Tak wyglądała droga do nas, kiedy zjeżdżaliśmy w dół.
Oziębiało się gwałtownie, z zachodu nadciągały ołowiane chmury i robiło się coraz ciemniej.
Miałam zamiar zebrać pozostałe plony z działki, spadłe jabłka, może jakieś orzechy, jeśli będą, ale zaczynało siąpić, pozostało mi tylko złapać za aparat i zrobić kilka zdjęć, bo jutro też może lać. Drzewa, las, góry, łąka ciągle te same, zmieniają się tylko kolory i to chciałam uchwycić ...
Przy naszej drodze, na grzbiecie wzgórza, stoją już trzy puste domy. Jeden ktoś kupił i nikt tam nie przyjeżdża, już chyli się jedną stroną, w następnym nowy właściciel ma kłopoty z prawem budowlanym, coś mu nie chcą udzielić zgody na zmianę użytkowania, a trzeci ma nieustalony stan prawny, spadkobierców i los jego niepewny. Za każdym razem bolejemy nad tymi domami, piękne położenie, widoki jak z bajki, a za chwilkę może ich nie być, znaliśmy wszystkich, poprzednich mieszkańców ...
Okna tych domów patrzą przed siebie, poprzez dolinę Wiaru, na drugą stronę. Przy jednym z nich, mimo, że długo już nie ma gospodarza, w uschłych gałęziach sosny coś zaczerwieniło ...
Róża przetrwała, ładnych kilka lat ... rośnie i kwitnie sama-sobie ...
Wieczorem zostawiliśmy psy w ciepłej chatce, a sami pojechaliśmy do Przemyśla na koncert SDM-u, spóźnili się, tłumacząc to robotami drogowymi ...
Chyba zestarzeliśmy się już zupełnie, nie przemawia do nas nowy repertuar, króluje blues, do słów Bogdana Loebla, który pisał dla Brekautów, Nalepy, brak nostalgicznej nutki, balladowych rytmów o górach, wędrówkach, aniołach ...
Chcieliśmy kupić ich nową płytę, ale byliśmy nieprzekonani, co do tych utworów, może jeszcze nie osłuchaliśmy się z tymi nowościami, 11 listopada grają w Cisnej i chyba zrezygnujemy z wyjazdu. Ale to jest tylko i wyłącznie nasz odbiór, może oni rozwijają się, jakieś nowatorskie granie. Gładko przełknęliśmy Rybowicza, ich płytki Tabletki ze słów, potem Jednoczas, ale nie jesteśmy przygotowani zupełnie na bluesowe granie SDM-u.
Pewnie poczekamy na coś nowego, może wrócą kiedyś do korzeni, nie mnie krytykować, bo zupełnie nie znam się na muzyce, ale albo coś wpada w ucho albo nie.
I rozlało się na całego, w nocy bębnienie deszczu o dach budziło mnie kilkakrotnie, psy chciały wyjść, ale zawracały od drzwi na widok takiej ulewy ...
Sobotni poranek smutny, mokry, ciemny ...
Na łąkę wyszły sarny, trzy sztuki, na porudziałej trawie ciężko było je odróżnić, deszcz ustawał, a przed południem nawet wyszło słońce ...
Paliliśmy w piecu kuchennym cały dzień, było cieplutko w domu, a ja wyszłam łapać kolory jesieni już w słońcu ...
Widzicie w oddali te pobielone wierzchołki ? To spadł pierwszy śnieg, skojarzyłam to dopiero w domu, jak przeglądałam zdjęcia, a jak byliśmy w dolinie, w sklepie, to robotnicy z Arłamowa mówili, że tam leżało 5 cm śniegu, od wypału w lesie.
Po nocnym i porannym deszczu unoszą się jeszcze mgły, lasy parują ...
Na łące, za drogą, lisek wysiadywał, chyba suszył przemoczone futro, rozglądał się dookoła, gdy mnie spostrzegł, dwa skoki i już w lesie ...
