poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Życie różne zna przypadki ...

Zdejmowaliśmy folię z tunelu, bo zapowiadali deszcz i chciałam, żeby sucha ziemia nawodniła się trochę deszczem. Zawsze wchodzę i sprawdzam, czy nie ma tam jakichś uwięzionych owadów, a jeśli są, to staram się delikatnie je wynieść. Tak było i tym razem, oho! zaplątała się pszczoła i trzeba ją uwolnić, tym bardziej, że wcisnęła się między folię a rurkę, i brzęczała cieniutko. Ubrałam rękawice, delikatnie uwolniłam ją i starałam się skierować w stronę wyjścia, ale ona dalej odfruwała na folię ... to wzięłam wiadro, zgarnęłam do niego i wyniosłam na zewnątrz. Ale pewnie meldunek o zagrożeniu poszedł już w eter ... nagle pojawiła się inna, usiadła na chustce i brzęczała przy uchu. W takich wypadkach lecę do męża i on zdejmuje pszczołę ... nie zdążył tym razem.
Pszczoła zeszła poniżej, czuję ją na uchu, ja w strachu niesamowitym ... o matko! weszła mi do ucha ... Ucisnęłam przewód słuchowy poniżej małżowiny, żeby nie wchodziła głębiej i krzyczę: Rób coś!
Co można zrobić, kiedy z ucha widać tylko odwłok pszczoły ... i jeszcze to potęgujące wrażenie, przenikliwy brzęk, skrobanie odnóżami ... jakby OBCY wchodził mi do mózgu, i świadomość, że przyciśnięta zaraz mnie użądli ...
Spokojnie, spokojnie, przechyl głowę, niech odwróci się i poszuka wyjścia! ... stałam tak, z uginającymi się pode mną nogami, z drżącymi kolanami i czekałam na najgorsze ... po długiej chwili wycofała się, odwróciła, zawinęła odwłok i ... użądliła mnie gdzieś tam we wnętrze ucha. Na szczęście mąż zdrapał banieczkę z jadem i tylko niewielka ilość dostała się w to miejsce. Myślałam, że zemdleję od nadmiaru wrażeń, blada byłam jak ściana a serce waliło młotem ... ucho mam spuchnięte, swędzące, bolesne, ból zachodzi aż na policzek.
Mąż obejrzał tę pszczołę, mówi, że jakaś mała, czarniawa, jakby nie Wigorka ... jakby królowa matka weszła w relacje godowe z nieodpowiednimi trutniami, zwykłe pszczoły nie są tak agresywne, atakujące ... a może chciał mnie tylko uspokoić, bo widziałam też strach w jego oczach.
Pewnie zapoda do tego ostatniego, niepewnego ula unasiennioną już matkę, żeby przywrócić łagodne pszczoły, tylko to potrwa w czasie, pewnie kilka miesięcy ... w tym ulu były jakieś rotacje z królowymi matkami, podmiany ... a może już nie ma łagodnych pszczół?
Ale oprócz takich nieciekawych zdarzeń na Pogórzu trwa wiosna.
Ptactwo urządza takie koncerty, że chce się siedzieć na tarasie i słuchać ... wieczorem śpiewają, śpiewają, i nagle cisza ... jak nożem uciął! dopiero po dłuższej chwili zaczynają dawać głosy nocne zwierzęta i ptaki ...


Wzięłam się ostro za robotę na grządkach, całą sobotę przygotowywałam ziemię pod zasiewy, nasadzenia, a także rozpięłam malutki foliaczek, gdzie wysiałam rzodkiewki, sałaty, jakieś ziółka, no i oczywiście kolendrę, jeden rządek, może rzeczywiście w końcu przekonam się do niej? nic nie poradzę, wonieje mi rozgniecionym pluskwiakiem i tyle:-)...


Siedmiolatka obficie daje szczypiorem, to pierwsza zielona nowalijka z grządki ...


