poniedziałek, 18 lutego 2013

A może "zimne nóżki"? ... z beczki...

To nie jest wpis dla wegetarian, nie czytajcie tego!
Wszystko zaczęło się od tego, że kupiłam paskudną kiełbasę na przypieczenia grillowe ... a tak ze dwa tygodnie temu ... i mąż powiedział z wyrzutem: Nie mogłabyś zrobić domowej?
Pewnie, że mogłabym ... od razu wyruszyłam do zakładów przetwórstwa mięsnego, tam zaopatruję się w mięso różnego rodzaju, czasam ćwiartka, czasami tylko parę kilogramów.
Skoro już tam dojechałam, to oprócz tej kiełbasy może jeszcze coś na galaretkę wieprzową?
Kupiłam 3 nóżki, a w zamrażarce czekała golonka, spory kawał mięsa, kości od schabu ... w necie jest mnóstwo przepisów, do wyboru, do koloru ... ja tylko wtrącę swoje, że gotowanie zaczynam od nóżek ...
Zagotowuję, odlewam wodę, nalewam świeżą ... i dopiero wtedy zaczyna się właściwe gotowanie ... dodaję mięso, golonkę, kości, może być udko kurzęcze ... tak to sobie mruga z zielem angielskim, pieprzem, listkiem laurowym i grzybkiem suszonym, potem dodaję warzywa ... mruga dalej, ze 3 godziny ...
Wszystko rozkleja się cudnie, pachnie ... rosół gęstnieje, jest kleisty ... sam kolagen w najczystszej postaci ...
Kiedy odrobinę ostygnie, obieram mięso do najczystszej postaci, nie tolerują moi domownicy jakichkolwiek chrząstek, ścięgien, tłuszczyków czy mielenia tychże ...


Zapełniam różne pojemniki, pudełka, salaterki ...


... nie dodaję marchewek dla ozdoby, zieleniny czy jaja ... dziwna ta moja rodzina , nie?
Posypuję tylko obficie solą i pieprzem, wygotowany rosół przyprawiam czosnkiem, świeżo wyciśniętym przez praskę ... wygotowanie ząbków czosnku w wywarze pozbawia je aromatu, moim skromnym zdaniem ... pewnie ci wszyscy medialni kucharze odsądzili by mnie od czci, jak ja traktuję galaretę.


Zalewam rosołem czyściutkie mięso ... nie ma mowy o jakimś klarowaniu białkami, dodawaniu żelatyny, która czyni potem gumę a nie galaretę ... przy takiej proporcji; nóżki, golonka, kości, mięso moja galareta "staje" zawsze bez obcych dodatków, a jaki pożytek dla naszej skóry, włosów, paznokci ...
Bo jestem zdania, że trzeba podać od środka, to, co potrzebne dla naszego organizmu.


Jemy potem z drobno posiekaną cebulką, z kroplami własnego octu winnego, no i oczywiście z żytnim chlebkiem na zakwasie ... mąż lubi, kiedy może zgarnąć na kromkę  odrobinę tłuszczyku z powierzchni galaretki.
W międzyczasie marynowało się mięso i boczki, macerowało się w osobnej misce ceramicznej mięso kiełbasiane z przyprawami ... wszystko przekładane codziennie, mieszane ... wczoraj posznurowałam i odwiesiłam do odcieknięcia z zalewy ... kiełbaski napełniłam nadzieniem mięsnym, też odwiesiłam na noc do osadzenia ... w markecie kupliśmy wczoraj 3 pstrągi, przeleżały noc w solance z przyprawami ...
Dziś od rana ruch, rozpalenie w palenisku beczkowej wędzarni, ogrzanie przewodu i ścian, jakoś mróz gryzie w gołe ręce ... wreszcie cały wsad zapakowany ..
I teraz 5-godzinny dyżur przy wędzarni ... nie za duży żar, po polanku bukowego drewna ... wonny dym snuł się po ogrodzie, Miśka z Gutkiem towarzyszyli mi przy każdym wyjściu z domu ... i oto efekty ...


... kiełbaska z 3 kg mięsa II gatunku ... z prawej strony już kawałek dziabnięty, mąż lubi takie cieplutkie, prosto z wędzarni ...


... schab, szynka i boczki ... po ugotowaniu wywar cudny na żurek, barszczyk, tudzież kapuśniaczek ...


