niedziela, 29 września 2013

Pogórzańskie dary ... i będzie winobranie ...

A tak się cieszyłam ... że popada deszcz i woda będzie w studni ...
Niestety, woda była tylko jeden dzień, dalej jest bardzo sucho, Wiar płynie cienkim strumykiem, lokalna kopara ma mnóstwo pracy, bo ludziska kopią nowe lub pogłębiają stare studnie ... my też pewnie pogłębimy.
Był Janek z "góry" na łowiskach wędkarskich nad Soliną, prawdopodobnie zalew obniżył się od stanów normalnych o 9 metrów.
Między kolejnymi siąpieniami z nieba udało mi się wykopać z grządek resztki warzyw ...


... pięknie obrodziła papryka, ale przewaga chili ... zamarynuję ją w słoiczkach, będzie na pikantny dodatek.
Na południu widziałam piękne, czerwone sznury tych właśnie papryczek, zawieszone pod dachem do suszenia, potem pewnie jest mielona ... kiedyś sama powiesiłam takowe w kuchni, ale wyobraźcie sobie, że zaatakowały ją mole i zeżarły od środka, taka ostrość im nie przeszkadzała ... dlatego schowam ją do słoików.
Pod chatką, na pniu gruszy i jesionu obrodziły obficie opieńki ... grzechem byłoby nie skorzystać ...


... część wylądowała nad kuchnią do suszenia ...


... a część na patelni ...


Pomna zeszłorocznych wpisów Utygan, zajadałam się tymi smakowitościami, uduszonymi na maśle i posypanymi zielonym szczypiorem, bo okazało się, że wysiałam na grządce siedmiolatkę, która obdarza mnie teraz wielką obfitością szczypioru.
Na łąkach, moich i sąsiedzkich zebrałam sporo kań, nie trzeba było jechać na rybotyckie łąki ...


... a po południu poszłam z psami do lasu na rydzowiska ...


Rydze przeniosły się z dotychczasowych, przestronnych miejsc w krzaki, wiele znalazłam na porośnietej trawą drodze, a na starych ani jednego ... obdarowałam nimi teściową, a ja z kań będę gotować jarskie flaczki ... takie, o jakich pisała mi Ania z Siedliska.
Oj, głupia, ja głupia, ubrałam sobie do lasu mężowskie filcaki, bo tak szybko noga wchodzi, i jakoś ciepło w stopy ... nadźwigałam się je do góry, i z góry, a potem w drugą stronę, bo sporo były za duże, aż mnie nogi rozbolały ... po tak suchym lecie nie myślałam, że cokolwiek urośnie w lesie ...
Na wędrówkę po łąkach zabrałam oczywiście aparat, bo kolory wszędzie ...




Na łąkę za potokiem, pod wieczór, wychodzi jeleń ze swoimi wybrankami, w nocy słychać jego ryczenie ...
 rano wychodzą dalej popaść się na zielonej trawie, która po deszczach ładnie odbiła.
W sobotnie, wczesne rano zobaczyłam na drodze, przy zagajniku rowerzystę z plecaczkiem, wspinał się mozolnie do góry na swoim rowerku, pewnie Kopystańkę pojechał zdobywać ...


... już jest na grzbiecie wzgórza, nabiera przyzwoitej szybkości, bo przedtem jak mróweczka ... jakoś jednak wolę na nogach pokonywać wysokości.
A wieczorem z nieba ktoś szukał czegoś na ziemi ...


... jak "szperacze" ... wiatr szybko przesuwał chmury, promienie równie szybciutko przesuwały się po łąkach, lasach, dając jaśniejsze plamy ... niesamowite zjawisko...
Psy cały czas ze mną, bieganie tam i z powrotem, dzikie gonitwy, po powrocie do chatki padają jak muchy ...


... Amik w pledzikach na bambetlu ... złachany, cały w trawach, gałązkach i nasionkach ...


... Miśka rozkoszniaczka na swoim foteliku, bo drugi zajmuję ja ... śpią jak smoki, pochrapują czasami.
Na południe lecą ogromne klucze żurawi, ich tęskny głos rozlega się i człowiek usiłuje je od razu zlokalizować na niebie... dziś przyuważyłam jakieś inne, oblepiające przewody elektryczne, bardzo podobne do szpaków ...


Obficie obrodziły w tym roku winorośle, mnie jednak najbardziej smakuje ta stara odmiana, fioletowa, drobniejsza, a w skórce ukryty jest najlepszy aromat ...


