sobota, 2 października 2021

Początek jesieni w Beskidzie Skolskim ... Skały Dobosza, skalne monastyry i Jezioro Żurawinowe ...

 ... Nosi mnie, wodzi mnie, na pokuszenie mnie wodzi ... tak pisze w swoim wierszu poeta Adam Ziemianin, i nam coś nie daje usiedzieć w miejscu. Pierwsze kolory na drzewach, buki muśnięte złotem po wierzchołkach wyzwalają w człowieku tęsknotę, żeby jeszcze gdzieś pojechać bodaj na jeden dzień. Kierunek Ukraina, bo blisko, a ponieważ nie byliśmy poprzednim razem na Skałkach Dobosza w Bubniszczu, ruszyliśmy świtem aż za rzekę Stryj. To rzeka, która stanowi specyficzną granicę, wręcz barierę w podróżowaniu, bo przeprawy są oddalone, góry nie puszczą i trzeba objeżdżać kilometrami, prawie tą samą trasą, żeby znaleźć się odrobinę dalej po drugiej stronie gór. A to wszystko po to, by zobaczyć skalny monastyr we wsi Rozhurcze, ale o tym później, najpierw wycieczka do Skał Dobosza.

U nas prognozy niezbyt, czwartek miał być deszczowy, a tu jeszcze rankiem błękitne niebo, ciepło, no i przede wszystkim mało ludzi, jak to w dzień powszedni. Piaskowcowe ostańce, wystrzelające do góry, rzeźbione przez naturę, inne przekształcił człowiek. 



Liczne pieczary, groty wykute w skale ręką człowieka, służyły mu od pogańskich czasów,  a po przyjęciu chrześcijaństwa były tu tzw. skalne monastyry. Na górę prowadzą wykute schody, można przytrzymać się wyślizganej do gładkości poręczy, drobniutki piasek tworzy na powierzchni doskonałą warstwę poślizgową, można nieoczekiwanie zjechać:-)



Głębokie szczeliny pomiędzy poszczególnymi ostańcami trochę odstraszają, ale zamocowano stalową linę, można przytrzymać się, zniknęły również koszmarne ozdoby w postaci kolorowych foliowych reklamówek, uwiązanych na poręczach. Jest bardzo czysto, pracownik sprząta, zbiera, a nawet oferuje się z pomocą, opowie legendy, historię. Dziękujemy, bo jesteśmy tu już któryś raz.











Nie zostajemy tu długo, pojawiają się kolejni ludzie, tłumna wycieczka z przewodnikiem rozsypała się po skałkach, wracamy do auta. Ale nie można przejść spokojnie, kiedy wokół jesień, grzybny czas, więc oczy myszkują po poszyciu:-)  W pniu drzewa znalazłam sarniaka, grzyb pod ochroną ...


... a nieco dalej, głowę dam, że to lejkowiec dęty, owe inaczej zwane "trąbki umarłych", ze względu na kolor:-)...



Trzeba mi było aż tutaj na Ukrainę przyjechać, żeby zobaczyć je w naturze:-)
Teraz znowu powrót pod miasto Stryj i przejazd prawie równoległą drogą, aby znaleźć się po drugiej stronie gór, nad rzeką Stryj we wsi Rozhurcze. Co się naszukałam w gps-ie, nie ma takiej wsi, cały czas odrzuca, nawet zapytany po drodze młodzieniec opryskliwie odpowiedział: ja was ne rozumiju. Ale kiedy zamieniłam w literkę u na i, nazwa Rozhircze rozjaśniła mu pytanie, machnął ręką kierunek. Dopiero na tablicy przed wsią zobaczyłam, gdzie był mój błąd, to nie Rozhircze, a Rozgircze:-)
W tej malutkiej wioseczce, a właściwie za nią, pod lasem mała łączka jako parking, dojazd polną drogą, znajduje się kolejna ciekawostka, znaczona na mapach jako "Skalny Monastyr". Wśród drzew ogromna tablica ze zdjęciami poległych młodych ludzi w wojnie z Rosją na wschodzie, podobne tablice można spotkać w każdej miejscowości.


