poniedziałek, 16 lipca 2018

To będzie wiekopomny wpis:-) ...

Bo to pierwszy wpis przesłany z Pogórza:-)


Zdjęcia ładują się wolno, ale mogę zajrzeć do Was, odpowiedzieć na komentarze, no i coś napisać.
U nas leje konkretnie trzeci dzień, chmury zaczepiają brzuchami o wierzchołki drzew, Kopystańki nie widać, a deszcz przysłania widoki.



W tej niesprzyjającej aurze moje ogórki, niestety, poległy prawie z dnia na dzień ... a tak się cieszyłam na dobre zbiory. Nic nie pomaga, ani kropienie nastawem z pokrzyw, a ni drożdżami, ani mlekiem ... wszystko zawiodło. Jest to naprawdę frustrujące, tyle dbania, zachodu, daszki z agrowłókniny, tyle radości , kiedy ładnie zaczęło rosnąć, pierwsze zbiory ... i wszystko na nic. Czyżby pozostawała tylko chemia?



A teraz ciekawostka, moja doświadczalna grządka "permakulturalna", jak mawia moja siostra:-)
Ogórki bez śladu zarazy, dorodne, nawet w sąsiedztwie pomidorów, z którymi ponoć się nie lubią.
Powsadzałam tutaj resztki rozsad, które nie zmieściły mi się na grządkach na działce, ot! tak! co wyrośnie, to będzie!



Jeśli rośliny przetrwają w dobrej kondycji, zbuduję na jesień kolejne wały, przekładańce czy jak je zwał, właśnie pod amatorską uprawę ogórków. Bo własne są najpyszniejsze, mizeria, kiszone, a nawet chrupie się je same. Macie jakieś dobre doświadczenia w tym względzie? chodzi mi konkretnie o ogórki, bo już przeżyłam tyle uniesień, a za nimi tyle zawodów, że szkoda gadać:-)


Kończę, bo muszę zdążyć przed następną czarną chmurą. Zaraz przerwie mi się połączenie:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, pa!

środa, 11 lipca 2018

Zamiast lepienia garnków - Julin ...


W niedzielę, w Medyni Głogowskiej odbywał się jarmark sztuki garncarskiej.
Już w zeszłym roku obiecałam sobie, że to ostatni raz, bo mieliśmy sobie dokupić gliniane koguciki do chatki. Więcej tu nie przyjedziemy.
No i skusił nas diabeł, i pojechaliśmy po południu ... mnóstwo ludzi, nagłośnienie takie, że w mózgu dudni, ani słowa zamienić. Mąż zjadł pajdę chleba z ogórkiem, ja z tatarskich potraw - czeburieka, kupiliśmy chlebek, obeszliśmy stragany i nawrotka do domu.
Ha! i zostałam napomniana z uśmiechem ... żadnych skorup i koszyków:-)
Nie zrobiłam ani jednego zdjęcia i tym razem to już chyba ostatni raz byliśmy u garncarzy.
Po drodze przypomniało mi się, że Krystynka-Pellegrina z "Mojej chatty skraja" ... opisywała kiedyś to miejsce, pokazywała zdjęcia ... I rzeczywiście, był drogowskaz - Julin Pałac Myśliwski 6km.
Jeszcze w drodze spotkała nas śmieszna przygoda z gps, bo stale wpisywałam Julinek, no i wyświetlało mi trasę w okolice Warszawy. Dopiero gdy zobaczyłam drogowskaz, uprzytomniłam sobie, że przecież źle wpisywałam nazwę:-)
Do celu wiodła nas niezwykła aleja ...


Sympatyczny parking, ludzie na rowerach, wiodą tędy szlaki turystyczne. Wejściówka 1zł.
Na prawo od wejścia urokliwy budynek, tam mąż uiścił wejściówkę.


Rozległy plac ze starymi dębami, lipami, licha trawa ... jak może być inaczej, skoro tu same piaski.



