czwartek, 5 października 2017

Las niebezpiecznie zbliżył się do okien:-)

Jeszcze nie tak dawno widywałam je daleko, na "zapotocznej" łące.
Jakiś czas temu przebiegł nam drogę przed Rybotyczami i zatrzymawszy się w krzakach za drogą, obserwował nas, kiedy my wolniutko przejeżdżaliśmy, wypatrując za nim.
Innego spotkałam przy drodze na nadsańskich łąkach ... biegł poboczem, nawet za bardzo nie uciekał ... ki diabeł? sama sobie nie wierzyłam ...
W zeszłym tygodniu wyszedł w środku dnia na łąki tuż za naszą drogą, a wczoraj rankiem pojawił się na podjeździe przed domem u naszych sąsiadów ... wilki ...


Pewnie przyciągają je sąsiedzkie kozy, meczenie małych koźlątek ... strach wypędzać je na pastwisko ... i wspomnę tu tylko dosadne słowa mieszkańca naszej wioseczki: Chcieliście, k...a, naturę? To ją macie!
A powiedział to sporo lat temu, w kontekście do mojej opowieści, jak to żmija wpełzła do naszej chatki i psy ją wywęszyły w jednym kącie:-)
I tak nawiązując do tych spotkań z dziką naturą, obserwowaliśmy ostatnio liska, który ni stąd, ni zowąd pojawił się na podwórzu, ale idąc od strony drogi. Ciekawe, jak tu wszedł, może też przecisnął się pod bramą, jak Paździoch? Zaciekawił nas dlatego, że idąc wzdłuż ogrodzenia, usiłował znaleźć wyjście, właśnie w miejscu, gdzie jeszcze dzień temu było:-)


Dołożyliśmy jeszcze dwa słupki, żeby przybić ostatnie, niezbyt piękne deski, które inaczej walałyby się z kąta w kąt i tylko przeszkadzały. Lisek szukał, szukał, wspinał się, ale nie mógł przedostać się na drugą stronę ...


Przesuwał się coraz bliżej końca ogrodzenia ...


... ale wcale nie obszedł tych desek ...


... tylko wśliznął się pod ostatnią, mając dosłownie centymetry, żeby spokojnie pokonać przeszkodę.
Śmialiśmy się, jaka jest siła przyzwyczajenia u zwierzaka, tak samo, jak u moich psów. Kiedy zmieniam im miejsce wystawienia misek z jedzeniem, bo np. leje z nieba, to są prawie zagubione:-)
Zdjęcia zrobione ostatniej soboty, kiedy po nocnych przymrozkach zawitał całkiem ciepły dzień, snuło się babie lato, a wszelkie latające stworzenia obsiadły kępę kwitnących "marcinków" ...



Motyle opuściły swoje kryjówki, bzygi posilały się w towarzystwie pszczół, a jeszcze coś podobnego do murarek obsiadło kwiaty. Na kalwaryjskim wzgórzu zadudniło od tysięcy silników, kiedy to zewsząd zjechało się towarzystwo na zakończenie podkarpackiego sezonu motocyklowego ...


Niechybny to znak, że zawitała jesień:-)
Ze swoimi mgłami, przymrozkami, żurawiami, a i lasy zaczynają z lekka kolorowieć.





Góra Filipa wyłania się z mgły jak, co najmniej, ruiny średniowiecznego fortalicjum ...


... a ciepła jeszcze ziemia i Wiar parują w mroźnym powietrzu ...



To chłodne powietrze i na mnie odcisnęło swoje piętno, człowiek spocony przy robocie, chłodny wiaterek owieje, i znowu dziabnęło mnie w krzyżu:-) Z lekka połamana snuję się po domu, ale przecież trzeba rozruszać się, siedzenie w fotelu wcale nie pomaga:-) ... tymczasem zakwitł oczar, delikatne żółte kwiatuszki na nagiej gałązce ...