Miejsce monastyru nie jest specjalnie oznaczone, weszłam ścieżynką w las, żeby cokolwiek odszukać. Jest, niedaleko, a gdybym spojrzała wcześniej powyżej tej tablicy, zobaczyłabym wśród drzew bielejące ściany.
W ilustrowanym przewodniku Truskawiec-Zdrój sprzed wojny znalazłam taki opis miejsca: 
 ... obok położona wieś Rozhurcze, gdzie znajdują się w lesie niezmiernie ciekawe skały a w skałach wykute rękami ludzkiemi komory z oknami. Jeszcze teraz widać resztki schodów i ganków z niewiadomej epoki. Według opowiadań m1e1scowego ludu, miał tu istnieć niegdyś klasztor OO. Bazyljanów a później ukrywał się zbój Dobosz ...


Wg historyków monaster ten powstał w XII-XIII wieku, a wcześniej była tu świątynia pogańska. Miejsce służyło jako schronienie miejscowej ludności w czasie najazdów tatarskich, a także jako kryjówka karpackich opryszków, w tym zbójnika Dobosza. Nawet w naszych Bieszczadach są skały Dobosza, a gdyby tak odnaleźć wszystkie miejsca, gdzie wg legend Dobosz ukrył zrabowane skarby, pewnie usypałaby się z nich spora górka:-)





Monastyr składa się z dwóch kondygnacji, na piętro prowadzą wykute schody, trochę spłaszczone wskutek działania przyrody, wchodziłam tam na czworakach.


W ścianach wykute nisze, palą się świeczki, przez otwory okienne widać zielone drzewa, rozweselające to miejsce,  ktoś z wystającej w kącie skały wyrzeźbił twarz, trochę niesamowite wrażenie.




Wyszło się do góry na czworakach, to i zejść w ten sam sposób trzeba, żeby przytrzymać się rękoma i nie zjechać ze sporej wysokości. Jeszcze ścieżką wspięłam się na samą górę tego skalnego olbrzyma  przez osobliwą bramę z dwóch ogromnych głazów z wyrytym krzyżem, widać, że niedawno zrobionym. Teren wokół pokryty poduchami mchu, żywozielono po niedawnych opadach.



Na samej górze krzyż z tablicą, a widok rozległy, aż za rzekę Stryj, widać drogę, którą będziemy za chwilę jechać. Przez rzekę parędziesiąt metrów, a objazd znowu kilkadziesiąt kilometrów. Jest skrót przez dyndająca kładkę przymocowaną do rurociągu, może i ktoś decyduje się na takie ekstremalne przejście:-)


Zeszliśmy do auta, jest wyjątkowo cicho, słychać tylko pianie kogutów ze wsi, czuje się zmianę w pogodzie, to pewnie nadciągają te deszcze znad Polski. Zmierzamy w kierunku na Skole, skręt z drogi na Kamionkę, w tle szczyty Beskidu Skolskiego w przesłonie deszczowych chmur, już na szybie auta widać pojedyncze krople ... może wytrzyma, zdążymy na Kamieniecki Wodospad i Jezioro Żurawinowe. Tutaj też zmiany, pobierają symboliczną opłatę za wjazd, droga kiepska, ale da się przejechać ... las jak uroczysko, skalne ściany bystry potok toczący swe wody po kamieniach. Przy wodospadzie stragany, mnóstwo przetworów w słoikach, dymy z bukowych polan ... wypiliśmy pyszną kawę, przed nami podejście do jeziora stromo w górę, najpierw po drewnianych podestach, potem po kamieniach.





Jeziorko położone na wysokości 600 m n.p.m., torfowe w niecce skalnej, nazwane jest żurawinowym ze względu na bagienną torfową roślinność porastająca brzegi. Z pomostu ładny widok, choć jest mocno pochmurno, ale na szczęście nie pada. Są turyści, sporo ich, do pomostu ciężko dopchać się, wszechobecne selfie:-)





Jeszcze spacer po drodze do szumiących kaskad potoku Kamionka, ogromne głazy, na omszonych ścianach pomarańczowe punkciki, to kurki, ale kto tam do nich wydrapie się:-)


Przez potok przerzucona żerdź jako przejście do "żywej wody", gdzieś tam wypływa spod skał święte źródełko, ale kto po tym przejdzie?




