środa, 28 września 2011

Karpackie manowce ... powrót do domu ...

Niedzielny poranek był rozsłoneczniony, z okna hoteliku mieliśmy przepiękny widok, słońce oświetlało przeciwległy stok, na którym rozrzucone były zagrody ...


Rozłożyliśmy mapy, wybraliśmy mało uczęszczaną trasę przez góry, z serpentynami, widokową, tak mówiła legenda mapy, zamiast ruchliwej drogi, wzdłuż rumuńskiej granicy w dolinie Cisy, nie chcieliśmy wracać tak, jak przyjechaliśmy.


Droga wzdłuż rzeki, dolina otoczona wysokimi górami, malownicza, przepiękna, zero ruchu na drodze, niedzielna powolność.
Zjechaliśmy w dół do Rachowa ...


Małe zakupy w sklepiku, a potem usiłowaliśmy wbić się w drogę przez góry ...


... kręte uliczki, zaułki, i znowu jesteśmy na głównej drodze, trzeba kogoś zapytać.


Spotykaliśmy kobiety ubrane niedzielnie, wszystkie w chusteczkach na głowie, szły do cerkwi, a ta w bieli łapie stopa, za chwilkę ktoś się zatrzymał ...


Pyszna kawa w przydrożnym barze dla rozjaśnienia umysłu, mąż wyskoczył na chwilkę i wrócił zdruzgotany:
Wiesz, co oni zrobili? Na ujęciu wody z gór stoi kibelek, strumień zabiera wszystko rurą pod drogą do Cisy, jakiś diabelski pomysł!


Każdy zakręt odsłaniał nowe widoki ...


Wreszcie trafiliśmy właściwie, od razu serpentynami do góry, wydawało się, że tak wysoko już nikt nie mieszka ...

Cieszliśmy się jak dzieci, to będzie nasz off-road, widoki z góry niesamowite, robiłam mnóstwo zdjęć przez okno, ale tak trzęsło "czołgiem", że połowę trzeba było wykasować.
Domy spotykaliśmy do samych pastwisk ...


To są chyba budowane zadaszenia dla owiec, patykami przepleciony dół i furtka zamykająca ...


Pod samym szczytem rozległe pastwiska, przez otwarte okno "czołgu" wdarł się jakiś dźwięk, zwolniliśmy na chwilkę, to dziesiątki dzwonków, jedno wielkie dzwonienie ...


Jakimś tajemnym szyfrem poruszają się te owieczki, jedne tu, jedne tu, jakieś kręgi zataczają. Wszystkie pasące się zwierzęta mają dzwonki u szyi, krowy prawie ogromne, myślę, że sprzedają takie dzwonki w sklepie, jak pojedziemy jeszcze kiedyś, to kupimy sobie po takim jednym z każdego rodzaju. Do kolekcji.


W oddali majaczą ogromne masywy górskie, niby słońce, a jakieś to wszystko takie przymglone, pewnie z powodu odległości ...


Zatrzymaliśmy się na samym grzbiecie góry, przypuszczam, że w oddali widać połoniny Świdowca  ...


Przerwa na śniadanie, kawa ugotowana, można patrzeć dookoła, a jest na co ...


I w tym momencie przyszedł do nas dziadziuś, z laską, wypytał, skąd? gdzie? po co? i potem zaprosił nas na grzyby, chodźcie! nazbieracie sobie "krasnych biereźniaków" do domu, pełno tu, ale my musieliśmy dalej, do Kosowskiej Polany ...


 ... tam w dół, gdzie ledwie majaczą domy.



Do pasącego się stada przyjechał pastuszek, zmotoryzowany ...
A w górę pojechali rowerowi turyści ...


Oj, ciężko mają!
W Kosowskiej Polanie zasięgnęliśmy języka, mężczyzna skierował nas w dalszy odcinek naszej off-roadowej drogi, przy sklepiku zapytaliśmy jeszcze chłopaków, którzy odkrzyknęli tylko, że tam kiepsko. Jak kiepsko, nie damy rady naszym "czołgiem"?


A jednak kiepska droga! trzeba było wycofać się i znowu wrócić na główną, nie było nawet gdzie zawrócić. Głębokie koleiny, wąsko, wyrwy na pół samochodu, sterczące kamienie, o które można rozpruć miskę olejową, wrył się mąż w krzaki tyłem, jeszcze raz, jeszcze raz, można zawracać, uff!

