sobota, 26 listopada 2011

Za krótko ... i spotkanie z lisem ...

Stanowczo za krótko byliśmy na Pogórzu.
Wczoraj wyjechaliśmy, gdy świeciło słońce, a na miejsce przyjechaliśmy, gdy schowało się za góry, zmrok zapadł błyskawicznie.
Nasz młody sąsiad wyjechał już do pracy, wjazd do niego zastawiony, ostatnio mówił nam, że siedzi na walizkach, drugiego nie widać od lata, znalazł pracę gdzieś w rodzinnym mieście; borykają się ci młodzi ludzie z problemami, by spełnić swe marzenia, nie jest to wszystko takie proste.
Kiedy uporają się z problemami budowlanymi, potrzebny będzie jeszcze dobry pomysł na życie tutaj, bardzo im kibicujemy.
Nocą zerwał się wiatr, masy powietrza wzbierały gdzieś w dolinie, za lasem i szły górą, aż huczało, temperatura też spadła, przeszywało rankiem na wylot, a ręce grabiały ...


... niebo ołowiane, wicher przyniósł drobinki śniegu z zachodu ...


Na drzewach nie uświadczy ani jednego listka, przyroda trwa w oczekiwaniu ...


... zieleni się tylko kępa barwinku przy chatce i świerk, który kiedyś był choinką w pojemniku.
A przy parzeniu porannej kawy ujrzałam przez chatkowe okno naszego sąsiada ...


Zdjęcia robione są przez szybę, lis czuł naszą obecność, oglądał się, ale nie mógł nas zlokalizować ...


Tutaj znaczy teren, przed chwilą psy były w tym miejscu na porannym spacerze, każde stworzenie czuje się u siebie panem, lis na pewno był zdziwiony, co też łazi po jego szlakach i ścieżkach ...


Odwrót, tylko puszystą kitę nam pokazał i pobiegł do sąsiadów.
Młodzież wyjechała nam z domu, Gutek został sam, na podwórzu. Ponieważ temperatura spadła poniżej zera, żal mi go było, zmarznie .... zapakowaliśmy przyczepkę drzewem w przeszywającym wietrze i hajda! do domu, i dlatego było tak krótko.
W drodze powrotnej kilka zdjęć zrobiłam ...




I kilka "przy małej wiejskiej kapliczce, stojącej wedle drogi" ...







A Gutek czekał nas na progu, od razu wpadł do domu, miska i spanie do tej pory ...
Jedną z pamiątek po babci męża jest pudło blaszane Oetkera ... na drobne ciasteczka, świetnie  przechowują się w nich ...


Motyw z tego pudła posłużył mi kiedyś za wzór przy ozdabianiu komina w kuchni, kiedy mieszkaliśmy w wiejskiej chacie, aż kolorowo zrobiło się od tych ptaszków, żuczków, kwietnych gałązek i motylków ...


... i zeszycik z jego przepisami ...


Lubię takie stare przepisy, dżem jako jam, utartemi, przyrumienionemi migdałami, placki z surowych ziemniaków na słodko, blachy smarować pendzlem - te i inne wyrażenia mają w sobie nutkę tęsknoty za tamtymi czasami.
Ma być jeszcze ciepło, może na przyszły weekend weźmiemy się za uschłe gałęzie w sadzie i takie tam inne, przyjemne robótki, no i trzeba będzie wodę spuścić z instalacji w chałupce.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, spokojnego wieczoru i miłej niedzieli życzę, dzięki za dobre słowa, pa.


Szałwia na ziołowym tarasie nie poddaje się, jakieś kwiatki nawet jeszcze ma, dzielna.


30 komentarzy:

Mażena pisze...

Cudowne widoki. Lisek niesamowity.
Pudełko to już zabytek!
Ej, choć zimno to fajnie tam u Was :)

*gooocha* pisze...

:)
A lisek pięknie Ci zapozował:)

ankaskakanka pisze...

No ślicznie tam u Was. Tyle natury i lisy i dziki i te lasy...Pozdrawiam

mania pisze...

Niesamowite, moja babcia też miała tę książeczkę, tylko okładka się nie zachowała :)
Miłej niedzieli :)

Ola_83 pisze...

Jestem bardzo ciekawa przepisów:) Lisek uroczy:))
pozdrawiam!

Ewa - Margarytka pisze...

Masz rację Marysiu, że u was na Pogórzu każda pora roku piękna. Nawet drzewa całkowicie pozbawione liści pięknie wyglądają. Bajka :)

Radziejowe Zacisze pisze...

