poniedziałek, 24 października 2011

Mglistość poranka ...

Zawitała do nas na Pogórze cywilizacja, a ja wcale nie jestem tym zachwycona.
Od roku talerz wisiał na chatce, kable przeciągnięte przez otwór w ścianie, w kącie, na poddaszu malutki telewizorek i takiż malutki pakiecik wykupiony w cyfrowym, a nie mieliśmy czasu, a może nawet chęci działać dalej.
I w ten oto piątek mąż z synem ustawili jak należy,złapali sygnał, ale wyskakiwał ciągle błąd karty, okazało się, że sygnał był wyłączony, bo nie był użytkowany, mimo, że opłacony ze sporą nadwyżką od bodajże roku. Zjeżył mi się mąż bardzo, co ich to obchodzi, że nie użytkuję, ale jest opłacone, wysmaruję do nich pismo, aż im w pięty pójdzie! A ja do niego: A przeczytałeś dokładnie umowę i regulamin? może jest coś drobniutkim druczkiem?
I tak zostało, sygnał jest, wiemy co dzieje się w świecie, bo nawet nie wiedzieliśmy o katastrofie smoleńskiej, dopiero sporo potem, nawet komórka zaczęła odbierać w chatce, niesłychane rzeczy!


Szarą godziną wieczorną przyszła popaść się na grządkach łania, tu jej nie ma, bo było za ciemno na zdjęcie, ogryzała spokojnie liście buraków ćwikłowych, zmrożone listki fasoli karłowej, dostojnie krocząc pomiędzy dwoma strachami na wróble, hm! ...


Rodzina dzików dalej przewraca darń w poszukiwaniu pożywienia, już podchodzą pod chatkę.
Spore przymrozki mocno wychłodziły chatkę, od razu trzeba było zapalić w piecu, żeby wnętrze ogrzało się. Przez pół nocy słyszałam dziwne odgłosy, które zbliżały się do mnie, a potem jakby poniżej, nawet światło zapaliłam, żeby zobaczyć, co to? Nic nie widać, tylko tuż przy łóżku dalej, jakby cmokanie, jakby czkawkę ktoś miał ....
Wczesnym rankiem odkryliśmy przyczynę tych głosów ...


Ciepło w chatce obudziło naszą popielatą przyjaciółę z początków zimowego snu, przytuliła się do komina, przykryła puszystym ogonem i spała dalej ...


Rozkoszniaczek!
A potem przeniosła się na szafę, bo pewnie było jej za gorąco.


Na dechach sufitu motyle znalazły sobie miejsce do zimowania ...


... a jeden obudził się również z powodu ciepła, trzeba go było wynosić do innego pomieszczenia.
Mąż pracował przy drzewie, ja grzebałam na grządkach, zbierałam strąki fasoli, wykopywałm jeszcze pozostałości warzyw, buraków nie musiałam, bo sarny wyciągnęły wszystkie na powierzchnię, tylko liście elegancko poogryzały.
Cały dzień pod kuchnią był podtrzymywany ogień, a potem nastawiliśmy sobie w ogromnej, grubej patelni gulasz, z dodatkiem papryki, pomidorów, cebuli, czosnku, marchewki odrobinę, nie trzeba było niczym zagęszczać, pyrkotał na małym ogniu długo ...


... aż złapał wspaniały aromat i wytopił się tłuszczyk z różnych kawałków mięsa, pięknie gotuje się na blasze, nic nie przywiera, a potem upiekłam jeszcze proziaki, bo szkoda ciepłej blachy, tym razem ze sporym dodatkiem mąki żytniej, bo pszennej zabrakło, i również były pyszne.


Pod chatkowym oknem stoi drewniany kufer, obity na krawędziach blachą, z fajnymi uchwytami ...
To też skarb wygrzebany ze strychu mężowskiej, rodzinnej kamienicy ...


Służy nam, przykryty kilimkiem, jako siedzisko, lubię tam czytać, dziergać, bo w świetle dziennym lepiej wszystko widać ...