Pozdrawiam Was serdecznie, wszystkiego dobrego, pa!



czwartek, 28 września 2017

W górach Ciucas, kościoły obronne i inne ciekawostki, czyli różne oblicza Rumunii ...

W Rumunii jest kilka miejscowości pod nazwą Cheia.
Jest Cheia w górach Trascau, w okręgu Braszow,  czy w okręgu Prahova ... o tylu wiem, może są jeszcze inne:-) Wpisałam do gps-u nazwę, ale nie zwróciłam uwagi, że nie wybrałam tej ostatniej ... do licha, pcha nas w sam środek miasta. To nie tu, to nie tu, zawracajmy ... ciężko, zjazdy, rozjazdy, ruch jak diabli ... wreszcie udało nam się wjechać w odpowiednią drogę. Wydostaliśmy się w ładniejszą okolicę, bardzo górzyście, przepaście niczym nie zabezpieczone, a miejscowości z rzadka porozrzucane i dosyć małe. Ponieważ to wspinaliśmy się, do zjeżdżaliśmy z góry, pewien odcinek drogi był wyjątkowo malowniczy.
Znalazłam w necie zdjęcie zrobione dronem ... droga DN1A ... latem i zimą ...



Na końcu tych "agrafek" jest skręt do cabany Ciucas, niedaleko, tylko 5 km.  Ale jakie to 5 km!
Najgorszy był odcinek tuż przed wyjazdem na połoniny. Ogromne nachylenie, do tego droga wyryta w zboczu, i wyłożona dla ochrony przed wymywaniem betonowymi podkładami kolejowymi ... ślisko, "czołg" z lekka usuwa się mimo napędów ... no, jakoś wyjechaliśmy.
Było mgliście, zimno, ani zdjęcia zrobić, ani wyjść gdzie, wieje, siąpi ... czy warto było tu gnać tyle kilometrów?  W nocy była straszliwa burza, w pokoju biało od piorunów, a waliło po okolicznych szczytach, aż dudniło ... Jedna burza, druga burza ... przyśniło mi się, że rano wokół leżał śnieg ... Mąż przyznał, że nie mógł w nocy spać ze zgryzoty, jak my  stąd zjedziemy?
Rankiem obudził nas spokój, świat wymyty, widać góry, idziemy chociaż kawałek przejść się ...








Nie mamy za dużo czasu, bo w dolinie kłębiła się mgła jak mleko, którą wiatr nawiewał w naszą stronę. Zanim obeszliśmy skałki, już dotarła do nas ...



Jeszcze jakieś maleńkie, liliowe kwiatuszki pod stopami, zmasakrowane nocną ulewą, i kopczyki gradu, których nie spłukała woda ... skałki wydawały się być blisko, a tu jedna góreczka, w dół, druga góreczka, w dół i tak zeszło nam sporo czasu.


Ciobani już wypędzili owce na hale ... obserwowaliśmy, jak sprawnie pomagają im psy, zataczając koła i spędzając maruderów do stada ... a to wszystko na odpowiedni gwizd, a może i komendę.
Sztuka pasienia owiec ... to też trzeba umieć:-)


Sama cabana Ciucas jest nowa, z wszelkimi wygodami, w sezonie i w weekendy jest tu mnóstwo ludzi, a ze względu na fatalny dojazd, gospodarz za odpowiednią opłatą zjeżdża w dół po turystów.
Wchodzi się przez ogromną beczkę, która otwiera się jak drzwi:-)
Pora wracać, a nie wiemy, jaka czeka nas droga i czy w ogóle da się zjechać. Na najbardziej stromym odcinku, tam gdzie te podkłady kolejowe, mamy włączony napęd, że "czołg" stacza się w dół powolutku, centymetr po centymetrze, a i tak uślizguje się na wymytych kamykach. Widać, że powaliło drzewa, które zostały już rankiem ściągnięte z drogi, dzięki Bogu! Przecież tutaj nawet nie moglibyśmy zawrócić!