... 3 wędzone pstragi, na pogładzenie podniebienia.
W domu zapaszek drażni nos, intensywny ...
A wszystkie nóżki, kostki, skóry zostały wywiezione na Pogórze, pod stare jabłonki ... pewnie do dziś ślad po nich nie został.


W szufladzie znalazłam świecę z wosku pszczelego, jak nic, pojedzie na Pogórze, napełni swym zapachem naszą chatkę ... nawet nie pamiętam, skąd pochodzi, pewnie z jakiegoś jarmarku rękodzieła.
I wysłaliśmy dziś mejla w świat, może nowy czworonóg, Amik, do nas zawita? /żeby tylko nie był za daleko, bo my na końcu świata/, dam znać!


Serdeczności posyłam dla Was, dziękuję za zaglądanie na Pogórze, za ciepłe słowa, wszystkiego dobrego, pa!




21 komentarzy:

Zofijanna pisze...

Mario , jak mozesz byc tak okrutna. Zastanawiam sie co z tych pyszności mogłabym zjeść z moja dietą. Raczej nic
Narobiłaś mi apetytu- idę zrobić bigos z makrelą..

Antonina pisze...

No to wspaniałe wędlinki przygotowaliście. Nie ma to, jak domowe.
Będzie nowy piesek? Ciekawam bardzo.

Asia i Wojtek pisze...

Za galaretami wszelkiego rodzaju nie przepadam - może po prostu dobrej jeszcze nie jadłam? A wędzonki wygladają tak apetycznie, że aż skręca z łakomstw! A tu wiosna idzie! O linię trzeba dbać! Bo się "wałeczki" porobią!
Uściski
Asia

jolanda pisze...

Marysiu - Boga w sercu nie masz by tak kusić. MUSIAŁAM udać się do lodówki i chyciłam kawałek posuszonej przy kozie podwawelskiej z biedry, no tak na noc?
Galaretę też tak robię i czosnku nie gotuję.
Serdecznie pozdrawiam

grazyna pisze...

Tutaj w wenezueli tylko sobie mozna marzyc a takich wspanialosciach! skad Ty to wszystko umiesz robic...i jeszcze na dodatek tyle do tego masz entuzjazmu! pozdrawiam serdecznie

Aneta NieTylkoMeble pisze...

Narobiłaś mi smaku na taką galaretę :) Już ze sto lat nie jadałam. A Twoja wygląda bardzo apetycznie i mięsko dajesz widzę całkiem chude, tak, jak lubię :)
Pozdrowienia i udanego wypoczynku w chatce :)

M. pisze...

Męski wpis :) Ja też lubię co nieco, ale jak widzę mężczyzn rozmawiających o golonce i swojskiej kiełbasie, to Boziu, co się z nimi dzieje! Te gwiazdy w oczach, przyspieszony oddech i w ogóle ... Jak przygotuję golonkę mojemu mężowi i przyjacielowi z Krakowa, to zawsze wychodzę, żeby im nie przeszkadzać. Oczywiście tego nie zauważają :)
Twój, to już przyzwyczajony do smakowitości, jakie tworzysz, pewnie tak nie szaleje.
Piesek będzie z Wami szczęśliwy! Tylko żeby się Misi spodobał.
Szczecin, no cóż ... ok. 900 km?

danawarsaw pisze...

Jak nic przyjeżdżam! Może cos zostanie dla mnie,choćby kawalątek? Ślinka mi leci.
pozdrawiam cieplutko Danka

mania pisze...

Oj Marysiu, wegetarianie (ale tylko tacy "nie wojujący", czyli nie narzucający innym swoich poglądów) też czasem przyrządzają mięso dla szczególnie bliskich osób :)
Czy nowy czworonóg to tez sznaucer?
Pozdrawiam serdecznie :)

Rogata Owca pisze...

Widzę, że obie zajmujemy się "męskimi sprawami". Tez lubię jeszcze ciepłą kiełbaskę taką jeszcze w wędzarni. Tylko chleb u nas częściej pszenny (ale trochę zakwasu żytniego daję), bo maż nie lubi żytniego. Pozdrawiam

Ania z Siedliska pisze...

Katuj nas, katuj, tymi cudnymi przetworami...Ślinka leci....

weszynoska pisze...