... a zimą oglądamy przez okno, jak niesie śniegiem za potokiem, a potem zbliża się śnieżyca do nas.


I patrzymy na chatkę, na piec ...


... na skrzynię pod schodami ...


... i dochodzimy do wniosku, że tyle potrzeba nam do życia tutaj.
W kącie chaty stoi kostur pielgrzyma, przewiązany chusteczką ...


Jest to specjalna chusteczka, pocięta nożem.
Kiedyś, końcem marca, schodziliśmy z Kopystańki do chatki, wody w potoku dosyć wysokie, nasz kolega, goprowiec tak nieszczęśliwie stanął na ruchomy kamień, że stopa odwróciła mu się w drugą stronę o 180 stopni, matko! co robić? i instruował nas, co należy? jak usztywnić kończynę? cały trzęsący się i w szoku. A potem Janek ciągnikiem wywiózł go do góry, potem do szpitala i skończyło się ześrubowaniem kości, a chustka przywiązywała nogę do usztywniającego patyka, potem w szpitalu przecięli ją i teraz wisi u nas. Pamiątkowa.


U blogowych dziewczyn widziałam prawidła do butów, wykorzystane jako ozdoby, zawoskowane, z ozdobami dekupaż, a moje pod schodami wiszą tylko doczyszczone do czystego drzewa.
A teraz tytułowa mglistość poranka /niedzielnego/ ...








Nie wyjrzało słońce ani razu, mgły, wierzchołki gór w chmurach ...


Światowid ze wstydu, że ma taką mizeną czuprynkę, przystroił się w dziki powojnik, zacnie wygląda.
Trzeba pomyśleć o nowej peruce dla niego, może z trzciny?


Po południu wyskoczyłam do lasu, aż pod sosnę "wisielców", nie ma rydzyków, za to tuż przy drodze opieńki znalazłam, trochę przerośnięte, przemrożone, ale smak jest, dziś był sos grzybowy "opieńki w śmietanie", to chyba pierwsze i ostatnie znalezisko w tym roku. Właściwie to teraz żałuję, że nie kupiłam od babuszek na Ukrainie czerwonych kozaków, ale jak tu kupować grzyby? a gdzie przyjemność chodzenia po lesie i zbierania do kosza?


Po drodze mijamy drzewa zgryzione przez bobry, jeszcze w piątek stały pionowo na cieniutkich kikutkach, nawet pomyślałam, że trzeba by im zdjęcie zrobić, w niedzielę już leżały.


A w domu zrobiłam doświadczalną porcję krężałek, pamiętam je z dzieciństwa.
Nigdy nie miałam ich w ustach, bo byłam okropnym niejadkiem, a teraz zapragnęłam skosztować, siostra mówi, że pamięta ich smak, że pyszne, ano zobaczymy.
Może ktoś spróbuje:
Najmniejsze główki kapusty pokroić w ćwiartki i ugotować w osolonej wodzie, nie tak całkiem miękko, potem ułożyć w słoju, przekładając kolejne warstwy plastrami surowego buraka ćwikłowego, czosnkiem i posypując ziarnami kopru lub kminku, następnie zalać słoną wodą jak przy kiszeniu ogórków, odstawić na kilka dni do ukiszenia, z ziemniakami dobre, kotlet mielony do tego może być.
Dziś zawartość słoja nabrała rubinowej barwy, widać fermentację, a jak włożyłam nos do słoja, to wcale nie pachnie kapustą, tylko czymś przyjemnym ...


Pozdrawiam serdecznie wszystkich zaglądających, dzięki za dobre i ciepłe słowa, pa.
A Maksa już nie ma, już pobiegł przez Tęczowy Most, tylko ogonek z dredami mu zamerdał, pewnie dobrze mu tam, a w domu smutno.
I przed chwilą wyszło słońce!









45 komentarzy:

ankaskakanka pisze...

