czwartek, 24 lipca 2014

Po słonecznej stronie ...

Wiedziałam, że na Wkraja można liczyć. Przed wyjazdem sięgnęłam do jego wpisów, bo pamietałam, że pisał o bliskiej okolicy Głuchołazów po czeskiej stronie, a ja wtedy pomyślałam, że przecież to tak bliziutko i też tam kiedyś pojedziemy. I rzeczywiście, rzut beretem od Zlatych Hor, zupełnie niedaleko Jesenika, znajduje się osada Rejviz.
Jechaliśmy tam bardzo zniszczonymi przez ostatnie opady drogami wiejskimi, bystra woda wypłukała wzmacniane kamieniami koryta, podmyła drogi, że połowa jezdni była wyłączona z ruchu ... wyobrażam sobie, jak wzbierają z nagła potoki, zaniepokojeni mieszkańcy wychodzą i patrzą bezsilnie na żywoł, może trochę worków z piaskiem, a z nieba ciągle hektolitry wody ...
Letniskowe domy Czechów, zabytkowe i nowozbudowane, wygłaskane jak to u nich, a okolica przepiękna. Tak sobie pomyślałam, że można tu spędzić sporo czasu i za każdym razem wracać w to samo miejsce inną trasą, tyle tu szlaków.


Zatrzymaliśmy się na chwilę w karczmie z oryginalnym wystrojem, na każdym kroku widać rękę rzeźbiących w drewnie, a więc krzesła z "uśmiechniętym" oparciem, ramy luster i obrazów, szafy, komody, stoły, do których aż mi się oczy śmiały ...




... a w części starszej oparcia jakby ładniejsze ...




W chłodnym wnętrzu karczmy aż chciało się posiedzieć i przed wyruszeniem na trasę posmakować złocistego, czeskiego napoju. Wybraliśmy się na Mechowe Jeziorko, turystów w sam raz, nie za dużo, a z nieba leje się skwar ... bo to pierwsza "Kropka", kiedy nie padał deszcz, ani w czasie koncertów, ani w ciągu dnia ...


Szło się bardzo wygodnie, na podmokłych miejscach drewniane pomosty, wśród wiekowych świerków, wokół poduchy borówczysk i mchów ...


Po drodze pomnik poświęcony mieszkańcom, poległym w czasie I wojny światowej ...



Samo jeziorko doskonale zagospodarowane, można posiedzieć i odpocząć w cieniu na ławeczkach, woda jakby brązowawa, torfowa, a w zatoczce taplają się kaczki, od czasu do czasu wystawiając tylko kupry z wody ...



Przeszliśmy jeszcze spory kawałek niebieskim szlakiem, ale zawróciliśmy, bo bez mapy ciężko poruszać się w terenie, a żal było wychodzić z cienistego lasu ...


Wszędzie szemrzące strumyki, z kolorowymi kamykami na dnie, a może warto było poszukać? może wypłukały się gdzieś złote drobinki? przecież to złotonośne tereny ... czas wracać ...
Zjeżdżamy w dół do Jesenika malowniczą drogą z serpentynami, w prześwitach ogromnych buków widok na miasto ...


Jakżesz mi się tu podoba, zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie granicy ... bardzo jestem zadowolona z tego wyjazdu, wszystko bliziutko, mąż nie musiał siedzieć cały czas za kierownicą, i nie musieliśmy gonić z językiem na brodzie, żeby zdążyć na wieczorne koncerty ...
Bo na scenie stroił się już czeski zespół Crossband ... żywiołowy i bardzo energetyczny ...


... potem znani nam wykonawcy ... Pod Wiatr ... pieśni żeglarskie, muzyka celtycka i bardzo chwytliwa piosenka bieszczadzka ... do Wetliny, do chłopaków z gitarami, do Wetliny, do dziewczyn jak miód, do Wetliny, na kielonek z aniołami, do Wetliny powrócimy znów ... Bieszczady spotkały się z Sudetami ...





... i jeszcze Siudma Góra ...


... YesKiezSirumem ...


... Carrantouhill ...


... a na koniec Orkiestra Dni Naszych ...