A potem zrobiliśmy sobie takie małe sprzątanie po lecie, mnóstwo pajęczyn zebraliśmy, bobków mysich i z popielic, schowaliśmy niepotrzebne posłania, ciuchy do szafy i od razu zrobiło się więcej miejsca.
I odwiedziła nas ta kobieta od ziół, zbierała śliwki, cała przemoczona, zrobiłam jej herbaty i pogadałyśmy. Lubię z nią rozmawiać, opowiada o dawnych mieszkańcach, o tym, że trzeba iść na wybory, a ona ma dwóch kandydatów - lekarzy, bo po co jej teraz inni, a jaki krem pani używa? bo ja mam taki na zmarszczki, wystarczy i już. I poszła ...Jak jechaliśmy do sklepu w dolinę, ona była już na górze, ma chody kobieta, bez zadyszki ...
Droga w dół, do sklepu, kolorowa, kwitną jeszcze kwiaty przed płotem, topole złocą się na potęgę, fruwają liście za samochodem, a w słońcu wszystko wygląda jeszcze piękniej ...
Wieczorem, na gorącej płycie kuchennej upiekliśmy sobie proziaki, trochę się przysmędziły, bo była za "ostra" ...
Masło roztapia się na gorącym proziaku, spływa między palce, trzeba je oblizać, i wszystko to pyszne jest.
Psy śpią w pledzikach, bo przecież zimno im jest w ciepłej chałupie ...
Trochę zmoczyły nogi w mokrej trawie i teraz trzeba je ogrzać ...
W niedzielę ratowaliśmy na drodze salamandry ...
Trzeba je było przenieść z drogi do lasu, chyba wyszły ogrzać się na asfalcie, zupełnie niegroźne, bezbronne, a przepiękne, tylko barwy je chronią ...
Po nocnej ulewie i wietrze spadły orzechy, myślałam, że wiewiórki wszystko wyniosły ...
... ja zbierałam z jednej strony do koszyka ...
... a pod domem, z orzechem w pyszczku, wiewiórka usiłowała w trawie ukryć zdobycz.
Wrócił dziś z remontu nasz "czołg"- staruszek, wyspawali go prawie na nowo, nie stuka, nie puka, mamy jeszcze sporo drzewa do zwiezienia przed zimą.
I to już wszystko, wróciliśmy w południe do domu miejskiego, bo trzeba jeszcze zagłosować.
Serdecznie pozdrawiam, dzięki za wsparcie, za ciepłe słowa, złotej jesieni życzę, pa.
poniedziałek, 10 października 2011
niedziela, 2 października 2011
Odlatują żurawie ... cała reszta bez zmian ...
Rozpieszcza nas ta jesień.
Kiedy późnym, piątkowym popołudniem zawitaliśmy u bram, powitała nas cisza, kapiące gdzie-niegdzie liście, ciepełko zachodzącego słońca, a w chatce postrącane różności z półek. To nasze przyjaciółki robiły ostatnie obchody, bo już śpią, nie wychodzą na belkę ani nie chroboczą nocami w podbitce dachu.
Rozkwitły marcinki, wykopane na pastwisku nad Wiarem, chociaż niepodlewane przez dwa tygodnie, przetrwały ...
... gdzieś zdobędę jeszcze niższe odmiany, będą kolorowe poduchy na jesień z kwitnących marcinów ...
Zza góry dobiegło tęskne wołanie lecących żurawi, zawsze ten odgłos wywołuje u mnie ściśnięcie serca, czegoś mi nieodparcie żal ...
Klucze przelatywały pod wieczór, chyba ze trzy, a ciemną nocą słyszałam jeszcze ze dwa ...
Ogromne liczebnie, pewnie ponad sto ptaków w jednym ...
W tamtym roku miały odpoczynek w dolinie, na łące za potokiem, w nocy słyszałam ich zaniepokojone głosy, może lisy podkradały się pod śpiące stado?
Słońce prawie zachodzi, z daleka po łące kładą się długie cienie, na podwórzu już prawie ciemno ...
