poniedziałek, 7 lipca 2014

Ale zaducha ...

... tak powiedziałby mój dziadek, Adam. Był kilka razy za "wielką wodą", znał język angielski, służył we wsi za tłumacza, a na samolot zawsze mówił "aeroplan".
Jest gorąco.
Łąki w południowym upale pachną jakoś tak dusznie, już prawie przekwitły, a na niektórych ostro trwają sianokosy. Sobotni pobyt w chatce upłynął mi pod znakiem wiśni.
Zakupiłam parę kilo na straganie, a resztę u dziadziusia pod marketem. Z nich będą konfitury wiśniowe i sok, najbardziej zależy mi na owocach, bo sok to tak przy okazji.
Zabrałam ze sobą radziecką drylownicę ...


... ale zapodziała mi się gdzieś malutka, plastikowa przykrywka, więc wiśnie, dociskane trzpieniem, strzelały sokiem na wszystkie strony, a ja byłam schlapana po czubek głowy, a podkoszulek chyba się nie spierze z plam. Potem zasypałam je cukrem i odstawiłam na noc ...


... by rankiem podgrzać je, dosypać cukru i odstawić, i tak kilka razy ...


Wiśnie doskonale zachowały kształt, są nasączone cukrem, będą smakowitym dodatkiem do zupy "nic", deserów, a także pączków.
Również zbieram już i mrożę zielony koper, kroję go do plastikowych pudełek i do zamrożenia ...


Czasami były lata niesprzyjające, koper opanowywała mszyca, i od razu przypomina się sytuacja, związana z małymi dziewczynkami mojej siostry. Ugotowała barszcz z botwinki, do tego przecież trzeba dodać koper, ale akuratnie w pęczku było sporo mszyc ... siostra wybiera je, wybiera, płucze pod wodą, aż wreszcie skroiła go drobniutko i dodała do zupy.
Dziewczynki jedzą, i nagle jedna z nich woła:
- Mamo, tu coś pływa!
- Gosiu, to pieprz!
- Ale ten pieprz ma ręce i nogi!
Wspominamy to zdarzenie do dziś, śmiejemy się, a dziewczynki już są dorosłymi kobietami.


Mój koper jest czyściutki, zebrany w samo południe, posiekany i zamrożony, odda nam swoje smaki przez długą zimę. Oprócz prac gospodarczych czekało mnie strzyżenie psów, Miśka poszła pod maszynkę, i jest jeszcze niedokończona ...


a Amik może być traktowany tylko nożyczkami ... przycięłam go już sporo, bo głowę i tułów, został brzuszek, nogi i ogon, ale muszą wygoić mi się palce, bo z nożyczek odcisnęły się pęcherze i popękały ...


Wygląda teraz co najmniej dziwacznie, ale próbowałam go potraktować maszynką Miśki, nic z tego, może nożyce do strzyżenia owiec by się nadały, chcę mu jednak oszczędzić stresu. Psisko bardzo uspokoiło się, pilnuje swego gospodarstwa i nie ma mowy, żeby latał gdzieś po polach, jak za pierwszym razem, kiedy ja, wypatrując go, umierałam z niepokoju, czy gdzieś nie zaginie albo nie ucieknie ... teraz on pilnuje nas, i to chyba najlepszy objaw tego, że czuje się już u siebie. Tak siedzę sobie czasami i patrzę na te moje czworonogi, co byłoby z nimi? co dzieje się z psem z hodowli, którego nikt nie chce, a Amik? czekałoby go schronisko, jesli nie wzięlibyśmy go z tego domu zastępczego? lubię te moje zwierzaki, i Gucia- znajdka też.
Mimo, że dziś rano w zabawie niechcący drapnął mnie pazurem za skrzydełko nosa, rozlała się krew mocno, ale on też potrzebuje kontaktu z człowiekiem.


Wreszcie znalazłam chwilkę i podwiązałam i obcięłam z pędów pomidory ... już ładnie powiązane owoce, na  papryce też ... pomiędzy nią pyszni się szałwia i majeranek, i bazylia słodko pachnie, jak się ją tylko delikatnie dotknie ... czeka na pomidory, bo z nimi najlepiej się komponuje ... a kolendra? będę próbować ...