... są jeszcze inne szczepy, z winnicy Jasiel, ale jakoś te nowe smaki nie przemawiają do mnie ...



Posiadam też stosowne na okoliczność winobrania, woskowe ozdóbki ...


... tu scenka rodzajowa ...


... a tu już produkt gotowy w opasłej beczułce, w towarzystwie równie opasłego, drzemiącego mnicha, pewnie skosztował zawartości.
Będzie sporo roboty z zerwaniem gron, oskubaniem ich z jagódek, bo pod domem też obrodziło.
Jeszcze nie tak dawno były hyzopowe żniwa, a już zioła zdążyły odrosnąć, zakwitnąć i jeszcze trzmiele szukają w nich pożywienia ...


Odleciały już kolorowe szczygły, które huśtały się na długich łodygach ostów, wydziobując ich nasionka i nabierając sił przed długą drogą ... coraz ciszej wśród drzew ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję niezmiennie za odwiedziny, do miłego, pa!









37 komentarzy:

mania pisze...

Marysiu szykuj przetwory, bo podobno sroga zima nas czeka :) Co prawda takie zapowiedzi słyszy się co roku ale może tym razem się sprawdzą?
W zeszłym tygodniu idąc na skróty do pracy spotkałam się oko w oko z sarną. Wyszła mi na ścieżkę, popatrzyła na mnie i poszła niespiesznie w swoją stronę. Żyją w pobliżu domów to i oswojone.
Pozdrawiam serdecznie
P.S.
Psiaki rozkoszne ;)

Agata Rak pisze...

U mnie też opieńki już są w lesie i mąż sporo dziś przyniósł a jutro idę i ja...A zdjęcia jak zawsze przepiękne...Tak Ci zazdroszczę piękna okolic w których mieszkasz ale to jest też trochę tak, że swojej okolicy nie doceniam a sporo osób z miasta uważa ją za całkiem ładną...Jest i las i rzeka i park i jezioro nie tak daleko, są i łąki. No ale ja kocham góry i bardzo za nimi tęsknię...

Zofijanna pisze...

i ja dzisiaj na grzybach byłam, i sądzą, że mnóstwo innych osób.
Dopisały grzyby, że ho, ho !
Czy coś może się równać z grzybobraniem ?
Chili można też zalać olejem.

Wody niestety nie przybyło, widoczne są efekty letniej suszy.. wszędzie, we wszystkich rzekach Podkarpacia.
Rydze to grzyby wyborne, Rosjanie psują je ,robiąc z nich rydze solone.
Nie smakowały mi.
Jak Ty je przyrządzasz ?

Anka Wrocławianka pisze...

Cudowny post, można się w nim zapomnieć i pomarzyć o takim życiu, kanie, opieńki, rydze, pieski, szperacze, kolory, winogrona... ŻYĆ NIE UMIERAĆ!

Łucja pisze...

Ach te kolory! Rozumiem, że psa Amika zrobiłaś kiedyś wieczorem z włóczki. Bardzo udana robótka : )

grazyna pisze...

Latarki z nieba kogos, co to szuka czegos na ziemi bardzo przemowily do mojej wyobrazni. Optymistycznie mnie nastawil Twoj post..jak zawsze. Tyle jest pieknych rzeczy wkolo nas...tylko trzeba chciec by to zauwazyc i cieszyc sie nimi...pieski Twoje sa rozczulajace...Amik to niesamowite siersciowe pogamatwanie. sciskam serdecznie

Mażena pisze...

Ostatnio na niebie niesamowite chmury i kolory i te cudowne prześwity! Kolorowo i apetycznie u ciebie, oj fajnie masz!

Anulka Domowa pisze...

My również polatalismy po leśnych łączkach .Z opieniek mam zamiar pastę zrobić na farsz ,do chleba ,mięsa.Szukam namiętnie świetlika ,ale niestety bez skutku ;)Zerwałam troszkę kaliny spróbuję zrobić pierwszy raz konfiturę taką na przeziębienie.Kulki nawet słodkie,jedną zjadłam :) Psy kochane!U nas chrapanie ostre odchodzi po takich spacerkach:D Dzięki za cudowne fotki!
pozdrawiam
AniaA

Ruda pisze...

Tych rydzyków Ci zazdroszczę, bo inne grzybki u nas też są. No i piękne winogrona, będzie wino :)
Fajnie tak jesienią dary lasu przetwarzać- uwielbiam. (ale opieniek nad kuchenką gazową w bloku nie powieszę, chyba żeby kaloryfery ozdobić, ale tam jabłka wiszą ;))

Natalia z Wonnego Wzgórza pisze...

