już z owoców zbieranych na tych cudownych, nasłonecznionych zboczach gór są pewnie podwójnie dobre. Jeszcze nie zapomniałeś trudów wyprawy, o których czytam, a już ciągnie Cię dalej; jedź, pisz, pokazuj, pięknie piszesz, to trudno dostępne tereny; pozdrawiam.

Zielonapirania pisze...

Lustro w drzewie mnie zachwyciło jako przejaw ludzkiej pomysłowości. Ale jeszcze bardziej podoba mi się to, że czas się tam jakby zatrzymał. Dla miejscowych natomiast to na pewno nie jest zaletą, a wielką i ciężką wadą.

Ula H. pisze...

Piękna wycieczka ! Fajnie, że macie blisko na Ukrainę. Ja nigdy tam nie byłam, ale o Truskawcu słyszałam wiele dobrego, bo to miejscowość uzdrowiskowa jest. Pięknie tam , pośród skał ! Ładne widoki > Pozdrawiam serdecznie :)

Olga Jawor pisze...

Ilekroć jestem w Bieszczadach zawsze tęsknie spogladam w strone ukraińskiej strony. bo niby to blisko a jednak daleko. Kiedyś odkładaliśmy tę wyprawę na jakiś wolniejszy, dogodniejszy czas - niepotrzebnie, to kolejna nauczka, że nie powinno sie niczego odkładac, bo jak sie okazuje teraz juz ta Ukraina całkiem dla nas niedostępna. Ale fajnie, że przynajmniej u Ciebie mogę sobie poczytać o niej, a szczególnie o tym kawałku ziemi, który kiedyś był polski. To se ne vrati...Szkoda, że i tam dotarła nowoczesność i betonoza. Coraz mniej na świecie naturalności, dzikości, swojskości siermiężnej, dającej poczucie niezmienności i ostoi.
A propos grzybów - czy w Waszych stronach mozna cos znaleźć? U nas nie ma nic.Absolutnie nic. Co dziwne, bo przecież jest tak mokro w lesie. Moze za mokro? A może nieszczęśni geodeci swoimi wierceniami zniszczyli grzybnię?
Pozdrawiam Cie serdecznie, Marysiu.

Jaskółka pisze...

Fajna wycieczka. Chciałabym kiedyś pojechać na Ukrainę, ale i też w Bieszczady.
Tak pięknie opisujesz zwiedzane miejsca, takie klimatyczne zamieszczasz zdjęcia, że aż się chce, już zaraz, natychmiast ruszać w drogę.
Zachwyciłam się drewnianą willą i ostatnim zdjęciem:):):)

Nie mogę się doczekać, kiedy zaczniesz pokazywać zdjęcia z Twoich okolic w jesiennych kolorach. Tam jest bajkowo jesienią:)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Piranio, a żeby to w drzewie, lustro zostało umieszczone między skałami, stwarza wrażenie prześwitu, że można tamtędy przejść na drugą stronę:-) wioseczki ukraińskie bardzo klimatyczne, zwłaszcza te o drewnianej zabudowie, jakieś piwniczki, stajenki, brogi na siano; wiele domów opuszczonych w tak cudnych miejscach, że zamieszkałabym:-) co tu dużo mówić, biednie, ale widzę, że ludzie przystają, rozmawiają, posiadują na ławeczkach, tak jak u nas przed laty, a dzieci gromadą bawią się na łące albo szkolnym boisku, albo zabawiają młodsze rodzeństwo; pozdrawiam.

Ula, tak, jest blisko, a wybieramy przejście w Krościenku, bo w Medyce już za duży ruch; w przyszłości planują jeszcze jedno przejście pośrednie, ale na razie z ukraińskiej strony nie widać ruchu budowlanego, od nas droga gotowa; mnóstwo uzdrowiskowych miejscowości w Karpatach, na Zakarpaciu, ech, sama pojechałabym, i byłabym grzeczną, zdyscyplinowaną kuracjuszką:-) ładnie tam jest, tak; pozdrawiam.

Ola, bo to przecież tak niedaleko, zwłaszcza jak patrzy się w dal, na błyszczące w słońcu kopuły cerkwi; jeden dzień wystarczy, żeby zwiedzić przygraniczne tereny, poszukać polskich śladów, nie mówię o wyprawie w góry. Coraz mniej natury, ale jeszcze tam można ją znaleźć, i w Rumunii też:-) byłam w sobotę na łąkach, myślałam, że może jakieś kanie będą, a w lasku rydze bądź maślaki, nie ma nic, ani najmarniejszego śladu; myślę że po tym oziębieniu i opadach grzyby ruszą, nie opędzimy się od nich:-) nie, geodeci nie zniszczyli grzybni, odrodzą się; pozdrawiam.