 
Skierowaliśmy się na Dubowe, kiepski asfalt po pewnym czasie skończył się, zaczęły się sakramenckie doły ...a droga na mapie jest ...


 ... czas płynął, a my jechaliśmy, jechaliśmy, żołądek obijał się o żebra, wreszcie asfalt, główniejsza droga.


I spotkaliśmy po drodze pogrzeb, cały kondukt przechodził powoli, na ciężarowym UAZ-ie otwarta trumna, zmarła babuleńka cała odkryta, za ciężarówką płaczki, kobiety ubrane czarno i w chusteczkach, jakoś tak zrobiło się nam przykro, oby to nie była zła wróżba.



Jechaliśmy dalej doliną rzeki Brusturianki, coraz głębiej w góry, rzeka momentami zabrała całą drogę ...
Mijaliśmy kolejne miejscowości, Krasna, Ust-Czorna, Ruska Mokra, Niemiecka Mokra ...
Okazało się, że w dolinie tej zostali osiedleni alpejscy górale z Austrii w połowie XVIII wieku za panowania Marii Teresy ...
Droga była coraz gorsza, gps zameldował, że do Kołoczawy 21 km, czas przejazdu 2 godziny 20 minut, popatrzyliśmy po sobie z powątpiewaniem ...


 Ale szybciej nie dało się, wąska drożyna wśród domów, dziurawa, wyboista jak najgorsza leśna ...
Całe życie toczy się na drodze, wszyscy wylegli, stoją, rozmawiają, pasą kozy ...


Takie ciężarówki kursują jako przewóz, paka okryta brezentem od deszczu, siedzą tam dzieci, dorośli, zatrzymuje się co jakiś czas i zostawia kolejnych pasażerów ...


Ogrodzone pastwiska, tuż nad rzeką, w tle połoniny ...
Gps melduje, że kilka kilometrów do celu, będziemy przeprawiać się przez rzekę, obydwa brzegi spina ogromna rura, na niej trochę desek do przejścia piechotą, a mostu ani śladu. Może objazd zrobili? jakieś kamienie świeże na drodze, która prowadzi donikąd wg mapy, nadjechał przewóz, kierowca powiedział, że nie ma mostu i drogi do Kołoczawy, nie przejedziemy tam.


I okazało się, że urwało się coś przy rurze spalinowej, chrobotała jak diabli, przywiązaliśmy paskiem od spodni i powrót, cała nasza krwawica na nic ... Po raz trzeci na główną drogę, sporo kilometrów z powrotem, słońce już nisko oświetlało góry, a my dalej w środku Karpat ...





Nie wolno wierzyć mapom, jeśli miejscowi mówią, że droga zła, to jest rzeczywiście bardzo zła, albo nie ma jej wcale ...


A samym wieczorem dziewczyny, wystrojone po miejsku, na wysokich obcasach, spacerują grupkami, strzelają oczami na chłopaków, taksują się wzajemnie wzrokiem, tak, jak wszędzie.
I to jest ostatnie zdjęcie z tej wyprawy, bo potem szybko zapadł zmrok, a my jechaliśmy w stronę Mukaczewa, miasteczka i wsie nieoświetlone, kawałek powyżej odbiliśmy na Turkę, potem na Chyrów i przejście w Krościenku, i już Polska. Od razu odczuliśmy zmianę nawierzchni na drodze, przecięliśmy nasze Pogórze i przed 4 raniutko w poniedziałek byliśmy w domu.
"Czołg" poszedł do remontu, bo oprócz urwanej rury, na tych dziurach wysypało ze staruszka całą rdzę i pękła rama, trzeba ją wyspawać, wzmocnić i wyszykować na następną wyprawę, która odbędzie się na pewno, jeśli dobry los pozwoli.
Wróciliśmy pełni wrażeń, pod wielkim urokiem tej dzikiej krainy, jakiej chyba już nie spotkasz nigdzie, żyją tu ludzie twardzi, bo warunki do życia ciężkie i dostaliśmy lekcję pokory, góry są surowe.
Miejsc do wędrowania, szukania śladów polskości mnóstwo, my tylko musnęliśmy to z wierzchu.
A już wyczytałam, że w Chuście, na Zakarpaciu, w środku maja kwitnie Dolina Narcyzów, 80 ha w białym, pachnącym kwieciu, to musi być widok! a Pokucie, Bukowina?
Dotrwaliście do końca tego postu? długi był, dla wytrwałych, jak zawsze zresztą, bo chyba robię za dużo zdjęć i chcę potem wszystko pokazać.
Pozdrawiam serdecznie, życzę cudnej jesieni, grzybów, babiego lata i kluczy żurawi, i marzeń.












