czwartek, 26 marca 2020

W trzecim tygodniu ...

... wychynęliśmy z naszego akwarium na świat, który nie był już taki sam, i już chyba nie będzie.
Dlaczego z akwarium?


Tak już pozostało z poprzednich lat, że kiedy pokazuję akwarium, czyli temat zastępczy, to znaczy że męczy mnie choroba i muszę zostać w domu:-)


Dopadła nas ciężka grypa, takiej jeszcze nie doświadczyliśmy. Kiedy spojrzałam w lustro, popatrzyła na mnie blada twarz o podkrążonych oczach, zapadniętych policzkach, a pieczołowicie wyhodowana oponka gdzieś zniknęła, Powoli wracamy do świata żywych, najgorszy jest brak sił, ani czytać, ani pisać, ani chodzić gdzieś dalej, wybaczcie moją nieobecność na Waszych blogach.


O wędrówkach na razie można pomarzyć, co najwyżej pogrzać w słońcu stare kości na ławeczce przy ciepłej ścianie chatki.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za przyjazną obecność, pozostawione słowa, zdrowia przede wszystkim życzę i dużo optymizmu, wszystkiego dobrego, pa!

poniedziałek, 9 marca 2020

Po drugiej stronie Makówki ...

Gdyby tak spojrzeć z góry na dopływy naszego potoku, to układają się jak unerwienie liścia. Zazwyczaj niezbyt długie, nawet nie kręte, wypływają ze zboczy wzniesień na zalesionym terenie, płyną głębokimi jarami, wpadają do Gruszowskiego, a z nim do Wiaru.
Najbliżej nam do Makówki, potoku, którego to nazwa kojarzy się z położoną poniżej Makową, to najdalej do niego docieraliśmy lasem, szukając rydzów czy borowików nad samym brzegiem.
Kiedyś poszukałam jego źródeł ... odgrzebałam zasypany listowiem i zmurszałymi gałęziami wypływ wody z gliniastej ściany, popłynęła krystaliczna woda ...


Tak sobie pomyśleliśmy sobotnim rankiem, że tym razem przeszukamy las za Makówką, nigdy tam nie byliśmy, zrobimy kółko i wrócimy do chatki. Ranek obudził się prześliczny, zanim słońce dotknęło promieniami łąk za potokiem, ptactwo urządziło sobie niezły koncert. Trochę słuchałam ich, jak wyniosłam psie miski, zmarzłam jednak na tarasie, więc uchyliłam okna.


Wyraźnie widać szybko przesuwającą się granicę światła i cienia, tak samo w kierunku Kopystańki.


Słońce długo nie świeciło, już widać zbierające się chmury na niebie, ale co nam to przeszkadzało?
Będziemy blisko chatki, nawet jak przyjdzie deszcz, to wrócimy do ciepłego pieca. Jakoś ostatnio nie chce nam się ruszać dalej autem, więc penetrujemy najbliższe okolice, jakże ciekawe.
Znowu wcześniej zebraliśmy się na wędrówkę, wyszliśmy na drogę sąsiednim polem, żeby oszukać psy, bo wypatrywały z okna:-) a przekroczywszy drogę, poszliśmy łąkami na południe.
Czasami warto odwrócić się za siebie ...


Jeszcze widać sąsiedzkie gospodarstwo, nasza chatka skryła się poniżej, a w oddali okazała królowa Pogórza. Kluczyliśmy różnymi zagajnikami, jedne bardziej zarośnięte, inne przetrzebione, ale generalnie bardzo mokro, z ziemi każdym porem sączyła się woda, gdzieś wyżej wybijały okresowe źródełka, które potem wyschną. Przed nami otworzył się widok na kalwaryjskie wzgórze ...


W miejscu, które mieszkańcy nazywają Dwa Lasy, skręciliśmy na zachód miedzy stare drzewa. Zapachniało zbutwiałymi liśćmi, wilczomlecze wypuściły młode odrosty, gdzieś zaniebieszczyły miodunki i cebulice, a jaskrawą żółcią zaświecił podbiał i jakiś dziwny grzyb ...