Murarki kończą już wygryzanie z kokonów, wokół jeden brzęk, ale to są moje ukochane, łagodne pszczółki, one nie żądlą ... muszę im jeszcze dowieźć trzcinek, bo za mało ucięłam ...


Mąż robił przeglądy w ulach, mówi, że pszczoły noszą pyłek, którym zalepiają oczka w plastrach, ale jakiś dziwny ... kolorowy, fioletowy, żółty, pomarańczowy ... skoro mamy tyle kwitnącej miodunki wokół, to i pewnie pyłek fioletowy, bo z czego innego ...


Tatry mają swoje łąki z krokusami, a my łąki z miodunkami ... tutaj to jeden brzęk, tyle jest pszczół ... dobra roślina, bo stopniowo rozwija swoje kwiaty, tak, że pszczoły mają cały czas pożytek, pokarm, a za chwilę zaczną się złote łąki mniszkowe ...


Mimo tych niemiłych spotkań z pszczołami lubię je nadal, może sobie tylko nauszniki sprawię:-) ... albo będę chodzić w kapeluszu z woalką:-)
Świat wokół nie przestaje błękitnieć, co prawda przylaszczki z lekka przekwitają, ale ma swoją chwilę barwinek i fiołki ...



Kiedyś nie było u nas tylu zawilców, zdarzały się pojedyncze kwiatki, które mnie bardzo cieszyły ... a teraz rozsiały się po całej okolicy ...


Był też czas na spacery po łąkach pod wieczór, choćby tylko po to, żeby wyprostować trochę schylone przez większość dnia plecy ... a dla psów to raj, wybiegać się po pustych jeszcze łąkach ...


Góry błękitnieją pod wieczór, słońce kładzie dziwne cienie po nierównościach terenu, o! jakby specjalnie ukształtowane zaklęśnięcie na polu golfowym ...


Zeszliśmy nad sam potok na końcu naszego pola, a tam odkryłam nowy wodospadzik, którego nigdy nie było ... ależ te zeszłoroczne, wielkie wody narobiły różności po drodze ...


Psy wychlapały się w wodzie i przeszły na drugą stronę ... jejmość Miśka nie uznaje powrotu tą samą drogą, chlasnęła w wodę z dwóch metrów ... zaraz mi się przypomniało, jak zjechała ze stromego brzegu w słowackie Morskie Oko, i mąż musiał chlapnąć za nią do wody, bo nie mogła wydostać się na brzeg ...


Ten odcinek potoku to zazwyczaj nikły ciurek wodny, dziki i zarośnięty, tylko ścieżki zwierzęce znaczą miejsce ich przejść .. teraz w tym uroczysku kwitnąco, można jeszcze przedrzeć się przez krzaki, bo latem dżungla.


Łąki są straszliwie zryte przez dziki, jakby przejechał je pług, będzie ciężko kosić latem, ale może deszcze trochę wypłuczą nierówności i ziemia osiądzie.
W domowym oczku wodnym zamontowałam pompkę, żeby napowietrzyć wodę, żeby nie psuła się ... dysza daje ładny parasol, a jeszcze oprócz tego żaba pluje wodą ...



Już od drzwi domu słychać plusk wody, Jaśko, kiedy zobaczył to pierwszy raz, zamarł w bezruchu, a teraz swoje kroki kieruje w to miejsce, żeby poprzyglądać się w skupieniu ... bo Jasiek już zaczął chodzić.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!



33 komentarze:

Beata Bartoszewicz pisze...

Ależ mi stracha napędziłaś Marysiu. I mnie serce zaczęło walić młotem. Jak dobrze, że to się tylko tak skończyło :)
Ja jestem uczulona na jad owadów, nawet jak mnie mrówka uszczypnie w stopę, to od razu dreszcze i cała potem zlana, a pod nosem sina. Kiedy usłyszę brzęczenie to uciekam gdzie pieprz rośnie, więc moje zeszłoroczne ratowanie zziębniętej pszczoły było bohaterstwem graniczącym z ... głupotą.