Przepiękne widoki na Twoim Pogórzu.
U nas jeszcze sporo warzyw do wyrwania zostało, bo ze względu na nogę, trochę ociągam się z ich przrabianiem, a obrodziły niesamowicie.
Grzybobrania to zazdroszczę, a tych rydzów to najbardziej. Kanie przywiozą nam rodzice, ale rydzów u nich nie ma, a u nas nie ma jak na grzyby pójść (mąż się za bardzo nie zna i sam nie chodzi).
Jak byłam mała i widziałam takie smugi słońca prześwitujące przez ciemne chmury, to myślałam, ze Anioły zlatują z nieba. U nas żurawie też właśnie odlatują. Nasza Studzianka jest miejscem zbierania się sejmików.
Winogron też zazdroszczę. Musimy koniecznie posadzić u nas jakieś znoszące ciężkie warunki północy odmiany.
Twój ogród jeszcze dość letnio wygląda, tylko ten pojawiający się na drzewach żółty kolor zdradza porę roku.
Pozdrawiam ciepło!

*gooocha* pisze...

Ech, jak zwykle pooglądam i powzdycham. A wiesz, że ja nigdy w życiu rydzów nie jadłam?

Weronika Ziółkowska pisze...

Ja dopiero w tym roku rozsmakowałam się w winogronie. A to dlatego, że po raz pierwszy miałam szansę spróbowac takiego domowego, a nie kupnego! I te małe, fioletowe kuleczki okazały się przepyszne! Uwierzyć nie mogłam, że to takie pyszne:) Opieniek nigdy nie jadłam, a szkoda, bo wyglądają smakowicie. A kanie kupiłam, bo sama nie odważyłabym się zrywać, ale też były bardzo dobre, maczane w mleku i jajeczku. Tylko szkoda, że tak się skurczyły na patelni;) Ja jeszcze mam śliwko z działki i teraz molestuje piec wypiekami. Jednak jesień jest wspaniała:)Tyle cudowności...Człowiek mógłby tylko jeść i jeść:)

Magdalena pisze...

Jak zwykle kolorowo u Ciebie i smakowicie. :) Rydzów w naszych lasach właściwie nie widuję. Kiedyś były. Kani w tym roku mnóstwo. Przeczytałam, że można je zamrażać, bez blanszowania, drobno pokrojone. Wsadziłam porcję do zamrażarki i będę patrzeć, co z tego wyjdzie. :) Fajne te Twoje czterołape kosmacze. :) I bardzo mi się podoba ta scenka z winobrania. :) Serdeczności :)

Moje marzenia pisze...


jak zawsze pięknie....wczoraj zobaczyłam klucz żurawi i tak smutno się mi zrobiło choć to piękny widok był....

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Maniu, a szykuję, szykuję, a co niebo da, to się dowiemy później; sarny rzeczywiście jakby oswojone, bardzo blisko ludzkich zagród, i przy drogach pasą się bliziutko, samochody im niestraszne; a może czują się przy ludziach bezpieczniej, myśliwi tak nie polują? pozdrawiam.

Agato, lubię opieńki, też wykorzystuję moment i suszę je na potęgę, bo zawsze wychodzę z założenia, że przyszły sezon może być ubogi; pewnie, że się nie docenia, czasami pomaga spojrzenie kogoś innego, żeby na nowo ogarnąć swoją okolicę; masz niedaleko do gór, może chociaż rano wyjechać, wieczorem wrócić? pozdrawiam.

Zofijanno, w niedzielę obserwowaliśmy istne oblężenie lasów, i każdy coś wynosił w koszyku; las jest łaskawy, obdarowuje nas obficie, a my odpłacamy mu śmieciami, poprzewracanymi grzybami, których nie znamy, rozgrzebaną ściółką, trufli szukają grzybiarze czy co? też taki olej przygotuję sobie, z dodatkiem kolorowego pieprzu; solone znaczy kiszone? próbowałam to robić, dobre tuż po ukiszeniu, potem jakby psuły się; rydze obgotowuję, obsuszam i do mrożenia, albo duszę w maśle i do mrożenia, 1 słoiczek marynowanych dla smakoszy, a w tym roku obdarowuję; najlepsze świeże z patelni, obrumienione na maśle, z małym dodatkiem cebulki; pozdrawiam.