,.. a tak słońce prześwieca przez gałęzie drzew i winorośli na tarasie. Za chwilkę zapaliliśmy ogień w naszym nieśmiertelnym grillu i przypiekliśmy kaszankę ...
Same nudy, jesienne lenistwo nas opanowało, ale trzeba czasami poleniuchować. Dla mnie jest to bardzo przyjemne lenistwo, siedzę sobie na tarasie, opatulona pledzikiem i czytam, syn zamówił sobie dwie książki, opisujące I wojnę światową, porwałam mu jedną i wciągnęło mnie ...
Hrabia Krasicki, urodzony w Bachórcu koło Dynowa, pan majątku w Lesku brał udział w tej kampanii, przebywał w twierdzy Przemyśl, opisuje dzień po dniu, jak wyglądało życie frontowe, potem rzucają go na Zakarpacie, właśnie tam, gdzie byliśmy przed tygodniem, wszystkie nazwy znajome, Rafajłowa, Przełęcz Legionów, Droga Legionów, Nadwórna ...
Dla mnie są to wydarzenia bardzo mało znane, bo II wojna światowa mocna przysłoniła tę wcześniejszą, czytam z zainteresowaniem, bo nie tylko działania wojenne opisuje, ale także wygląd i stroje mieszkańców, rośliny, uprawy, gospodarkę leśną, a także zwyczaje, przewijają się nazwiska wielkie, ale i te chłopskie, mam wrażenie, że gdzieś słyszane.
Pierwszy mąż mojej babci został powołany właśnie na tę wojnę, zostawił maleńkiego synka z młodą żoną i nie powrócił, nikt nie wie, gdzie złożone są jego kości. Ponieważ w domu jego zostało jeszcze starsze rodzeństwo, babcia z małym dzieckiem niemile była tam widziana, skoro on nie powrócił z wojny, jeszcze dwie gęby do wyżywienia? I wróciła do domu rodzinnego, gdzie również było ciasnawo i biednie.
Jestem w posiadaniu takiej ikony, nie sądzę, żeby miała jakąś wartość, na zardzewiałej, tłoczonej blasze wizerunek jakiegoś świętego, będzie pasowała do drewnianej ściany z bali ...
,.. a tę maleńką wygrzebałam w klamociarni, urzekło mnie jej przyciemnione tło, jak w cerkwii i ta metalowa plecionka jako ramka, pewnie jakaś współczesna pamiątka, ale klimatyczna ...
,... i jeszcze ceramiczne i plecionkowe zdobycze za grosik, butelki rozmaite pewnie czymś napełnimy, jakimiś leczniczymi, ziołowymi specjałami, bo moczą mi się takowe w słojach na parapecie okiennym.
Trochę wczesnoporannego słońca ...
,... cały sad prześwietlony, liści już rzadkawo na śliwkach, a i owoce lecą już na dół ... pomarszczone, słodkie ...
Lubię taką porę, słońce ukosem przesącza się przez liście, a dym znaczy ślad tych promieni, bo jak lenistwo, to na całego, powolne zagniatanie ciasta, znowu jabłka na szarlotkę, bo spadły z drzewa, ziemniaczki zapiekane, pierożki i pieróg, e tam! same nudy ...
,.. i już po godzinie w piecu ... a potem śliwki były suszone ...
A Janek z góry dowiózł nam drzewa sosnowego, suchego, dobrego na rozpałkę, jak "czołg" wróci z remontu, jeszcze sporo pracy przed nim, potem trochę posiedzieliśmy z młodym sąsiadem, tym powyżej nas, posłuchaliśmy lecących żurawi, poopowiadaliśmy sobie to i owo i ledwo zdążyłam na zachód słońca ...
Trzeba wyjść drogą sporo powyżej, bo u nas sad sąsiada zasłania cały widok, Bigos mi towarzyszy, a Maksio jest bardzo słabiutki i jest oszczędzany, i początek tygodnia miał bardzo ciężki, ale jeszcze wyśliznął się, jutro znowu do kontroli, a potem do mamy ...
A przy okazji zachodu słońca pstryk! w lewo ...