Mam nadzieję, że ból szybko przejdzie.

Pięknie było pójść z Tobą na ten wiosenny spacer :)
Serdecznie i ciepło Cię pozdrawiam i gratuluję chodzącego Jaśka. Ani się obejrzysz jak będzie z Wami na własnych nóżkach wędrował po Waszym Pogórzu :)

Anthony Garden pisze...

Ależ cudnie tam u Was. Co za przeżycia, nie wiem czy ja w takim przypadku zachowałabym zimną krew. Widok tak wielkiej ilości miodunki nieoceniony :)Moje murarki żyją w starej glinianej ściance po stodole, której specjalnie nie wyburzamy. Są tam też w norkach trzmiele, których brzęczenie wprost uwielbiam i traktuje jako terapeutyczne :);) Serdeczności posyłam moc

Beata Bartoszewicz pisze...

Ach, i zapomniałam Cię ostrzec. Luby nie chciał Twojej zguby (od pszczoły) i chyba kupił Ci ... krokodyla :)

Inkwizycja pisze...

To ja też wolę Twoje murarki... wyobrażam sobie, ile strachu się najadłaś... Niedawno wydawało mi się - czułam!- że jakiś owad wlazł mi do ucha... to straszne uczucie, narobiłam krzyku, Padre grzebał mi w uchu, płukał nawet, ale niczego nie znalazł, chyba mi się wydawało. Mimo to okropne przeżycie!

Aleja57 pisze...

Jejuś jak tam u ciebie pięknie, co ja bym oddała by tam mieszkać...pozdrawiam ciepło Ania ;)

Dorota pisze...

Czytałam z dreszczykiem jak jakiś horror! Nie wiedziałam, że pszczoły mogą być tak agresywne, a ja z taką ufnością krzątałam się koło gniazda os w moim ogródku i nic mi o dziwo nie zrobiły.

Agata Rak pisze...

oj to było nieprzyjemnie....

grazyna pisze...

Pszczoly sie boje bardzo, bom alergik jest, chyba powinniscie miec jakies srodki antyalergiczne w chatce. Kolendra zielona jest bardzo smaczna, ja na poczatku tez mialam mieszane do niej uczucia, w Wenezueli uzywa jej sie do wszystkiego jak u nas pietruszke...sprobuj zrobic winegret z kolendra...troche soku cytryny, sol, cukier, pieprz, dosc duzo listkow kolendry, dobrze wymieszac wyciskajac soki kolendrowe, na koncu dolac oleju lub oliwy, wymieszac...mozna polewacv tym salatki, sery, pokropic zupe, polac fasolke gotowana...wszystko...

Gosianka Wrocławianka pisze...

Aż mi serce zamarło gdy czytałam ten opis!

Nasza Polana pisze...

No... przygoda z pszczołą w uchu była z dreszczykiem. Dobrze, że miał Cię kto ratować i wszystko się dobrze skończyło. Ale jedno mnie mocno zdziwiło... kolendra??? "wonieje mi rozgniecionym pluskwiakiem" ???? Mario a to się uśmiałam bo to moje ulubione zioło no i ten aromat dla mnie jest wręcz uzależniający.
Ściskam mocno

claire pisze...

Dobrze że agresywna pszczoła nie zrobiła nic złego, ale rzeczywiście makabryczne przeżycie! Mnie nigdy nie użądliła ani pszczoła, ani osa, ale jakoś zawsze się ich bałam...Piękne zdjęcia :-)

t pisze...

