niedziela, 21 stycznia 2018

Do trzech razy sztuka ... języcznik w kamieniołomie ...

Bałam się.
Orkanu Friderika bałam się.
Kiedy zaczęło dmuchać w czwartkowy wieczór, to wyobraźnia podsuwała mi obrazy poprzewracanych uli, skrzepłe od zimna pszczoły ... sen nie przychodził długo w noc, a mąż sobie pochrapywał beztrosko, nic się nie martwił, nie to co ja:-)
Co za ulga, kiedy w następny dzień okazało się, że wszystkie ule stoją, nawet drzewa niepołamane ...
dla świętego spokoju i mojego snu mam obiecany zakup jakichś estetycznych bloczków betonowych, żeby w razie "w" docisnąć ule ... bo ty to zawsze masz jakieś zgryzoty:-)
Orkan odszedł gdzieś na wschód ze swą niszczycielską siłą, pewnie gdzieś tam po drodze stracił impet i stał się łagodnym wietrzykiem.
A my w sobotni ranek, w cudownym bezruchu powietrza i w lekko padającym śniegu ruszyliśmy w naszą trzecią poszukiwawczą wyprawę. Uzbrojeni w wydruk mapy od Staszka K, dokładne wskazówki od Piotrka, pełni nadziei trzasnęliśmy drzwiami auta tuż przed szlabanem i poszliśmy.
Zaraz na samym początku przegrodził nam drogę Krzeczkowski potok. Wody w nim całkiem sporo ...


 ... udało się jednak przejść suchą stopą po płytach, mąż pierwszy, ja za nim ... głupio byłoby od razu zawracać z powodu przemoczonych stóp:-) No i na samym początku od razu "zachęcająca" tablica ...


Droga wznosiła się coraz wyżej i wyżej, zakręty odsłaniały coraz ładniejsze fragmenty lasu, potężne jodły, dęby ...


Już wydawało mi się, że dostrzegam w oddali, między drzewami ruiny kaplicy ... nie, to jednak tylko ścięte pnie, przyprószone śniegiem sprawiały takie wrażenie. Gdzieś tu miał być staw leśny ... widać biały prześwit między drzewami, to jest chyba to ... nagle, po lewej stronie drogi zobaczyliśmy ruiny kaplicy, pamiątkowa tablica ... wszystko, tak jak na zdjęciach znalezionych w necie ...



Weszliśmy na nieskażoną biel śniegu ... myślisz, że oni tu leżą? Mąż tupnął nogą, głuchy odgłos, pod spodem jest krypta ... odsunęłam się na bok, na mur.  - Smutno im tu samym ... Coś ty, w takim ładnym otoczeniu, w miejscu, które ukochali ... niby tak, ale jakoś mi smutno, pomna na tragiczną historię tego miejsca.
Chciałabym kiedyś zobaczyć na archiwalnych zdjęciach, jak wyglądało to miejsce przed zniszczeniami, dwór, kaplica ...
Przeszliśmy na drugą stronę drogi, gdzieś tu mają być ruiny dworu, resztki piwnic ... przysypane pnie  drzew mylą, ciągle nic nie znajdujemy. Wreszcie przy myśliwskiej ambonie natrafiamy na resztki murów, okruchy cegieł ... miejsce zdewastowane, błotniste, wydeptane, myśliwi zrobili sobie tutaj plac do nęcenia zwierzyny.



Wróciliśmy z powrotem na lewą stronę drogi, tam znaleźliśmy kolejne ruiny ...



Teraz zeszliśmy poniżej, nad śródleśny staw. Wkoło bezruch, tafla wody zamarznięta ... musi tu być ładnie, kiedy w wodzie odbija się las ...



Bobry i tu się zadomowiły ... jak dobierają się do kolejnych drzew na brzegu, to potężne jodły, na razie je korują. Zatrzymaliśmy się tu na dłużej ... zaraz zobaczymy, jak gruby jest lód na wodzie ... podrzucił mąż do góry spory kamień, nic, ani śladu ... drugi jeszcze większy ... pośliznął się tylko dalej, znaczy, że lód jest już całkiem gruby. A  niby zimy jeszcze nie było wcale:-)
Bardzo nam się tu spodobało, wrócimy na pewno na jakąś dłuższą wędrówkę, pójdziemy dalej do sanockiej drogi, potem do Cisowej, na Kopystańkę, a stamtąd już niedaleko do chatki. Oby tylko sił starczyło:-)


Skoro znowu przyjechaliśmy w te okolice, to tym razem nie odpuściłam możliwości poszukania języczników na jednym z kamieniołomów.
Miejsce równie urokliwe, jak na Krzeczkowskim murze, a jaką ładną droga tam się jedzie ...





