środa, 20 lipca 2011

"Kropka" w pigułce... dużej !!!

Nie wytrzymaliśmy w domu i w czwartek, ciemną nocą, tak gdzieś po drugiej, wyruszyliśmy do Głuchołaz, na nasz ulubiony Dolny Śląsk. Na drogach w miarę pusto, przed ósmą byliśmy już w Prudniku, nawet PTTK było otwarte, to i zakupiliśmy mapę Gór Opawskich i po naradzie wybraliśmy się na Biskupią Kopę, żeby nie trzeba było daleko jechać ...


Niby górka niewysoka, ale cały czas pod górę, żadnego wyprostowania szlaku .. Po drodze przyuważyliśmy pierwsze grzyby, kanie rozpostarły swoje kapelusze, podgrzybki też były, jakieś gołąbki, na tych nie znam się.


Kamienistą, sudecką ścieżką, z mnóstwem błyszczących odprysków miki albo kwarcu, gorąco i parno w lesie i szło na burzę ...



Do góry, coraz wyżej, płuca ciężko pracowały, to nasz pierwszy wypad w wyższe wzniesienia, na Pogórzu nie ma szalonych wysokości ...



,... w czasie małego odpoczynku przyuważyłam kwitnące kwiaty, jakie było moje zdziwienie! to naparstnice, na dzikim stanowisku, różowe, różne odcienie, białe, ślicznie nakrapiane ...


Rozjaśniło się, wyszliśmy na skalne rumowisko, to Grzebień, kawałek przed szczytem, a widoki, sami zobaczcie ...




Powyżej tego Grzebienia skręt w lewo, do schroniska, małe piwo, odpoczynek i parę zdjęć. Zobaczcie, jakie cudności wmurowali sobie w kamienny kominek, sprawdzaliśmy, to żaden gips, tylko wypalana glina, pewnie z jakiegoś starego pieca albo gzyms ..



Chodziłam dookoła i "ciamkałam" z zachwytu, też bym takie chciała ...




Zrobiłam podobnym rzeźbom mnóstwo zdjęć, może piłą łańcuchową, elektryczną, bo tylko nad taką panuję, uda mi się coś na kształt postaci z podobnego pnia "wydrapać". Podobno wszystko robią ludzie, tylko trzeba mieć to "coś", a ja tylko spróbuję ....


Po drodze mijamy krzaki bzu koralowego o pięknym pokroju, w towarzystwie kosodrzewiny ...


,... i już jesteśmy na Biskupiej Kopie. Murowana wieża widokowa, rozlegają się grzmoty ...


,.. wbiegliśmy po drewnianych schodach na górę, piękne widoki na Czechy, na Przedgórze Sudeckie ....


... i na zbliżającą się burzę. Kilka zdjęć i w nogi ...


,... w ogromnej ulewie, bo zapowiadali długie padanie. Wszyscy turyści gdzieś się już ulotnili, może do schroniska poniżej, dobrze, że było ciepło, kurtki co prawda nie wytrzymały i przemokły, ale za to buty nie.


A w Głuchołazach, uroczym, małym miasteczku trwał już "kropkowy" ruch ...


,... na placyku pod Amorkiem rozstawiono mini scenę i można było posłuchać kandydatów na kolejne festiwale ...


,.... ci śpiewają z mocno bluesowym zacięciem. A deszcz siąpił cały czas, i w nocy również, za to poranek powitał nas piękny i ochłodziło się.
Rano bolały nas nogi, ruszyliśmy na objazd Kotliny Kłodzkiej i sąsiadów ...


Zajechaliśmy pod Szczeliniec z drugiej strony, ale nie chciało nam się wychodzić, bo przecież byliśmy tam dopiero, właściwie to przeraził nas ten ogrom turystów ...


W czeskiej Vidnawie piękny kościół ...


....cudne detale architektoniczne, kute klamki z ornamemtami, nawet skrobaczka do butów, kołatka do drzwi, wszystko zwracało moją uwagę.


W jakimś miasteczku ogród zimowy, połączony z pięknym budynkiem, perełka. Kryształowe szyby zamknięte w pięknie ornamentowane, metalowe ramy, jakieś drobiażdżki, kokardki, girlandy, miniwieżyczki, wszystko spatynowane przez czas ...


... zamek, a może teraz ratusz na górze, z obowiązkową wieżą zegarową, nawet nie pamiętam, jak nazywa się ta miejscowość.