Matko! Wstrząsająca historia! Nie zazdroszczę przygody. Jednak obcowanie z naturą ma swoje dobre i złe strony. Myślę jednak że nawet takie nieprzyjemne okoliczności nie wpłyną na zamiłowanie do przyrody ożywionej i nieożywionej.
Pozdrawiam wiosennie ;)

Joanna pisze...

uuuuu... no miałaś szczęście... aż mi się zimno zrobiło...
swego czasu będąc paronastoletnią dziewczynką byłam u babci na wsi na wakacjach... wtedy były modne do picia oranżady ( smak rewelacja ); piłam i zostawiłam otwartą... po jakimś czasie butelkę przystawiłam do ust i... no własnie... dziabła mnie pszczoła w język... tyle lat minęło a ja dalej pamietam ten ból... ech... język spuchł, nikt oczywiście do lekarza nie pojechał ze mną bo wszyscy byli na polu; chodziłam z wielgachnym jęzorem... hihi na szczęście tylko na tym się skończyło... chociaż jestem alergiczką; oczywiście dieta przymusowa była no bo jak jeść z takim jęzorem ?
pozdrawiam

Grażyna-M pisze...

Uch! Ale się wystraszyłam! Dobrze, że tak w sumie niegroźnie się skończyło. Ja nie jestem alergikiem, ale też się boję ukąszeń. Kiedyś mnie próbowała użądlić, ale miałam gumowe rękawiczki i nie dała rady. Tylko że żądło zostało, a to oznacza najczęściej śmierć pszczoły i tego mi strasznie szkoda.
Ależ tam kwiatowo u Ciebie. Wydawało się, że wiosna wczesna, a noce zimne i wszystko przystopowało.
Plująca żabka jest urocza. :) Mówisz, że Jasiek już chodzi? Jak te dzieci szybko rosną! :)
Serdeczności :)

mania pisze...

Niewdzięczny owad! Dobrze, że miałaś w pobliżu fachowca.
Zielni się pieknie, czas wyruszać w góry.
Dobrego tygodnia!

Stanisław Kucharzyk pisze...

Cudne zdjęcia. Dzięki

Tupaja pisze...

Jakbym ją też miała w uchu! :)
Współczuję.
Widoki jak zwykle piękne u Was.
A kolendrę też w tym roku wysiałam, ale smak i zapach powala. Może za drugim razem...?;)
pozdrowienia :)

Magda Spokostanka pisze...

Trzy razy zemdlałam czytając!
Nawet gdy jakiś niegroźny owad wejdzie do ucha, to można wpaść w panikę. Ja jestem uczulona na jad pszczeli i duszę się. Pogotowie ma 15, 20 min czasu żeby zdążyć :)
Dobrze mieć przy sobie lub w chatce hydrokortyzon.
Pozdrowienia!

Joanna Wojtek pisze...

Do pszczół mam raczej ambiwalentny stosunek. Nie mogłabym mieć ula... Niby nie panikuję, ale nie kocham, nie kocham. Kiedyś osa użądliła mnie w szyję, tuż przy krtani. Myślałam, ze się uduszę z wrażenia. A zdjęcia - idylliczne. Mimo wszystko - raj!
Pozdrowienia serdeczne
Asia

Barbara Wójcik pisze...

Widać, że u Was wszystko zgodnie z naturą, czyli tak, jak być powinno...Pozdrowienia dla Jaśka.

Natalia z Wonnego Wzgórza pisze...

Ale przygoda z tą pszczołą! Mojemu koledze kiedyś weszła ćma do ucha, co prawda jak wiadomo ćmy nie gryzą, ale skończyło się na szpitalu, a że był nad morzem w jakiejś małej wsi, to jeździł po nocy po ambulatoriach i dwóch szpitalach, dopiero w Gdańsku mu wyjęli ćmę. Nie jestem wielką fanką pszczół, chociaż wiem ile dobrego robią, jeśli jest jedna to mi nie przeszkadza, ale jak jest ich dużo to już masakra straszna! Za to widoki masz piękne, rośliny fenomenalne, uwielbiam łąki kwitnące i tworzące dywan z jednego gatunku kwiatów! Pozdrawiam ciepło!

Zofijanna pisze...