Prawie pionowe ściany wcale nie ułatwiają poszukiwań, przesuwam się w poprzek prawie na czworakach po skalnym rumowisku. I nagle jest, widzę pierwsza paproć ...


Oczyściłam ją rękawiczka ze śniegu, bo może to jedyny egzemplarz, który uda mi się zobaczyć ... przesuwam się ostrożnie dalej, prawie zjeżdżam na warstwie śniegu i suchych liści ...


Są, są inne ...





Zdjęcia niezbyt dobre, ale było ciemnawo, trzymałam się gałązek, żeby nie spaść w dół, ale byłam tak zadowolona, że udało mi się zobaczyć te niezwykłe paprocie w naturalnym środowisku.
Samo miejsce urokliwe, jak ruiny starożytnego miasta, gotowe plenery jak z Indiany Jonsa, z cyklu zaginione miasta w dżungli:-)
A wracając do tych ostrzegawczych tablic, ustawianych przez nadleśnictwo, to nie są one tak zupełnie bezpodstawne. Pogórzańskie niedźwiedzie wcale jeszcze nie śpią ... o czym przekonali się pod Braniowem moi znajomi, Ania ze Stefanem ...




Wyszedł sobie miś z lasu i przespacerował się po drodze:-)
I jak szliśmy w sobotę drogą przez las, to pilnie obserwowałam tropy na śniegu, licho nie śpi:-)
Wróciliśmy do chatki wielce zadowoleni z naszej wyprawy poszukiwawczej.
Dzięki Staszek, Piotrek za dokładne wskazówki, bo szukalibyśmy "szyldówki" po drugiej stronie drogi pewnie do śmierci:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, zima wróciła do nas, sypie dziś cały dzień, pa!



niedziela, 14 stycznia 2018

Zaokienne obserwacje ...

Z małym Jaśkiem przywędrował z przedszkola jakiś paskudny, wielki bakcyl.
Najpierw położył jego, potem tatę i mamę, potem babcię Maryś, a na końcu dziadka.
Z lekka zaczynamy wyglądać na świat, choć do pełnego zdrowia jeszcze daleko.


Niech Was nie zmylą te zdjęcia, one zostały zrobione przed świętami, żeby Jasiek trochę śniegiem nacieszył się na Pogórzu:-)



Dziś białego śladowe ilości, za to zaczyna wzmagać się mróz, do tego wschodni wiatr przeszywa na wskroś. W grypowych klimatach spędziliśmy na Pogórzu ten weekend, nie wychodziliśmy nigdzie ze względu na ten właśnie porywisty wiatr ...


Pewnie z powodu grypy mieliśmy z mężem dziwne sny.
Przy porannej kawie ze śmiechem opowiadaliśmy je sobie, mąż o ruinach, starych fundamentach domów, piwnicach, bo o tym rozmawialiśmy wczoraj do późna w nocy. Ja z kolei śniłam o wielkim stadzie dzików na łące za drogą, które goniło Amika, a potem poniżej Mimi szczekała na wilki, które zbliżały się do niej półkolem ... Złapałam miotłę z tarasu i pobiegłam ratować ją, choć zniknęła mi za pagórem ... obudziłam się z uczuciem, że jej już nie zobaczę ... dobrze, że to tylko sen.
Mówią: Sen mara, Bóg wiara, moja mama mówiła: A! śpi się, ta śni się!
Pewnie wyśniło mi się kolejne spotkanie z wilkiem, dobrze, że z daleka.


Nie było mnie tu od nowego roku, przedtem chodziły dwa wilki, teraz został tylko jeden. To ta czarna kropka po lewej stronie przy drodze pod zagajnikiem. rozjeżdżone ślady na łące pokazują, że myśliwi nie próżnują, pewnie ustrzelili.
Dziś w tym samym miejscu wyszło spore stadko łań, pewnie z 13 sztuk ...


Ten ostatni to jeleń ... stado odeszło, a on zawrócił w stronę, skąd przyszli. W pewnym miejscu jest zaklęśnięcie terenu, obserwowałam wszystko przez lornetkę.  Sylwetka jelenia skryła się w obniżeniu, a ja tylko patrzyłam na przesuwające się poroże po powierzchni łąki:-) ... niezwykły efekt widokowy:-)
Jak wspomniałam, obserwacje tylko zaokienne ... tym razem Kanasin w zimowej odsłonie ... i w różnym oświetleniu ...





I właściwie to byłoby na tyle, bardzo mizerny to wpis, jako i nasze zdrowie:-)
Za to przeczytałam ciekawą książkę o węgierskich Żydach w czasie II wojny światowej ...


