Chyba zauważyliście ostatnio naszą fascynację górami Ukrainy.
Jako, że nie mamy przewodników, map, gotowych tras, sami szukamy na forach turystycznych opisów podróży, znajdujemy ciekawe miejsca, planujemy póżniejsze wypady. Piszą ludzie z całej Polski, zorganizowani w wycieczki, grupy prywatne, pojedynczo ruszający w nieznane, młodzi, starzy, rozbudzają nasze pragnienia pięknymi zdjęciami.
A nam nie zawsze udaje się utrafić w pogodę, gonimy na drugą stronę granicy, bo tam jest jeszcze nieznane dla nas, a piękne i blisko. Już nas kusi Paraszka, połonina w Beskidach Skolskich, niedaleko Skałki Dobosza w Bubniszczach, w okolicach Dobromila Góra Herburt z ruinami zamku, to wszystko w planach.
I wracając do tych opisów wypraw ludzi z dalszych regionów niż nasz, trasa ich wędrówek wiodła przeważnie do lub z Lwowa, a tam przy dworcu opisywali kobietę, która sprzedawała za parę groszy "czeburieki".
Nazwa jakaś niby znana, a obcobrzmiąca, i okazało się, że to smażone pierogi z nadzieniem z baraniny z dodatkiem cebuli, czosnku, papryki ostrej, zielonej pietruszki lub kopru.
Ja nigdy tego nie jadłam, mąż, jako, że kiedyś pracował pod Moskwą, to smakował ten specjał.
Wystukałam sobie przepis w guglach, taki od rodowitej Ukrainki i spróbowałam zrobić.
Ciasto z dodatkiem alkoholu, żeby nie chłonęło tłuszczu, wykrawałam ogromną filiżanką koła, na to przyprawione mięso wołowe, bo skąd baranie? i płatek masła, zlepiałam i na rozgrzany, głęboki olej.
Smażyły się na rumiano, były bąblaste, kruchutkie, a to, co w środku, w przepysznym sosiku, eksperymentowałam na mężu i synu, orzekli, że dobre ...
Sama też skusiłam się na posmakowanie, bo jakoś nieufna jestem na nieznane ...
Naprawdę dobre, zjadłam dwa ogromne pierożyska, po brodzie spłynął sosik maślany, zapachniało koperkiem i ... pewnie kiedyś powtórzę.
Wczoraj jechaliśmy do mojego domu rodzinnego, było słonecznie i zatrzymaliśmy się na chwilę w lesie, Bigos bardzo lubi takie leśne drogi, biega jak szalony, przedtem z Maksem ...
Taka kudłata kula szczęścia, skoki w górę, odbiega, przybiega, sama radość.
A wkoło kolory ...
To dęby przybierają niesamowite barwy, raz złote, raz czerwone, w głębi lasu jeszcze zielone ...
Nawłoć już dawno przekwitła, jak teraz sypnie puszystym kwiatostanem, to zarośnie cały świat ...
Słońce prześwietla złote liście i jest jasno w lesie, dopóki nie przyjdą szarugi i porywiste wiatry i nie obedrą tych drzew z całego piękna ...
Tuż przy drodze dorodne maślaki, przy obecnym chłodzie może nawet zdrowe, a niech sobie rosną! zjedzą je jakieś żuki, może dziki, albo sama nie wiem, co ...
Roztoczańskie lasy są suche, piaszczyste, pod sosnami pełno igliwia i szyszek ...
Uwielbiam jeździć tą drogą, z dala od ruchliwych traktów, czasami jestem tylko sama na niej, a na jej końcu zakręt w prawo i za chwilę moja wieś, równiutko, jak na stole ...
Jeszcze trochę tych lasów ...
Dziś byłam na cmentarzu, dosyć wczesnym porankiem, aby uprzedzić późniejszy tłok, termometr pokazywał 2 stopnie, ale potem trochę ociepliło się, przycmentarny przemysł chryzantemowo- zniczowy już rusza.