Anko, cieszy się dusza moja tym wszystkim, co wymieniłaś, dlatego chętnie przebywam w chatce; pogoda łaskawa, choć zimno, jeszcze sporo połazimy po pogórzańskich łąkach; serdeczności ślę.

Łucja, a tak, zajęło mi to ze trzy wieczory, ładnie wyszło, prawda? udał mi się Amik, czekał na nas w schronisku; pozdrawiam.

Grażyno, jak wysiadamy z auta, przy chatce, to widzę radość u psów, od razu bieganie, wąchanie, mają swoje ścieżki, jest nam tam dobrze; tak się zastanawiam, czy jeszcze strzyc go przed zimą; pozdrawiam.

Marzeno, bo to już niebo jesienne, na nim spektakularne wschody i zachody, z chmurkami jak z obrazu; grzyby królują w posiłkach, zrobiłam te flaczki z kań, mąż mówi, że to jednak zupa grzybowa, mimo, że z mięsa obrałam kurczaka, mięsożerca jest; pozdrawiam.

AniuA, u Ciebie zawsze jakieś nowości kulinarne, mogłabyś podrzucić przepis na tę pastę? bo opieniek jeszcze sporo; z kaliny robiłam nalewkę, w smaku wybornie cierpka, ma dużo garbników, tylko ten zapach; jak stała zasypana cukrem, to w kuchni śmierdziało starymi skarpetami; nie wiem, co trzeba świetlikowi, żeby rósł, myślę, że rozsiewa się samodzielnie, jak to na łące; pozdrawiam serdecznie.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ruda, rydzyki rosną u mnie nawet w miejskim ogrodzie, zawsze, jak zostawały mi obierki, to wyrzucałam je pod drzewami, tam brzozy, buki, graby i jedna sosna, właśnie przy tej sośnie rosną najobficiej, ale mają nieciekawy kolor, jakieś zielonkawe są, te pogórzańskie pomarańczowe, to pewnie wszystko zależy od podłoża; opieńki w chatce suszę nad blachą, a czasami, jak w domu, w piekarniku uchylonym, to na kratce wyścielonej papierem do pieczenia, nie przywierają; pozdrawiam.

Natalio, nie sadzę warzyw w jakichś przemysłowych ilościach, bo nie mam gdzie przechowywać, nie mamy piwnicy, do zimy spożytkujemy; ale za to na przyszły rok nóżka będzie jak nowa i odrobisz straty, zwłaszcza te moralne, kiedy jesteś uziemiona i musisz być w domu, a tu las woła; winorośl to bardzo pożyteczne pnącze, zacieni, co trzeba, przykryje i jeszcze smaczny owoc da; są takie mrozoodporne omiany, do -30 wytrzymują; pozdrawiam.

Gooocha, trzeba Ci się w podgórskie rejony wybrać, tam rydzów dosyć, choć i w innych rejonach też są, np. u mnie w ogrodzie; nie każdemu odpowiada smak rydza, jest specyficzny, inny; pozdrawiam.

Weroniko, też jestem zdania, że te niepozorne, stare odmiany dają najsmaczniejszy owoc, te nowe odmiany mają jakiś dziwny, mysi posmak, a może to dla winiarzy tak ma być? gdyby ktoś pokazał Ci opieńki, rozpoznawałabyś je od razu, to smaczny grzyb, choć niektórzy nie zbierają ich, bo takie pospolite; będę dziś panierować kanie, bo sporo jeszcze zostało, pyszne z patelni; może jesień daje tyle darów, żebyśmy do zimy godziwie się przygotowali i nie marzli z braku warstwy ochronnej; pozdrawiam.

Magdaleno, zauważyłam, że grzyby przenoszą się w inne miejsca, zupełnie nieoczekiwane, a na starych gniazdowiskach pustki; zamroziłam prawdziwki, kań nie próbowałam, ususzyłam za to kilka, jednak najsmaczniejsze bezpośrednio po zebraniu; ale jak jest ich dużo, to przecież człowiek nie przeje; pozdrawiam serdecznie.

Moje marzenia, od zawsze ciągnące na południe żurawie i ich żałosne nawoływanie wzbudzały we mnie smutek nieopisany; od dwóch lat podwójny, bo wtedy odeszła moja mama, i tylko z tym mi się teraz kojarzą ... wtedy też odlatywały; pozdrawiam Cię serdecznie.

Anulka Domowa pisze...