Marysiu
Jak się czujesz ? Martwię się o Ciebie. Użądlenie w ucho to poważna sprawa....
Daj znać! Jestem przerażona !
Niespotykany scenariusz napisało Ci życie..
Tato też hodował pszczoły, raz użądliła mnie pod okiem, prawie w skroń to mi się oko nie zamykało.... Nie spałam...Twarz zdeformowana.
Bywają niespokojne na zmiany pogody, przed burzą- jak to zwierzęta..
Łąki koło chatki z miodunką przecudne. Byłam w niedziele niedaleko od Ciebie, w dolinie pewnej rzeczki- niczym w raju !!!
Kuruj się kochana i wracaj do ogrodu.

Mażena pisze...

Jaka przykrość, tu smutne i bolesne co Cię spotkało. Może już lepiej?
Tak pięknie dookoła a Ty masz taki ból.
Mały Jasiek ciekawy wszystkiego a żabka fajna i ta woda! Pozdrawiam i mam nadzieję, że mija ból i nie ma innych skutków.

wkraj pisze...

Podziwiam Twoje wieczorne spacery. Tyle przy tym spokoju i ładnych widoków. Wiosna wspaniale wam pokolorowała otoczenie, wszystko budzi się do życia. Przygoda z pszczołą mogła się skończyć dużo gorzej, musisz się mieć na baczności.
Pozdrawiam serdecznie :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Beata, w tych chwilach strachu już gotowałam się na wyjazd na pogotowie, dobrze, że tylko tak się skończyło; moja wrażliwość na jad pszczeli polega na mocnej opuchliźnie i dokuczliwym swędzeniu, i ogólnie czuję się chora; tak myślę, że pewnie jeszcze nie raz zostanę użądlona, muszę tylko zaopatrzyć się w stosowne lekarstwa; ładny krokodylek, prawda? wyczesany; znaleźliśmy go w klamociarni:-) pozdrawiam.

A.Garden, nic innego mi nie pozostało, jak zachować spokój, choć trudno było; murarki i trzmiele to bardzo przyjazne stworzenia; właśnie, mam stary pień sosnowy pod chatką, cały podziurkowany, to i tam pewnie żyją moje murarki; pozdrawiam.

Inkwi, wydaje mi się, że cała krew odpłynęła mi z twarzy ze strachu, mąż mówił, że zzieleniałam:-) nie było nam do śmiechu, a nogi drżały mi jeszcze długo potem; odgłosy w uchu spotęgowane jeszcze przez błonę bębenkową dudnią wręcz w głowie;
okropne uczucie; pozdrawiam.

Aniu, dlatego tak chętnie przebywamy na Pogórzu, a już szykujemy sie do stałego zamieszkania tam; pozdrawiam.

Dorota, coś mi sie wydaje, że to ja sama sprowokowałam tę sytuację, pszczoła na pewno wydawała ostrzegawcze dźwięki, które usłyszały jej siostry i odebrały jako zagrożenie; teraz jestem mądrzejsza i nie będe na siłe przepędzać ich z tunelu; u nas osy były na tarasie nad naszymi głowami, nigdy mnie nie usiłowały nawet zaatakować, a tu popatrz, pszczółka się znalazła; pozdrawiam.

Agata, okropne przeżycie, a co strachu się najadłam, to moje; pozdrawiam.

Grażyno, tak ciągle przymierzamy się do apteczki przypasiecznej, ale tylko przymierzamy, rzeczywiście trzeba pomyśleć o lekach naprawdę; będę oswajać kolendrę, Okrasa sypie ją wszędzie, więc pewnie nie jest taka zła:-) pozdrawiam.

Gosianko, co się najadłam strachu, to moje, i ta świadomość bezsilności; ani ja, ani mąż nie mogliśmy nic zrobić, tylko czekac cierpliwe, a jeśli nie powiodłoby się, to na pogotowie jechać; pozdrawiam.