Lokatorów u Was co nie miara. Dobrze im w Waszej chacie, nikt ich nie przegania. Śliczne masz okno, najpiękniejsze chyba na świecie. Na razie marzę o takim, bo grubo robione szydełkowe firany nie pasują mi. Jadło pychota, fajnie gotujesz aż ślina leci na widok takich smakołyków.
Telewizor może być, co by nie buczał przez cały dzień. Wieczorem do robótki uwielbiam, do książki, niekoniecznie. Pozdrawiam serdecznie.
PS jak tam piesek?

jola pisze...

Marusiu, wpadam do Ciebie prosto od Wilka i nie bardzo widzę, bo oczy zapłakane okrutnie, co z Waszym Maksem? Czyżby stało się? Taka ta jesień dla Was niełaskawa, masz rację wszystko przemija, musimy żegnać Tych których kochamy i znaleźć siłę, by żyć dalej i cieszyć się tym światem mimo wszystko..nasze zwierzęta, rodzice, przyjeciele. Posyłam buziaki z moich Jaworzyn takie pełne współczucia i zadumy..

*gooocha* pisze...

Kocham Waszą chatę, otoczenie, zwierzaki i Was :)

M. pisze...

Maksio baraszkuje teraz z psimi przyjaciółmi, ma swobodny oddech i niespożyte siły. Zostawił po sobie piękne wspomnienia i pobiegł wypełniony Twoją miłością.
Jak dobrze w Waszej chatce! Ciepło i spokojnie. Popielicy już coraz mniej się boję :) U nas, jak słychać w nocy czkawkę, to jest to bez wątpienia Weronika.
Opowieść o ratowaniu wykręconej stopy porażająca! Podziwiam, że potrafiliście fachowo pomóc. Aż mi się zęby zacisnęły na samo wspomnienie mojej przekręconej stopy, która utknęła pod leżącym na boku koniem. Koń, przewracając się, uderzył mocno głową o ziemię i zamroczyło go. I tak leżał na mnie i tej przekręconej stopie łaaaaaa! Pogotowie nie przyjechało i musiałam wracać do stajni konno, trzymając w rękach zwisającą nogę. Każdy krok konia, każdy wstrząs to łaaaaa! To było dawno temu ...
Pozdrawiam Cię pięknie!

Antonina pisze...

Maksiowi pewnie dobrze za Tęczowym Mostem, a Wam smutno. Trzeba kolejnego pieska... Nowy malec rozpędzi zmartwienia. A opowieść o bytowaniu w Waszej chatce piękna. Czytam z przyjemnością. Pozdrawiam.

mania pisze...

Popielica ma u Was jak w Ritzu :) Dobrych ludzi lubią zwierzaki. Szkoda Maksia, Bigos pewnie smutny...
Pozdrawiam serdecznie

jola pisze...

i przepraszam, że ja tak dzisiaj nie na temat..popielica cudna..

Ola_83 pisze...

Strasznie mi smutno z powodu Maksia...wyobrażam sobie Wasz smutek:(((
pozdrawiam!

Mażena pisze...

Czytam, ale tak trochę smutku wyczułam. Odszedł przyjaciel czworonożny, ..ale miał szczęśliwe życie z Wami, czemu nie miałby być tam szczęśliwy..
Ktoś już wcześniej napisał, szukajcie czworonoga, my szukamy takiego, żeby w niczym nie przypominał poprzednika. Każdy musi być nasz, inny, kochany..
Pozdrawiam i wszystkiego wspaniałego życzę!

Grey Wolf pisze...

Maks biega teraz z Sabą :(
U mnie dziki jak do tej pory nie wychodzą z lasu..za to jakiś większy jeleń był w ogrodzie..kuferek podobny do wojskowych skrzyń..wiosna wraca :)..na zimę jeszcze się zlecą do chaty złotooki..mnie budzi z rana stukanie ptaków w bale, pewnie sikorki dziobią znów..
Może będziesz chciała szczeniaczka po Sabie?