W niedalekiej wsi cichy cmentarz na wzgórzu, przy kościele, przejeżdżaliśmy tamtędy wielokrotnie i zawsze zwracała naszą uwagę ta kaplica ...


Drzwi z powybijanymi szybami, powyrywane figury, co widać po pozostałych, metalowych trzpieniach, w kamiennych schodach dziury, a w środku trumny, Jedna obita ozdobną blachą, rozerwana na środku, ktoś chyba szukał skarbów ....


Mąż robił to zdjęcie, trzeba było wsunąć ręce w te dziurawe schody, żeby lampa błyskowa coś oświetliła. Sama nie wiem,co tu widać, ja nie odważyłam się, a jakby ktoś złapał mnie za ręce?


Wspaniałe, metalowe drzwi, a jaki uchwyt, mnóstwo detali, którym zrobiłam zdjęcia, a Was nie będę zamęczać nimi, zostaną z nami na zimowe, wspominkowe dni.
A wieczorem pierwsze koncerty, m.in. Robert Kasprzycki, krakowska szkoła ...


.... jego "Niebo do wynajęcia" czy też "Zapiszę śniegiem w kominie, zaplotę z dymu warkoczyk" porwało wszystkich, dał cudowny występ, rozruszał najbardziej zasiedziałych ...


Zdjęcia ciemne, nieudane, ale za to śpiewy i zabawy z publicznością przednie, to Lubelska Federacja Bardów  i piosenka: "Kto nas rozesłał w świat jak listy i docelowy adres zatarł, wędrówki nie możemy przerwać, nim nie znajdziemy adresata"... Kojarzą mi się z artystami z Piwnicy pod Baranami, śpiewają folklor Kresów, sięgają do żydowskich nutek, muzykę klasyczną, ambitnie, dopracowują utwory wyjątkowo dbale, słychać słowa, a nie tylko łomot elektrycznych gitar i perkusji. Finezja!
Koniec koncertu złapał już następny dzień. Trochę snu i .... będziemy zdobywać Pradeda w Czechach.
Blisko nas, trochę ponad pięćdziesiąt kilometrów, w paśmie Jesenika ...


Na jednym z parkingów, w słupie przytrzymującym tablicę informacyjną, wyrzeźbili taką brodatą twarz, ale to jeszcze nie cel naszej podróży. Trzeba było dojechać na drugą stronę masywu, na ogromny parking, to miejsce nazywa się Hvezda, solidne buty, skarpety, kijki w dłoń i w drogę ...


Przepaściste lasy, ogromne świerki, chociaż takie kolosy, nie oparły się działaniu sił natury ..


Drałujemy z mężem do góry, asfaltową drogą, siódme poty wychodzą na nas i zauważamy: Coś mało ludzi idzie do góry, jakaś para z malutkim dzieckiem w wózku, pędzą i sapią rowerzyści do góry, motory, od czasu do czasu autobus ...


Oj, Maryśko, Maryśko! Można było wyjechać na górę autobusem lub swoim samochodem, a nie w upale i po asfalcie drzeć do góry, i dopiero stąd rozpocząć wędrówkę, uczymy się cały czas. To Ovcarna, jeszcze wcale nie Praded, ale my już nie mieliśmy sił, mąż bąbel na palcu i bolącą piętę, podeszliśmy szlakiem kawałek i .... wsiedliśmy w autobus, żeby w ciągu kilkunastu minut stoczyć się w dół, mijając po drodze to, co zdobywaliśmy z takim mozołem.


Wcale nas nie interesuje ten obiekt na górze Pradeda, ale widoki dookoła, nawet Tatry i Karkonosze przy dobrej widoczności można zahaczyć wzrokiem ...


Wszędzie stoją słupy od wyciągów narciarskich, fajnie być tu zimą ...


Jeszcze parę zdjęć ...





Chyba dobrze, że Praded nie dał się zdobyć, jest to super powód do przyjazdu tutaj w przyszłym roku . 
Trochę odpoczynku po powrocie, drzemka wręcz, bo zmęczyliśmy się w tym upale.
Czekaliśmy na Orkiestrę Świętego Mikołaja, dali czadu niesamowicie na swoim wieczornym koncercie...