Sadzonki bakłażanów, zakupione eksperymentalnie, mizerne, kwiaty opadają, nie zawiązują owoców. Zauważyłam ciekawą rzecz, ziemniaki już chorują na zarazę ziemniaczaną, raz, że je przymroziło, a teraz już prawie nikną w oczach, nie wiem, czy coś z nich będzie. Ale te, które przemyciły się w ziemi z zeszłego roku, są zielone, mocne i dorodne, zima im nie zaszkodziła, może spróbować posadzić ziemniaki na jesień?


Mąż wyjechał do Stróży w nowosądeckiem, na zebranie pszczelarzy, a także by kupić nową matkę do ostatniego ula, bo przyuważył, że gdzieś zaginęła. Przywiózł małe pudeleczko z zamkniętymi pszczołami, w prawym dolym rogu widać takie zielone, to znaczona matka ... towarzystwo brzęczące, niespokojne, trzeba je było zanieść do ula, żeby przeszły jego zapachem. W pudełku mają pożywienie, a potem jakoś wygryzają się czy coś ...

Wraca, i mówi, że odnalazł starą matkę, mimo, że przez kolejne dwa przeglądy nie widział jej, a poza tym nie było nowego czerwia. I co teraz? - pytam ...- coś muszę wymyśleć, nie mam serca zlikwidować ... i pojechał dziś na Pogórze "coś" wymyśleć, pewnie postawi następny ul.
Ciepłe noce pozwoliły nam obserwować świetliki w ogromnych ilościach, przeświecały przez krzaki, snuły się po tarasie, wrażenie mocno niesamowite, jak małe duszki w poświacie.


Rozkwitły nam następne lipy, tuż przy drodze, i u wjazdu do nas, to dobrze, bo ta ogromna, pomnikowa, powyżej nas już prawie przekwitła, a pszczoły znajdą pożytek na tych pomniejszych.


Z glinianych buł na poddaszu wygryzają się kolejne owady, to kopułka przewiązana, a już nowe, ciemne ślady znaczą świeżą, przynoszoną glinę i budowanie od nowa, cała szopka na półce u szczytu dachu jest prawie zabudowana owadzimi gniazdami. Są one nieszkodliwe, a skoro wybrały sobie to miejsce, to niech sobie żyją.


Niedzielny poranek na wzgórzu kalwaryjskim, jak zwykle zdjęcia ze wzgórza na dalekie panoramy ...


Gdzieś z boku na polach odkryliśmy ustawione w rzędzie różne samochody, co też to mogła być za impreza plenerowa? jakiś off-road?


W domu już nastawiona porterówka, przegryza się w słoju z miodem, kawą, rodzynkami i piwem porter, zobaczymy, co też mi z tego wyjdzie ...


... w domu pachnie chlebem, bułeczkami drożdżowymi, Jaśko śpi spokojnie, a ja napisałam natenczas post.
Jak to mówią moi synkowie "jest dobrze, po co psuć?"


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, ciepłe słowa, dobrego życzę, pa!








27 komentarzy:

ankaskakanka pisze...

Spokojnie, letnio tak u Ciebie. Prawie czuję zapach tych bułeczek i siana na łąkach. tak przekonująco piszesz. U mnie też upalnie i duszno. Kupiliśmy trzeci wiatrak, żeby nie zwariować. Pozdrawiam

Klarka Mrozek pisze...

i żeby tak zawsze był lipiec, po co psuć:)

bubisa pisze...

eh... można tu u Ciebie odpocząć ...

Nasza Polana pisze...

jest dobrze, po co psuć - jakie to piękne i mądre Dziękuję

Olga Jawor pisze...

A ja wczoraj kroiłam i mroziłam koper. To samo robię zawsze z lubczykiem i pietruszką. W tym roku spróbuję może jeszcze z porami. Potem do zup wszelkich mam jak znalazł i nie uzywam wcale zadnych kupnych przypraw.Z trześni porobiłam weki (kompot z duża ilością owoców i zasypane cukrem na gęsto - mniam). Uwielbiam tę letnią obfitośc owoców i warzyw. Dzisiaj zjedliśmy pierwszego, swojego pomidora - niebo w gębie.
Jak czytam o Twojej porterówce, to ślinka cieknie.Ale nie dla psa kiełbasa (czyli dla odchudzającej się wciąż OLi).
Całusy wieczorne zasyłam pracowita Marysiu! Och, jak cudnie pachnie teraz maciejka!:-))

artambrozja pisze...