Wodospad Kamionka, bystry, szumiący, spieniony, ładne miejsce, pomosty, schody, można posiedzieć nad brzegiem.



Te wszystkie miejsca, które odwiedziliśmy, dzieli niewielka odległość, ale trzeba było objeżdżać wieloma dziesiątkami kilometrów, żeby je zobaczyć. Np. ta właśnie Kamionka, gdyby tak przejechać przez góry, leży niedaleko skał Dobosza, tylko dojechać do Kozakiwki, troszkę lasu i już. A gdyby również ze skał Dobosza można było przejechać przez góry, to do Rozhurcza rzut beretem. Góry i rzeka mają to do siebie, że niełatwo je akurat tutaj pokonać, stanowią przeszkody nie do przebycia.


Powrót do domu przez znaną nam drogę koło ruin Tustania, gdzie byliśmy poprzednim razem. Mieliśmy w planie jeszcze zobaczyć wodospad Hurkało, gdzieś między Kruszelnicą a Korczynem, ale jakoś nam umknęło. Przecież coś musi zostać, żeby tu wrócić:-) Wstąpiliśmy pod Tustań do znajomych babeczek coś zjeść, a tam wielka impreza rowerowa, międzynarodowa, na tych malutkich śmiesznych rowerkach wyczynowych jeździli. Całe szczęście właśnie się zakończyła, już ludzie wyjeżdżali, dzięki temu mogliśmy zaparkować. 
Na granicy nasi celnicy zabrali nam arbuza, takiego 8 kg olbrzyma z Chersonia, nie wolno przewozić owoców, warzyw, grzybów, bo granica unijna, ale banany i kokosy wolno. 




Zobaczcie, jakie czasznice olbrzymie, ogromne purchawki rosną w czyimś sadzie na Pogórzu, ponoć jadalne:-) mąż myślał, że to śpiące gęsi.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!





To mapki dla Ikroopki:-)

23 komentarze:

ikroopka pisze...

To ja sobie wreszcie chyba wyrobię paszport, żeby te cuda na własne oczy zobaczyć, wielkie dzięki za ten spacer, idę jeszcze raz zdjęcia oglądać:)

ikroopka pisze...

Ale jeszcze prosba - spróbowałabyś na jakiejś mapce zaznaczyć miejsca? bo google odmawia współpracy:(

Szymon Szympatyczny pisze...

Mnie najbardziej podobają się schody, wyglądają jakby je wyrzeźbiono. ;)

jotka pisze...

Nas tez nosi przy takiej pogodzie cudownej, ale w tak magiczne okolice jeszcze nie dotarliśmy, bywamy tam, gdzie bliżej i zdołamy w ciągu dnia wrócić.
Piszesz, że to wszystko w niewielkim oddaleniu, więc obszar bogaty we wszelkie atrakcje, super!

wkraj pisze...

Pamiętam, jak już kiedyś wspominałaś o skałach Dobosza. Na zdjęciach wyglądają niesamowicie, zresztą cała okolica bardzo ciekawa. Nigdy nie byliśmy na Ukrainie, chociaż czasem myślimy o Lwowie a tu i przyroda niesamowita. Muszę spojrzeć na mapę czy da się te dwie lokalizacje połączyć w jedną wycieczkę. Dzięki za inspirację. Pozdrawiam serdecznie :)

Ismar pisze...

Wspaniała wyprawa. Tylko czy na granicy trzeba długo czekać?

BasiaW pisze...

Podziwiam Waszą kondycję Marysiu. Wyprawa robi wrażenie, warto było...

Anonimowy pisze...

Ciotka męża wiozła kilka lat temu podręcznym do Ameryki prawdziwy śląski kołocz, specjalnie dla niej zamówiony u piekarza, pachniało na całym pokładzie samolotu, niestety na miejscu ją zablokowali i kazali zostawić na lotnisku. Ciotka powiedziała, że nie ruszy się, dopóki tego całego kołacza nie zje, a było tego sporo. No może nie tyle, co arbuza. Ale broniła własną piersią i ... puścili ją razem z kołaczem. Pozdrawiam Marysiu, podróż ciekawa, tereny dla mnie zupełnie nieznane. Fantastycznie, że je nam pokazujesz, jakbym z Wami była. Świetne te podróże, zwłaszcza że jeszcze dobre pogody. Jeszcze raz wszystkiego dobrego dla Ciebie i męża . hel.

ikroopka pisze...