Marysiu,podaje przepis na pastę z opieniek
2kg opieniek
1ostry mały ketchup
1kg cebuli
1/2szklanki oliwy lub smalcu
sól,pieprz do smaku,koncentrat pomidorowy ,papryka mielona słodka
Grzyby ugotować ,odcedzić ,zemleć w maszynce(blenderze,termomixie)Cebulkę zrumienić na patelni,dodać regrzyby i przyprawy(ja dodaję jeszcze chili i cebulkę podsmażam ze świeżą papryką)całość podsmażyć ,tak ,żeby wyparowała woda i do słoików i zapasteryzować .Później do chleba,do mięsa ,do gołąbków,sosów .Przepyszna ,wszystko zależy od tego co się lubi czy bardziej ostra czy łagodna .Fajne wykorzystanie wzechobecnych opieniek :) Kalinę na razie zamroziłam ,zrobię konfiturę na próbę ,połączę z jabłkiem ,może spróbuje ze śliwką ,takie wariacje i zobaczymy co wyjdzie ;)Kanie jak najbardziej mrożę,czapki w całości ,później do panierki.Grzybów u nas na razie koniec ,bo sucho.
pozdrawiam !
AniaA

Magda Spokostanka pisze...

Marysiu, a nie można rury bić wgłąb studni? U nas, jak się woda skończyła, 6 lat temu, to studniarze wbijali rurę i sprawdzali czy jest mułek wodonośny. Po sześciu metrach rozległy się okrzyki radości - jest, jest! No i jest, do dzisiaj.
Jesteśmy kiepscy w szukaniu rydzów, a kanie ( mamy ich mnóstwo wokół domu) im nie dorównują. Rydze na masełku mmmmm ....
Ściskam serdecznie!

Inkwizycja pisze...

A Ty ciągle drażnisz tymi rydzami ;-)) Gdyby było bliżej (albo więcej czasu) już byś mnie miała na Pogórzu, na degustację ;)
A kani się w tym roku najadłam za sprawą "zlotu blogiń" i Megi, która przywiozła do mnie i Naszą Polanę, i wiadro kani z własnej działki z Doliny Baryczy. Pyszne były! Ale to nie to, co rydze...
Psiaki cudne!!! Ściskam czule ;)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

AniuA, dzięki za przepis, podoba mi się, skorzystam z niego przy tym wyjeździe, bo opieniek jest bardzo dużo, a potem w zimie tylko słoik otworzyć i korzystać na różne sposoby; kalina chyba na dolegliwości oddechowo-przeziębieniowe jest pomocna, tylko tak jak pisałam, śmierdzi w początkowej fazie, ale zawsze można gdzie wynieść; a kanie mrożone, nie robi się z nich potem szmatka? pozdrawiam serdecznie i wielkie dzięki.

Magda, nawet pokazałam mężowi Twój komentarz; niestety, u nas nie można zastosować takiej rury, jest inne podłoże, na piaskach jest inaczej; trzeba by wiercić do pokładów głębinowych, a to 22 metry w dół i 260 zł za metr chcą wiertnicy; kanie panierowane nie mają sobie równych, zaraz zjem sobie jedną, bo smażyłam dziś; a rydze, tak, to osobliwy smaczek, nie każdy lubi; pozdrawiam Cię serdecznie.

Inkwizycjo, a prosić, prosić, rydzów dostatek jest; czytałam o tych wszystkich wspaniałościach ze zlotu u Megi, tylko czemu schowałaś się za szklaneczkę z napitkiem? właściwie to na Pogórzu zbiera się mnóstwo rydzów, opieńki, a mało borowików czy podgrzybków, bo to inny rodzaj lasów, w młodnikach maślaki; lubię łazić po lesie, omijam tylko bagniste kąpieliska dzików, bo tych dużo, coby nie było nieoczekiwanego spotkania; pozdrawiam cieplutko.

artambrozja pisze...

Mario zdjęcia piękne - prawdziwa jesień :)
W filcakach chodzę codziennie do obórki - mam swoje własne haha :)
Grzyby niestety mnie nie rajcują - taki odmieniec jestem.
buziaki :**

Anonimowy pisze...

Fajnie u Ciebie, tak naturalnie pięknie.
Mam pytanie czym oddzielone są kapelusze opieniek, że się nie stykają ze sobą?
Pozdrawiam Ewa.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Artambrozjo, nie mam pojęcia, co w tych grzybach jest, że człowieka tak ciągnie do lasu, i zbierać, i zbierać, dobrze, że nie bawię się w "kto więcej"; nasze filcaki są ogromne, nawet dla męża za duże, więc wyobrażasz sobie, jak musiałm je dźwigać na nogach, i żeby jeszcze nie spadły; przymrozki pokolorowały drzewa pewnie jeszcze bardziej, pojadę sprawdzić; pozdrawiam.