Folk na całego, instrumenty dziwne, czasami prymitywne, jakieś fujarki, gary, kawałek deski na linie,cymbały i świeże głosy dziewczyn, co to wyśpiewają swoim głosem, co tylko chcą ...
A za nimi jeszcze sześć zespołów, o których już pisałam wielokrotnie i nie będę się powtarzać, trwało to wszystko do około trzeciej trzydzieści następnego, już niedzielnego poranka. Nie wytrzymaliśmy tak długo.
A w niedzielę, z tej racji, że odnieśliśmy rany w boju o Pradeda, wybraliśmy się na Górę Parkową, niebieskim szlakiem. Co tam taka góra, pomiejska, jakaś parkowa, sandały na stopy bolące, aparat fotograficzny i w drogę...


Nie był to dobry pomysł, na początku szlak był gładki, a potem kamienie, korzenie, błotne kałuże przy wyrębach, najprawdziwszy sudecki las ...


... w oddali Biskupia Kopa, ta z pierwszego dnia, na szczycie wieża widokowa....
Oj, przydałyby się buty solidne, kijki, piasek wpadał do sandałów i obcierał nogi, zlekceważyliśmy Górę Parkową ...


Na środku drogi ogromne mrowisko, jego filarem był ogromny pień, potem budowla osypała się właśnie na drogę. Zatrzymałam się na chwilkę, żeby zrobić mrówkom zdjęcie, a one w tym czasie spokojnie ogryzały mi palce u stóp, niewdzięcznice!


Po drodze, już za przełęczą Siodło, stacje drogi krzyżowej, zbudowane 1930 roku przez Jana Hoy, a obrazy namalował Józef Mitschke, na blaszanych "płótnach".


I taki sobie buczek p.t.. Złączeni na zawsze ...

Zeszliśmy do parku zdrojowego, pomoczyć stopy w leczniczym źródełku, można wytrzymać w nim dosłownie chwilę, przejmujący ból z powodu zimna każe wyskoczyć od razu. A potem ciepło, rozlewające się po zmarzniętych stopach, wręcz gorąco, chyba polubiłabym te wszystkie zabiegi sanatoryjne, kąpiele, bicze wodne, okładanie błotkiem, picie śmierdzących wód, itp. i byłabym bardzo zdyscyplinowaną kuracjuszką, może kiedyś wyślę się do takiego miejsca?
Po południu Trampska Hudba, czescy wykonawcy, trochę country, a wieczorem Cehomor, to C pisze się z takim ptaszkiem nad nim, ale ja nie potrafię. Mocne folkowo-rokowe brzmienie czerpią z muzyki ludowej, nawet naszych "Górali" zaśpiewali.


Dawniej koncertowali z Jaromirem Nohavicą
Trochę ponad godzinę pośpiewali  i tak zakończyła się nasza turystyczno-muzyczna wyprawa.
Wczesna pobudka i po czwartej w drogę, chcieliśmy jeszcze jakiegoś Turbacza zdobyć na powrocie, ale poranione stopy nie pozwoliły, prosto do domu.
Napiszę Wam jeszcze, że po powrocie do domu odkryliśmy na błotniku w samochodzie dziwne ślady, okazało się, że to ugryzienia i podrapania zrobione przez psa, do samej blachy, zaślinione. Mieszkaliśmy w ośrodku kolonijnym, mnóstwo dzieci, a niedziela była dniem odwiedzin, pewnie ktoś przywiózł swojego pupila, a że nie można psów wprowadzać na teren, przywiązał do drzewa, bo gorąco i pies ze złości i nudów pogryzł nam samochód, który na swoje nieszczęście stał pod tym drzewem. Fajna sytuacja, pies pogryzł samochód, słyszeliście kiedyś coś takiego? I cóż było robić, już maluje się u blacharza, a to zdarzenie, to nie wina stworzenia, tylko właścicieli nieodpowiedzialnych.
 A teraz będę ogórki przetwarzać, kisić, tudzież z chili, korniszonki też będą.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, słonecznie, letnio, dzięki za ciepłe słowa w komentarzach, udanego tygodnia, pa.






30 komentarzy:

aneta pisze...

To chyba będę pierwsza :))) Podziwiam, naprawdę podziwiam Wasze siły i chęci! Wycieczka wspaniała, i widoki i muzyka i spotkane detale ech... Dziękuję za miłą opowieść :DDDDD
Pozdrawiam ciepło

CzarnyKot pisze...

