czwartek, 21 marca 2019

Jeden ciepły dzień ... potyczki z Roztoczem ...

Ostatnio pogoda bardzo dynamiczna.
Pod koniec tygodnia jeszcze bardzo wiało, niebo zmieniało się jak w kalejdoskopie, ale przyznam, wtedy wychodzą najładniejsze zdjęcia.




Wichura złamała znowu jedną śliwę w sadzie, poprzewracała ule, ale te stare, na szczęście nie zasiedlone przez pszczoły, a na tarasie zwaliła do środka ściankę z ułożonych polan. Ależ to siła, a zdawać by się mogło, że nie stanowią jakiejś solidnej przeszkody, a prześwity między polanami pozwolą wiatrom wiuchnąć i polecieć dalej.
Ogaciłam się na wiatry w solidną odzież, żeby mnie nie przewiało i poszłam na grządki, bo już daje znać o sobie "zew ziemi". Posiałam zielony groszek, a także szczypiorek, ten drobniutki, bo siedmiolatkę mam. Pogrzebałam w ziemi, zmarzłam i już byłam szczęśliwsza:-)



Posadziłam w trawie trochę cebulek krokusów, tak bliżej chatki i przy ścieżce i cały czas mam wrażenie, że są tu obce, zwłaszcza kiedy pojawią się łany zawilców i pierwiosnków. Ale to przez tęsknotę do czegoś kolorowego po zimie, do tych pierwszych kwiatków, zanim pojawią się dywany roślin rodzimych.



Po zimnych dniach niedziela była błoga, cieplutka, a pszczoły już od rana rozpoczęły pracowicie poszukiwać wiosennych pożytków. Leszczyna już przekwitła, a właściwie obmarzły jej pyłkodajne "robaczki", na szczęście kwitną wierzby, podbiały. Ruch przy ulach wielki, wielkie brzęczenie, lepiej wtedy nie zbliżać się za bardzo. "Ciasto" na zakarmienie pszczół już przygotowane, teraz czekamy na następny ciepły dzień, żeby zrobić przegląd uli i podać im jedzenie, z pyłkiem, miodem, z dodatkiem octu jabłkowego i leku na problemy jelitowe. Pszczoły ładnie przezimowały, rodziny są zdrowe, liczne, co nas niezmiernie cieszy, bo mąż wkłada w pasiekę wiele serca i pracy.


W niedziele po południu udało nam się jeszcze pojechać na Roztocze, do Hamerni na Czartowe Pole.
Niezwykły to rezerwat, z kolejnymi skalnymi kaskadami na rzece Sopot. Ścieżka przyrodnicza prowadzi drewnianymi pomostami, schodami, poręcze z okorowanych żerdzi bardzo tu pasują, nie rażąc obcością w krajobrazie. Ściemniały, wtopiły się w naturę ... nie wyobrażam sobie, żeby ktoś wpadł na diabelski pomysł i zamontował tu metalowe, błyszczące elementy:-)





Ależ ta woda szoruje korytem, jaki tam szum, trzeba mówić do siebie głośno, bo hałas naprawdę solidny. Wichura i tutaj poczyniła szkody, przez koryto przewalone pnie świeżo wyłamanych drzew, inne stare już porośnięte mchem, wrośnięta w krajobraz.
Przez jeden pień ludzie zrobili sobie przejście na drugą stronę Sopotu, ale myślę, że to w czasie zimy, teraz nie odważyłabym się przejść tędy nad wodą:-)





Wilgotny teren porastają mchy i paprocie, niektóre rosną na ziemi, niektóre wyszły aż na pień drzew. Próbowaliśmy z mężem podejrzeć, jak trzymają się siewki paproci na pniu, może tylko leciutko razem z mchem, ale nie, są mocno zakorzenione w korze ...



Dodatkowej tajemniczości dodają Czartowemu Polu ruiny papierni Zamoyskich, którą zniszczyły w XIX wieku dwie powodzie i pożar, a sama nazwa pochodzi od legendy, mówiącej o tej niezwykłej dolinie Sopotu, że "jeno czarci tu hasali".



Nurt rzeczny rozdziela się na kilka strumyków, bystro przeciskających się przez skalne przeszkody, zawalone kamienne ściany.