Polanko, tak analizująć całą tę sytuację, pewnie i ja trochę zawiniłam, pszczołę chciałam ratować, a wyszło, jak sama widzisz; ziemniaki sadziłam przedwczoraj już w opasce na głowie, ze schowanymi uszami:-) będę próbowac przyjaźni z kolendrą, może nauczę się jej smaku, jak i papryki przed laty, która "z lekka trąciła mi myszą"; pozdrawiam.

Claire, zrobiła, zrobiła, użądliła mnie, miałam z tego powodu prawie "słoniowe ucho"; teraz już lepiej, opuchlizna zeszła, pozostało jeszcze swędzenie, ale też już mija; pozdrawiam.

T, anim się spodziewała takiego obrotu sprawy; ale przyroda uczy odpowiednich zachowań, i respektu; przy pszczołach nie będę pracować jednak nigdy, to już wiem, za bardzo boję się ich; pozdrawiam.

Joanno, chyba zdajesz sobie sprawę, ile miałaś szczęścia. to mogło bardzo źle sie skończyć; okolice głowy są najczęściej narażone na użądlenia, bo pszczoły reagują na wyższą temperaturę; pozdrawiam.

Grażyno-M, tak, każde użądlenie, to śmierć pszczoły, też mi szkoda; nie, wszystko zielenieje w oczch, kwitnie, pogoda sobie, a przyroda sobie; może to i lepiej, że troszkę chłodniej nocami, za wczesna wegetacja nie jest za dobra; pozdrawiam.

Maniu, w pewnym momencie i fachowiec stanął bezradny, ale spokój pozwolił opanowac tę stresująca sytuację; czas wyruszać, a jakże, w sobote idę na drugi etap czerwonego szlaku do Sanoka; pozdrawiam.

Staszek, lubię te łąki o zachodzie, krajobrazy mają taką cudowna miękkość w sobie; pozdrawiam.

Tupajko, uczucie okropne, strach jeszcze większy, respekt poczułam przed tymi owadami; smak i zapach kolendry powala? w jakim sensie? bo mnie opornie idzie zasmakowanie w niej; pozdrawiam.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Magda, najpierw była panika, co robić, co robić? potem uspokoiłam się, czekaliśmy, bałam sie tylko tego użądlenia, które wydawało mi sie być nieuniknionym; nie mam takich objawów, jak Twoje, jednak pszczelarze mówią, że mogą sie pojawić za którymś tam razem, więc jednak odpowiedni lek potrzebny w apteczce, którą mamy w ciągłym zamiarze skompletować; pozdrawiam.

Asia, nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do pracy przy pszczołach, najzwyczajniej w świecie boję się ich; pozdrawiam.

Basia, dobrze jest żyć zgodnie z rytmem dnia, pory roku, tak pamietam z dzieciństwa, ale samej ciężko mi to przychodzi; dopiero pobyt w chatce daje taką możliwość; pozdrawiam.

Natalia, ponoć pszczół jest coraz mniej, i trzeba je szanować; mądrzy uczeni mówią, że gdyby zabrakło pszczół, życie zamiera w ciągu 4 lat; bardzo to smutne, a więc szanujmy pszczoły; pozdrawiam.

Zofijanko, dzięki za troskę, wszystko wróciło do normy, tylko jeszcze swędzenie ucha daje znać o sobie; mąż mi powiedział, że tylko mnie mogło coś takiego zdarzyc się, bo on nigdy o takim wypadku nie słyszał:-) byłas w dolinie pewnej rzeczki? czyżby to był Wiar? wróciłam do ogrodu, ziemniaki sadziłam w ten ziąb, przewiewało na wskroś; pozdrawiam.

Mażena, już lepiej z uchem, dzięki; przy Jaśku to teraz trzeba mieć oczy dookoła głowy, wszędzie wejdzie, zrzuci, dotknie; żabka klamociarniana, na początku wydawała mi sie kiczowata, ale doskonale spełnia swoją rolę; pozdrawiam.