Schodziliśmy lasem coraz niżej i niżej, mnóstwo leżących połamanych drzew, pni i gałęzi, których nikt tu nie sprząta, niby blisko wsi, a dziko ...


Miedzy drzewami otworzył się kolejny widok, tym razem na Makową ...


Wyszliśmy na otwartą przestrzeń, jakby wypłaszczenie, jeszcze niedawno rosły tu krzaki, ale teren został uporządkowany, krzaki wycięte, tym samym można bardzo miło posiedzieć w słońcu. Nie schodziliśmy do samej wsi, ale znowu łąkami zakrążyliśmy nad stromy brzeg potoku ... z widokami ...




... potem znowu wyżej, w miejsce, gdzie jakby osuwała się ziemia.
Znowu wszędzie ciurkały strumyczki wody wypływające nie wiadomo skąd, teren grząski, dziurawy, jakby aktywny, że można osunąć się razem z nim ...



Znowu weszliśmy w las, kolczaste drapaczyska łapały nas za nogi, sznurowadła od butów, kolczaste zarośla broniły dostępu, ciężko się szło ... czasami w krzakach zaróżowił się rozkwitły wawrzynek wilczełyko ...


Z doliny słychać było szum płynącej wody, może po kaskadach z kamieni, może po pniach drzew, ale słychać było wyraźnie ... to miejsce nazywają Popowa Dolina, kiedyś, kiedy szukaliśmy ziemi do kupienia, proponowano nam tutaj pole:-)


Zanim dotarliśmy od południa nad brzeg Makówki, drogę przegrodził nam jeszcze jeden głęboki jar, którego nie znaliśmy. Nad brzegiem całe łany przebiśniegów, nieśmiałe przylaszczki ...




... dnem płynęła, i owszem, woda, ale pełno białego, drobnego rumoszu wapiennego.
A kiedy przyszliśmy nad brzeg Makówki, zapomnieliśmy się ... gdzie nasz rydzowy las? jedno wielkie pobojowisko, ogromne pniaki po wyciętych olbrzymach, stosy gałęzi, plątanina, że nie można przejść, to strasznie przygnębiające ... to zbrodnia na naturze, czy ktoś odpowie za ten rabunek? ... dlatego widzę światła z Makowej, nie ma drzew ...
Bardzo zmęczeni wróciliśmy do chatki, niby niedaleko, ale ciężko się chodziło ... ogromnie się sterało Dziadostwo wędrówką:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, dobre słowo, przede wszystkim zdrowia życzę, pa!

sobota, 29 lutego 2020

W ostatni dzień na Horodżennem za tropami wilków ...

Mamy dziś ostatni dzień lutego.
Wczoraj przez cały dzień sypał mokry śnieg.
Te wielkie płaty nazywam pierzem trzepanym z boskich piernatów, kiedy anieli sprzątają niebo:-)
Pocukrzone góry, sosny i jodły w bieli jak za dobrej zimy, a kiedy wyszłam zrobić zdjęcie Kanasinowi i Kopystańce, pośliznęłam się w kroksach i wylądowałam jak długa na skarpie.
Aparat wypadł mi z rąk, oblepił go śnieg, a mnie aż strzeliło w karku i obiłam solidnie tyłek.
No, i jak to niewiele trzeba, żeby zrobić sobie krzywdę ... ale zdjęcia są:-)



Białe przebiśniegi pod śniegową pierzynką, no i udało mi się w końcu ustrzelić kwitnący wawrzynek na tle śniegu ...



Pod wieczór wyszło odrobinę słońce, a sam zachód był przymglony, bo już nowe chmury zbierały się nad horyzontem. Zresztą w nocy cichcem dosypało znowu, ale potem widać było gwiazdy, to znaczyło że sobota będzie słoneczna ...



I tak się stało.
Ponieważ jesteśmy ranne ptaszki, to zdążyliśmy przywitać wschodzące słońce, a także ugotować wielki gar fasolki po bretońsku. Dwa stopnie na minusie zmroziło mokry śnieg, a my po 8 już poszliśmy na Horodżenne, na "zapotoczne" łąki, póki twardo pod nogą.