A mnie i tak najbardziej podobają się kwiaty z liści, wianuszki z barwinku i pojadę znowu na Pogórze i sama pewnie zrobię stroiki na groby bliskich. Jakoś nie mogę wykrzesać z siebie iskry radości, byłam dziś w Schronisku dla Bezdomnych Kobiet, od Brata Alberta, jestem przytłoczona, muszę sama uporać się ze smutkami, które we mnie siedzą.
Pozdrawiam serdecznie i ciepło, dziękuję za Wasze słowa pociechy, pogody ducha życzę, pa.
Przeczytałam już chwilę temu całą "Kampanię rosyjską 1914-1916", hrabia Krasicki wrócił na zamek w Lesku, spalony zupełnie przez Rosjan, ale w sierpniu, 1920 roku na ochotnika poszedł znowu na wojnę z bolszewikami jako rotmistrz ułanów jazłowieckich.
środa, 26 października 2011
poniedziałek, 24 października 2011
Mglistość poranka ...
Zawitała do nas na Pogórze cywilizacja, a ja wcale nie jestem tym zachwycona.
Od roku talerz wisiał na chatce, kable przeciągnięte przez otwór w ścianie, w kącie, na poddaszu malutki telewizorek i takiż malutki pakiecik wykupiony w cyfrowym, a nie mieliśmy czasu, a może nawet chęci działać dalej.
I w ten oto piątek mąż z synem ustawili jak należy,złapali sygnał, ale wyskakiwał ciągle błąd karty, okazało się, że sygnał był wyłączony, bo nie był użytkowany, mimo, że opłacony ze sporą nadwyżką od bodajże roku. Zjeżył mi się mąż bardzo, co ich to obchodzi, że nie użytkuję, ale jest opłacone, wysmaruję do nich pismo, aż im w pięty pójdzie! A ja do niego: A przeczytałeś dokładnie umowę i regulamin? może jest coś drobniutkim druczkiem?
I tak zostało, sygnał jest, wiemy co dzieje się w świecie, bo nawet nie wiedzieliśmy o katastrofie smoleńskiej, dopiero sporo potem, nawet komórka zaczęła odbierać w chatce, niesłychane rzeczy!
Szarą godziną wieczorną przyszła popaść się na grządkach łania, tu jej nie ma, bo było za ciemno na zdjęcie, ogryzała spokojnie liście buraków ćwikłowych, zmrożone listki fasoli karłowej, dostojnie krocząc pomiędzy dwoma strachami na wróble, hm! ...
Rodzina dzików dalej przewraca darń w poszukiwaniu pożywienia, już podchodzą pod chatkę.
Spore przymrozki mocno wychłodziły chatkę, od razu trzeba było zapalić w piecu, żeby wnętrze ogrzało się. Przez pół nocy słyszałam dziwne odgłosy, które zbliżały się do mnie, a potem jakby poniżej, nawet światło zapaliłam, żeby zobaczyć, co to? Nic nie widać, tylko tuż przy łóżku dalej, jakby cmokanie, jakby czkawkę ktoś miał ....
Wczesnym rankiem odkryliśmy przyczynę tych głosów ...
Ciepło w chatce obudziło naszą popielatą przyjaciółę z początków zimowego snu, przytuliła się do komina, przykryła puszystym ogonem i spała dalej ...
Rozkoszniaczek!
A potem przeniosła się na szafę, bo pewnie było jej za gorąco.
Na dechach sufitu motyle znalazły sobie miejsce do zimowania ...
... a jeden obudził się również z powodu ciepła, trzeba go było wynosić do innego pomieszczenia.
Mąż pracował przy drzewie, ja grzebałam na grządkach, zbierałam strąki fasoli, wykopywałm jeszcze pozostałości warzyw, buraków nie musiałam, bo sarny wyciągnęły wszystkie na powierzchnię, tylko liście elegancko poogryzały.
Cały dzień pod kuchnią był podtrzymywany ogień, a potem nastawiliśmy sobie w ogromnej, grubej patelni gulasz, z dodatkiem papryki, pomidorów, cebuli, czosnku, marchewki odrobinę, nie trzeba było niczym zagęszczać, pyrkotał na małym ogniu długo ...