Marysiu,ślicznie u Ciebie kochana.. tak sielsko, spokojnie.
Ja też szaleje z przetworami, mrożeniem, suszeniem. Na wiśnie właśnie jutro się skradam. A będę część suszyć - smakują wyśmienicie do domowego musli i do deserów.
Koper też już częściowo wycięty do zamrażarki. Ja też mrożę cybuchy cebulowe, nać pietruchy i lubczyk - zimą mam jak znalazł.
U mnie na tapecie sok malinowy - codziennie przynoszę po 2 wiadra z naszego chruśniaka i przerabiam:)
Skoro wokół masz dużo lipy to może nalewka lipowa na zimę?świetna przy grypie.
A podejrzewam, że mąż był w Stróżach nie Stróży - u bartnika sądeckiego-mam do niego jakieś 3 km i bywam bardzo często po zapasy miodu.

Magda Spokostanka pisze...

Upały to moja rozpacz i mordęga, krwotoki z nosa i ogólna ujnia.
Kozy ledwo zipią, całymi dniami leżą w cieniu. Trawa tak sucha, że jakby mocniej szurnąć podeszwą to pożar gotowy. Ani kropli deszczu.
Bardzo mnie zaintrygowała porterówka, nie spotkałam się jeszcze z takim napitkiem.
Lipy pachną upojnie i sosny też.
To jest piękne.
Zastrzygłam uszami na Stróżę. Cudowne wakacje, pierwsze powożenie, byczek, który mnie przewlókł przez pół wsi, ale wstyd! jedna z dwóch rzek dzieciństwa - Raba - szaleńcze spływy na dętkach od ciągnika i materacach, grandzenie zielonego groszku i inne wspaniałości, a to wszystko jeszcze przed elektryfikacją ... :)
No ale to Stróże, a nie Stróża?
Uściski!

artambrozja pisze...

Marysiu napisz, czy to Stróże czy Stróża? bardzo jestem ciekawa, bo do Stróży to jednak mam dalej :)))

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ankoskakanko, no ba, lipiec mamy, środek lata, trzeba korzystać; bułeczki jak się pieką, to pachnie cały dom, zresztą Ty wiesz, bo sama pieczesz chleb; a łąki skoszone ziołami pachną, odurzyć się można, nie wszędzie tak pachną; domy z wielkiej płyty nagrzewają się niemiłosiernie, mieszkałam w takim kilka lat; i ja pozdrawiam.

Klarko, a ja zaraz będę miała małe "ale" ... ale żeby tak gorąco nie było; kiedyś człowiek wszystko zniósł, bo kto patrzył na temperaturę, szło się w pole czy do siana czy do żniwa, słońce prażyło, i tak miało być, najwyżej więcej wody ze studni się wypiło; pozdrawiam.

Bubisa, i poczęstuję jeszcze konfiturą wiśniową do herbaty, a i soku z wiśni utoczyło się jeszcze sporo; pozdrawiam Cię.

Polanko, a żebyś wiedziała, przykładam to powiedzonko do różnych sytuacji życiowych; serdecznie pozdrawiam.

Olu, tak, tak, inne listeczki też utrwalam, a w zimie jak znalazł; tęsknię już do pomidorów, a ogórki to nie wiem, czy będę miała w tym roku, takie mizerne, źle powschodziły; jejku, bardzo Ci współczuję, Olu, tych wyrzeczeń dietetycznych, chociaż sama też z lekka ograniczam się, bo talia gdzieś mi niknie; serdeczności ślę za San.

Artambrozjo, jak to miło wyjąć w zimie swoje przetwory ze spiżarni; a wiesz, że nie pomyślałam, że wiśnie też można suszyć, po wydrylowaniu, jak mniemam; sok malinowy też musi być obowiązkowo, bo dla wnuczka na zimę, ale nie mam własnych malin, kupię gdzieś na straganie; lipniak będzie obowiązkowo, bo jak tu nie skorzystać z takiego dobrodziejstwa obfitości natury, i oczywiście na miodzie, bo za chwilkę będziemy znowu wirować plastry; tak, w Stróżach, pewnie źle napisałam, tam, gdzie muzeum bartnictwa; i mówił, że bardzo ładna okolica; pozdrawiam Cię serdecznie.