Cudowna wycieczka! Dziękuję za piękne widoki, ogladam każde zdjęcie i podziwiam góry.
Wsółczuję tych pogryzień przez mrówki i podziwiam odwagę, bo ja umykam czym prędzej, jak widzę to maszreujące wojsko:-)
pozdrawiam serdecznie

LEPTIR pisze...

gratuluję wycieczki, my też jestesmy takimi wędrownikami...
pozdrawiam z Pogórza Kaczawskiego

ankaskakanka pisze...

A w te rejony nigdy nie zagościłam, ale Wasze wytyczne okazać się mogą bardzo pomocne przy planowaniu weekendu. Jak zwykle cudne widoki i zdjęcia. Podziwiam Wasz zapał i kondycję.Pozdrawiam

weszynoska pisze...

ogromnie się cieszę, że mogę wraz z Wami wędrować, najczęściej już wieczorem, albo w czasie burzy, kiedy nie muszę pracować bo pogoda nie halo ;) Dzięki za wspaniałą wycieczkę :):)

mania pisze...

Oj, ależ mieliście przygody :)
A słyszałaś może Szymona Zychowicza? Chociaz śpiewa od dobrych kilkunastu lat, dopiero teraz wydał debiutancką płytę, którą się zachwycam, polecam!
http://www.youtube.com/watch?v=B6_w6lpCfJo

Bozena pisze...

Marysiu! Zawsze z dużą ciekawością zaglądam na Twój blog; co tam nowego? I nigdy nie zawodzę się. Czytam z zapartym tchem. W porównaniu z Tobą jestem bardzo nieruchawa, chociaż i na Kopie byłam. Jest to jedna z niewielu gór, na które odważyłam się włazić. Dobrze choć poczytać o pieszych wyprawach w nieznane. I cieszę się, że przynajmniej w ten sposób oglądam widoki ze szczytów. Przesyłam pozdrowienia:)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Aneto, dzięki serdeczne, nie myśl, że my ot, tak sobie wbiegamy na górkę, wspinaczka okupiona jest potem, dyszeniem, bólem mięśni, ale lubimy to, i te śpiewy też, serdeczności.

CzarnyKocie, też mi się tam podobało, miałam ochotę stać i bez przerwy robić zdjęcia, a mrówki już myślałam, że wytrzepałam z sandałów, a one gdzieś schowały się i gryzły dalej, szły ławą przez drogę, cieplutko pozdrawiam.

LEPTIR, byłam u Ciebie, kamienie przecudne. Dobrze, że kłopoty Wasze skończyły się dobrze, pozdrowienia.

Ankoskakanko, tereny na weekendowe wyjazdy super, jest na co popatrzeć, powchodzić, pozwiedzać. Z kondycją u nas bywa różnie, ale dajemy radę, pa.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Weszynosko, dla nas to była super odskocznia od codziennych obowiązków, chociaż tylko pięć niecałych dni i daleko trochę. Miło, że też Ci się spodobało, pozdrawiam serdecznie.

Maniu, znam Szymona tylko "Pozytywkę", była na którejś płycie "Krainy Łagodności", ale jego płyty nie mam, trzeba to nadrobić, bo nasze klimaty, dzięki za przypomnienie, cieplutko pozdrawiam, pa.

Bożeno, no jak nieruchawa, jak na Kopie byłaś, nie każdemu obowiązki, zdrowie pozwalają na takie włóczęgi i nie każdy to lubi. A widoki ze szczytów mają tam przecudne, serdeczności ślę.

Antonina pisze...

Wycieczka wspaniała, widoki cudowne. Z wielką przyjemnością przeczytałam relację.Dziękuję, że się z nami dzielisz.

Radziejowe Zacisze pisze...

Marysiu, jak zwykle piękna widokowo i interesująca wycieczka, którą dzięki Tobie odbyłam. Zachwycające te stare elementy wmurowane w kamienny kominek. No a momentami powiało grozą nie powiem, sceny jak z horroru. Pozdrawiam cieplutko. Ania:)

M. pisze...

Bardzo mi się podobało!
Kominek niezwykły - połączenie dwóch światów. Piękne!
Byłam raz w jesenickich gorach. Paweł mnie wyciągnął na wycieczkę rowerową z Nysy, przez Głuchołazy, aż za Jesenik. Nysa i okolice, to jego rodzinne strony.
A na jednym zdjęciu, takie pobojowisko drzewne, to wiatrołomy?
No to kiedy na podbój Pradedy (du?)
Pozdrawiam gorąco!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Antosiu, i mnie otwieraą się oczy szeroko na te cudności, chciałabym nałapać ich jak najwięcej, póki zdrowie jeszcze pozwala, i oderwać się trochę od codzienności, serdecznie pozdrawiam.