... aż złapał wspaniały aromat i wytopił się tłuszczyk z różnych kawałków mięsa, pięknie gotuje się na blasze, nic nie przywiera, a potem upiekłam jeszcze proziaki, bo szkoda ciepłej blachy, tym razem ze sporym dodatkiem mąki żytniej, bo pszennej zabrakło, i również były pyszne.
Pod chatkowym oknem stoi drewniany kufer, obity na krawędziach blachą, z fajnymi uchwytami ...
To też skarb wygrzebany ze strychu mężowskiej, rodzinnej kamienicy ...
Służy nam, przykryty kilimkiem, jako siedzisko, lubię tam czytać, dziergać, bo w świetle dziennym lepiej wszystko widać ...
... a zimą oglądamy przez okno, jak niesie śniegiem za potokiem, a potem zbliża się śnieżyca do nas.
I patrzymy na chatkę, na piec ...
... na skrzynię pod schodami ...
... i dochodzimy do wniosku, że tyle potrzeba nam do życia tutaj.
W kącie chaty stoi kostur pielgrzyma, przewiązany chusteczką ...
Jest to specjalna chusteczka, pocięta nożem.
Kiedyś, końcem marca, schodziliśmy z Kopystańki do chatki, wody w potoku dosyć wysokie, nasz kolega, goprowiec tak nieszczęśliwie stanął na ruchomy kamień, że stopa odwróciła mu się w drugą stronę o 180 stopni, matko! co robić? i instruował nas, co należy? jak usztywnić kończynę? cały trzęsący się i w szoku. A potem Janek ciągnikiem wywiózł go do góry, potem do szpitala i skończyło się ześrubowaniem kości, a chustka przywiązywała nogę do usztywniającego patyka, potem w szpitalu przecięli ją i teraz wisi u nas. Pamiątkowa.
U blogowych dziewczyn widziałam prawidła do butów, wykorzystane jako ozdoby, zawoskowane, z ozdobami dekupaż, a moje pod schodami wiszą tylko doczyszczone do czystego drzewa.
A teraz tytułowa mglistość poranka /niedzielnego/ ...
Nie wyjrzało słońce ani razu, mgły, wierzchołki gór w chmurach ...
Światowid ze wstydu, że ma taką mizeną czuprynkę, przystroił się w dziki powojnik, zacnie wygląda.
Trzeba pomyśleć o nowej peruce dla niego, może z trzciny?
Po południu wyskoczyłam do lasu, aż pod sosnę "wisielców", nie ma rydzyków, za to tuż przy drodze opieńki znalazłam, trochę przerośnięte, przemrożone, ale smak jest, dziś był sos grzybowy "opieńki w śmietanie", to chyba pierwsze i ostatnie znalezisko w tym roku. Właściwie to teraz żałuję, że nie kupiłam od babuszek na Ukrainie czerwonych kozaków, ale jak tu kupować grzyby? a gdzie przyjemność chodzenia po lesie i zbierania do kosza?
Po drodze mijamy drzewa zgryzione przez bobry, jeszcze w piątek stały pionowo na cieniutkich kikutkach, nawet pomyślałam, że trzeba by im zdjęcie zrobić, w niedzielę już leżały.
A w domu zrobiłam doświadczalną porcję krężałek, pamiętam je z dzieciństwa.
Nigdy nie miałam ich w ustach, bo byłam okropnym niejadkiem, a teraz zapragnęłam skosztować, siostra mówi, że pamięta ich smak, że pyszne, ano zobaczymy.
Może ktoś spróbuje:
Najmniejsze główki kapusty pokroić w ćwiartki i ugotować w osolonej wodzie, nie tak całkiem miękko, potem ułożyć w słoju, przekładając kolejne warstwy plastrami surowego buraka ćwikłowego, czosnkiem i posypując ziarnami kopru lub kminku, następnie zalać słoną wodą jak przy kiszeniu ogórków, odstawić na kilka dni do ukiszenia, z ziemniakami dobre, kotlet mielony do tego może być.