Wróciliśmy na nocleg grubo po północy, Kropka skończyła się, jeszcze w niedzielę występy laureatów konkursu, zostały wyłonione nowe zespoły, a po południu Trampska Hudba, czeska impreza ... ale my już rankiem ruszamy w drogę powrotną  ... wiele miłych wspomnień, a wiecie czego mi brakowało? ... zwykłego śpiewu przy gitarach, bo teraz muzyka turystyczna jest naładowana elektroniką, głośna, dudniąca, a my, wychowani na piosence przy ognisku, gdzie wszyscy znali słowa i śpiewali, nienawykliśmy trochę do takiego brzmienia ... i nie każdą piosenkę ze sceny da się zaśpiewać przy ognisku ...


O, i ja wśród kropkowej publiczności, po prawej, z warkoczem, w kraciastej koszuli, kultowej zresztą, bo kiedyś każdy turysta miał flanelową, kraciastą koszulę ... a nie jakieś tam firmowe, termiczne, oddychające i lekkie jak piórko odzienie ...


I wcale tak szybko nie dotarliśmy do domu, dopiero na wieczór, bo mieliśmy jeszcze po drodze pszczelarskie przystanki, odbiliśmy z Tarnowa na południe, zajechaliśmy do Stróży, do Czermnej ... ależ tu ładnie w Małopolsce, nigdy nie byłam na Pogórzu Ciężkowickim ...
Już w domu załapaliśmy się jeszcze na koncert Wolnej Grupy Bukowina, bo w internecie leciał bezpośredni przekaz ze sceny ...


A wczoraj przypiekłam się przy ognisku, bo wypalałam zeschłe gałązki z obciętych krzaków, i lunął potężny deszcz ... przerwa w robocie, i tak jest do dziś, mgliście, siąpiąco, mokro ... dobrze w domu ...


Z Czech przywiozłam sobie " lazenske oplatky", cieniutkie wafle z warstewką orzechów, czekolady, rumu, albo tylko cukrowe ... nie jadałam takich, posmakowały, do pochrupania ...


... i różne "omacki" ... będziemy próbować ... bardzo podobają mi się te nazwy, a swoją drogą, jakie ich przenikanie w różnych regionach ... mama też gotowała takie coś, co nazywało się "maczka", kawałki mięsa w aromatycznym, brązowym od przyprażonej mąki, rzadkawym sosie ... albo te wszystkie "polewki", na Ukrainie "poliwki" ... austriacko-węgierska monarchia łączyła wiele obecnych państw ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za poświęcony czas, za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!






19 komentarzy:

Beata Bartoszewicz pisze...

Za piękną relację z wyprawy, za zdjęcia cudne i pszczółkę pasiastą, dziękuję , Beata z Wystarczająco PL :)

ankaskakanka pisze...

No tak, wszędzie jest pięknie, gdzie mnie nie ma. Głuchołazy? może wczasy w przyszłym roku, choć lista miejsc koniecznych do odwiedzenia jest dłuuuuga i stale się wydłuuuuża. Pozdrawiam

na wsi pisze...

Jak zwykle przy Twoich wpisach Marysiu, człowiek łapie dobry wiatr w żagle i energię na cały dzień. Zarażasz swoim optymizmem świata. A był taki czas, że - zanim postawiliśmy chatkę na Mazurach - wynajmowaliśmy piękny domek pod Leżajskiem. I o mały włos nie kupiliśmy starej leśniczówki w tych okolicach. Niestety, pani sprzedająca spojrzała na rejestrację spod Warszawy i po dwóch dniach do namysłu (domek znaleźliśmy łażąc po lesie, nie było go w ogłoszeniach) krzyknęła 200 tys. zł za stary domek i kilkaset metrów działki dookoła. Nie mieliśmy tyle. Z bólem serca wycofaliśmy się. A może tak miało być? Wkrótce na Mazurach będziemy częściej, bardziej jesiennie w tym roku. I też powłóczymy się po okolicy...

Natalia z Wonnego Wzgórza pisze...

Jak zwykle u Was cudna wycieczka. Uwielbiam też taki klimat i ostatnio miałam jego namiastkę. Wolna Grupa Bukowina grała w sobotę, albo w piątek u moich rodziców, ale nie mogliśmy niestety być w dwóch miejscach na raz, a czasem żałujemy że się nie da.
Masz rację, że te starsze krzesła z karczmy jakby ładniejsze. Może kiedyś ludzie byli ładniejsi, albo po prostu bardziej klimatyczni, mniej plastikowi?
Pozdrawiam ciepło!