Ewo, po prostu przy ścinaniu czy też czyszczeniu kapeluszy zostawiam odrobinę nóżki, i to ona oddziela jeden od drugiego; nabijam je na patyczki szaszłykowe, albo druty florystyczne, takie, jak przy sztucznych kwiatach, są powleczone plastikiem i nie rdzewieją; i ja pozdrawiam.

Megi Moher pisze...

a u nas grzybów mało, rydzów w ogóle, nie pamiętam, kiedy jadłam:-(
Kolory u ciebie piękne, jak to w górach, aż nieprawdziwe;-)
Na takie szperacze zawsze mawiam "łaska z niebios".
Inkwi tak się broni przed zdjęciami (widziałaś ją kiedyś na jej blogu???), że z drżeniem umieściłam zdjęcie za szklaneczką;-p

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Megi, czekam na buki w kolorach, być może już płoną, bo przymrozki zrobiły robotę w ciągu kilku dni; "łaska z niebios", i wydaje się, że za chwilę niebiosa otworzą się i spojrzy na nas Oko Opatrzności, takie trójkątne; tak, nie widziałam jeszcze Inkwi na zdjęciu, dobre i takie drugoplanowe; pozdrowienia ślę z mroźnym tchnieniem, ale za to z pięknym słońcem.

Pellegrina pisze...

Kiedyś wieszałam w kuchni warkocze papryki, cebuli, czosnku, grzybów ale chociaż dają cudny aromat i klimat szybko wilgną, chłoną inne zapachy i do potraw się już nie nadają.
Opieńki i owszem, młodziutkie do sosu lub zaprawy octowej a duże jak kanie, panierowane na patelnię bo kanie już się u nas skończyły. U Ciebie cudnie wyglądają na tych sznurkach jak korale. Tylko rydzy u nas brak.
Te smugi, u nas zwane błogosławieństwem Boga, to znak łaski dla tych co je widzą. Bądź więc wybrana Mario, do łask i radości!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krystyno, takie warkocze bardzo zdobią kuchnię, aż żal je niszczyć, tylko grzyby rzeczywiście chłoną wszystko, lepiej im w słoju, zamknięte przed molami, i aromat zatrzymają; optymistyczne smugi z nieba, jako znak łaski, więc chylę kornie głowę; pozdrawiam Cię serdecznie.

zdravko pisze...

Ciekawa sprawa z z sosną i rydzami, czy te spod niej mają inny smak od tych z lasu ?, te na zdjęciu to rydze jodłowe które nijak się mają do tych sosnowych, smak, a szczególnie "zapach" ich jest okropny, szczególnie dla niejedzących mięsa, no i ciekawe czy te koło sosny to te właściwe(trzeba sprawdzić sok czy zielenieje po pewnym czasie. A w ogóle to Twojego bloga znalazłem przez piec chlebowy (też posiadam), no i pogórze mi bliskie, kiedyś pół dnia przeglądałem go aż zorientowałem się gdzie masz siedzibę ;). Zdjęcie opisane jako dom sąsiada, a właściwie okolica mnie naprowadziły.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Zdravko, te spod sosny są lekko zielonawego koloru, ale tam jest ziemia inna, i takie są w sosnowych lasach; a te pogórzańskie są pomarańczowe, i tylko te jadłam, chociaż raz kilka zmieszałam razem i nie wyczuwałam różnicy; nie, sok, a właściwie mleczko, jest pomarańczowy, jak u wszystkich; dosyć łatwo zorientować się, gdzie przebywamy, chociażby po Kopystańce czy kapliczce przydrożnej i widokach spod niej; a dom sąsiada leży daleko w dolinie, nie widziałeś go z głównej drogi, no, chyba że zapuściłeś się w naszą drogę, która prowadzi donikąd; hm! pół dnia przy moim blogu, to bardzo budujące; pozdrawiam serdecznie.
A Twój piec chlebowy pracuje?

zdravko pisze...