Riannon pisze...

Maks przeżył z Wami cudowne życie. Dziwny rok, tyle piesków znajomych blogowiczów odeszło, moja Triss też. Maks ma spore towarzystwo po drugiej stronie tęczy.
Zachwycił mnie kufer i bardzo fajny pomysł na prawidła.
Wasze popielice mają inne zwyczaje, niż nasze. Moje głównie słychać i czasem przebiegnie futrzak po belkach. Nie ma mowy, aby dały się obfotografować czy spały "na ludzkich oczach".

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ankoskakanko, jest tych lokatorów mnóstwo, o jednych wiemy, o innych nie, jakoś na chłody i przy pracy smakują mi takie kaloryczne potrawy, zje się 2 razy dziennie i są siły, a Maksa już nie ma, serdeczności.

Tak, Jolu, takie koleje losu, nie zawsze jest, tak jak chcemy, a życie biegnie dalej. I możemy sobie planować, wymyślać przyszłość, a los koryguje wszystko, żal minie, serdeczności na Jaworzyny ślę z porannym słońcem, pa.

Dzięki, Gooocha, a nie bałabyś się popielicy?

Magdo, ulgę przynoszą Twoje słowa; jeszcze trochę, a wzięłabyś popielicę do ręki, myślę, że można ją oswoić, a ta czkawka może ze zmiany temperatury?
Może to nie była zbyt fachowa pomoc, pod jego dyktando, ból pewnie okropny, ale wszystko skończyło się dobrze. Magdo, nie wyobrażam sobie, jak Ty przeżyłaś swój wypadek, ból, nikogo do pomocy, i jeszcze powrót z taką nogą, twarda jesteś, został ślad? bałaś się potem? koleżance taki koń walnął na klatkę piersiową, bark, chodziła potem zadrutowana, w gipsie po pas, serdeczności posyłam nad Drawę, na promykach słońca, pa.

Antonino, na pewno lepiej, bo cierpiał, a smutki miną, tak, chcemy następnego psa, mimo, że mamy Bigosa, i kota Gutka. Mamy jeszcze trochę zajęć gospodarskich, dosadzić młode drzewka, owinąć na zimę, przesadzić z ogrodu biały winogron w pobliże chatki, bo tu zacienione, takie przyjemnostki, pozdrawiam serdecznie.

Maniu, zastanawiałam się, czy jej jakiejś dziupelki nie zrobić z miękkim i ciepłym wypełnienem, ale ona poradzi sobie sama, jak każdego roku, tak, Bigos smutny, bo zawsze razem psy wychodziły do ogrodu, a teraz ogląda się do drzwi, a tu nikgo, serdecznie pozdrawiam, Maniu.

weszynoska pisze...

Przyszedł czas na Maksia...ech życie.
Dzieki za przepis na krężałki..na pewno wypróbuję.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Olu, nam też, ale to minie, najlepszym lekarstwem jest przygarnięcie następnego pieska, przecież Bigosowi też jest smutno, cieplutko pozdrawiam.

Mażeno, ja myślę, że może kolejny przyjaciel sam nas znajdzie, bo chcemy mieć drugiego psa, może być podobny, pozdrawiam serdecznie.

Grey, pewnie tak, w końcu byli sąsiadami przez 3 górki, na pewno zwąchają się; bo Ty jesteś stale w chatce, a my z doskoku, może dziki to czują; być może, że wojskowy, w czasie wojny stacjonowali różni w tej kamienicy, i Niemcy i sowieci; znam złotooki, mnóstwo ich bywa, muchy też, budzą się w cieple; ptaki pewnie stukają, żeby wypłoszyć jakieś jedzonko; dzięki serdeczne, być może; pozdrawiam ciepło.