Iza pisze...

O, Carrantuohill! Bardzo lubię ich muzykę, często grywali u nas w Żywcu :) Pozdrawiam serdecznie :)

Krzysiek Pogórski pisze...

A ja jak zawsze botaniczny kamyczek - ładniutka fotka roślinki z czerwonymi owocami prezentuje liczydło górskie ;-)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Beata, a ja cieszę się, że choć trochę przyczyniłam się do uśmiechu na Twej twarzy; pozdrawiam Cię serdecznie.

Ankoskakanko, życia by zabrakło, żeby odwiedzić wszystkie piękne miejsca, ale zawsze człowiek odrobinę zaspokoi swoją ciekawość; byłaś już w Kotlinie Kłodzkiej, a to bardzo blisko, ja jestem zauroczona bardzo tymi terenami; pozdrawiam Cię cieplutko.

Agnieszko, przykro mi, że nie udało Wam się z Podkarpaciem, no cóż, ludzie bywają nieprzyzwoicie pazerni, być może teraz pani sprzedająca żałuje, że leśniczówka nie poszła w dobre ręce, bo czasami to jest ważniejsze, niż mniejszy czy większy stosik pieniędzy; i w ogóle to jest kwota przyprawiająca mnie o zawrót głowy; i może rzeczywiście tak miało być? bo kiedy obserwuję Twoją radość z postępu prac, z własnych zajęć, obserwacji przyrody, to serce rośnie, bo mimo, że nie piszę, zaglądam zawsze; jesienne Mazury, obfite grzyby w lasach, cóż może być fajniejszego; pozdrawiam Cię.

Natalio, och, Ty masz tylu przyjaciół wśród zaprzyjaźnionych zespołów muzykujących, że głowa boli, prawie wszystkich znasz, i pewnie WGB jeszcze nie raz zawita do rodziców; na pewno inne ręce rzeźbiły starsze krzesła, widać tam bardziej zawadiacki rysunek twarzy, i chyba mniej lakieru; serdeczności ślę.

Iza, koleżanka rozmawiała z Peltonem z Domu o Zielonych Progach, mówił, że wychował się na muzyce Carrantouhill, a ja muszę przyznać, że słyszałam ich chyba pierwszy raz, i spodobali mi się; i ja pozdrawiam.

Krzysiek, hm! liczydło górskie ... a ja powiedziałam koleżance, że to chyba kokoryczka, może zapomni o mojej gafie, a raczej zupełnej nieznajomości rzeczy:-) zauważ, że uszczypany wierzchołek, zresztą jak wszystkie rośliny wokół, pewnie sarenka pasła się; pozdrawiam.

grazyna pisze...

Szukalam Cie w kraciastej koszuli i z warkoczem ales Ty sobie zazartowala , bo zdjecie mikroskopijne. A wyprawa Wasza jak zwykle strasznie mila...pozdrawiam serdecznie z Porto

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Bo, Grażynko, przekopiowałam to zdjęcie z galerii Kropki, myślałam, że będzie naturalnej wielkości, ale ono nie chciało się powiększyć, próbowaliśmy z synem, ale nie wyszło; ale wierz mi, jestem tam; o, widzę, że pojechałaś odwiedzić nową wnuczkę, na pewno jest już duża; czekam na wieści stamtąd; serdeczności ślę.

Asia i Wojtek pisze...

Kiedy czytam o Waszych wyprawach, mam wrażenie jakby i ja tam była, piwo w karczmie piła i te cuda ogladała:-))) Dziękuję Ci za to.
Asia

grazyna pisze...

Tak jestem w Porto, odbyl sie chrzest malej Sofijki a teraz holubimy te wnuczke 5miesieczna, bo mama juz wrocila do pracy...sliczne jest , pewnie niedlugo cos napisze! sciskam serdecznie

Krystynka w podróży pisze...

Jeszczem takich cudeniek na krzesłach nie widziała a dłuuugo już żyję. Może trzeba sprzedać chattę i ruszyć w świat i Polskę, póki jeszcze się chce.
Omastki do chleba i nie tylko, lubię bardzo, eksperymentuję stale na tym polu, zawsze troszeczkę mięska i duuużo warzyw, ziół, przypraw.
Wypatrywałam warkocza i nic

Mażena pisze...