Nie dajcie się się grypie, pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!
Ach! zapomniałabym ... jemiołuszki przyleciały ...




wtorek, 2 stycznia 2018

Sylwestrowe poszukiwania zakończone fiaskiem:-) ...

Minęły święta, a po nich kolejna zakupowa gorączka.
Sklepy kusiły wyprzedażami, inni gorączkowo przygotowywali się do szaleństw sylwestrowej nocy, a my po cichutku spakowaliśmy psy, pozbierali do koszyka poświąteczne resztki i ruszyliśmy na Pogórze. Przed nami całe dwa dni wolności, do tego kawałek piątku, i kawałek noworocznego poniedziałku.
Na nizinach padał deszcz, ale im wyżej, tym więcej płatków śniegu osiadało na szybie, a już nasza wioseczka była pobielona, mizernie, bo mizernie, ale zawsze lepiej niż szaro:-)
Rankiem usiedliśmy z kawą przy widokowym oknie ...


... i tak jak Jasiek, wypatrywaliśmy z lornetką przy oczach, co też działo się na "zapotocznej" łące, bo wyszła jakaś większa zwierzyna.
Na białych przestrzeniach doskonale nam się je obserwowało, tak, to jednak były dwa wilki, może to te same, które przyszły do sąsiadki na podjazd do domu? Przebiegły pustkę łąki, potem jeden czekał, a drugi buszował w zagajniku, może żeby wypłoszyć jakąś zwierzynę. Skryły się na moment w zaklęśnięciu terenu, by za chwilkę wyjść na pagór i stanąć pyskiem prosto w naszą stronę.
Nie zdawałam sobie sprawy, że to są tak duże zwierzęta, puszyste ogony, ciemna sierść ... któryś raz z kolei sama siebie usiłowałam pocieszyć, że to może jednak psy ... jakie psy! nie widzisz, że to wilki? - podsumował mąż.
Krążyły po łące, pod którymś krzaczkiem zaznaczyły teren, potem "posznurowały" jeden za drugim na Horodżenne i grzbietem pobiegły w stronę Kopysna.
Po wczorajszym pochmurnym i mokrym dniu nie wierzyłam, że sobotni ranek wstanie tak słoneczny i wesoły ... nie było co siedzieć w domu ...


Zatrzymaliśmy się przy kapliczce nad wsią, dopiero teraz zobaczyłam napis nad drzwiami ... kapliczka pw. Skłonu i Pokłonu ... jeszcze nie doczytałam, co oznacza ta nazwa:-)
W kierunku na zachód szeroki widok na Kopystańkę ...


... i na południe na dolinę Wiaru i Góry Sanocko-Turczańskie.


Kiedy zdarza mi się czasami przy okazji poszukiwań w necie wyświetlić stronę hotelu Arłamów i widzę tam "hotel w Bieszczadach", tudzież "w sercu Bieszczad", to myślę sobie, kto to wymyślił? a może lepiej brzmi w ofercie handlowej ... gdzie Górom Sanocko-Turczańskim do Bieszczadów:-)
Z drugiej strony, gdy ktoś z regionów środkowo-północno-zachodnich zerknie na małą mapę ... no, tak! Bieszczady wypisz-wymaluj:-)


Nie daliśmy za wygraną, znowu ruszyliśmy do Krzeczkowej na poszukiwanie "szyldówki".
Śniegi zeszły, będzie coś widać, na pewno tym razem coś znajdziemy! I pomni na wskazówki starszego pana z poprzedniego wyjazdu ruszyliśmy w tę samą drogę, zamkniętą szlabanem.
Mimo, że pora okołopołudniowa, niskie słońce nie ułatwiało poszukiwań ... przysłanialiśmy oczy dłonią, żeby coś zobaczyć wśród drzew.
Przy drodze odkryliśmy starą piwnicę z kamienia o kolebkowym sklepieniu, szkoda, że w ruinie ...


Potem szliśmy, szliśmy, już wiedząc, że na pewno jesteśmy za daleko, aż droga zaczęła się obniżać w stronę Chołowic, a za Sanem widać było na grzbiecie wzniesienia zabudowania Reczpola.


Słońce topiło śnieg, cichutko kapało wokół, skrzyły się drobniutkie kropelki ... bajka:-)



Drogi pozamykane szlabanami, a jednak myśliwym wolno tu wjechać, co kawałek ambony, jedna od drugiej w zasięgu wzroku ...


... w błocie wyraźne odciski wilczych tropów ... obok raciczek i kopytek, a także mniejszych stópek, może lisich ...


Przepatrzyliśmy dokładnie cały skraj drogi, ale tylko po lewej stronie, bo tak mi się jakoś zanotowało w pamięci, zatrzymaliśmy się na dłużej przy tej starej piwnicy, szukaliśmy przy każdym, w miarę równym miejscu ...