Sam pałacyk myśliwski w drewnie. Ozdobiony balkonami, wspartymi na ozdobnościach, takież okna, słupy ... szyby w oknach stare. Kiedy spojrzałam pod kątem, widać było zafalowania, drobne pęcherzyki powietrza, inne niedoskonałości ... stare szyby mają charakter:-)


Pałacyk myśliwski został zbudowany w 1880 roku dla Romana Potockiego z bali jodły, sosny i świerku w stylu tyrolsko-szwajcarskim. Więcej można poczytać tutaj ...
Chodziliśmy sobie dookoła budynku, gdzieś tam na ławeczkach odpoczywali pojedynczy turyści, a my zachwycaliśmy się detalami ...




- Zobacz, skrobaczka do butów! kiedyś były przy każdym wejściu! -



A tu przez zamknięte okno zerknęliśmy do środka sieni ... parkiet, schody wiodące z holu w obie strony, nad nimi herb rodu Potockich - Pilawa ...


Właściciele spędzali tutaj sierpień, do południa polowanie, wieczorem bale. W jednym z okien zarysy kominka z ozdobnych kafli, zdjęcia nie sposób zrobić przez szybę z ukosa ...
Po wojnie właściciele zmieniali się jak w kalejdoskopie, m.in. był tu ośrodek sportu i turystyki ...


Pusty, zniszczony basen ... mąż obejrzał się dookoła ... Wiesz co, ja tu byłem, przywieźli nas tu kiedyś na treningi. Zawsze w klasie sportowej, od podstawówki, włóczyli ich po różnych zgrupowaniach po całej Polsce, a było to bardzo dawno:-)


- Zobacz, jakie umywalnie kiedyś były na koloniach, obozach, jakoś nikt nie zachorował! - wyczułam nutkę tęsknoty za minionym:-)
Tuż przy wyjściu, pod stareńkim dębem znaleźliśmy borowika.
- Hej, macie tu prawdziwka! - krzyknął mąż do stróża.
- E! Jemu to można tylko zdjęcie zrobić, na pewno robaczywy jak i wszystkie! -
Więc zrobiłam mu zdjęcie ku pamięci, okaz jak się patrzy:-)


Wiecie, co jest najbardziej smutne w tym wszystkim?
Że obiekt jest pustostanem oczekującym na remont, że nie ma funduszy. Dobrze, że jest stróż, który pilnuje i nie pozwala, aby dewastowano pozostawione dobra. Przy budzie pies, który naszczekuje, aby zwrócono na niego uwagę.
Jeszcze kapliczka przy stadninie koni ...


Tu można poczytać o jej historii.
Przy okazji, na tych piaskach znalazłam ciekawe roślinki, niebiesko kwitnące, drobniutkie cudeńka ...




To jasieniec piaskowy, z dzwonkowatych. A już jak jechaliśmy obwodnicą Leżajska, na skarpach drogi rosły całe kępy jasieńca, dla mnie to niezwykły widok.
A co na Pogórzu?
Przebudowują nam przejazd na Wiarze ...






Przy niskich stanach woda będzie płynąć przez otwory betonowych nakładek, a jak wysoka - to wierzchem ... a jak będzie niosła konary, tafle lodowe, całe drzewa? Woda jest nieobliczalna jak każdy żywioł, zobaczymy w praniu:-)



Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję, że zaglądacie, zostawiacie ślad, bywajcie w zdrowiu, pa!


czwartek, 5 lipca 2018

Nawet zwykły koper może być niezwykle fotogeniczny:-) ... doliną Jamninki ...

Zajrzałam na grządki w pewien wyjątkowo rześki, wczesny poranek.
W te pędy pobiegłam szybko po aparat ...





Bardzo często robimy sobie małą przerwę w sobotnich zajęciach i zjeżdżamy w dolinę. Najpierw do sklepiku po jakieś drobne zakupy, a potem zataczamy koło ... kierunek Arłamów, kawałek puszczą karpacką i powrót doliną Jamninki ... czasami jest słonecznie, czasami w mgłach i deszczu, ale zawsze bardzo klimatycznie. Zresztą nie raz dawałam temu wyraz w kolejnych wpisach:-)




Tuż przed Trójcą, nad brzegiem bystrej Jamninki coś zwróciło moją uwagę ... cofnij troszeczkę, cofnij! Jest, jest, jak wyrosła, a jeszcze nie tak dawno to były maleńkie krzewinki ...