Świetne są takie blogowe "nawiązania".

Anulka Domowa pisze...

Miałam szukać last minut w ciepłe kraje ,ale przecież ogromna radość mi sprawia to co u nas czy u bliskich sąsiadów .Może namówię moich panów na takie zwiedzanie :)A jeszcze jakby ktoś zagrał na gitarze:)No i znajdzie się też kultowa koszula :D ,kiedys nawet sama szyłam ;)
pozdrawiam serdecznie
AniaA

wkraj pisze...

No proszę, a ja dzisiaj znów byłem w Rejviz i odwiedziłem restaurację z rzeźbionymi zydelkami. Dożo było gości, ale udało się dostać stolik. Cieszę się, że moje posty doprowadziły Cię na ten teren. Mechove jeziorko też miło wspominam a spacer do niego pośród wodnych rozlewisk ma swój urok. Jeszcze sporo zostało do zobaczenie, więc za rok znów przyjedźcie :)

Olga Jawor pisze...

Cudnie Marysiu! Tak mi się rozmarzyło po przeczytaniu opisu Waszej wyprawy, ze i my kiedys z męzem zdołamy jeszcze tak powędrować, nie spiesząc sie nigdzie i napawajac cudami natury oraz kultury.Bo myzykę taką uwielbiam i spiewac w miłym gronie kocham.Ech...
Alez fikusne smakołyki stamtąd przywiozłaś. Slinka ciecze na ten widok!
Pozdrowienia ciepłe ślę!:-))

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Asiu, mamy takie piękne miejsca, nie dane mi będzie wszystkiego zobaczyć; a piwo lubimy degustować lokalne, w Stróżach próbowaliśmy miodowe, pyszne; pozdrawiam serdecznie.

Grażyno, ach, jakie "babciowanie" jest przyjemne, i chrzciny też nas czekają we wrześniu, jak przyjedzie młodszy syn z wysp; pozdrawiam serdecznie.

Krystynko, można sobie zamówić krzesło z wizerunkiem u lokalnego rzeźbiarza, ale to pewnie kosztuje wiele milionów koron; nie, nie sprzedawaj, mam wrażenie, że powoli wszystko się ułoży; do tego warkocza to pewnie lupy trzeba; serdeczności ślę.

Mażeno, mam słabość, i do flanelowych koszul w kratkę, i do wspólnych potraw z wielu krajów, o jednym rodowodzie; pozdrawiam serdecznie.

Anulko, preferuję nade wszystko powolne zwiedzanie z przemieszczaniem się, nie wytrzymałabym długo w jednym miejscu, a zazwyczaj po kilku dniach bardzo tęsknię za domem, więc wszystko z doskoku; w zeszłym roku wytrzymałam nad morzem śródziemnym jedno popołudnie, nie dla nas wylegiwanie się na plaży; a gitara? może macie kogoś znajomego grającego, który pojechałby z Wami na włóczęgę; pozdrawiam serdecznie.

Wkraju, serdecznie Ci zazdroszczę odwiedzin w Rejviz, bardzo mi się tam podoba, a w przyszłym roku, a jakże, pewnie, że pojedziemy, żeby tylko zdrowie dopisało; dzięki za blogowe inspiracje; pozdrawiam serdecznie.

Olu, sierpień będzie bardzo intensywny w takie imprezy, już obmyślamy opiekę nad zwierzętami; pewnie nawet na Dolny Śląsk zawitamy, i w Bieszczady też; serdeczności ślę do miłego Sąsiedztwa.

Ruda pisze...

Wiesz, Mario, mamy podobne spostrzeżenia dotyczące Czech. I ja też uwielbiam laźnieńskie oplatki. . A zerwane mosty i drogi zmusiły nas do jazdy zupełnie nowymi drogami.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ruda, jechaliśmy wzdłuż rzeki Bela Jesenicka, która potem zmienia nazwę u nas na Białą Głuchołaską, na czeskiej stronie czyściutka, bez jednego plastiku na brzegu, czy opony w wodzie, aż dziw bierze, że można; górskie rzeki czynią wielkie spustoszenie przy nagłych opadach, widziałam; pozdrawiam ciepło.