Zatrzymałam się także na dłużej przy rozlewiskach bobrowych, bo tam na prawo rozległa łąka, i leśna droga odchodzi ... zeszłam sporo poniżej drogi, bo dziś nie przeszkadzał śnieg ...


... solidne tamy z całkiem sporymi pniami, te napoczęte, ogryzione drzewa owocowe też znaczą, że mieszkali tu kiedyś ludzie ...


Kiedy stanęłam wyprostowana, na wysokości oczu w oddali była największa tama i ogromna tafla wody najwyższego zbiornika ... gdyby tak znienacka runęło, zmyłyby mnie z powierzchni masy wody:-)
I tak potem w domu jeszcze raz przepatrzyłam stare mapy  z 1938 roku ... Krzeczkowa-Potoki ...  widać zabudowania też i z prawej strony drogi, może to jednak po prawej stronie? ale tu wszędzie stromo ...  gdzie jest to miejsce? /zdjęcie zrobił 19kamil94 w 2011 roku ...


Jest taki program, który zdejmuje wszystkie warstwy zieloności, okrywające glebę i pokazuje dokładnie ukształtowanie gołej ziemi, w tym miejsca, gdzie mogłyby być fundamenty domów, np. chociażby tej "szyldówki", która nie pozwala spokojnie zasnąć:-)
Jeszcze raz przewija się w pamięci droga, są tam takie potężne jodły, i to  nie w jednym miejscu ...


... bądź tu człowieku mądry:-)
A zatem, ktokolwiek widział, ktokolwiek wie ... o "szyldówce" to proszę o podpowiedź, bo spokojny sen zagrożony:-) Będziemy jeszcze próbować, bo ... do trzech razy sztuka? ... czterech? ... pięciu?
Znowu powrót przez Birczę, jeszcze zerknięcie na Kopystańkę z punktu widokowego nad Cisową.


W sylwestrowy dzień okrutnie wiało, nie chciało się z auta wysiadać, bo urywało głowę, a na wędrówkę, mimo planów nie poszliśmy, bo szkoda zdrowia. Na połoninkach arłamowskich przewiałoby nas doszczętnie.
Zjechaliśmy sobie do Cisowej, potem w jakąś leśną drogę przed Krępakiem.
Cudności droga, i nawet o dziwo! zakazu nie było ... nawet jednego turystę z kijkami minęliśmy:-)


Po jakimś czasie małe zdziwienie, niebieski szlak z Huty Brzuskiej ... przypomniało nam się, jak któregoś lata szliśmy tędy, ale tylko kawałek szlakiem. Potem poszliśmy "na dziko" w las i znaleźliśmy cerkiewkę w Chyrzynce:-) i krypą przepłynęliśmy San, jeszcze z naszym starym Maksiem:-) Teraz na Sanie jest nowiutki most, i green velo tędy prowadzi ...


Przejechaliśmy dolinę Jamninki i ... chyba jednak wilki trochę mnie prześladują:-)
Na drugim brzegu strumienia stoi jakieś stworzenie ... to lis? - pytam.
Mąż tylko pokiwał głową, a ja zobaczyłam, że jednak wilk ... przystanęliśmy, zawinął w drugą stronę i widzieliśmy jeszcze, jak kluczy między drzewami. Jakoś nie dopuszczam do siebie myśli, że tak rozpanoszyły się tutaj wilki, a ja je ciągle widzę.
Zajrzeliśmy jeszcze na stare cerkwisko w Jamnej Górnej, i cmentarz zniwelowany spychaczami ...


... i na malutkie przydrożne bagienko za Trójcą, czasami pełne wody, jak teraz, a czasami wyschłe ...



... kępy pożółkłej trawy pod wodą wyglądają jak włosy topielicy:-)


Wiar pełen wody bystro pomyka przed siebie, tworząc efektowne kaskady na progach skalnych ... po latach suszy tyle wody ... cieszy taki widok, bo kiedyś ledwie miedzy kamieniami sączył.


Sylwestrowy toast, bo trudno tu mówić o noworocznym, wznieśliśmy gdzieś po 18, a snu nie zakłócił żaden wystrzał sztucznych ogni. I tak to w objęciach Morfeusza bezboleśnie przekroczyliśmy magiczną granicę między starym i nowym rokiem:-)


Wszystkiego dobrego dla Was w Nowym Roku, dziękuję za obecność, pozostawione słowo, pa!

P.s. Samochwała w kącie stała:-)
Muszę się pochwalić, sianokosy w akwarium zrobione, długie trawy teraz są tylko tłem, a z przodu posadziłam nowe rośliny, bardziej urozmaicone, od prywatnego hodowcy, którego znaleźliśmy w naszym mieście.