Po drugiej stronie doliny widok jak z pierwotnej puszczy, a kiedy wszystko zazieleni się, porośnie pnączami, powstanie wilgotna dżungla nie do przebycia. I dobrze, bo tutaj chodzimy tylko wyznaczonymi ścieżkami ... ale można i dalej, prowadzą szlaki turystyczne dla wędrowców, spragnionych dalszych wrażeń i wielu kilometrów w nogach.


Jak pisałam wcześniej, hałas, dosłownie huk spadającej wody ze skalnych "porohów" jest tak wielki, że wędrujący ludzie wcale nie przeszkadzają odpoczywającym na kamiennej płycie kaczkom, one po prostu ich nie słyszą:-)


Ciepła niedziela wyciągnęła ludzi z domów,
Jedni przyjechali na rowery, inni wędrowali z kijkami, jeszcze inni odpoczywali przy ogniskach czy grillu, przygotowanych dla turystów przy parkingu. Ławy i stoły pozwoliły przysiąść, rozłożyć wiktuały, mijaliśmy wiele przydrożnych miejsc doskonale zorganizowanych, przygotowanych na potrzeby turystów. Zawsze to miło zatrzymać się w czystym miejscu, jest gdzie usiąść, nawet poleżeć ... my pędziliśmy prosto do domu, bo słońce już zachodziło.
Za to na roztoczańskich polach zobaczyliśmy pierwsze bociany, a jednego w gnieździe:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pa!

niedziela, 17 marca 2019

Trochę zimy, trochę wiosny ... wyprawa na kosmate piękności ...

Nasze wyjazdy są bardzo spontaniczne.
Środek tygodnia, troszkę mniej zajęć i szybki wyjazd, mimo, że prognozy niezbyt optymistyczne.
Zimno, trochę deszczu, parę godzin przed południem bez opadów jak pokazują prognozy, może uda nam się wstrzelić w ten czas.
O szarej godzinie świtu siąpiło, przestawało, dalej siąpiło, ale jak wjechaliśmy w Beskid Niski, a zwłaszcza na Przełęcz Radoszycką, wszelki optymizm uszedł z nas jak z przekłutego balonu.
Pewnie jedziemy na darmo, śnieg przykrył wszystko, co chcemy zobaczyć, a od niedzieli ma być ciepło, wyrwaliśmy się jak Filip z konopi ...



Ale im niżej zjeżdżaliśmy  na słowacką stronę, tym przyjaźniejsze stawały się widoki i już wiedzieliśmy, że nie będzie tak źle.  Co prawda, Vihorlat z daleka bielił na szczytach, ale my będziemy na jego niższej odnodze i chyba śniegu nie powinno być.
Do rezerwatu "Humensky Sokol" jedzie się przez bardzo przygnębiającą dzielnicę cygańską Podskałka.
U wejścia na ścieżkę przyrodniczą parking, a ponieważ to środek tygodnia, dzień pracy, to byliśmy sami. Wiosny za bardzo nie było widać, nisko kwitły tylko niebiesko nieliczne cebulice a zieleń to mchy i bluszcz, zwisający ze stromych ścian skalnych.


Nieśmiało wyjrzało słońce, za to południowy wiatr huczał w nagich gałęziach gdzieś wysoko.
Wspinaliśmy się powoli na stromy stok, zakosami ścieżki zdobywając kolejne metry wysokości.


Ławki pozwoliły przysiadać tu i ówdzie ... podziwialiśmy potężne pnie dębów omszonych, które tutaj mają swoją zachodnią granicę zasięgu, gdzieniegdzie żółciutkie pączki dereni, jeszcze nie rozkwitłe.


W tym huczącym wietrze usłyszeliśmy nagle klangor żurawi ... leciały niesione sprzyjającym wiatrem potężne klucze ... jeden, drugi, gdzieś nad równiną za Humennem powitalny krzyk, stada chyba połączyły się. Za chwile następne, i następne ... jesienią odlatujące ptaki wywołują u mnie bezbrzeżny smutek, czasami aż ściska gardło, ale wiosną ... o! to sama radość z ich powrotów, szybsze bicie serca:-)

Siedzieliśmy sobie na ławeczce, grzejąc w słońcu twarze, gdzieś w dole naszczekiwał pies, a w górze odgrywała się powietrzna bitwa. Krążył drapieżca, a inny mniejszy ptak, też z zakrzywionym dziobem atakował, wręcz odpędzał tego większego ... jakby od swego siedliska ... przenikliwy krzyk i atak, zakotłowało się i poszybowały dalej. Za chwilę powrót jednego z nich, szybki jak błyskawica atak drugiego ... można tak siedzieć, i patrzeć, i patrzeć, i słuchać ...