Magda, jak patrzę na mapę pogody, to zawsze po trosze lokalizuję znane mi z netu osoby, wydawało mi się, że przechodziła fala opadów przez Twoje tereny; ale to tak jest, prognozy swoje, a natura swoje; ja najgorzej odczuwam zmiany pogody, a takie upały wcale nie są mi do szczęścia potrzebne, o, tak do 25 wystarczy; to zmyślny napitek, ciemne piwo + spirytus + inne aromatyczne ingrediencje, ale mówię Ci, niebo w gębie; ależ Ty masz amazingowe przeżycia i wspomnienia, rogata dusza byłaś, taka chłopczyca pewnie; niestety, to nie Stróża; pozdrawiam Cię serdecznie.

Łucja pisze...

jest dobrze, po co psuć : )

Raals pisze...

Tak mi się zatęskniło za Pogórzem na widok tych pejzaży... Dobrze, że to już tylko kilka dni. W piątek rano wyjazd!

Chłodne pozdrowienia (takie mi się wydają właściwsze przy tych upałach) dla wszystkich miłośników Pogórza!

mania pisze...

Misia w locie cudna :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Łucja, a tak, święte słowa, chociaż i psujów na tym świecie niemało; pozdrawiam serdecznie.

Raals, o, widzę, że szykuje sie jakiś wypoczynek na Pogórzu; spełniły sie Twoje pozdrowienia, dziś chłodniej, jaka ulga, przez otwarte drzwi wpada z ogrodu chłodne powietrze; i ja pozdrawiam Ciebie.

Maniu, takiego kochanego psa jeszcze nie mieliśmy, ostatnio przyszła spod uli z pszczołą na tyłku; a jaka jest zazdrosna o Jaśka, ja do niego mówię, a ona pcha się na całego, zabiega, zagląda w oczy, bo przecież pojawiła się konkurencja; pozdrawiam serdecznie, Maniu, szumi w ogrodzie, zaczyna kropić deszcz, ulga w powietrzu.

Krystynka w podróży pisze...

Zaducha i u nas na zachodzie, ponad 30 stopni, ledwo dam radę obiad przygotować. Młodzi nie robią przetworów, brak czasu i inne nawyki żywieniowe więc ta praca mi odpada. Tylko z wnukiem poszaleć w basenie i czytać w cieniu. Taki wakacyjny lipiec

Raals pisze...

Jak co roku Mario, jak co roku :). Już nie zliczę wszystkich moich wyjazdów na Pogórze. W tym roku prawdopodobnie będziemy wędrować również i obok Twego domu. W każdym razie jedna z planowanych tras tamtędy przemierza. Jeśli się ziści, pomacham z drogi dłonią :)

Pozdrawiam serdecznie.

Ruda pisze...

Znów zapachniało ciepłą łąką i tą lipą pachnącą. U mnie mnóstwo malin w tym roku- nalewka już stoi, soki też się robią. Dzisiaj dojdzie do tego czerwona porzeczka. A dyniowate i ogórki poszalały. Tylko kto to wszystko przerobi,gdy ja w góry wyjadę za kilka dni? Muszę moją Chudą do przetworów zagonić ;)

wkraj pisze...

Klimaty u Ciebie prawdziwie letnie. Taki Lipiec już bywa. Gorący, upalny, duszny, by za kilka dni straszyć deszczem urlopowiczów. Oby tylko zachowane zostały właściwe proporcje, bo jednostajna upalna pogoda to żadna przyjemność, zwłaszcza w miastach. Miło zobaczyć Cię znów w akcji z przetworami.
Pozdrawiam.

Mażena pisze...

Każda pora roku ma swoje smaczki. Własnie nastał czas wiśni i koperku :)
Zdjecia w poprzednim wpisie niesamowite :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krystynko, ja też już spowolniłam z przetworami, wiśnie w cukrze pokończyły się, więc trzeba było uzupełnić, bo to dobry dodatek do słodkości; babciuj wakacyjnie, na zapas, bo przecież chatta czeka; pozdrawiam Cię.

Raals, "jak co roku", ucieszyło mnie to, że Pogórze potrafi przyciągnąć kogoś na urlop, i to nie w pysznym Arłamowie, tylko dzikimi bezdrożami; pomachaj, herbaty zrobię, albo zimnej wody zmęczonym wędrowcom dam;pozdrawiam serdecznie.