Jaskółka, można połączyć Bieszczady z Ukrainą, zwłaszcza złotą jesienią; planujemy też wtedy mały wypad właśnie za rzekę Stryj na Skałki Dobosza, tam jest przecudnie w tych bukowych lasach; ta dawna, solidna, drewniana zabudowa i moje serce skradła, choć widziałam w uzdrowisku podobne wille w zupełnej ruinie, z zawalonym dachem, wielka szkoda; jeszcze trochę czasu minie, zanim liście złapią kolor, najpewniej po pierwszych przymrozkach, lubię też jesień na Pogórzu, i mgły:-) pozdrawiam.

Pellegrina pisze...

Tylko jeden dzień a tyle ciekawostek! Ten Truskawiec od pewnego czasu wyskakuje mi w Internecie ale mnie marzy się Gruzja, póki jeszcze można.
Grzyby też wolę zbierać niż kupować ale od tego roku, kto wie, może jednak dam zarobić innym

Klimaty Agness pisze...

Z ogromną przyjemnością odbyłam wycieczkę razem z Wami. Wszystko tak cudnie namalowałaś słowami, że aż można było poczuć smaki i zapachy :)Drewniana willa klimatyczna i zachwycająca, krajobrazy przepiękne, bujność roślin wspaniała, tylko ten barszcz straszy ;)
Rzeźby świetne, z humorem :)
Pozdrawiam ciepło, Agness:)

mania pisze...

Maryniu, naftusi można się też napić w Rymanowie Zdroju. Niestety zazwyczaj sączy się ona mizernie albo wcale.
Pozdrawiam serdecznie

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krystynko, pobyłabym i ja w takim uzdrowisku, chodziłabym na zabiegi, spacery, jak prawdziwa kuracjuszka; ten czas jakiś zabiegany, zatroskany, człowiek spala się wewnętrznie niepotrzebnie:-) Gruzja dla mnie jakaś daleka, lubimy swoim pojazdem, być niezależnym od nikogo i niczego:-) może dziś wyskoczymy na kołpaki pod Ożannę, choć kilka na sos śmietanowy:-) pozdrawiam.

Agness, rzeźby bardzo krotochwilne:-) właśnie te tereny przygraniczne, z jednej i drugiej strony obfitują w barszcz Sosnowskiego, zwłaszcza tereny popegierowskie, nie wiem, czy przypadkiem nie zasiali kiedyś dla bydła, a teraz pleni się to niebezpieczne zielsko ponad miarę, nie mogą sobie rady dać z nim; lubimy krótkie wypady na Ukrainę, w wysokie góry już nie wiem, czy podołalibyśmy; regionalne smaki jak najbardziej, próbujemy lokalności; pozdrawiam.

Mania, powiem szczerze, że ostatnim razem wcale ta woda mi nie smakowała szalenie, więc tak bardzo nie boleję nad tym, że pijalnia była zamknięta:-) pozdrawiam.

AgataZinkiewicz pisze...

Ojej alez piękne widoki, aż zazadrosze po cichutku. No pięknie... A cibureki, mam z nimi problem wymówić uwielbiam i serwuje co jakiś czas... Oczywiście na swiezo a nie jakieś odgrzewane.. Ten co się zna wyczuje... I to na bank. Teściowa że wschodu, nauczyła smaków i co dobre. Uwielbiam te kuchnie. Jest przepyszla ale ciężka niestety na mój żołądek, za to syta. Dziękuję za cudowny spacer, zabrałaś mnie wszędzie... Do lasu, na łąki, na pola, na miasto... Co chcieć więcej. Pozdrawiam, trzymaj się cieplutko. Zdrówka życzę.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Agata, no właśnie, czeburieki tylko na świeżo, ten przysmak nie musi się "przegryzać", aby uzyskać pełnię smaku:-) też lubię kuchnię pogranicza, bo właściwie smaki mieszają się, i jak piszesz, dosyć syta; dobrze nam w tych klimatach, lubimy tam jeździć, bo ładnie; pozdrawiam.

don't blink pisze...

Niedaleko mamy przejście graniczne w Dorohusku. Różnie na tym przejściu i z tym przejściem bywa.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Don,tblink, u nas Krościenko spokojne, przez pewien czas było zamknięte, teraz znowu otworzyli, lubimy je, bo małe; pozdrawiam.