23 komentarze:

*gooocha* pisze...

Mario - zdradź nam jedną rzecz - czy ty te zdjęcia i relacje(wspaniałe) poczyniasz wyłącznie na potrzeby tego bloga i własnej przyjemności? Bo jakoś nie mogą sobie wyobrazić, by tyle świetnego materiału nie znalazło zainteresowania w którymkolwiek wydawnictwie.

Tenia pisze...

Witaj Mario .
Z przyjemnością przeczytałam i obejrzałam zdjęcia z Twojej wyprawy.Masz rację dzika ale i piękna to kraina,a ludzie pewnie twardzi.
Ty natomiast z mężem jesteście bardzo odważni jeżdżąc po tej krainie nieznanymi drogami.
Pozdrawiam serdecznie:))

grazyna pisze...

Oj odwazni na pewno, ale podroz tej Waszej odwagi warta, mysle jednak,ze na takie wyprawy lepiej wybierac sie przynajmniej w dwa "czolgi" ...a ta Dolina Narcyzowa to rzeczywiscie brzmi zachecajaco.
Bardzo lubie czytac Twoje relacje ..pozdrawiam

M. pisze...

Jestem zauroczona! Trochę pewnie dzięki owieczkom, bo bez owieczek ani rusz :) Jak one wytrzymują to nieustanne dzwonienie?
Wzdycham sobie nad tymi dzikimi krainami, nad doliną narcyzów i w ogóle sobie wzdycham ...
Siostrzenica Pawła organizuje wędrówki po ukraińskich ostępach - potrzebny twardy tyłek, dobry huculski koń i wszystkie zakamary Wasze!
Nie, no , lepiej pewnie w dwa czołgi. Znacie takich twardzieli jak Wy?
Wszystkiego dobrego!

ankaskakanka pisze...

Widoki bardzo urokliwe. Relacja równie szczegółowa.Uwielbiam takie stare i zapomniane przez wielkomiejską cywilizację miasteczka i wsie. Wczoraj, niestety nie wygraliśmy w totka ale pieniądze przeznaczyłabym na taki drewniany domek, jak Twój.
Podziwiam Was, za odwagę, za ciekawość świata, za znoszenie niewygód i niedogodności związanych z podróżą( ale to jest najlepsze. Ciebie Mario za cierpliwość i dobre, zawsze pomocne rady. Pozdrawiam

mania pisze...

Marysiu, zdjęć nigdy nie za dużo :)
Pozdrawiam serdecznie :)

Mażena pisze...

Pięknie piszesz, a i miejsca niezwykłe!
Cały czas trzymałam kciuki za auto.
Zdjęcia niepowtarzalne, niezwykłe i podziwiam Waszą odwagę!
Ja już bym planowała wyjazd ale mój mąż jest z tych ostrożnych..../to jedyna wada!/

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Gooocha, normalnie zawstydziłaś mnie, najsamprzód jest nasza przyjemność, potem dzielę się z nią na blogu, a w wydawnictwach pracują profesjonaliści, serdeczności.

Teniu, może nie odważni, tylko nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co nas czeka, i pewnie dobrze, zawsze szukamy bocznych dróg, pozdrawiam cieplutko.