Dobrze, że pojedzona czytałam Twój wpis, bo połknęłabym własny język z zazdrości. Cuda...cuda....też mam ochote "studzieliny" nagotować.

Olga Jawor pisze...

Co do galarety, studzieliny, czy też studzieniny - bo róznie toto zwą - objadamy sie nia ostatnio na okragło i robimy prawie zupełnie tak, jak Ty, z tym, że jednak dodajemy do niej troszke marchewki, cebulkii i natki pietruszki. A potem tak jak Ty - duuuzo surowego czosnku, coby cudnie nam pachniało! Pychota to jest niesamowita a przy okazji czyba zdrowe jadzonko! Moze stawy będą zdrowe i nie skrzypiace od takiej bomby kolagenowej?
Usciski dla utalentowanej kulinarnie sąsiadki zasyłam!:-))

Dana M. pisze...

Przynajmniej wiecie co jecie, do tego wszystko tak apetycznie wygląda, że aż ślinka cieknie.
Pozdrawiam Zdolniachy z Pogórza Przemyskiego i życzę SMACZNEGO :)

Nika pisze...

Kocham zimne nozki i wlasnie zdalam sobie sprawe, ze nie pamietam juz kiedy je robilam ostatni raz....
A takiej kielbasy czy pstraga prosto z wedzarni to chyba nigdy nie jadlam... slinka mi leci, tym bardziej, ze jestem przed kolacja :))
Podziwiam takie zdolnosci , to sie nazywa prawdziwa kuchnia :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Zofijanno, bardzo ciekawe zestawienie smakowe, hm! bigos z makrelą ... naprawdę? eee! chyba żartujesz ... od dziecka nienawidziłam mięsa, jaj, smaki zmieniły mi się dopiero, kiedy byłam w ciąży, nauczyłam się jeść wiele rzeczy, a i papryka przestała zajeżdżać mi myszą, a teraz lubuję się w tych smakach, mąż mówi, że nadrabiam stracony czas, ale czy to można nadrobić? raczej jest się na bieżąco; serdeczności.

Antonino, no gdzież tam "przygotowaliście", mąż nie miesza się do tych rzeczy, a ja eksperymentuję, wychodzi raz lepiej, raz gorzej; będzie nowy, zawsze mieliśmy dwa psy, i ja ciekawam nowego; pierwsze kontakty z wolontariuszami zadzierzgnięte; serdecznie pozdrawiam.

Asiu, najchętniej jemy galaretkę przygotowaną własnoręcznie, bo wiemy, co tam jest; nie zapomnę miny męża, kiedy koleżanka zaserwowała zmieloną chamułę ... ja wymówiłam się niestrawnością, a biedaczysko męczył się z talerzykiem cały wieczór; no, kurczę, muszę widzieć, co w niej jest;
na wiosnę wałeczki znikną jak ręką odjął, ruch czyni cuda; pozdrowienia serdeczne ślę na drugi koniec Polski.

Jolando, powiem Ci szczerze, że podwawelska z biedry jest moją najulubieńszą na grilla; kupiłam jakąś inną w sklepie, niesmaczną, i to sprowokowało cały łańcuch zdarzeń, który opisałam powyżej; ciągle jestem w fazie doświadczeń smakowych, i idzie mi coraz lepiej; ciepełko posyłam do mazurskiej krainy.

Grażyno, cała przygoda z wędzeniem zaczęła się od mojej bardzo późnej znajomości z netem, uczyłam się wszystkiego z bardzo pomocnej strony: Wędliny domowe, napatrzyłam się na wędzarnie, wyroby ... do licha! przecież to wszystko robią ludzie, spróbuję i ja; raz było lepiej, raz gorzej ... teraz jest już lepiej; a jakam zadowolona, kiedy domownicy chwalą; pozdrowienia ślę serdeczne za wielką wodę.

Aneto, wszystko musi być obrane ze zbędności, czyściutkie, chociaż mówią, że odrobina tłustości wskazana; gotuj, Aneto, gotuj galaretkę, potrzebujesz sił do hebla, a jakże! dzięki i pozdrawiam.

Magdo, zupełnie nie wiem, jak oni jedzą te golonki, i jeszcze mówią, że to sam smak ... ta celebracja, przymykanie oczu, smarowanie musztardą, smakowanie ... e! ja tego nie skosztuję; pierwsze kontakty zadzierzgnięte, i to wcale nie Szczecin, tylko Warszawa ... czeka mnie wizyta wolontariusza, omówienie warunków transportu i będziemy witać nowego, jest młodziutki, na pewno przypasuje Miśce, chcemy go jak najprędzej, przebywa w złych warunkach;
Pozdrawiam Cię Magdo, serdecznie.