Baaaaaardzo dziękuję 😊

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ikroopka, właśnie na początku września wyrobiliśmy sobie nowe paszporty, krótko czeka się, tylko tydzień i są gotowe; nie wiem, czy pomogą Ci jakoś te mapki, ale nic innego nie wymyśliłam:-) pozdrawiam.

J.Kosik, a bo i są wyrzeźbione w miękkim piaskowcu; złudne wrażenie stabilności, bo noga jedzie po drobinach piasku, trzeba być uważnym; pozdrawiam.

Jotka, właśnie my tylko na jeden dzień, bo blisko:-) przekraczanie granicy teraz bardziej przewidywalne, nie ma dużo aut; obszar ciekawy wyjątkowo, to tylko mała cząstka, którą poznaliśmy, nie wszędzie da się dojechać, a najlepiej byłoby "zamelinowac się" w jednym miejscu i "czesać" okolicę; pozdrawiam.

Wkraju, już kilka razy byliśmy na skałach Dobosza, o różnych porach; wydaje mi się, że doskonale można połączyć zwiedzanie Lwowa z wypadem w Beskid Skolski, to niedaleko, ale trzeba przewidzieć kilka dni, bo sam Lwów zajmie sporo, a i na Beskid z 1 dzień trzeba poświęcić; pozdrawiam.

Ismar, nie, granicę teraz przekracza się z marszu, przynajmniej w Krościenku, nie wiem, jak jest w Medyce, bo to większe przejście; zawsze można podejrzeć na kamerach; tereny wyjątkowo ciekawe; pozdrawiam.

Basia, trochę byliśmy zasapani, zmieniała się pogoda, a dziadkom tchu brakowało:-) ładne tereny, drogi coraz lepsze, a nas ciągle gna:-) pozdrawiam.

Heleno, a to Ci historia, pójdzie w rodzinne pokolenia:-) żal nam było arbuza, bo te z południa takie słodziutkie, soczyste, niech się marketowe schowają; nie dalibyśmy rady zjeść, bo nawet kolejki nie było i z biegu wjechaliśmy na granicę:-) jest ciepło, złota polska jesień, jeszcze nie całkiem kolorowa, ale bardzo przyjemny czas; dzięki, wzajemnie i pozdrawiam.

Ikroopka, a proszę bardzo:-)

Bozena pisze...

Takie skalne miasto i monastyr w skałach widzieliśmy na Krymie, zanim został z powrotem zajęty przez Rosję. Też wspinaliśmy się po skalnych ścieżkach, schodach, było to za Bakczysarajem. Monastyr nazywał się Zaśnięcia Matki Bożej,to był Monastyr Uspieński a skalne miast Czufut Kale. Czytając Twój post wróciłam myślami do wyjazdu na Krym z 2009 r. Była to niesamowita wyprawa.Może uda mi się kiedyś zobaczyć, to o czym piszesz tak zachęcająco. Serdeczności :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Bożena, Krym daleko, a skałki blisko, są w Waszym zasięgu:-) do granicy niedaleko, kolejek nie ma, można rano wyjechać, nie trzeba wstawać w ciągu nocy, a wrócić wieczorem; marzy nam się Krym, Gruzja, Armenia, ale na taki wyjazd trzeba przeznaczyć dużo dni, na razie nie możemy; pozdrawiam.

Krzysztof Gdula pisze...

Pozazdrościć Ukraińcom takich miejsc.
Mario, masz zdjęcie z Marią wchodzącą po kamiennych stopniach na czworaka? Poprosiłbym o nie.
Mama te czarne grzyby nazywa kominkami, robiła z nich nadzienie do pierogów; kiedyś rosły w dużych kępach, teraz widuję je bardzo rzadko.
Na zdjęciu ósmym widzę, że oparłaś się o nogę skalnego słonia.
Musi coś zostać pominięte, nieobejrzane! Wtedy jest konkretny powód powrotu.
Trasę przejazdu mielicie poplątaną i to bardzo.