Riannon, ciągnęliśmy go ze sobą wszędzie, złaził z nami góry, był noszony na rękach, bo czasami buntował się, jak były krzaki; to była bardzo ciężka decyzja, ale cierpiał, dusił się, należało mu ulżyć w cierpieniu, to nasza powinność. Te popielice to jakieś lekko oswojone, może dlatego, że bywamy ciągle w swoim towarzystwie, nawet jak śpią, to słyszą nasze głosy i przyzwyczajają się, pozdrawiam serdecznie.

domowa kurka pisze...

i u mnie smutek, bo Funiś (stary kocur) odszedł, ale poza domem...piękne te Twoje skarby i tak można sie przy nich rozmarzyć... nie umiałabym chyba z takiej chatki wyjechać

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Węszynosko, niby człowiek jest pogodzony z tą myślą, a jednak żal, 13 lat - to sporo, a włóczył się z nami wszędzie;
te krężałki, to niby kapusta, a jednak inna, pozdrawiam serdecznie.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Kurko, tak człowiek przywiązuje się do tych stworzeń, że potem ciężko jest pogodzić się z ich odejściem, a wiadomo, że tak przecież będzie; moje wszystkie zwierzęta była opłakane, żałowane, czym niejednokrotnie wzbudzałam zdziwienie, ale tak mam; najchętniej też zostałabym w chatce, ale nie ma rady, trzeba wracać; Kurko, smutek minie, znajdą nas nowi towarzysze, pozdrawiam Cię serdecznie.

Sunniva pisze...

Mario! Z chatki ciepło bije,że hej! Cudnie, wioskowo... Żarełko pysznie się prezentuje! Tylko czekać w tym zaciszu i ciepełku zimy ! Smutno, że Maksiu już zakończył ziemską wędrówkę :( ale dobre miał z Wami życie! Oby każda psina tak mogła mieć! Mój Maks tez już stareńki, aż boję się myśleć że może go zabraknąć... Pozdrawiam ciepło S.

Magdalena pisze...

Znowu zatonęłam w Twoim tekście z pięknymi zdjęciami. Oczy jakby wilgotniejsze, bo u mojej mamy już trzeci pies. Poprzednie sunie żyły też około 13-14 lat, to wiem, jak boli taka strata.
Bardzo mi się ta Wasza "dzicz" podoba. :)))
No a popielica to zdecydowanie moja ulubienica. Nawet tak jakoś do rymu wyszło. :)))
Pozdrawiam cieplutko :)))

grazyna pisze...

Mnie bardzo przypadla do gustu popielica, a rusalka pawik tez znalazla sobie miejsce na zimowisko w Twoim domu. Widac przyjazny jest bardzo a zwierzeta to wyczuwaja natychmiast.Jak zawsze z przyjemnoscia weszlam w Wasze zycie czytajac Twoj post..serdeczne saludos

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Sunnivo, trzeba zapełnić lukę po Maksie, bardzo lubimy psy, Bigosowi smutno i nam też, pozdrawiam serdecznie.

Magdaleno, tak, bardzo boli strata takiego przyjaciela; a popielica wielce sympatyczna, prawda? w naszą "dzicz" znowu pędzimy w piątek, tylko trzeba tutejsze sprawy szybko pozałatwiać, serdeczności.

Grażyno, popielica wyglądała cudnie, przykryła sobie głowę ogonkiem, jakby chciała powiedzieć: nie przeszkadzajcie mi! a dziś już pewnie znowu śpi, pozdrawiam cieplutko.

Margarytka - Ewa pisze...

Ojej jak mi przykro. Tak chciałam, żeby Maksio wydobrzał. Smutno mi się zrobiło bardzo i przez dłuższą chwilę słabo widziałam prze łzy. Ja mam w domu kotka, jest porządnie rąbnięty, ale byłoby mi straszliwie przykro gdyby mu się coś stało. A kiedyś to przecież nastąpi.

Grey Wolf pisze...

głównie to wióry z między bali..czasem dzięcioł robaczki ;)

Psie Wędrówki pisze...

ten kufer jest przepiękny, już widzę go u nas w mieszkanku :) i śpiącego kota na nim :D

naszapolana pisze...

