czwartek, 21 lipca 2016

Na jarmarku w Medyni ...

Coś nam kazało wyostrzyć uwagę, kiedy w radiu Rzeszów dziennikarz wspomniał o garncarstwie.
Ponieważ była to końcówka wiadomości regionalnych, cierpliwie doczekaliśmy do następnych i upewniliśmy się, że w Medyni Głogowskiej koło Łańcuta odbywa się pyszna impreza ... któryś tam z kolei Jarmark Garncarski.
Nigdy nie byłam w tamtych rejonach, zawsze człowiek mknie główną drogą, a tam takie przyjemne tereny, suche bory sosnowe, drogi gładsze niż na tych głównych:-)
W samej Medyni za bardzo nie wiedzieliśmy, gdzie się ruszyć, ale im dalej w miejscowość, tym większy ruch, strażacy ... widać, że coś się dzieje ... wreszcie droga zamknięta dla ruchu, niezainteresowani skierowani na objazd, a my na ogromny parking pod kościołem:-)


Na początku stragany z dobrem rozmaitem, rękodziełem, zaproszeni różni twórcy, potem coś dla ciała, można pojeść do woli, z czego głodni skwapliwie skorzystaliśmy, bo w domu tylko zostawiliśmy psy po przyjeździe z Pogórza i dalej w drogę. Bardzo tradycyjnie skusiliśmy się na smakowite pierogi, polane pachnącymi, boczkowymi skwarami:-)
Pojedzeni, z nowymi siłami ruszyliśmy teraz do właściwej zagrody garncarskiej, bardzo zresztą klimatyczne miejsce jak dla nas, stare chałupy z bali, dawne rzemiosło, piece ... aż oczy mi się śmiały do tych wyrobów, ale cóż, chatka nie pomieści więcej ...







W jednej z zagród piec garncarski ...


... a drugi na zewnątrz ... ale pan obsługujący spektakl pieczenia w glinianych garach nie korzystał z niego, bo wystarczyły mu jakieś cegły do postawienia gliniaków, a potem spokojne palenie drewnem wokół ...



Pan opowiedział nam o całym procesie zapiekania potraw w glinianych garach, co ciekawe, ziemniaki wkłada się umyte, pokrojone i z dodatkami prawie na sucho, dopiero na sam koniec wlewa się odrobinę ciepłej wody i pozostawia na jakiś czas, właściwie do ostygnięcia, żeby można było potrawę do gęby włożyć:-)
Swoją zapiekankę zawsze robiłam w żeliwnym kociołku, dlatego bardzo interesowała mnie obsługa glinianego garnka, jak się z nim obchodzić, żeby przedłużyć jego żywotność. Sama pamiętam z domu, że mama zapiekała w glinianych garnczkach powidła śliwkowe, które potem, z przypieczoną skórką na wierzchu stały w szafce, i sięgaliśmy często po nie, a i nigdy nic się nie psuło, ani śladów pleśni ...


Pod zadaszeniem czekały koła garncarskie, będą pokazy, jak utoczyć sobie naczynko, ale nas co innego przygnało tutaj ... chcieliśmy nawiązać kontakt z panią, która para się glinianymi wyrobami.
Pisałam kiedyś, że marzy mi się gliniany kogut na ścianę szczytową chatki, no i jak ja koguta, to mąż zaraz pszczółkę do pszczelego domku ... pani sympatyczna, przyjęła zamówienie, i może na "pruchnickie sochaczki" nam je przywiezie ...
Nabyłam jeszcze u niej następnego koguta, tym razem w tonacji granatowej ...


... i tym sposobem jasny samotnik z chatki zyskał towarzysza:-)


Zamówiony kogucik na chatkę będzie podobny, oczywiście odpowiednio większy i w tonacji zielonej, pod zielone okienniczki naszej chaty:-)
Nie mieliśmy dużo czasu, bo droga powrotna, a tam babcia już czeka na coniedzielne odwiedziny, więc ruszyliśmy na powrotny obchód, tym razem innym ciągiem straganów ... stoiska różnych kół gospodyń wiejskich ... czego tam nie było ... a babeczki sympatyczne, "żartliwe"jak mawiała moja mama, uśmiechnięte ...










I muzykanci stroją skrzypki, a gospodyni łowi uchem, czy aby dobre nutki wydobywają się z instrumentu:-)



No i "zagwozdka" dla mnie, co za licho, zielony placek???? ... tego jeszcze nie znałam:-)


I kiedy już byłam w domu, znalazłam w necie to cudo, i przepis ... ech, w tym internecie wszystko jest:-)
Z żalem opuszczaliśmy to miejsce, impreza dopiero rozkręcała się, a my już gnaliśmy z powrotem, w przyszłym roku trzeba to inaczej rozegrać, nie wiecznie "na zapalenie płuc":-)
Wracaliśmy odkrywając nowe tereny, po drodze mignął drogowskaz do Julina ze swoimi ciekawostkami, przy drodze piękny zalew w Grodzisku, i ludzi niewiele, a lasy marzenie ... a więc w podobnych okolicznościach przyrody obraca się "Krystynka w podróży", nad innym zalewem, i w podobnych lasach:-)


W zeszłym tygodniu ostrzygłam Amika, bo gorąco mu chyba dokuczało w tym futrze ...