,.. i jeszcze raz w lewo ...
... i na łąki za drogą ...
W nocy znowu leciały żurawie, w sadzie szczekały lisy, potem w nocy jelenie ryczały za potokiem, i słyszałam nad ranem strzały, panowie polują ...
Orzechy włoskie wyniosły już wiewiórki do swoich dziupli, uwijają się jeszcze, niektóre czarne, inne rude ...
a kowaliki dalej myszkują w psich miskach ...
Trzeba było wszystko zostawić, szybko wracać do domu, mąż przeziębiony, bańki bezogniowe i syropy ...
Mijali nas motocykliści, całe mnóstwo, myślałam, że mają jakiś zlot, a to było zakończenie sezonu motocyklowego rzeszowskiej braci w Kalwarii Pacławskiej...
... na trójkołowcach też ...
... u wyjazdu z Przemyśla, ciągnęli tak przez całą drogę do domu. A gdy wracałam od mamy, oni też już wracali, tylko jednostajne dudnienie potężnych silników się rozlegało ...
I już skończyła się niedziela, październik mamy, wierzyć się nie chce.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich, dzięki za Waszą uwagę i miłe słowa, pa.
Jeszcze parę widoków pogórzańskich ...
Kiedy późnym, piątkowym popołudniem zawitaliśmy u bram, powitała nas cisza, kapiące gdzie-niegdzie liście, ciepełko zachodzącego słońca, a w chatce postrącane różności z półek. To nasze przyjaciółki robiły ostatnie obchody, bo już śpią, nie wychodzą na belkę ani nie chroboczą nocami w podbitce dachu.
Rozkwitły marcinki, wykopane na pastwisku nad Wiarem, chociaż niepodlewane przez dwa tygodnie, przetrwały ...
... gdzieś zdobędę jeszcze niższe odmiany, będą kolorowe poduchy na jesień z kwitnących marcinów ...
Zza góry dobiegło tęskne wołanie lecących żurawi, zawsze ten odgłos wywołuje u mnie ściśnięcie serca, czegoś mi nieodparcie żal ...
Klucze przelatywały pod wieczór, chyba ze trzy, a ciemną nocą słyszałam jeszcze ze dwa ...
Ogromne liczebnie, pewnie ponad sto ptaków w jednym ...
W tamtym roku miały odpoczynek w dolinie, na łące za potokiem, w nocy słyszałam ich zaniepokojone głosy, może lisy podkradały się pod śpiące stado?
Słońce prawie zachodzi, z daleka po łące kładą się długie cienie, na podwórzu już prawie ciemno ...
,.. a tak słońce prześwieca przez gałęzie drzew i winorośli na tarasie. Za chwilkę zapaliliśmy ogień w naszym nieśmiertelnym grillu i przypiekliśmy kaszankę ...
Same nudy, jesienne lenistwo nas opanowało, ale trzeba czasami poleniuchować. Dla mnie jest to bardzo przyjemne lenistwo, siedzę sobie na tarasie, opatulona pledzikiem i czytam, syn zamówił sobie dwie książki, opisujące I wojnę światową, porwałam mu jedną i wciągnęło mnie ...
Hrabia Krasicki, urodzony w Bachórcu koło Dynowa, pan majątku w Lesku brał udział w tej kampanii, przebywał w twierdzy Przemyśl, opisuje dzień po dniu, jak wyglądało życie frontowe, potem rzucają go na Zakarpacie, właśnie tam, gdzie byliśmy przed tygodniem, wszystkie nazwy znajome, Rafajłowa, Przełęcz Legionów, Droga Legionów, Nadwórna ...
Dla mnie są to wydarzenia bardzo mało znane, bo II wojna światowa mocna przysłoniła tę wcześniejszą, czytam z zainteresowaniem, bo nie tylko działania wojenne opisuje, ale także wygląd i stroje mieszkańców, rośliny, uprawy, gospodarkę leśną, a także zwyczaje, przewijają się nazwiska wielkie, ale i te chłopskie, mam wrażenie, że gdzieś słyszane.