Ta lokatorka kitą nakryta to kto?? No bo to ani wiewiórka ani mysz...? :-) Ale urocza. Poza tym kufer piękny, cudnie piszesz, opowiadasz i w ogóle przytulnie tam u Was.
pozdrowienia

naszapolana pisze...

dobrze... już doczytałam :-) i.... poznałam nowe zwierzę. Nie miałyśmy jeszcze przyjemności :-)

guga pisze...

Marysiu, Twój post taki ciekawy, a mi smutno...nie mogę przestać myśleć o Maksie...to samo czeka moją Kluskę...
Pozdrawiam cieplutko, jutro nowy, daj Boże, lepszy dzień!

Psie Wędrówki pisze...

ja z moimi człowiekami też będę dłuuuuugo :)

Psie Wędrówki pisze...

pozdrów Twoją siostrę :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Margarytko, musieliśmy ulżyć mu w cierpieniu, bo dusił się, za tyle lat przyjaźni należało mu się to od nas, a dlaczego kotek rąbnięty? lubi szaleć i bawić się? też boję się o Gutka, bo mieszkamy przy drodze i byłoby mi żal, jakby coś się stało, pozdrawiam serdecznie.

Grey, a widziałeś u Joli z Jolinkowa te piękne, niebieskie spoiny z gliny? one pewnie chronią mszenie i dodatkowo izolują od wiatrów. Do nas podlatują sikorki, albo kowaliki, dzięcioł tylko na pniach starych śliw, pozdrawiam.

Psie Wędrówki - Fado, pewnie od razu pogoniłbyś kotecka z kufra, prawda?
pozdrawiam serdecznie.

NaszaPolano, popielica jest bardzo łagodnym stworzeniem, prawie nie boi się nas, zasypia na zimę, a latem harcuje po nocach, pozdrawiam Cię serdecznie.

Guga, i mnie jest smutno, biorąc szczeniaczka do domu człowiek nie myśli, że lata szybko miną i przyjdzie się rozstać, ale dla tych lat warto, bo ta psia przyjaźń jest bezcenna, bezinteresowna i na zawsze. A Twoja Kluseczka jak się ma? chociaż leciwa, to może jeszcze żwawa? pozdrawiam Cię serdecznie.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Fado, dziękuję, na pewno pozdrowię, bo ma złote serce, bądź ze swoimi opiekunami jak najdłużej, bo rozstania bardzo bolą, drapię za uszkiem.

guga pisze...

A moja Klusia też już słaba, ma chore serduszko, zaczyna się dieta ze względu na nerki, bierze różne leki...ale na razie nie daje poznać po sobie, że coś jej dolega. Biegać nie może, ogólnie męczyć się jej nie wolno...ale weź tu powiedz psu, że nie może tego czy tam tego...
Miłego dnia życzę Ci Marysiu:)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Gugo miła, trzeba cieszyć się nią, dopóki jest, chronić, głaskać, a potem, kiedyś, pozwolić odejść, nic na to nie poradzimy, taka jest kolej losu, nieuchronna i dla nas także, i Tobie miłego dnia, dziś mam jechać na cmentarz porządkować groby, ale wyszłam na podwórko i zimnym wiatrem pociągnęło, może potem będzie cieplej, serdeczności.

Asia i Wojtek pisze...

Bardzo mi przykro, że Waszego Psijaciela już z Wami nie ma. My w zeszłym roku straciliśmy dwa psy, tego roku odeszła moja trójkolorowa kotka Jo i do tej pory na szarpie i łza się w oku na wspomnienie zakręci. Trzeba się cieszyć każdym dniem, bo czas tak szybko mija, a nasze zwierzaki żyją tak krótko...
Ściskam mocno
Asia

M. pisze...

O nie, aż taka twarda nie jestem! Były ze mną dwie osoby. To one ściągnęły ze mnie konia i władowały mnie na niego ponownie. Sama bym nie wsiadła. Moja dzielność, to tylko kilka kilometrów konnej drogi do stajni. Perypetii zdrowotnych po tym wypadku, było jeszcze sporo :)
Pozdrowienia!