Można je odróżnić tylko po tym soku,w obu jest pomaranczowy,tylko w tych górskich po pewnym czasie tobi się karmazynowy,po prostu ciemnieje w kierunku b.ciemnego wina, a w tych właściwych zielenieje.
Nam te jodłowe dają gotowanym mięsem, a, że nie jemy go, to jest to traumatyczne przeżycie ;),te właściwe mają bardzo przyjemny zapach,coś w deseń kurki.
Z tym piecem to było tak,że wpisałem "szczotka do pieca chlebowego" w google i wyszedł Twój blog, szczotkę później kupiłem taką zwykła do smołowania, piec działa,a właściwie dwa, jeden mamy polowy, drugi w domu na miejscu pieca kaflowego,piekłem 2 lata temu cała zimę na polu, no i dojrzałem do domowego ;).

Z lokalizacją miałem problem do póki nie zobaczyłem tego domu sąsiada, widać go od strony tych łąk w kierunku Kopystańki.

A pogórze to magiczna kraina, kiedyś złaziliśmy z namiotem prawie całe, tylko okolice Brzeżawy niespenetrowane, a moja ulubiona górka, to tam gdzie jest cmentarz niemiecki w Makowej, widać ją z kalwaryjskiej drogi(tej kamienistej) i od strony drogi przez łąki Makowa-Leszczany, wygląda prawie jak Toskania.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Zdravko, no właśnie, rydze mają specyficzny smak, nie każdy je lubi, ale w życiu nie pomyślałabym, że dają gotowanym mięsem; ale pewnie inaczej smakują Wam potrawy, skoro nie jecie mięsa i pewnie rydze smakują też inaczej; jak na razie, mam ich dosyć, sos maślaczkowy na tapecie; a po co Ci szczotka do pieca chlebowego? na moim wyposażeniu tylko łapata ze sklejki, szufelka do popiołu i mała kociubka do wygarniania żaru; zimą nie używam pieca, właściwie nie wiem, dlaczego, przecież zimą też można w nim piec; aaa!
skoro od łąk, to rzeczywiście widziałeś dom sąsiada, a nasz jest trochę powyżej, kiedyś nie było go widać z drzew, ale teraz sąsiąd oczyścił działkę i nas widać również; jeszcze powyżej nas też jest jedno domostwo;
ta góra nad Makową to Góra Filipa, byliśmy na tym cmentarzu, rzeczywiście niezwykle urokliwe miejsce, kwitną tam zawilce olbrzymie, i lilie złotogłowy; kiedy chcieliśmy tam dotrzeć pierwszy raz, nikt z tubylców nie potrafił w sklepie powiedzieć nam, gdzie ten cmentarz; a to nie jesteście z Pogórza albo okolicy bliskiej? pozdrawiam.

zdravko pisze...

Szczotka do czyszczenia, po wygarnięciu żaru zwilżoną szczotką (żeby się nie zapaliła, bo miałem i takie przypadki ;) ) czyszczę nią dokładnie, używam i mokrej szmaty na kiju, ale to bardziej do regulowania temperatury spodniej pieca, ale zawsze coś tamta szczotką wygarnę, jakiś piasek czy drobiny cegieł które się zużywają.
Co do zimy to śmiało, tylko trochę wolniej się nagrzewa, już nie pamiętam, ale jak standardowo w jakieś 1,5 godz był gotowy to w zimie ze 2,5 godzin trzeba było.
Jak nie robiłaś pit to polecam, ciasto jak na pizze,tylko trochę grubsze,tak z 0,5 cm,w każdym razie nie więcej niż centymetr i do pieca (tylko jak na prawdziwą, musi być wyrośnięte przed rozciągnięciem ciasta, puchną jak balony, do tego jakiś sos z warzyw czy co tam wolisz, rwiesz o na kawałki i czerpiesz jak łyżką. Z innych zastosowań; w tym roku robiłem pierwszy raz ajwar z papryk opalonych w piecu,jest różnica duża, ma taki karmelowo-dymny zapach.
Mam jeszcze 2 ustrojstwa piecowe, haczyk (pogrzebacz) do manipulacji i taka łopatkę metalową okrągła do pizzy średnicy około 18 cm, musi być mniejsza, żeby dobrze się kręciło nią, aa no i oczywiście łopata do chleba.

Na tym cmentarzu jakoś jeszcze nie byliśmy, zawsze wydaje mi się, że czasu nam zabraknie na powrót, zataczamy zazwyczaj prawie krąg, z Makowej do Huwnik,no i PKS, czy bus, porażką jest, że teraz PKS nie jeździ w niedziele do Ryborycz, bo to zawsze była przyjemna wycieczka niedzielna do Bryliniec, przez te rozległe łąki,siedzimy godzine pod gruszka (koło tych wierzb i jabłoni z jemiołą) i potem grzbietem bukowego lasu, nie tą ścieżką którą wiedzie czerwony szlak, od kiedy wycieli "las baby jagi"(taki -powykręcany) straciła do nas urok .