Jeszcze większy spokój i cisza emanują dziś z Twoich zdjęć Marysiu. Przyroda faktycznie już zasypia. I tylko te niepokorne roślinki nadal zielone, jak nieposłuszne dzieciaki, które się kręcą i nie chcą iść spać, bo za dużo energii mają. O takie właśnie skojarzenia mam oglądając dziś widoki z Twojego pogórza. A lisek czujny bardzo i piękną kitę pokazał na koniec. Pozdrawiam cieplutko. Ania:)

grazyna pisze...

Czekam jak zwykle na Twoje opowiadanie weekendowe, i tym razem zachwycil mnie lisek, ja bym pewnie zwariowala na jego widok, tak blisko byl i taki ladny! mieszkacie w pieknie dziewiczym miejscu, taka przyroda to skarb!
Usciski!

grazyna pisze...

Aaaaaaa! zdjecie malej kapliczki wzruszajaco piekne!

naszapolana pisze...

Fajnego macie sąsiada :-)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Mażeno, żal nam było wyjeżdżać, pozdrawiam.

Gooocha, bał się, czuł naszą obecność, a ja pstrykałam przez okno, pozdrawiam.

Ankoskakanko, jest trochę tej zwierzyny, na powrocie dzik przebiegł nam drogę, taki z kłami, może ktoś polował na niego, pozdrowienia ślę.

Maniu, może to była promocja, dawali pudełko do książeczki z przepisami, czy też masz takie przepisy, pozdrawiam ciepło.

Olu, przepisy fajne, niektóre okraszone napisem "tanie", można coś przysposobić dla siebie, lisek regularnie nas odwiedza, przeważnie nocą i szczeka, pozdrawiam.

Margarytko, świat rozjaśnił się wkoło, tylko modrzewie zrzucają jeszcze szpilki, serdeczności.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Aniu, w przyrodzie spokój, nawet ptaków nie słychać za bardzo, lisek ma zimowe futerko, latem był wyliniały, serdeczności.

Grażyno, też nie wiem, co byłoby, gdybyśmy się spotkali oko w oko, ale on zazwyczaj ucieka na nasz widok, co innego przez okno; przy tej kapliczce śpiewane są majówki, roztaczają się stąd najpiękniejsze widoki, często ludzie rozkładają przy niej stoliki, foteliki, siedzą i podziwiają okolicę, jest stara i klimatyczna, pozdrawiam serdecznie.

Naszapolano, wypada nam tylko zaprzyjaźnić się z nim, serdeczności.

Go i Rado Barłowscy pisze...

Nie ma zmiłuj się, Prezes zobaczył lisa na zdjęciu i musimy się do Ciebie wybrać na polowanie! :D Pzdr.

grazyna pisze...

Na samo slowo "polowanie" przechodza mnie ciarki! Nie!!!
Marysiu! przeczytalam,ze marzysz o drodze Jakubowej do Santiago, ja dlugo sie zbieralam i w tamtym roku moje marzenie sie spelnilo, przeszlismy w trojke 260 km, i na samo wspomnienie cieplo mi sie robi wokol serca. Mnostwo wrazen i wszystkie pozytywne, jak sie zmobilizuje to chcialabym napisac posty na ten temat...piekne krajobrazy, wspaniali ludzie z calego swiata spotykani w drodze , zwiedzanie fascynujacych miejsc..etc..namawiam Cie bardzo na takie przezycia..sciskam

Go i Rado Barłowscy pisze...

@grazyna. Współczujemy przeczulenia. Polujemy aparatem fotograficznym. Pzdr.

Tenia pisze...

Witaj Mario.
Z przyjemnością obejrzałam zdjęcia i przeczytałam Twój post.U was zawsze pięknie,a lisek niesamowity,nierealny.Myślałam,że lisy nie podchodzą tak blisko gospodarstw.A co by było gdybyś go spotkała będąc na spacerze?
Pozdrawiam serdecznie:))

Riannon pisze...

My uważamy lisy za pożyteczne zwierzęta. Nie mamy drobiu, zatem nie musimy się martwić o stan posiadania. Lisy wyjadają nam myszy z okolicy i dzięki nim od trzech lat nie widziałam żadnego gryzonia w obrębie domu. Często spotykamy się z lisami na spacerach. Jesienią i zimą, z głodu podchodzą do ludzkich siedzib. Jak tylko orientują się, że zostały zauważone, uciekają. To nie są groźne zwierzęta. Którejś wiosny "okociły" się bardzo blisko naszego domu. Byliśmy w szoku, że tak blisko ludzi i naszych psów. Obserwowaliśmy jak małe liski wychodzą z gniazda i ucztują w naszym sadzie. Takie niedoświadczone małe brzdące dawały się podejść bardzo blisko. Są jak psie szczeniaczki. Z resztą genetycznie bardzo im blisko do psów. To właśnie tamtego lata wyginęły myszy z okolicy oraz trochę bażantów, których i tak mamy zatrzęsienie, zatem przyroda na tym nie ucierpiała.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Go i Rado, a mówiłam, że na lisa do nas, zapraszam i pozdrawiam.