Przyjechaliśmy tutaj, żeby zobaczyć kwitnącą sasankę w naturze. Gdzieś przy ścieżce pierzaste, kiełkujące sadzonki ... i nic. Chyba nie umiem patrzeć, nie widzę nigdzie kwiatków ... to nic, okoliczności przyrody wynagradzają nam ten brak:-)


Osiągnęliśmy szczyt góry, przed nami potężne kamienie, głazowiska, które wyglądają jak ruiny starego zamczyska ... paprocie, wyrastające ze ścian, skalne studnie, skąd wyrastają potężne buki, a ich koron można dosięgnąć ręką ... mam słabość do kamieni, skał, bardzo podobają mi się takie miejsca, a tym byłam zauroczona.


Przed nami niespodziewana przeszkoda, skalną stromiznę pomaga pokonać łańcuch ... a sasanek dalej ani śladu ...



Dopiero na południowym skłonie, wśród naturalnego jakby skalniaka mignęło mi coś kolorowego ... jest, jest pierwszy kwiatek ... poniżej jeszcze jeden ... mąż poszedł dalej, a ja drapię się po tym stromym zboczu, żeby chociaż ze dwa zdjęcia pstryknąć, bo może więcej nie będzie mi dane.


I nagle słyszę głos: - Chodź tu, chodź, coś zobaczysz!


Są, rosną małymi grupkami, niektóre prawie na gołym kamieniu, jedne w pełni kwitnienia, inne dopiero wychodzą z ziemi, zresztą zobaczcie sami ...






W oddali, na sąsiednim paśmie górskim widnieją okazałe ruiny zamku Jesenov, gdzieś dalej rozłożył się zamek Brekov ... dla nich samych warto tu jeszcze kiedyś przyjechać.


Ścieżka poprowadziła niżej, tym samym skończyły się sasanki. Szliśmy po kolana w szeleszczących liściach, które nawiał wiatr, kolejne znaki doprowadziły nas do jaskini Dupna.




Znak na drzewie kazał wrócić z powrotem, ale nam zachciało się pójść ścieżką na prawo.
Obeszliśmy masyw dołem i wspięliśmy się ponownie na grzbiet góry, niestety, znaków już nie było, tylko coś czerwonego, zamazanego na drzewach i widoczna ścieżka miedzy drzewami, a wokół ścieliły się łany barwinka.


Poszliśmy nią, szło się bardzo przyjemnie, ale coraz bardziej oddalaliśmy się od naszego miejsca postoju, jeszcze trochę, a dojdziemy na Węgry:-)


Trzeba szukać miejsca na zejście do drogi ... w miarę łagodnym stokiem schodziliśmy coraz niżej i niżej, w lesie mnóstwo powalonych drzew, oglądałam się tylko, czy jakiś miś nie obudził się z zimowego snu:-) ... bo ja to okropna panikara jestem ... pogoda psuła się, zaczęło z lekka kropić.


Wreszcie osiągnęliśmy dno doliny, okropnie błotnistej, wyszliśmy na łąki, ale drogę przegrodził nam solidny potok. Wzdłuż niego doszliśmy do jakiegoś mostka, już droga i tylko kawałek do parkingu.


Miałam szczery zamiar pojechać na Gazdoran, żeby ciemiernika purpurowego zobaczyć, ale znad Vihorlatu szły opady, świat znikał w szarej zasłonie, to i my zabraliśmy się prosto do domu, choć wyjazdowe plany były bardzo ambitne. Jeszcze cerkiewki, kamieniołom trawertynowy , no i te ciemierniki ... ale nic to, coś trzeba zostawić na następny raz.


Za to zebrałam sobie puszyste nasionka powojnika prostego, już są posiane w doniczce, zobaczymy, co nam z tego wyjdzie:-)
Przed chwilą zadzwoniła Bylinowa Ania, parking u wejścia na szlak pełen samochodów, niedziela, zrobiło się wreszcie ciepło, więc naród ruszył na łono natury:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!