Olga Jawor pisze...

Piękna wyprawa i nie dziwie się, ze Was nosi, bo w taką pogodę aż sie człowiekowi chce gdzieś ruszyc, nacieszyc sie tą cudną, jesienna urodą. Choc ostatnio przekonaliśmy zie z mezem,że choć chciałaby dusza do raju, to jakoś siły nie pozwalają. Pojechaliśmy w krótka wycieczke objazdową do Łańcuta a po paru godzinach wróciliśmy do domu tak umęczeni, jakbyśmy Bieszczady pojechali!Może to dlatego, że słonce cały czas nam w twarze świdciło i oczy sie od tego meczyły i łzawiły? Moze to ten silny wiatr, co oddech zatykał, gdy sie okno w aucie uchylało? Tak czy siak wróciliśmy i zgodnie stwierdzilismy, że wszędzie dobrze, ale najlepiej chyba w domu. Psy potwierdziły nasze zdanei tak sie z nami radośnie witajac, jakby nas parę dni nie widziały a nie parę godzin!:-)
Te niesamowite skały, które oglądaliście na Ukrainie bardzo kojarzą mi sie ze skałami w Australii. To niesamowite, ile jest podobieństw na świecie! Czyżby swiadczyło to, że jedna ręka te wszystkie cuda tworzyła?!:-)
Pozdrawiam Cię ciepło, Marysiu!:-)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krzysztof, to znowu mała odrobinka, jaką oferują Karpaty:-) he, he, nie mam takiego zdjęcia, pewnie niezły byłby widok, jak trzymam się skały palcami rąk i nóg, stopnie wyrobione lekko ukośnie, na tym miałki piasek, no zjeżdża się jak ta lala; u nas nie widziałam takich grzybów, tych trąbek, cały czas człowiek się uczy; ostatnio zadzwonił do mnie znajomy, czy ja naprawdę zbieram te płachetki zwane kołpakami i je jemy:-) z kolei inna znajoma zbiera prawie wszystko, nieliczne zostawia, i śmieje się, że żyje do tej pory:-) noga skalnego słonia lekko nadgryziona zębem czasu, piaskowiec dosyć kruchy i widać było, że wzmacniano ją betonem; kiedyś zwali się ten głaz; tak, zostało nam sporo do obejrzenia w tamtym regionie, może jeszcze w tym roku:-) pozdrawiam.

Ola, to tylko jednodniowa wyprawa, ale tak pozytywnie wpływa na człowieka, że trudy wyjazdu niestraszne; na drugi dzień chodzimy trochę jak zombi, połamani, niedospani, to chyba pesel daje się we znaki, a maraton całodniowy:-) tez tak odczuwamy po powrocie, że w domu najlepiej, a mąż jeszcze mówi, popatrz za okno, gdzie nas ciągnie, jak mamy takie widoki:-) Mima też nas wita radośnie, ale to takim skomleniem płaczliwym, jakby jej ktoś okropną krzywdę robił; fascynują mnie te cuda natury, bardziej niż dzieła człowieka; być może jedna ręka tworzyła, jakby powtarzalność cykliczna, bo pomysłów zabrakło:-) pozdrawiam.

grazyna pisze...

Ale ciekawe tereny, te ostańce absolutnie niezwykłe, wycieczka fascynująca. Moja mama opowiadała o rzece Stryj, przypomniałaś mi o tym. Bardzo chciałabym kiedyś pojechać na Ukrainę, tę przygraniczną właśnie. Może kiedyś z Artenka się wybierzemy ona jest bardzo łatwa na takie eskapady. Też mnie ciekawość zżera jak wyglądało to wchodzenie na czworakach...Pozdrawiam serdecznie

Kobieta pisze...