Grażyno, to słowo ma niestety taki wydźwięk, ale moi sąsiedzi zza Sanu tylko obiektywem polują; dużo czytałam, oglądałam o drodze Jakubowej, i tkwi to we mnie, nie dla samego Świętego i jego sanktuarium, tylko dla tej wędrówki, jak długo szliście? i skąd? znowu zakiełkowało ziarenko we mnie, pozdrawiam serdecznie, czy może opisałaś gdzię tę wędrówkę? jeśli tak, proszę o namiary, pa.

Teniu, spotykamy go za każdym razem, więc widocznie przychodzi prawie codziennie, a ni "czołg" mu nie przeszkadza, ani zapach psów; spotykałam go na spacerze, ucieka, pozdrawiam cieplutko.

Riannon, trochę miałam obawy, bo tak nas straszą a to wścieklizną, a to innymi choróbskami przenoszonymi przez lisy, a to jagód nie jeść z krzaczka, bo właśnie lisy, ten "nasz" ucieka na nasz widok, więc chory chyba nie jest.
Przyjemnie tak obserwować dzikie stworzenia w naturze, pamiętam, jak we wrocławskim zoo zamknęli w przedzielonej klacie matkę lisią, a jej dziecko za kratą, oboje wystawieni na widok z każdej strony, żadnej kryjówki, podsuwała mu kęski mięsa, a sama oszalała z niepokoju biegała tam i z powrotem, bardzo to był przykry widok, zapamiętany przeze mnie do dziś; przyroda sama doskonale koryguje sobie wszelkie nadmiary, to człowiek miesza w niej, zazwyczaj niekorzystnie, pozdrawiam serdecznie.

Zyfertowy Młyn pisze...

Jak zawsze nostalgicznie!
Już kiedyś Ci pisałem, że zazdroszczę tych widoków!
Ściągnąłem od Ciebie układ postów - opowieść zdjęciami. Bardzo mi się podoba.
A daleko dojeżdżasz do swojego raju?
Pozdrawiam - Kordian

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Kordianie, dojeżdżamy 60 km, niby niedużo, ale przy krótkim dniu popołudnia już nie ma, za to można posiedzieć przy palenisku kuchni, z psami na kolanach, pozdrawiam serdecznie.
Ten układ postów jakoś sam mi się zrobił, cierpię na nadmiar zrobionych zdjęć, dobrego tygodnia.

grazyna pisze...

O tak jestem przeczulona na punkcie polowan, ale polowanie aparatem fotograficznym to jak najbardziej, zreszta ja tez uprawiam tego typu sporty.
Marysiu! nie opisalam drogi jakubowej ale , zrobie to tutaj w blogu jak bede w Wenezueli, a to juz za dwa dni. W Andach wieczory robia sie dlugie, nie ma jakis specjalnych rozrywek wiec obiecuje sobie ze bede pisac na ten temat. Zrobilismy tzw droga francuska, wyszlismy z Francji, z Saint Jean Pied de Port przeszlismy przez Pireneje do Roncesvalles, stamtad juz przez Navarre hiszpanska az do Torres del Rio..caly czas pieknymi terenami(okolo 160km) stamtad przeskoczylismy autobusem do Burgos..potem znowu autobusem do
Sarria i tu znowu przeszlismy ponad 100km az do Santiago de Compostela. Cala trasa ma ponad 760km, mysmy zrobili 260km, wystarczy 100km by dostac dyplom..pod warunkiemze te 100 koncza sie w Santiago. Motyw mojej wedrowki byl dokladnie taki sam jaki Toba kieruje, interesowalo mnie wedrowanie, poznawanie ludzi, kultura, architektura etc..W Roncesvalles nalezalo zadeklarowac z jakiej przyczyny robi sie te droge..napisalam ze" motivo cultural"!juz sie rozpisalam a mozna by ksiazke na ten temat..w kazdym razie zawsze moge Ci sluzyc pomoca w tym temacie...usciski

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Grażyno, będę oczekiwać Twoich relacji, być może będę miała jakieś pytania do Ciebie, oboje z mężem marzymy o tej wyprawie, szczęśliwej podróży do swojego miejsca w Andach, pozdrawiam serdecznie.

Egretta pisze...

Pieknie u Ciebie. Rozgoszczę się, jeśli pozwolisz :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Witaj, Egretto w naszych progach, rozgość się, bardzo nam przyjemnie, pozdrawiam serdecznie.