Od tego miejsca, gdzie jest źródełko z pamiątkową tablicą możemy odetchnąć z ulgą:-)


Zaczynamy powolny odwrót, starając się ze wszech sił ominąć Braszów. Nadkładamy drogi przez nieciekawe, płaskie okolice kukurydzianych pól, rozgrzebanych budów, romskich slumsów ... trzeba nam się wbić w drogę łączącą z Sighisoarą. Po drodze w miejscowości Racos ciekawostka geologiczna - wulkan, a także pozostałości po kopalni bazaltu, jeziorko Szmaragdowe i ciekawe formacje skalne.


Z daleka zrobiłam tylko zdjęcie wulkanu, reszty nie zobaczyliśmy, bo z jednej i z drugiej strony nadchodziło stado owiec z psami pasterskimi, a z tymi woleliśmy się nie spotykać ... o! takie ciekawostki, zdjęcie ze strony Romanian Turism ... bazaltowe ciosy ...


Za to zatrzymaliśmy się niedaleko, na pastwiskach liliowych od kwitnących zimowitów ... w tle Racos ...




W każdej mijanej miejscowości ufortyfikowany kościół ...



Mieszkańcy Siedmiogrodu, głównie Sasi, którzy pojawili się tutaj w wyniku akcji osiedleńczych od XIII wieku, chronili się w tych kościołach przed najazdem najpierw Mongołów, potem Wołochów czy Turków.
Na rozległym wzgórzu, w Rupea wspaniała twierdza, a właściwie to doskonale odrestaurowane ruiny średniowiecznej fortecy ...


Pełniła ona rolę tzw. zamku chłopskiego, czyli w czasie zagrożenia chronili się tutaj mieszkańcy.
W XV wieku Turcy zniszczyli i splądrowali miasto oraz zamek. Nie ma tu rezydencji mieszkalnych, główna rola to tylko obrona przed najeźdźcą, głównie osmańskim.




Widoki stąd na miasteczko Rupea i kawał Siedmiogrodu przewspaniałe ...



Dosyć sprawnie przejechaliśmy przez Sighisoarę, zdołałam tylko zachwycić się panoramą zza szyby "czołgu", i jednogłośnie orzekliśmy, że tu trzeba wrócić ...




Przed nami jeszcze Biertan, a w nim perełka wśród warownych kościołów, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO jako pierwszy, za kilka lat jeszcze sześć.



Wchodzi się doń długimi drewnianymi schodami.





Z murów obronnych doskonałe widoki ...


.. za wsią pagóry wypasane przez bydło, i odwieczne zmarszczki na ich obliczu, wydeptane wiekami przechodzących zwierząt ...


Urocza miejscowość, klimatyczny ryneczek, brukowany "kocimi łbami" ...


Jeszcze w Medias zrobiliśmy zakupy na zielonym rynku. Jakież tam bogactwo owoców i warzyw, i jak doskonale się kupuje wśród wesołych sprzedawców, czy to kobiet czy mężczyzn ... kupiliśmy słodziutkie, drobne złociste winogrona, specjalną sałatkową cebulę, a bakłażany wybrane przeze mnie wzbudziły ogromną wesołość ... ja nie wiem, co ich tak śmieszyło:-)
No i sery, te słone, i bryndzę ...




Dziś bakłażany w postaci ajwaru wylądowały w słoikach, jakaż to mozolna robota, opiekane papryki i bakłażany, potem zdjąć z każdego kawałka skórkę, a na koniec jeszcze wysmażyć, i wyszło tego 3 malutkie słoiczki ... delicje!


Wracając do podróży, to mieliśmy mieć jeszcze po drodze międzylądowanie, ale mąż tak jechał, jechał i jechał, aż na rano zajechaliśmy na nasze Pogórze:-)
No i wyszedł post-tasiemiec, bo chciałam zakończyć ten wątek rumuński, dotrwaliście do końca?
Całym sercem polecam ten kraj, z jego bogactwem historii, zabytków, wspaniałych widoków, dziką przyrodą i sympatią ludzi.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za tyle uwagi, pozostawione słowo, wszystkiego dobrego, pa!