O! teraz to już prawdziwe Horodżenne, czyli "zagrodzone, ogrodzone, jak tłumaczył tę nazwę pan Wojciech Krukar. Oprócz pastwiskowego ogrodzenia z żerdzi wejścia na łąki broni siatka. Trzeba krzakami przedrzeć się za głęboki jar, aby dalej swobodnie wędrować. Nie dziwię się, że właścicielka ziemi broni swojej własności przed rozjeżdżaniem jej przez myśliwych czy osoby postronne.


Najpierw przeszliśmy obok domu naszych sąsiadów, tych "wyjechanych", potem trzeba było pokonać bystry potok Gruszowski. Miałam obawy, po ostatnich opadach więcej wody, ale rozrzucone w jego korycie kamienie pozwoliły przeskoczyć na drugi brzeg ...


O, matko, jak się spociłam w zaciszu tej doliny, wiatru nie było, słonce przygrzewało, od śniegu promieniowało, ale kiedy wyszliśmy ponad, powiało i już było lżej.


Odwracając się za siebie, patrzyliśmy na stok, gdzie rozrzucone są pojedyncze domy, między innymi nasza chatka.


Tuż obok biegnie trasa gazociągu wysokociśnieniowego, którego budowa zakończyła się niedawno.
Woda znalazła sobie nowe ujście i źródło bije z ziemi, rozlewając się szeroką kałużą ...



Doszliśmy do drogi, która prowadzi do Rybotycz, do śladów w koleinach dołączyły wilcze tropy.
Świeżutkie, jeszcze ciepłe ... szło ich tu kilka, potem dołączyły z boku inne ... zdeptany w jednym miejscu śnieg, potem znowu rozdzieliły się ...


W takim miejscu można patrzeć dookoła i patrzeć, na wszystkie cztery strony świata ...


... i jeszcze telefon do naszego kolegi Adama, bo dowiedzieliśmy się, że "bobrują" z drugim Adamem gdzieś na Pogórzu Strzyżowskim:-)


Znowu odbiliśmy z tej drogi z powrotem w nasza dolinę ...


Wilcze tropy towarzyszyły nam przez cały czas, ba! nawet mieliśmy świadomość, że być może zza krzaków śledzą nas ich oczy. Jak dla mnie wilki są do przyjęcia, gorzej, gdyby to były oczy niedźwiedzia:-)
Z samego wzgórza odsłonił się ładny widok na Kopystańkę, tam też pójdziemy w najbliższym czasie ...

... a w druga stronę z powrotem nasza wioseczka ...


Wilcze tropy weszły do zagajnika, a my łąkami, omijając miejsce, gdzie jest wysoka skarpa i malutki lokalny wodospadzik znowu przeskoczyliśmy potok. Z jego ścian sączyła się woda, leżały trawertynowe odłamki skał, osadzające się z kapiącej wody, a wyglądały jak zrzeszotniałe, stare kości ...



A wokół dzikość, zwierzęce ścieżki, przewalone drzewa jak w dżungli ...


Blisko nas, w oddali widać dom sąsiadów, który pokazałam na początku.
Zrobiliśmy pętlę, niezbyt daleką, zeszło nam ze dwie godziny, ale w tym urozmaiconym terenie zmęczyliśmy się trochę, na koniec zrobiło się mokro, buty przemokły, dobrze, że nie oblepione gliną.
Są już u Was bociany?
U nas są:-)





To są bociany całoroczne:-) ... z przytuliska ADA w Przemyślu.


Moja papryka, od lewej czereśniowa, pośrodku ostra Cyklon, i z prawej cayenne, ostra jak piekło.
Kilka sadzonek słodkiej kupię na zielonym rynku, aby kilka do kanapek było na bieżąco, bo u nas papryka nie udaje się, jest jej chyba za chłodno.
W przyszłym tygodniu wysieję pomidory.
Miałam wyjść na skraj lasu i naciąć leszczynowych odrostów na płotki, ale rozhulało się wietrzysko, zatem odpoczywamy:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, dobre słowo, wszystkiego dobrego, pa!