Dziś zawartość słoja nabrała rubinowej barwy, widać fermentację, a jak włożyłam nos do słoja, to wcale nie pachnie kapustą, tylko czymś przyjemnym ...
Pozdrawiam serdecznie wszystkich zaglądających, dzięki za dobre i ciepłe słowa, pa.
A Maksa już nie ma, już pobiegł przez Tęczowy Most, tylko ogonek z dredami mu zamerdał, pewnie dobrze mu tam, a w domu smutno.
I przed chwilą wyszło słońce!
Od roku talerz wisiał na chatce, kable przeciągnięte przez otwór w ścianie, w kącie, na poddaszu malutki telewizorek i takiż malutki pakiecik wykupiony w cyfrowym, a nie mieliśmy czasu, a może nawet chęci działać dalej.
I w ten oto piątek mąż z synem ustawili jak należy,złapali sygnał, ale wyskakiwał ciągle błąd karty, okazało się, że sygnał był wyłączony, bo nie był użytkowany, mimo, że opłacony ze sporą nadwyżką od bodajże roku. Zjeżył mi się mąż bardzo, co ich to obchodzi, że nie użytkuję, ale jest opłacone, wysmaruję do nich pismo, aż im w pięty pójdzie! A ja do niego: A przeczytałeś dokładnie umowę i regulamin? może jest coś drobniutkim druczkiem?
I tak zostało, sygnał jest, wiemy co dzieje się w świecie, bo nawet nie wiedzieliśmy o katastrofie smoleńskiej, dopiero sporo potem, nawet komórka zaczęła odbierać w chatce, niesłychane rzeczy!
Szarą godziną wieczorną przyszła popaść się na grządkach łania, tu jej nie ma, bo było za ciemno na zdjęcie, ogryzała spokojnie liście buraków ćwikłowych, zmrożone listki fasoli karłowej, dostojnie krocząc pomiędzy dwoma strachami na wróble, hm! ...
Rodzina dzików dalej przewraca darń w poszukiwaniu pożywienia, już podchodzą pod chatkę.
Spore przymrozki mocno wychłodziły chatkę, od razu trzeba było zapalić w piecu, żeby wnętrze ogrzało się. Przez pół nocy słyszałam dziwne odgłosy, które zbliżały się do mnie, a potem jakby poniżej, nawet światło zapaliłam, żeby zobaczyć, co to? Nic nie widać, tylko tuż przy łóżku dalej, jakby cmokanie, jakby czkawkę ktoś miał ....
Wczesnym rankiem odkryliśmy przyczynę tych głosów ...
Ciepło w chatce obudziło naszą popielatą przyjaciółę z początków zimowego snu, przytuliła się do komina, przykryła puszystym ogonem i spała dalej ...
Rozkoszniaczek!
A potem przeniosła się na szafę, bo pewnie było jej za gorąco.
Na dechach sufitu motyle znalazły sobie miejsce do zimowania ...
... a jeden obudził się również z powodu ciepła, trzeba go było wynosić do innego pomieszczenia.
Mąż pracował przy drzewie, ja grzebałam na grządkach, zbierałam strąki fasoli, wykopywałm jeszcze pozostałości warzyw, buraków nie musiałam, bo sarny wyciągnęły wszystkie na powierzchnię, tylko liście elegancko poogryzały.
Cały dzień pod kuchnią był podtrzymywany ogień, a potem nastawiliśmy sobie w ogromnej, grubej patelni gulasz, z dodatkiem papryki, pomidorów, cebuli, czosnku, marchewki odrobinę, nie trzeba było niczym zagęszczać, pyrkotał na małym ogniu długo ...
... aż złapał wspaniały aromat i wytopił się tłuszczyk z różnych kawałków mięsa, pięknie gotuje się na blasze, nic nie przywiera, a potem upiekłam jeszcze proziaki, bo szkoda ciepłej blachy, tym razem ze sporym dodatkiem mąki żytniej, bo pszennej zabrakło, i również były pyszne.
Pod chatkowym oknem stoi drewniany kufer, obity na krawędziach blachą, z fajnymi uchwytami ...
To też skarb wygrzebany ze strychu mężowskiej, rodzinnej kamienicy ...