Mieszkamy w Radymnie, niestety nie na pogórzu, ale jak mamy czas to jeździmy na jednodniowe wycieczki.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Zdravko, powiem szczerze, że człowiek uczy się cały czas, a bardzo dużo pomaga mi internet, ot! chociażby takie doświadczenia jak Twoje; ja tylko wygarniam żar, a chleb kładę bezpośrednio na popiele, którego zawsze tam sporo zostaje, no, ewentualnie na liść kapusty albo chrzanu, potem omiatam i jest dobrze, czasami zgzrytnie odrobina w zębach, ale jakieś makroelementy też muszą być; papryk nie opiekałam nigdy, nie chce mi się potem bawić w obieranie, ale skoro smaczek lepszy, to warto spróbować; cmentarz w postaci szczątkowej, kilka nagrobków z niemieckimi napisami, jest tuż przy drodze na górę Filipa, w krzakach, trzeba w nie wejść; odrobinę pokazałam w tym wpisie:
http://naszepogorze.blogspot.com/2012/05/na-jarmarku-pod-kopcem-sladami.html
To prawda, być zdanym na komunikację publiczną na Pogórzu to wielka niewiadoma, a zwłaszcza w niedzielę;
a skoro znajdujecie chęci i czas, i pokonujecie trudności, żeby choć jeden dzień pobyć na Pogórzu, to jesteście wytrwałymi wędrowcami; pozdrawiam serdecznie.

zdravko pisze...

A nie używasz mokrej szmaty do studzenia pieca ?,Ciężko utrafić w temperaturę, przynajmniej w moim przypadku ;),ona całkiem dobrze czyście piec, ale szczotka to przydatna rzecz.
Z ta papryką to prosta rzecz, wrzuciłem 10 kg na raz, bezpośrednio na żar, spaliła się na czarno i upiekła przy okazji,potem to do wody trzeba wrzucić i łupa praktycznie sama schodzi,gorzej jest jak za bardzo się upiecze, wtedy za miękka jest i się rozwala.

Jeszcze mam pytanie o źródło, gdzieś koło Kopyśna był dwór (chyba) i tam jest źródło, jakoś mam problem z lokalizacją, kiedyś było bezpośrednio przy drodze, ale nie wiem czy o te chodzi,wypływało spod drzewa,ale chyba wyschło, no i nie wiem czy to to właśnie czy jest jeszcze jakieś inne.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Nie, nie używam, poza tym mój piec jest dosyć mały, i mam taki "czujnik" temperatury, żeliwną płytkę wbudowaną tuż u wlotu komina; kiedy nagrzeje się, to znaczy że dość palenia; a poza tym mam już swoją miarę w ilości spalonego drewna, i jeśli sklepienie pieca zbieleje, jest dobrze; spotkaliśmy tylko to źródło przy drodze, Angel się nazywa, ale podłączyli do niego rurę i zabierają wodę do stawów rybnych; jest prawdopodobnie źródło w lesie Grabnik, gdzie kiedyś było "horodyszcze", ale nigdy tam nie trafiliśmy, może z wiosną, kiedy będzie coś widać; pozdrawiam.

zdravko pisze...

Piece chyba mamy podobne, to znaczy komory,bo moje nie są takie ładne ;).
Moje mają jakieś 100x90 i wysokość około 35 cm, ale muszę dołożyć cegły na spodzie żeby ją zmniejszyć.
Co do źródła to w przewodniku pisze, że jest w miejscu po starym dworze, a ono znajduje się poniżej tego grodziska, na mapce wygląda to na miejsce gdzie zółty szlak z kamienistej drogi przechodzi w polna(jest tam zielony szlaban), idąc na kopystańke, są tam dęby ale strasznie to zachwaszczone, a źródło wypływa pod jaworem.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Spód pieca wyłożyłam połówką szamotki, wcześniej był kamień, wydawało nam się, że lity, a on po pierwszym rozpaleniu zaczął strzelac jak granat; nie byliśmy tam, tym bardziej nie szukalismy źródełka, wiem, gdzie te dęby, ale my włóczyliśmy się raczej po wsi, szukaliśmy starych studni, teraz tereny wykupione, w prywatnych rękach, strach wchodzić gdziekolwiek, żeby nie zostać przepędzonym, a prawdę mówiąc, ze dwa lata już nas tam nie było; pozdrawiam.