Aniu, oko mi poleciało od razu na ten kominek, dobrze, że chociaż służy jeszcze ich uroda w ten sposób, a nie są wyrzucone na śmietnisko, ciepełko ślę.

Magdo, zrobiliście tę wycieczkę w jeden dzień? W Nysie mieszkał mój wujek, ale nigdy tam nie byłam, on przyjeżdżał do nas. Chyba wiatrołomy, cały stok zasłany jak zapałkami, Praded w przyszłym roku, bo już jesteśmy mądrzejsi o tegoroczne doświadczenia, chcemy napaść oczy tymi widokami, bo tam z góry chyba widać pół świata, serdeczności ślę nad Drawę, pa.

Lusi pisze...

Ale Was nosi:-) Marysiu ty Szalony Wietrze:-)
Buziaki
Lusi

M. pisze...

Nie wracaliśmy w tym samym dniu. Nocowaliśmy w hoteliku Nodus - właściciel dał nam klucze od całego budynku, bo byliśmy jedynymi gośćmi (urok jesieni)W sumie chyba ok.120 km w obie strony.
Nysa ciekawa i pełna uroku. Kiedyś wyglądała jak mini Wenecja, bo cała poprzecinana kanałami, rzeczkami i ślicznymi kamiennymi mostkami. Teraz niewiele z tego zostało.
Uściski!

Wonne Wzgórze pisze...

Jak zwykle miła wycieczka z Wami. Szczególnie zazdroszczę koncertu Federacji, którą uwielbiamy. Grali dwa razy u moich rodziców, a w tamtym roku po koncercie przesiedzieliśmy z nimi całą noc. Cudne Wspomnienia i cudne chwile!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Oj, nosi nas, nosi, gna nas w siną dal, pozdrawiam Cię, Lusi.

Magdo, piękny musiał tam być urok jesieni, a kilometry imponujące, serdeczności.

Aj, Wonne Wzgórze, jakie znajomości zawierasz u swoich rodziców, tylko pozazdrościć, ten wąsaty gość ma bardzo specyficzne poczucie humoru, ciepełko ślę.

vinniczek pisze...

Z rozrzewnieniem pooglądałam Wasze spojrzenie na te bardziej moje strony... :-)
Wiesz, zrobiłam proziaki według Twojego przepisu! Rewelacja!!! Jeszcze raz i tutaj za niego dziękuję!

malaala pisze...

Same cudności!!!Wspaniałe foty!!!Też chcę taki gzyms w kominku :)

Asia i Wojtek pisze...

Dzięki Twoim wpisom czuję się tak, jakbym tam była:-)))

Ataner pisze...

Historia z psem troszke zabawna, ale w grunice rzeczy to nie ma sie z czego smiac.
Mysle, ze wam nie bylo do smiechu. Dobrze, ze ten pies opon wam nie przegryzl w samochodzie.
A tak swoja droga, to wlascicela tego zwierzaka chetnie bym przywiazala do drzewa i to w slonecznym miejscu bez miski wody.

Wycieczka bardzo fajna i jak zwykle swietnie zaplanowana!
Pozdrawiam serdecznie:)

P.S. U nas straszne upaly, tempetaura dochodzi do 35C.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Vinniczku, to były wspaniałe dni, będzie co wspominać i oglądać w zimowe wieczory, cieszę się bardzo, że proziaki udały się, ja nie trzymam się ściśle przepisów, bardziej na wyczucie, na "oko". Dziś upiekłam placek, wiedeński się nazywa, takie przepisy lubię najbardziej, wszystko wymieszać, jak leci i do pieca, i zapach cynamonu i owoców w domu, serdecznie pozdrawiam.

Malaalu, czy Ty już urlopujesz w rodzinnym domku? Ten gzyms to z chęcią wydłubałabym z tego kominka, i mnie zachwycił, ciepluśko pozdrawiam.