Służy nam, przykryty kilimkiem, jako siedzisko, lubię tam czytać, dziergać, bo w świetle dziennym lepiej wszystko widać ...
... a zimą oglądamy przez okno, jak niesie śniegiem za potokiem, a potem zbliża się śnieżyca do nas.
I patrzymy na chatkę, na piec ...
... na skrzynię pod schodami ...
... i dochodzimy do wniosku, że tyle potrzeba nam do życia tutaj.
W kącie chaty stoi kostur pielgrzyma, przewiązany chusteczką ...
Jest to specjalna chusteczka, pocięta nożem.
Kiedyś, końcem marca, schodziliśmy z Kopystańki do chatki, wody w potoku dosyć wysokie, nasz kolega, goprowiec tak nieszczęśliwie stanął na ruchomy kamień, że stopa odwróciła mu się w drugą stronę o 180 stopni, matko! co robić? i instruował nas, co należy? jak usztywnić kończynę? cały trzęsący się i w szoku. A potem Janek ciągnikiem wywiózł go do góry, potem do szpitala i skończyło się ześrubowaniem kości, a chustka przywiązywała nogę do usztywniającego patyka, potem w szpitalu przecięli ją i teraz wisi u nas. Pamiątkowa.
U blogowych dziewczyn widziałam prawidła do butów, wykorzystane jako ozdoby, zawoskowane, z ozdobami dekupaż, a moje pod schodami wiszą tylko doczyszczone do czystego drzewa.
A teraz tytułowa mglistość poranka /niedzielnego/ ...
Nie wyjrzało słońce ani razu, mgły, wierzchołki gór w chmurach ...
Światowid ze wstydu, że ma taką mizeną czuprynkę, przystroił się w dziki powojnik, zacnie wygląda.
Trzeba pomyśleć o nowej peruce dla niego, może z trzciny?
Po południu wyskoczyłam do lasu, aż pod sosnę "wisielców", nie ma rydzyków, za to tuż przy drodze opieńki znalazłam, trochę przerośnięte, przemrożone, ale smak jest, dziś był sos grzybowy "opieńki w śmietanie", to chyba pierwsze i ostatnie znalezisko w tym roku. Właściwie to teraz żałuję, że nie kupiłam od babuszek na Ukrainie czerwonych kozaków, ale jak tu kupować grzyby? a gdzie przyjemność chodzenia po lesie i zbierania do kosza?
Po drodze mijamy drzewa zgryzione przez bobry, jeszcze w piątek stały pionowo na cieniutkich kikutkach, nawet pomyślałam, że trzeba by im zdjęcie zrobić, w niedzielę już leżały.
A w domu zrobiłam doświadczalną porcję krężałek, pamiętam je z dzieciństwa.
Nigdy nie miałam ich w ustach, bo byłam okropnym niejadkiem, a teraz zapragnęłam skosztować, siostra mówi, że pamięta ich smak, że pyszne, ano zobaczymy.
Może ktoś spróbuje:
Najmniejsze główki kapusty pokroić w ćwiartki i ugotować w osolonej wodzie, nie tak całkiem miękko, potem ułożyć w słoju, przekładając kolejne warstwy plastrami surowego buraka ćwikłowego, czosnkiem i posypując ziarnami kopru lub kminku, następnie zalać słoną wodą jak przy kiszeniu ogórków, odstawić na kilka dni do ukiszenia, z ziemniakami dobre, kotlet mielony do tego może być.
Dziś zawartość słoja nabrała rubinowej barwy, widać fermentację, a jak włożyłam nos do słoja, to wcale nie pachnie kapustą, tylko czymś przyjemnym ...
Pozdrawiam serdecznie wszystkich zaglądających, dzięki za dobre i ciepłe słowa, pa.
A Maksa już nie ma, już pobiegł przez Tęczowy Most, tylko ogonek z dredami mu zamerdał, pewnie dobrze mu tam, a w domu smutno.
I przed chwilą wyszło słońce!
![]() |
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