To września pobrzeżna, trafiliśmy akuratnie na jej kwitnienie ...



To ciekawostka botaniczna, rzadko można ją zobaczyć, raczej na żwirowiskach zalewowych rzek i potoków, krzewinka z tamaryszkowatych, z wyglądu przypomina trochę tuje:-)



Nieco dalej, za mostkiem gdzie Jamninka przeskakuje drogę i zmierza wprost do Wiaru - kapliczka, ostatni świadek po wsi ...


W ostatnią niedzielę zdarzyła nam się wycieczka do Krzeczkowej, ot! tak się trochę przespacerować, rozruszać po zastoju chorobowym, do kaplicy-krypty dr Węgłowskiego ...


Teraz jest zielono, inaczej niż w zimie, kamienie pokrywają puszyste paprocie, a pod stopami białe płytki podłogowe kaplicy, czego poprzednim razem nie było widać pod warstwą śniegu ...



Zeszliśmy jeszcze nad brzeg śródleśnego zbiornika wodnego ...


... a na brzegu niespodzianka: grzyby, przede wszystkim kozaki. Z kurtki zrobiłam pojemnik i zbieraliśmy, zbieraliśmy ... eh! ta pazerność na grzyby!





Już w chatce przesypałam cały plon do koszyka, no sporo ...


I co z tego? Przy czyszczeniu okazało się, że tylko garstka ostała się, a reszta poszła na zaszczepienie gleby, razem z proteinkami:-) Zresztą co tu daleko szukać, po tych deszczach grzyby rosły wokół chatki ... no, jak grzyby po deszczu:-)




Powoli zaczyna się sezon ogórkowy, niesprzyjająca, zimna pogoda przystopowała trochę plonowanie. Dzikie czereśnie obrodziły nad podziw, sama chodzę często na małe obżarstwo, bo to są dopiero smaki dzieciństwa, małe kropelki soku, zamknięte w skórce, pachnące i słodkie, niech się chowają te mutanty, wielkie, bezsmakowe ... nawet Amik z Mimą smakują w spadłych owockach, chrupiąc je z pestkami:-)


Patrzymy na "zapotoczne" łąki, wychodzą łanie ze swoim przychówkiem, ostatnio nawet przebiegała nam drogę z małym na początku zabudowań Birczy. Wiele śmiechu dostarczyły nam obserwacje rodziny gąsiorków ... rodzeństwo usiadło na gałązce rzędem, puszyste i przytulone do siebie, bo było wtedy zimno, jeden rodzic pilnował, odpędzał nawet dzięcioła z drzewa, a drugi donosił jedzenie, pewnie tak na zmianę.
Inne obserwacje też dotyczyły tego samego ptaka, gąsiorka. Zasiadł tuż przed wlotem do gniazda os i polował ... wyobrażacie sobie, że w locie łapał osy, zjadał jak gdyby nigdy nic, nie bojąc się użądlenia ... pewnie tak też traktuje nasze pszczoły:-)
A właśnie, pszczoły ...


Widzicie te zabudowane doły na ramce?
Starzy pszczelarze mówią, żeby nie wycinać ich zbyt szybko, bo tam, w tych trutowych komórkach  zagnieżdża się warroza, roztocza, które powodują tę chorobę u pszczół. Te komórki są troszeczkę większe niż w plastrze, varroa destructor je lubi i później wycinane i niszczone są razem ze szkodnikiem. Takie naturalne metody:-)


To jest pyłek, którego trochę pozyskał pszczelarz od pszczół, pozyskał, pozyskał, zabrał raczej:-) a to tylko dlatego, że na wiosnę dostaną go z powrotem w postaci tzw. ciasta, na dokarmienie.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuje za odwiedziny, dobrego wypoczynku na wakacjach życzę, pa!