Grażyno, nierozważni, bo jak się tak zastanowić, to w przypadku poważnej awarii pewnie nie wrócilibyśmy do dziś, w kompanii zawsze lepiej, a Dolina jest jednym z punktów na przyszły rok, dzięki serdeczne, pozdrowienia ślę.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Magdo, no właśnie, zauważyłąm, że podobają Ci się owieczki, do dzwonienia chyba przyzwyczaiły się, wyobraź sobie, przez cały czas dzwonią. Już sobie wyobrażam, gdzie jeżdżą na tych hucułach, my, Magdo, zawsze z doskoku, bo nie możemy na dłużej, zwierzęta w domu muszą być zaopiekowane, a przede wszystkim moja Mama nie może być w szpitalu, co zdarza się , niestety, coraz częściej, wyrywamy ten czas z obowiązków i gonimy, aby zobaczyć jak najwięcej, tak, najlepiej w towarzystwie, ale nasze wypady są nieplanowane, takie z wieczora na rano, twardzieli też znamy, serdeczne pozdrowienia nad Drawę ślę.
A SDM ostatnio śpiewał nam, jak dobrze w Złocieńcu, o Niemcu Johanie, co pozostał, o fabryce-szmaciance, to gdzieś koło Ciebie?

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ankoskakanko, wśród tych karpackich gór czas stanął w miejscu wiek temu, a jak śniegi zasypią, a do lekarza gdzie, kilka lat temu słyszało się o powodzi na Zakarpaciu, teraz mam o tym wyobrażenie.
Była kumulacja wczoraj? nigdy nie gram, tak, niewygody są, ale my nie mamy dużych potrzeb, żeby tylko gdzieś głowę złożyć na nocleg, dzięki, Aniu, pozdrawiam serdecznie.

Maniu, to zaczyna przybierać ogromne rozmiary, mnóstwo zdjęć, za chwilę każdemu żuczkowi zrobię zdjęcie, ciepełko ślę.

Mażeno, to są miejsca rzeczywiście niezwykłe, w latach 90-tych obraziłam się na przejścia graniczne i to, co się tam dzieje i powiedziałam, że nigdzie nie jadę, ale Szengen bardzo ułatwia wyprawy, tylko jeszcze nie do Ukrainy, każdy podejrzewany jest o przemyt, kartki w paszporcie liczone, pieczątki sprawdzane, o mało nie wąchają dokumentów. W Krościenku była jakaś afera i spora czystka, teraz można spokojnie przekraczać, pozdrawiam.
Czasami ostrożność nie zawadzi!

Ananda pisze...

Mario! Mam nadzieję, że Twoja energia i mi się trochę udzieli :) Podziwiam Was! Zobacz Wy daliście radę, a czołg nie ;)

Zdjęcia i widoki przecudne.

jola pisze...

Piękne widoki i te wsie, miasteczka, tak to jest na tych bezdrożach i tak mieliście szczęście, bratu Tomka jego czołg odmówił posłuszeństwa gdzieś w Turcji, musieli szukać mechanika, ale się udało. Podróżowanie po tych drogach musi robić wrażenie, a właściwie, bezdrożach. Staruszek wytrwały, dowiózł Was do domu :) teraz należy mu się dopieszczenie :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Anando, chyba mieliśmy szczęście, czołg wyszykujemy na dalsze wyprawy, jeszcze nie byliśmy w Bieszczadach ukraińskich, a to już zupełnie blisko nas, o wiele bliżej, niż na Dolny Śląsk. Tam jest przepięknie, chociaż bardzo surowo, pozdrawiam serdecznie.

Jolu, tam w sercu Gorganów po raz pierwszy ogarnął mnie przestrach, co będzie, jak "czołg" się rozwali, ta urwana rura i zarysowana rama, a do domu daleko i noc na karku. To była nauczka, góry pogroziły, trochę rozsądku, nierozważni! Właśnie przeczytałam mężowi Twój komentarz, a on tylko; O, ja cię! też mogło nas to spotkać! Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło. Jolu, na tych bezdrożach oczy otwierają się, że też można tak żyć, ale czy gorzej od nas? prościej, wśród natury, bez zalewu cywilizacji i pewnie zdrowiej, pozdrawiam serdecznie i cieplutko.
Maksio jest bardzo biedny, oddech króciutki, serce wali jak oszalałe, jeździmy bez przerwy do weta, choroba bardzo szybko postępuje, nie widzę tego dobrze.

klucze do raju pisze...

Marysiu, jeśli chcesz to mogę pomóc z wstawieniem info. o candy. Widziałam Twój wpis u Oli. pozdrawiam.M.

Magdalena pisze...

Ależ z Was powsinogi! :))) Ale bardzo lubię czytać te Twoje relacje i oglądać zdjęcia. :)))

Go i Rado Barłowscy pisze...

Niesamowite klimaty! Zazdrościmy! (Dobra, wiemy, że się powtarzamy...)