Jest teraz smukły, chyży na wysokich nogach, i jakby mniejszej postury jak Mimi, taki struś-pędziwiatr ... a co się nie działo po postrzyżynach .... suczka zapałała do Amika gwałtownym uczuciem, zaczepiała go, przymilała, nie dawała chwili spokoju, a on biedak nie mógł się opędzić od tych zalotów:-)
Znowu korzystam z dobrodziejstwa blogera, ja "chatkuję", zaplanowane posty mam nadzieję, publikują się co jakiś czas.


Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!






11 komentarzy:

Aleksandra pisze...

Fajne są takie kiermasze. A jakie tam cudeńka ludzie pokazują. ja czekam na sierpniowe święto ceramiki bolesławieckiej. Koguty wspaniałe. Zapewne świetnie prezentują się w Twoim obejściu. A Amik wyprzystojniał, nie dziwota, że suczka zapałała uczuciem. Pozdrowienia z karkonoskich szlaków.

Malmys pisze...

Wow! Zawsze chciałam wziąć udział w takim jarmarku.

bogna pisze...

Koguty świetne, takie jarmarki to moje klimaty.

Anna Kruczkowska pisze...

Ech! Piękny jarmark.

wkraj pisze...

Jak za dawnych lat, coraz mniej takich jarmarków :)

Mażena pisze...

Fantastyczny pomysł taki jarmark i dla mieszkańców i turystów! Można spotkać się, wymienić doświadczeniami a i pochwalić się czemu nie! Takich imprez jest za mało, bardzo lubię takie miejsca i spotkania. to też szansa na to aby kilka miejscowości zrobiło wspólną "imprezę" i razem pobawiło się. A jeśli trafi się zarobek, to świetnie!
Ja wypoczywam na takich spotkaniach, lubimy zatrzymać się i cieszyć taką lokalną wspólnotą I to chyba szansa na"odwrót" chińszczyzny! Rękodzieło to taka cenna umiejętność i możliwość pożytecznej pracy ! Nabytki bardzo ładne!

mania pisze...

Marysiu, to zielone, szpinakowe ciasto jest bardzo smaczne, miałam okazje spróbować :)
Pozdrawiam serdecznie

Pellegrina pisze...

Byłam w Medyni Głogowskiej lata temu, gdy jarmark dopiero się rozkręcał, moje psiapsiółki były tam na kursie garncarstwa. Teraz u siebie w miasteczku mam dwa razy w roku takie kiermasze przy ośrodku doradztwa rolniczego ale już nie chodzę bo nakupuję w amoku koszyków i sadzonek a potem kłopot gdzie to wsadzić. A szkoda, bo naleweczki i pierożki mają zacne.
Julin 7 km od mojej chatty a teraz wygodnie bo szlakiem Green Velo. Zawsze tam wożę gości i są zachwyceni zaniedbanym ale urokliwym dworkiem i otoczeniem.

colorado2811 pisze...

ACH, Mario! Nie powiem, że zazdraszcam, bo to źle brzmi. Ale ...OCH!

Moje marzenia pisze...

Boże jak pięknie...

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Aleksandra, na wakacjach odbywa się wiele takich imprez, trzeba korzystać; czytałam o tym święcie ceramiki bolesławickiej, oglądałam na blogach zakupione istne cudeńka; pozdrawiam.

Malmys, byliśmy stanowczo za krótko, odbijemy sobie w przyszłym roku:-) pozdrawiam.

Bogna, lubię ceramikę ludową, a na jarmarku wybór, że aż oczy rwie, cóż, chatka nie z gumy, nie rozciągnie się:-) pozdrawiam.

Ania, jaki bogaty, ilu twórców ludowych, w ogóle tamten region słynie z wszelkiej aktywności; pozdrawiam.

Wkraju, i tak mam wrażenie, że podobna działalność uaktywniła się, samorządy pozyskują fundusze na ten cel, organizują jarmarki, kiermasze, a nie mamy się czego wstydzić:-)pozdrawiam.

Mażena, myślę, że to gminy uaktywniają się w tym kierunku, a zwłaszcza koła gospodyń, szkoda tylko, że tak mało młodych, a może po prostu nie ma komu przekazywać tych tradycji; jak oglądałam ostatnio zdjęcia z wyjazdu znajomych w bałkańskie kraje, to torebusia, którą kupiłam w górach Ukrainy widnieje na każdym straganie w Bałkanach:-) tak, chińszczyzna skuteczna; pozdrawiam.

Mania, na pewno spróbuję upiec "mech", ciekawy wygląd bardzo, a w opiniach piszą, że nie czuje się szpinaku; pozdrawiam.

Krystynko, tak, na te wszystkie kusicielstwa trzeba się uodpornić:-) oczy jak zwykle leciały mi do koszyków, tych białych, bo takiego nie mam, ale rozum nakazał odpuścić, a garnczków różnych ile tam, do miodku kupiłam, z przykrywką, tylko Mimi już zjadła mi szpatułkę do miodu, i po paradzie:-) myślę, że odwiedzimy tamte rejony, a zwłaszcza Julin, bo pamiętam z Twoich wpisów o tym miejscu; pozdrawiam.

Iwonka, tak, ja też i ach! i och! ale trzeba trochę uodpornić się na oferowane dobra, szkoda:-) żal mi tylko koncertów na scenie, i pokazów pracy na kole garncarskim, ale jak mówią, co się odwlecze, ... pozdrawiam.

Moje marzenia, i okolica przyjemna, a sama impreza bardzo, bardzo:-) pozdrawiam.