Marysiu, a moze napiszesz cos o opienkach? Sezon sie ziza, a z pewnoscia znasz sie na tych grzybach i mozesz sie podzielic doswiadczeniem w rozpoznawaniu.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Grażyna, baśniowe widoki, tyle razy tam byliśmy i czaruje nas ciągle; najważniejsze, że główna droga naprawiona, bo były straszne dziury, na obwodzie lwowskim kończył się świat. Rzeka Stryj wielce urokliwa, toczy swe wody w kamienistym korycie, latem niezbyt szeroka, za to na wiosnę wyobrażam sobie to wielkie rozlewisko, kiedy schodzą śniegi. Wyszukałam na mapie jeszcze mnóstwo ciekawych miejsc, a to znaczy, że nie raz tam wrócimy:-) Teraz przekracza się granicę bez kolejki, nie ma długiego oczekiwania, przynajmniej w Krościenku, dobrze mieć Arteńkę za towarzyszkę podróży:-) wchodzenie na czworakach po tych stopniach było jeszcze do zniesienia, gorzej z powrotem; na czworakach twarzą do skały macasz stopą, gdzie ją możesz postawić, na samym końcu w kamieniu niewielkie wgłębienia, jakoś trzeba tam stopy oprzeć, żeby w całości zeskoczyć na ścieżkę; niby nie wysoko, ale żadnego zabezpieczenia, nie ma się czego przytrzymać, no i sprawność już nie ta:-) pozdrawiam.

kobieta, o, tak, sezon opieńkowy trwa, ale rozpoznawania grzybów najlepiej uczyć się w terenie; poznaję je na pierwszy rzut oka, młode grzybki są zamknięte taką miękką błoną, potem w miarę wzrostu ona zostaje na trzonie, a kapelusz otwiera się; u nas opieńki są ogromne, czasami dorastają do wielkości talerza, na grubej nóżce, rosną pojedynczo na podłożu, te na pniu są drobniejsze; suszę je, marynuję, jem na bieżąco z patelni, a nawet robiłam taką pastę w typie rumuńskiej zacusci, z dodatkiem papryki, są pyszne:-) pozdrawiam.

AgataZinkiewicz pisze...

Jeju jak tam pięknie... Widoki, miejsca... Chciałabym... Boziu ile to wysiłku żeby tam dotrzeć... Ale czego si enie robi... Wytrwałość upór i do przodu. Dajecie radę. Ale jest fantastycznie. Brawo. Pozdrawiam.

Stokrotka pisze...

Przecudnie tam.
Dziękuję że mnie zabrałaś w te zaczarowana krainę:-)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Agata, kiedyś w necie zobaczyłam zdjęcia skałek, bardzo mnie zauroczyły i odnaleźliśmy to miejsce, od tej pory jeździmy co jakiś czas; od nas nie tak daleko ponad 100 km, potem więcej kręcenia w miejscu, ale warto:-) nie byliśmy tam wiosną, pewnie równie ładnie jak jesienią; pozdrawiam.

Stokrotka, kiedy człowiek już wejdzie tam wysoko, spojrzy w dal Beskidu, dolinki jeszcze w mgłach, to naprawdę serce szybciej kołacze i powietrza więcej w płucach:-) chcielibyśmy kiedyś zapuścić się jeszcze dalej, tam znalazłam w wioseczce Kozakiwka wodospad o nazwie "Kozacze łzy":-) pozdrawiam.

Krzysztof Gdula pisze...

Podobnie zbiera grzyby moja mama. Troszkę się od nauczyłem, ale gdzie mi do niej! Mama zbiera klasyczne psiuchy, jak to się u nas mówi. Kiedy pracowała (w sanepidzie) oceniała grzyby przyniesione przez ludzi chcących się upewnić, co zebrali.
Podobne rozsypywanie się piaskowca widuję i w Sudetach. Teraz przypomniały mi się ciekawie wyglądające formacje zwane Głazami Krasnoludków w Górach Stołowych.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krzysztof, też bym tak chciała znać grzyby, tyle ich w lesie przeróżnych, a ja tylko te znane zbieram, reszta zostaje. Sama nie jestem pewna w rozróżnianiu, ktoś musiałby mi pokazać, bo z opisu ciężko zakwalifikować, owocniki młode inne, stare inne. I tak poszerzyłam znajomość grzybów o kołpaki, to niedawno, no i te uszaki dziwne, gąska zielona, chyba widziałam boczniaki w lesie, no właśnie, ale nie jestem pewna:-) tak, Stołowe podobne do skałek na Ukrainie; pozdrawiam.