Pzdr.

Margarytka pisze...

Super wyprawa. Sam bym chciała na taką się wybrać, ale chyba jestem zbyt strachliwa. Chociaż do Albanii pojechałam an chwile a straszyli mnie wszyscy bardzo. fakt, że się nie wypuszczałam sama w głąb lądu, ale jednak pojechałam. To może już mniej strachliwa jestem? :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Magdaleno, a tak coś nas ciągnie w świat, ale nie ten wielki, tylko w takie zacisza, serdeczności.

Go i Rado, tak, i nas tam zauroczyło, mimo wytrzęsionego żołądka, pozdrawiam cieplutko.

Margarytko, i ja na początku byłam strachliwa, to przechodzi. A wszędzie żyją ludzie i nie chcą od razu na nas napadać, są przyjaźni, ciepełko ślę.

Sławomir z zaścianka pisze...

Nieśpiesznie obejrzałem zdjęcia z wycieczki na Huculszczyznę i mam dla Pani informację, ale i parę pytań. Te kamieniste drogi to chyba płaje o których St. Vincenz w t.1 „Na wysokiej połoninie” tak pisze:

…Od dawna bowiem osiedla na Wierchowinie odosobnione jak wysepki w puszczy, choć poddane temu odosobnieniu, tak jakoś napięte są tuhą-tęsknotą do samego ludzkiego obcowania, jak naciągnięta do strzału cięciwa. Łączą je właściwie tylko płaje, szlaki dalekobieżne, niepozorne, lecz trwałe, co prawda dla wozów i kół nieprzydatne, lecz dla jazdy konnej dogodne. Te płaje ukryte, to kościec społeczeństwa i mapa dawności.
…Dawność obecna cieleśnie na płajach dniem, a nocą jeszcze bardziej. To nie przywidzenie żadne, i dawność, to nie przeszłość. Bo tak już jest, że im dawniejszy płaj, im więcej pokoleń po nim dreptało - lasem czy grzbietem, brzegiem czy stokiem, w opłotkach czy połoniną - tym pewniejszy, bo tak wydrążony a gładki, że nawet w noc ciemną nie wypuści człowieka ani konia.


Sądzę, że te płaje nie są już gładkie, odkąd zaczęły korzystać z nich, oprócz ludzi i chudoby (marżyny) jak było w dawności, również ciężkie pojazdy mechaniczne, które ścigając się z czasem, zostawiają jednak te ślady nowoczesności, które tak utrudniały Państwu podróż i zaszkodziły Waszemu „czołgowi”.
A teraz parę pytań:
1. Czy widzieliście gdzieś pradawną grażdę?
2. Czy mieszkańcy pamiętają tam jeszcze o sławnym watażku opryszków: Doboszu, a może o Dymytryku z rodu Wasylukowego?
3. Czy pozdrawiają się pradawnym: myrom?
Odnośnie huculskich wyrazów, tu słowniczek: http://literat.ug.edu.pl/polon/0060.htm
cd poniżej.

Sławomir z zaścianka pisze...

Wspomniała Pani o Dolinie Narcyzów, co znalazło oddźwięk w komentarzach. Pozwalam więc sobie zamieścić namalowany przez Baśniowego Przewodnika opis łąk huculskich. Przepraszam, że jest on tak obszerny, a nawet: „zdecydowanie za długi” – jak stanowczo stwierdziła moja żona (jedna z Pani obserwatorek), ale nie potrafię nic z niego usunąć, nie niszcząc w ten sposób tego obrazu Stanisława Vincenza:

Łąki na wiosnę. Naprzód żółte. Chwieją się na nich skromne boże-rączki, jak mszalne dzwonki i pierwsze sygnaturki łąkowe. Jaskry przeglądają się w lusterkach sadzawek, odbijają w nich jasną żółtość.
Różowe łąki - z przemożnym wojskiem kwiatowym firletek. Z daleka, z pól podolskich kroczą przez cały kraj aż ku górom, aż ku dolnej granicy lasów. Białe łąki - utkane tysiącami a tysiącami białych złocieni. Łąki fioletowe - jak kwietniki egzotyczne. Tam pantofelki czy trepki zazuli, powyginane misternie, pochylone dzwonki. Nakrapiane naparstki ze sączą nektarową, ukrytą w skarbczykach - zakamarkach słodkich, do których tylko silne kosmate trzmiele się dostają, a kwiat, zawierając cichutko usta, chowa upojonego trzmiela w swym aksamitnym sklepieniu.
Łąki latem. Na bardziej cienistych stokach, na zrębach nowe dziwo. Niebieskie i jakby niebiańskie łąki zakwitają. To delikatnie powycinane i ząbkowane goryczki-gencjany przelewają się całą gamą odcieni niebieskich. Zjawiają się olbrzymie, górom właściwe, bławaty. Na słońcu zaś kwitną, goreją wśród traw, jakby słonkową postać odbijają nieduże płomiennożółte, a lepkie kwiaty arniki. Na słońcu lecz przy ziemi i w poszyciu traw powoli rzeźbią się i tworzą, znów inaczej postać słońca odbijając, bodiaki gwiaździste, dziewięciosiły, olbrzymie nieśmiertelniki. Ciepłe i słodkie, a wyglądają jak ostre rysunki szronowe. Za życia stężałe w kolące płatki, z jedwabistego metalu rzeźbione.
Za to w zimie, gdy wszystkie kwiaty zwarzone już i zeschłe dawno toną w jednostajnej warstwie siana, bodiaki lśnią wiecznie żywe, zachowując świeży zapach miodu.
I wiosną i latem wciąż do oblicza łąk mieszają swe barwy, postać swą wświecają - świeczki boże - storczyki. Różne rodzaje. Niektóre już w kwietniu na północnych, cienistych stokach. A potem coraz to inne, białe, fioletowe lub dziko prążkowane, centkowane, znaczone, tak aby zadziwić, zatrzymać, aby nie przeleciała obok pszczoła ni dziewczyna. A wszystkie odurzają zapachem, jakby nie z naszych łąk, daleko przez wiatr unoszonym.
Wzdłuż ścieżek sierpownice. Jakby wędrujące, hen, z dolin, aż z dalekich pól, ubogie najmitki dolskie, co poszły szukać doli aż tutaj. Szorstkie sierpownice o gwiaździstych oczach, barwy jasnego nieba. Są tu i inni wędrowce. Z krainy kosodrzewu, z gór zawędrowały ku łąkom jastrzębce, tak nieobliczalnie zmienny ród, czy też tak mieszany, jak tutejsza ludność pasterska. Jastrzębce ogniste, jastrzębce złotawe, jastrzębce pozłociste, złociutkie, któż zdoła wymienić te odcienie złotości, któż im nazw nastarczy.
Szum lasu z dołu, z wierzchołka Kiczery, szum Czeremoszu ledwie dosłyszalny z głębi doliny - cisza, niebo i słońce górskie, a jako jedyne towarzystwo - stara wydeptana ścieżyna, wijąca się daleko. A jedyny ruch to pszczoły i trzmiele, niosące miłość kwiatom. A czasem dalekie dzwoneczki trzód z jakiegoś pastwiska, czasem kukanie zazuli, jakby sama wiosna siebie oznajmiała. I oderwane dźwięki fujarki z akordami szumu lub szeptania potoku, gdzieś wysoko pluszczącego o skałę. Nie ma zupełnie poczucia pustkowia ni zbytniego ogromu, jak to bywa w połoninach, a jednak rozległość wielka, nie jednostajna, ciągle inna, zda się, coraz piękniejsza.

cd poniżej

Sławomir z zaścianka pisze...