Ruda, kiedy tylko słońce oświetli naszą górę, już niesie się brzęk pszczół z lipy, tak siedzimy z mężem przy porannej kawie i słuchamy, i serce się raduje; zborę parę garstek lipowego kwiatu, na herbatę, i na lipniaczek; dyniowate na Pogórzu rosną słabo, może im za zimno; dobrze, że masz Chudą, na pewno zastąpi Cię godnie; serdeczności ślę, i radosnego pobytu w izerskiej krainie.

Wkraju, czekałam z utęsknieniem na jakieś ochłodzenie, bo upały męczą i zabierają siły do jakiegokolwiek wysiłku; wczoraj spadł deszcz, wszystko wróciło do normy i jest dobrze; pozdrawiam serdecznie.

Mażeno, aż przyjemnie popatrzeć na stragany, pełno czereśni, wiśni, malin, nie mówiąc o świeżych warzywach; dziękuję w imieniu Łukasza, pozdrawiam serdecznie.

Grażyna pisze...

Ależ pachnące te Twoje wpisy. :)))
Ja także mrożę koperek, jest fantastyczny, jak świeży.
Wiśnie dopiero się zaczynają. Ja robię mniejsze ilości i bardzo lubię drylować ręcznie - agrafką. :)) Muszę jeszcze malin zrobić, bo w tamtym roku się nie udało. Kiedyś mi się zimą zachciało dżemu i kupiłam w sklepie. Nieźle trafiłam... Wyobraź sobie, że można zrobić dżem malinowy bez smaku i zapachu malin... :)))
Serdeczności :)

Grażyna-M pisze...

Jeszcze nie dopisałam, że piękny ten Światowit(?). :)
Mogę spróbować "skubnąć" to zdjęcie? :))

Anula pisze...

Marysiu u Ciebie jak zwykle pięknie, spokojnie i nastrojowo. Zaciekawiła mnie ta porterówka :. Ja w tym roku pierwszy raz zrobiłam nalewkę z wiśni. A drylownicę kiedyś miałam identyczną, teraz dryluję wiśnie wykałaczką. Całkiem sprawnie mi to idzie. Ale też ilości wiśni niewielkie. Pozdrawiam serdecznie :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Grażyna-M, ręczne drylowanie wydaje mi się być iście benedyktyńską harówą; tak, tak, ostatnio chciałam wykorzystać taki kupiony dżem do naleśników, żeby mi się nie zestarzał, ze cztery wiśnie pod przykrywką, a reszta to jakby galaretka; skubaj do woli Światowitka; pozdrawiam.

Anulko, porterówka bardzo oryginalna w smaku, intensywnie kawowo-karmelowa, inna niż wszystkie; hm, chyba nie zabrałabym się za ręczne drylowanie wiśni; i ja pozdrawiam serdecznie.

Ania z Siedliska pisze...

Jak ja lubię czytać o Twoich domowych zajęciach ! Co prawda mam i swoje ale nie piekę chleba ani ciast, więc dobrze jest popatrzeć na Twoje. Nie robiłam nigdy porterówki, za to mam nastawioną smorodinę. Muszę w tym roku uprzedzic ptaki i zebrać czeremchę na nalewkę. Podobno wspaniała. Powiedzenie synków już mam w rozumie i będę cytować - świetne !
Uściski !

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Aniu, to również moja pierwsza porterówka, przepis z netu, z dodatkiem rodzynek, miodu i kawy; znam smorodinówkę, jest bardzo wyrazista, aromatyczna; kiedyś nienawidziłam smaku czarnej porzeczki, teraz zjadam bezpośrednio z krzaka, smaki zmieniają się; a którą czeremchę zbierasz? tę amerykańską czy inną; pozdrawiam serdecznie.

Anonimowy pisze...

te gliniane domki to mieszkania pajakow jestem pszczelarzem

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Pszczelarzu, może pająki tam nie mieszkają, tylko są wkładane przez owady, składające jaja, oczywiście po uprzednim sparaliżowaniu ich, żeby służyły za pokarm nowowyklutym larwom; takie wiadomości przeczytałam przy okazji poszukiwań tego glinnika naściennego, jak go zdiagnozował Krzysiek Pogórski; pozdrowienia ślę.
Znam jednego pszczelarza, z pięknymi ulami, dłubanymi w drewnie.