M. pisze...

U Ciebie zawsze dobrze Marysiu.
Liska, jako sąsiada, absolutnie bym nie chciała. No chyba żeby łowił myszy, jak u Riannon. Kury, kurczątka, koźlątka malutkie jak kotki - no nie lisku, idź sobie!
Puszka śliczna.
"Dobry pomysł na życie" to rzecz bezcenna w każdym wieku.
Ściskam!

jola pisze...

Tak Marysiu, dni już króciutkie, trzeba od samego rana kraść promienie słońca i ruszać na spacer, bo zmierzch zapada szybciutko. Puszka śliczna, ja też uwielbiam takie stare, sterane życiem przedmioty, które to niejedne ręce otwierały. Lisek z rudą kitą piękny, ale ja, tak jak Magda, nie chciałabym mieć go za sąsiada, pozdrawiam serdecznie z moich słonecznych Jaworzyn :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Magdo, na pewno lisek nie jest dobrym sąsiadem, bo to przebiegłe stworzenia, potrafią nawet podkop zrobić pod kurnikiem. Kilka lat temu, na przedwiośniu, zostawiliśmy na tarasie, na stole, koszyk z jedzeniem, rano nie zastaliśmy nic, nawet zupki chińskie były rozbebeszone, masło wylizane, a parówki poszły z osłonkami, uśmialiśmy się serdecznie, że lisy będą mieć kłopoty żołądkowe, dobrze, że jedyny sklepik w dolinie był czynny i kupiliśmy coś do jedzenia. Kiedyś rankiem napotkałam jego wzrok zza krzaka, boję się tylko o psy, żeby im krzywdy nie zrobił, bo to maloty. Tak, Magdo, dobry pomysł na życie jest ważny, dla każdego chyba, bardzo serdecznie pozdrawiam Cię, przy tych wichurach pomyślałam, czy przypadkiem u Was prądu nie zabrakło, pa.

Jolu, dziś przyuważyłam, że już o 15 słońce skryło się za drzewami, i jeszcze dzień skraca się. Puszka Oetkera wyciągnięta została dawno gdzieś z czeluści piwnicy, też jakoś tak mam, że lubię stare "klamoty", jak mawiała moja mama. Jolu, w pełnym słońcu musi być przepięknie u Ciebie na Jaworzynach, czy kózki jeszcze wychodzą na trawę? pozdrawiam serdecznie.

M. pisze...

Marysiu, wichura potraktowała nas bardzo litościwie. Wycie i ryk nocnego wiatru były przerażające! Prądu oczywiście nie było, ale tylko przez 24 godziny. Szkoła zamknięta - Weronika zachwycona :) Staruszka jabłoń przetrwała tę noc, w lesie też tylko kilka złamanych drzew.
Co do liska, to są jeszcze gorsi "sąsiedzi" - ptaki drapieżne. Wypracowały sobie niesamowitą technikę polowań, z tzw. zasiadki. Nie kołują nad gospodarstwem, bo wtedy koguty podnoszą charakterystyczny alarm "zagrożenie z powietrza". (zupełnie inaczej brzmi okrzyk "zagrożenie z ziemi".) Cichutko podlatują do jakiegoś drzewa i siedząc na gałęzi obserwują podwórko. Atak jest tak nagły i niespodziewany, że najczęściej nie ma szans na ucieczkę. Ostatnio skubaniec myszołów kompletnie mnie zaskoczył swoim pomysłem. Po zachowaniu kóz poznałam, że coś się czai w pokrzywach. Myślałam, że kot, lis. Podeszłam, a tu metr ode mnie wystartował do lotu wkurzony i rozczarowany ptaszor. Psy niestety w ogóle nie reagują na drapieżne ptaki. Nauczone, że kury są nietykalne, traktują chyba podobnie ich ptasich pobratymców.
No tak to już jest. Wszyscy chcą żyć. Czasami mi żal tych ptaszorów ...
Ściskam!

domowa kurka pisze...

ojej... u mnie nie jest tak odludnie, dziko itp...każdy Twój wyjazd Mario do waszej chatki, to u nas świętowanie czytania i oglądania...buziaki ślę z wiatrem

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Magdo, wszystkie dzieci lubią, jak znienacka nie trzeba iść do szkoły; ptaki chyba też dostosowują się do nowych warunków i inaczej polują, przyuważyłam u nas zimą, jak napada chyba kania ptaki przy karmniku, nie wiadomo skąd, wcale nie z góry; a jeść się chce, serdeczności.

Kurko, pytają mnie znajomi, nie boisz się tam być? no czego bać się, chyba tylko ludzi, cieplutko pozdrawiam, słoneczko dziś.