Ten świat łąk, carynek i kwietników gwiaździstych - to jeden świat bezpieczeństwa, ciszy, szczęścia. Nie darmo uważa się niebo gwiaździste za polany - carynki niebieskie. Pewnie też gazdowie niebiescy, zasiewając i piastując te górskie kwietniki, chcieli dać ludziom przedsmak swoich polan.
Poczucie czasu zatraca się: czas się jakoś rozwiewa i rozpyla, a nie śpieszy, jak jednowymiarowy szereg chwil i godzin, uciekających jedna za drugą, lecz rozdzwania się, jak chór kościelny, czasem się cofa, wdzięcznie przyciągając, w tańcu rytmicznym i odwraca się, jakby dziecko we śnie uśmiechnięte. To znów rozwija się, rozpościera, jak wachlarz i rozszerza po łąkach - nie czas to, lecz - fala wieczności.
I chyba tylko dla uszu wtajemniczonych niauek, a czasem dla oczu gazdyń-przemównic, wydzwaniają i wskazują godziny - zegary kwiatowe. Każdy kwiat bowiem, o swojej, wybranej przez się godzinie, stosownie do miesiąca, otwiera kielich, by czerpać światło słoneczne dla swych życiowych przemian i prac.
I o swojej, całkiem swojej godzinie, nie stosując się nawet do słońca, zamyka się kielich. Dla uszu wtajemniczonych dosłyszalne są te dzwonienia godzin kwiatowych. Raniutko suche, szorstkie i surowe sierpownice - jakby dzwonieniem błękitnym swych kwiatów - oznajmiają piątą godzinę słoneczną. Najraniej otwierają oczy te zapobiegliwe i pilne najmitki wędrowne z dołów, a równocześnie prawie niektóre jastrzębce, połoniński ród. Tamte przyniosły może ten zwyczaj ze stepów, a te od szczytów. Jaskry, jak rześkie dzieciaki, wybrały sobie porę późniejszą, dają znać godziną szóstą ze ślniących sadzawek łąkowych. Delikatne i wytworne goryczki-gencjany mają czas, śpią i śnią dłużej, w odpoczynku nabierają sił do rzeźbienia form. Są to pracowniczki mozolnej i wytwornej sztuki rzeźbiarskiej. Budzą się dopiero o godzinie dziewiątej. I tak przez cały dzień. Wieczorami, gdy nie ma już słońca, syleny - szlachcianki, uprowadzone przez zbójników, zaniesione skrzydlatymi wiatrami na połoninę i wierchowinę, oznajmiają wieczorową godzinę siódmą - otwierają się dopiero, gdy sączą się ku nim, przecedzone i przefiltrowane przez ciemny kryształ wieczoru, fale światła; opałowe i ciemnofioletowe.


Przepraszam, że w trzech częściach, ale ograniczyła mnie ilość znaków HTML.
Pozdrawiam !

Ania z Siedliska pisze...

Taką wyprawę dobrze byłoby odbyć na koniu - jemu takie wertepy nie straszne. Piekne Karpaty ale jakaż tam bieda !

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Sławomirze z zaścianka, przepraszam, że tak późno odpowiadam, tak, płaje są bardzo zniszczone przez ciężkie pojazdy, chociaż mieszkańcy wszędzie posiadają samochody osobowe i jakoś poruszają się po tych wertepach, czasami wręcz z zwrotną szybkością. Nie widzieliśmy starych zabudowań, nie było na nic czasu, bo my cały czas w drodze, ale myślimy wyruszyć na dłużej, na Bukowinę, Pokucie, do Kamienia Pisanego, Krzyworówni, to wtedy pewnie nawiążemy kontakty z mieszkańcami gór, chociażby pojedziemy do Romana Kumłyka i jego muzeum, chcielibyśmy też na jaramark huculski z ich wyrobami.
Zaczęłam czytać Prawdę starowieku, tuż przed wyjazdem, oglądać mapy, aby nabrać jakiegokolwiek wyobrażenia o tamtych stronach, a teraz trafił w moje ręce Dziennik z kampanii rosyjskiej 1914-1916, również o tamtych stronach, ze szczególowymi opisami. Bodiaki, tę nazwę rzepu usłyszałam po raz pierwszy w Przemyślu, wydawała mi się bardzo śmieszna, sama obserwowałam kozibrody, które zamykają się , jak nie ma słońca, bardzo to czarowny świat roślin, tylko wpatrzeć się. Moje zdjęcia i opisy nie oddają w pełni urody tamtych stron, dopóki jeszcze pogoda w miarę przychylna, spróbujemy jeszcze w okolice Użgorodu, Użoka, Libuchory - żywego skansenu, bo bliżej i dzień już krótki. Pozdrawiam serdecznie, Pana i Małżonkę, ciepełko ślę.

Aniu, na koniu na pewno, i można zobaczyć o wiele więcej. Myślę, że mieszkańcy nie odczuwają tak tej biedy, dla nich to codzienność, mają swoje mleko i wyroby, kury, coś tam w chlewiku, dużo zbierają po lasach i pewnie są zdrowsi od nas, pozdrawiam serdecznie.