Asiu i Wojtku, miłe memu sercu są takie słowa, dzięki, a już ciągnie nas na następną wyprawę, serdeczności, pa.

Ataner, no trzeba było wysupłać grosz z kieszeni i ponaprawiać, ale nawet nie złościliśmy się, bo co to da? Jeśli komuś mówimy, że pies pożarł samochód, to każdy otwiera oczy ze zdziwienia, my też. Trochę motaliśmy się na tej wycieczce, wszystkiego nie przewidzi w nieznanym terenie, ale warto było, przyjedź do nas, u nas chłodno, pozdrawiam cieplutko zza wielkiej wody.

Inkwizycja pisze...

Aj, jak ja lubię Wasze opowieści z Dolnego Śląska! Przynajmniej wiem, o czym piszesz i tak bardzo nie zazdraszczam ;-)A naparstnice to "u nas" częsty widok... ;-) Następnym razem lepiej się zorganizujecie i wycieczka będzie satysfakcjonująca w 100 5, choć taka improwizacja też ma swój urok ;-) W sumie to i tak mieliście nie najgorszą pogodę, leje już trzeci dzień, w ogrodzie mam jezioro, niebo grafitowe i zimno...
Głupia sprawa z tym psem, ludzie są tak nieodpowiedzialni, dobrze że go w rozgrzanym aucie nie zamknęli...
Ściskam czule!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Inkwizycjo miła, byłam zaskoczona naparstnicą na naturalnym stanowisku, u nas tylko w ogrodach. Wszytkiego nie można przewidzieć, np. potężnych korków w Kłodzku, albo objazdów długich w Czechach, bo remontują most, albo to, że można było wyżej samochodem, nie nogami, ale wszystko ma swój urok, w końcu nie byliśmy od niczego zależni, lało tylko w czwartek, potem chłodniej, rześko. Czyż można mieć pretensje do psa? Ślady już chyba pomalowane, dziś u nas chłodniej, czasami lekko mży, teraz słońce, a wiesz, lubię jesień, może bardziej niż upalne lato, czekam na wyprawy grzybowe, wrzosy kwitnące, pozdrawiam serdecznie.

grazyna pisze...

Dziekuje za wizyte na moim blogu...poczytalam Twoja relacje z wycieczki, Prudnik i okolice znam, jestem z Opolskiego, zagnalo mnie co prawda do Wenezueli, ale zawsze wracam w moje strony...a Opolszczyzne nosze w sercu. Twoja wycieczka przefajna, tez tak lubie sie wloczyc i wynajdywac niespodzianki. Naparstnice tez rosna na dziko w Wenezueli, ale tylko w Andach, gdzie chlodniej..bardzo cieplo pozdrawiam

artdeco pisze...

nominowalam Cie do nagrody, mam nadzieje, ze zechcesz sie w to pobawic ... Odbierz ja u mnie :)

jola pisze...

ech Marysiu, jak dobrze, że jesteś i zaczęłaś blogować, bo chociaż w ten sposób mogę powędrować z Tobą, najbardziej zazdroszczę Ci tych koncertów, nam może dopiero jesienią uda się gdzieś wyrwać, chociaż teraz kiedy są kózki, to już raczej na krótko, buziaki ślę takie pachnące deszczem :)

Antonina pisze...

Zapraszam po odbiór wyróżnienia.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Dzięki, Grażyno, a Twoje strony rodzinne są przepiękne, nie dziwę się, że chętnie powracasz do nich, serdecznie pozdrawiam.

Jolu, jak miło widzieć Cię znowu, na pewno w wolnym czasie gdzieś się wyrwiecie, też należy się Wam odpoczynek. Jak są zwierzęta, to nie da się na dłużej, pozdrawiam cieplutko.

Artdeco, Antonino, strasznie dziękuję Wam za te wyróżnienia, ale ja jestem okropne beztalencie komputerowe i nie umiem wziąć udziału w tych zabawach. Sam blog jest bardzo ubogi, bez tych wszystkich upiększeń, syn mi go założył, zmniejsza mi zdjęcia, a ja tylko piszę i wklejam je, a cała reszta - to dla mnie czarna magia, przepraszam, może kiedyś douczę się.
Dzięki, że zaglądacie do mnie, pozdrawiam serdecznie - antytalent techniczny.

Bozena pisze...

To ja po raz drugi. Tym razem z zaproszeniem do mojego bloga. Pozdrawiam:)