Dana, przyjeżdżaj, a jeśli zabraknie, zrobimy nowe, zadymimy najbliższą okolicę, ale to taki pachnący dym; serdeczności posyłam.

Maniu, bardzo cenię Cię za te słowa w nawiasie, a pisząc to pierwsze zdanie w tym wpisie, naprawdę myślałam o Tobie, bo wiem, że jesteś wegetarianką; nie, to pudel, młodziutki piesek, pewnie po przejściach, a u nas zawsze były dwa psy, niech znajdzie swoją przystań ta bidula; i ja pozdrawiam.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Owieczko, świnto prawdo! u mnie w domu rodzinnym tylko mężczyźni zajmowali się wędzeniem, przedtem ojciec, teraz brat; a ja dziwoląg jestem, jeszcze nie skosztowałam takiej ciepłej kiełbasy, chociaż zapach obrywa nos; musi powisieć w spiżarni, obeschnąć, i dopiero wtedy ... dziwoląg, nie? ... już zaczyn nastawiony, jutro piekę chlebek; serdeczności.

Aniu miła, no jakże bym śmiała katować, to jest tylko zwykłe chwalipięctwo z mojej strony, ale takam zadowolona z siebie, że muszę pochwalić się na blogu;
pozdrowienia ślę.

Węszynosko, u nas mówiło się "studzienina", mama robiła taką przy świniobiciu do słoików-weków, stały potem w piwnicy, do połowy przysypane piaskiem, bo przecież lodówki nie było... jak to dawno było; serdeczności.

Olgo, o, to Twoja galaretka wesoła, kolorowa, a moja posępna, ale cóż zrobisz, kiedy to w większości pochłania ją męska część rodziny, a ja jestem w ogromnej mniejszości, właściwie to jestem sama, tylko z Miśką; I ja pozdrawiam serdecznie.

Dana, no pewnie, i ja wychodzę z tego założenia; wędliny swoje długo poleżą w lodówce, nie ma mowy o ślimaczeniu, pleśnieniu, raczej wyschną, a zapachu prawdziwego, bukowego dymu nie można porównać z tymi smarowidłami wędzarniczymi; ciepełko posyłam, pa.

Nika, uczyłam się sama tej sztuki, a królikiem dośwadczalnym była moja rodzina; nie zawsze wychodziło, ale podtrzymywali mnie na duchu, kiedy np. kiełbasy popękały, pstrąg spadł z haka, coś przysmędziło się za dużo, bo ogień znienacka buchnął ... jedno wiem, wszystko wymaga czasu i serca; pozdrawiam Cię cieplutko.

wkraj pisze...

Zapachniało, aż ślinka cieknie. Rzeczywiście, tego co w sklepie to czasem nie da się zjeść. A podobno mamy najlepsze wędliny w Europie. Mamy, jak sobie sami je zrobimy. Pięknie wyglądają twoje specjały na stół. Po raz kolejny podziwiam umiejętności i chęci.
Pozdrawiam.

Krystynka w podróży pisze...

Zawsze i nieodmiennie podziwiam te Twoje wędzone smakołyki i cudeńka ale u mnie wędzarnia na dalszym planie bo najpierw komin, piecyk i dach. Galaretę robię ale taką damską, z marchewką, groszkiem i jajkiem, nie dla ozdoby ale dla smaku. Oczywiście bez chrząstek i ścięgien ale z tłuszczykiem i owszem.

Kama pisze...

Ale pyszności!!!
Mniam!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Wkraju, to prawda, gabloty pełne, a nie ma co kupić, nawet jak drogie, to też niesmaczne; na tych zdjęciach to parę lat uczenia się, eksperymentowania, w końcu coś wychodzi; pozdrawiam serdecznie.

Krystyno, i wędzarnia poczeka grzecznie w swojej kolejce, nasza też czekała parę lat, aż w końcu zrobiliśmy; bo ileż można prosić kolegę o uwędzenie; pozdrawiam cieplutko.

Kama, tak jest, absolutnie nie zaprzeczam; serdeczności ślę.