Pierwszy mąż mojej babci został powołany właśnie na tę wojnę, zostawił maleńkiego synka z młodą żoną i nie powrócił, nikt nie wie, gdzie złożone są jego kości. Ponieważ w domu jego zostało jeszcze starsze rodzeństwo, babcia z małym dzieckiem niemile była tam widziana, skoro on nie powrócił z wojny, jeszcze dwie gęby do wyżywienia? I wróciła do domu rodzinnego, gdzie również było ciasnawo i biednie.
Jestem w posiadaniu takiej ikony, nie sądzę, żeby miała jakąś wartość, na zardzewiałej, tłoczonej blasze wizerunek jakiegoś świętego, będzie pasowała do drewnianej ściany z bali ...
,.. a tę maleńką wygrzebałam w klamociarni, urzekło mnie jej przyciemnione tło, jak w cerkwii i ta metalowa plecionka jako ramka, pewnie jakaś współczesna pamiątka, ale klimatyczna ...
,... i jeszcze ceramiczne i plecionkowe zdobycze za grosik, butelki rozmaite pewnie czymś napełnimy, jakimiś leczniczymi, ziołowymi specjałami, bo moczą mi się takowe w słojach na parapecie okiennym.
Trochę wczesnoporannego słońca ...
,... cały sad prześwietlony, liści już rzadkawo na śliwkach, a i owoce lecą już na dół ... pomarszczone, słodkie ...
Lubię taką porę, słońce ukosem przesącza się przez liście, a dym znaczy ślad tych promieni, bo jak lenistwo, to na całego, powolne zagniatanie ciasta, znowu jabłka na szarlotkę, bo spadły z drzewa, ziemniaczki zapiekane, pierożki i pieróg, e tam! same nudy ...
,.. i już po godzinie w piecu ... a potem śliwki były suszone ...
A Janek z góry dowiózł nam drzewa sosnowego, suchego, dobrego na rozpałkę, jak "czołg" wróci z remontu, jeszcze sporo pracy przed nim, potem trochę posiedzieliśmy z młodym sąsiadem, tym powyżej nas, posłuchaliśmy lecących żurawi, poopowiadaliśmy sobie to i owo i ledwo zdążyłam na zachód słońca ...
Trzeba wyjść drogą sporo powyżej, bo u nas sad sąsiada zasłania cały widok, Bigos mi towarzyszy, a Maksio jest bardzo słabiutki i jest oszczędzany, i początek tygodnia miał bardzo ciężki, ale jeszcze wyśliznął się, jutro znowu do kontroli, a potem do mamy ...
A przy okazji zachodu słońca pstryk! w lewo ...
,.. i jeszcze raz w lewo ...
... i na łąki za drogą ...
W nocy znowu leciały żurawie, w sadzie szczekały lisy, potem w nocy jelenie ryczały za potokiem, i słyszałam nad ranem strzały, panowie polują ...
Orzechy włoskie wyniosły już wiewiórki do swoich dziupli, uwijają się jeszcze, niektóre czarne, inne rude ...
a kowaliki dalej myszkują w psich miskach ...
Trzeba było wszystko zostawić, szybko wracać do domu, mąż przeziębiony, bańki bezogniowe i syropy ...
Mijali nas motocykliści, całe mnóstwo, myślałam, że mają jakiś zlot, a to było zakończenie sezonu motocyklowego rzeszowskiej braci w Kalwarii Pacławskiej...
... na trójkołowcach też ...
... u wyjazdu z Przemyśla, ciągnęli tak przez całą drogę do domu. A gdy wracałam od mamy, oni też już wracali, tylko jednostajne dudnienie potężnych silników się rozlegało ...
I już skończyła się niedziela, październik mamy, wierzyć się nie chce.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich, dzięki za Waszą uwagę i miłe słowa, pa.
Jeszcze parę widoków pogórzańskich ...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































