Jolanna pisze...

Zwierzęta się u Was zadamawiają bo czuja dobrych ludzi ! Wspaniała jesień u Was. Krężałek nigdy nie próbowałam - muszą być smakowite :)
Pozdrawiam serdecznie i ciepło, zawsze zaglądam.
J.

Jolanna pisze...

Zapomniałam dopisać.
To samo napisałam u Szarego Wilka - jemu odeszła Sabcia u Was Maks -wierzę że nasi ulubieńcy wrócą do nas
w tym lepszym życiu.
Ściskam mocno.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Asiu, każdy chyba czuje to samo, każdy, kto lubi zwierzęta, zadomowiają się w naszych sercach, kradną je, a potem odchodzą, gardło ściśnięte, łzy napływają, ale to minie, i Bigos jakiś smutny. Za to Gutek rozbisurmanił się na dobre, przedtem czuł respekt przed Maksem, a skoro tylko wyczuł, że tamten jest słaby, chodził mu przed nosem, a teraz dom cały jego, trzeba Bigosowi towarzysza znależć, pozdrawiam serdecznie.

Magdo, a jeździłaś potem dalej konno? nie bałaś się? byłaś dzielna, kto wytrzymałby taki ból? serdeczności.

Jolanno, dzięki za ciepłe słowa, też myślę, że kiedyś powitają nas u bram, ciepło pozdrawiam.
,

Margarytka - Ewa pisze...

Kotek czasem na nas poluje wcale nie na żarty :D

Grey Wolf pisze...

Glina dobra..tylko jak sucha to się kruszy, jak deszcz zacina to wilgoć trzyma..u mnie cała piwnica na glinie i kamieniach..i stęchlizną było czuć..a myszy robiły korytarze gdzie chciały..
M- ale konik nie zrobił tego specjalnie..

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Margarytko, znam to, jak Gutek był mniejszy, to wyskakiwał do góry i wbijał się pazurami w okolice kolan, nieraz wrzasnęłam z bólu, a on nie wiedział, o co chodzi, czy Twój to młodzian?

Grey, pewnie taka jej właściwość, podatna na zmiany pogody; moja też była na glinie i trochę z kamyczkami, przy dużych opadach kapało w niej z sufitu, to niemiłe, i padalce były, i ropuchy, salamandrę kiedyś wynieśliśmy, a wadą było to, że po prostu była za daleko od chatki; myślisz, że Magdę koń złośliwie przydusił? e, chyba nie, ale ja nie znam się na koniach, pozdrawiam.

Grey Wolf pisze...

nie, po prostu przypadkiem chyba..chociaż niektóre potrafią się położyć w czasie jazdy specjalnie, żeby uciec, jak jeździec spanikuje..

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Pewnie trzeba by podrążyć temat z Magdą, ale ona jest koniara, zna się na tym, na pewno przypadek, pozdrawiam.

*gooocha* pisze...

No to jeszcze rąbek tajemnicy, jaki mi zdradzono :) Mięsna zawartość oczywiście istotna, ale i to rzecz gustu - by były dobre, konicznie powinno być 3 rodzaje mięsa podobno, bezwzględnie koperek, konicznie starta, lub drobniutko siekana cebulka surowa i nieco wody:)
A swoją drogą to ciekawe, że ten specjał jest u nas tak egzotyczny, a we Lwowie w każdej niemal budce - jak u nas z zapiekankami.

*gooocha* pisze...

Sory, to nie było miejsce na ten komentarz powyżej - przekleję go dostosownego posta, bo może ktoś tematem zainteresowany. Się zagubiłam, bo nie jestem codziennnie przy komputerze a wszystko co u Ciebie mnie interesuje.