Wkraju, spacery wieczorne, bo w dzień za bardzo nie ma czasu; czuję respekt przed pszczołami, ale to wcale mnie nie ustrzega przed takimi zdarzeniami, po prostu żyjemy obok siebie, i liczę się z tym, że tych użądleń wiele jeszcze przede mną:-) uważam, a jakże, ale jak sam widzisz, ma to skutek odwrotny:-) pozdrawiam.

Ania pisze...

Aż się wstrząsam - co za niemiła przygoda ! Jestem też uczulona na jad pszczeli i osi, więc wyobrażam sobie Twoja trwogę. Życzę Ci dalekich spotkań z wszelkimi kłującymi :-). U nas też w lasach piękne dywany zawilców, ale miodunka tylko w ogrodzie ( w dużych ilościach, nawet hurtowych :-) ). W tym roku mamy dużo trzmieli, murarki też są ale wreszcie pojawiły sie miodne - nie mam pojęcia, skąd, bo u nas już nikt ich nie ma.
Uściski !

jolanda pisze...

Niezły horror :(
Zawilce kocham.
Do kolendry też nie mogę się przekonać.
Piękne pejzaże.
Buziole

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Aniu, w samej chwili zagrożenia byłam bardzo przestraszona, ale teraz dalej lubię pszczoły, pewnie trzeba mi bardziej uważać; owadzi świat przypuścił atak na kwitnące, których coraz więcej; dziś rozkwitła wczesna czereśnia, biały obłok; pozdrawiam.

Jolu, co się strachu najadłam, to moje:-) tak pięknie teraz w lesie, zawilcowe dywany, miodunkowe, a ja w sobotę idę na następny etap rajdu, z bliska popatrzę; to co? dalej oswajamy kolendrę? pozdrawiam.

colorado2811 pisze...

Witaj, ja analogicznie: zaglądam, czytam, nie piszę. Bo masz tyle tych komentarzy z zachwytami, że nic nowego bym nie wymyśliła. W dodatku ta przyroda tak u Ciebie szaleje, że jest nie do przebicia.
Pietruszki nie sieję. Mam gdzieś pietruszkę. Schodzi albo nie, a ja zuzywam 2 kilo na rok. Szkoda zabawy. Nie sadzę też ziemniaków. Nie polece potem z motyka na nie.

Bozena pisze...

Czytałam jak powieść kryminalną ! Obcy w Marysi! To bardzo niebezpieczne. Dobrze, że zakończyło się happy end-em. Uważaj na siebie.
Pozdrawiam Cię serdecznie. :))

Krystynka w podróży pisze...

Każdy Twój post zaczynam od przeglądu zdjęć, zachwycają mnie nieodmiennie i bawię się zgadując po zdjęciach, co też Cię spotkało i co się wydarzyło. Popodziwiałam dywany kwiatów, widoki pogórzańskie, ciurkającą wodę, dłużej zatrzymałam się nad widokiem na dom i gospodarkę. Sielanka, nic nie zapowiadało grozy!
Na szczęście z Twoich odpowiedzi już wiem, że skończyło się strachem i lekką niedyspozycją. Serdeczności śle

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Iwona, moja pietruszka rośnie bardzo malutka, raczej na natkę niż do użytku, a ziemniaki na bieżące potrzeby, w sumie 50 sadzeniaków, tyle, co mi w siatce pomarszczyło się w spiżarni i porosło; pozdrawiam.

Bożena, a ile ja się najadłam strachu, bezsilność, moja i męża, tylko spokój nas uratował; a ostatnio pracowałam na grządkach w opasce na głowie; pozdrawiam.

Krystyno, zaczynam czuć do pszczół lekki dystans, boję się zwłaszcza brzęku blisko głowy, ale może ten odruch minie; marketową szklarenkę ostatnie wichry porwały mi z grządki, mimo zabezpieczenia śledziami od namiotu, nawet jej nie stawiałam ponownie, bo cały czas wiało, może teraz wyże przyniosą spokój w powietrzu; pozdrawiam.