niedziela, 9 września 2018

Rumunia - tym razem na południu ... I ...

Od dawna myślałam o tych rejonach.
Daleko od nas, tuż przy granicy z Serbią na Dunaju, prawie na wysokości Belgradu.
To park narodowy Cheile Nerei-Beusnita, tajemnicze tunele nad Nerą, malownicze wodospady, możliwość spotkania żmii nosorogiej, a nawet niedźwiedzia.
Zresztą mąż powiedział, że przy moim szczęściu spotkam to i to, a nasz znajomy Krzyś skwitował, że żmiję obłaskawię, a z niedźwiedziem zrobię sobie słit focię:-)
Długo jechaliśmy, skracając sobie drogę, a raczej wydłużając ją, by ominąć wielkie miasta. Droga czasami kończyła się "kałabanią" nie do przebycia, trzeba było zawracać, szukać innej, zresztą na pewno znacie to przysłowie: ... kto drogi skraca ..., do tego upał ponad trzydzieści stopni.


Wreszcie dotarliśmy do Sasca Montany, potem do Sasca Romany, aby noclegu poszukać. Zresztą stąd mieliśmy zacząć nasze wędrówki po tajemniczych zakątkach Gór Anienei. Ceny noclegów w tych miejscowościach okazały się mocno niechrześcijańskie, chyba dlatego, że to prawie koniec świata i turysta nie ma innego wyboru. My dokonaliśmy wyboru i zawróciliśmy do Oravity, w zapadających ciemnościach przejechaliśmy całe miasteczko i prawdę mówiąc straciliśmy już nadzieję na przyzwoity nocleg, bo wszędzie odbywały się jakieś przyjęcia, wesela, towarzystwo wesołe ... wreszcie trafiliśmy na drogowskaz do cabany, do której jechało się wysoko szutrową drogą, coraz wyżej i wyżej. Trochę zwątpiliśmy czy w ogóle istnieje ... była, była, i to całkiem przyjemne miejsce, z knajpką na dole, w oddaleniu od rozbawionego miasteczka.
Przez całą noc wiało bardzo mocno, a to wróżyło tylko jedno, zmianę pogody.
Rano jeszcze w porządku, ale potem zaczęło kropić, coraz bardziej, a już w miejscowości Potoc, gdzie zjeżdżaliśmy do tuneli nad Nerą, rozlało się niesamowicie.
Zatrzymaliśmy się przy węźle szlaków, w miejscu Podul Bei.


Przebiegaliśmy w deszczu z jednego tunelu do drugiego, a na początku szlaku taka tablica ... żeby uważać na spadające kamienie i żmije nosorogie:-)


No tak, a my w sandałach trekkingowych, w krótkich spodniach, z gołymi pęcinami:-)
Same tunele nad Nerą są ciekawostką, nie do końca wyjaśnioną, na pewno wykonane ludzką ręką. Wydaje mi się, że po prostu tędy, tą skalna półką, uciekała w góry ludność w razie ataku tureckich najeźdźców.




Żmije schowały się przed nami, nie spotkaliśmy ani jednej, ale żarty żartami.

zdjęcie z netu
Jej ukąszenie bywa śmiertelne. W razie takiego zdarzenia ranę trzeba podwiązać powyżej ukąszenia i szybko do lekarza, aby wstrzyknął surowicę ... tylko jak tu wydostać się szybko ze środka gór?
Bardzo chcieliśmy przejść szlakiem do wodospadu Beusnita, jednej z głównych atrakcji tutejszych gór, ale nosa nie można było wychylić spod skalnego schronienia. Wyskoczyliśmy do auta, przed nami spory kawałek leśną drogą, a potem pieszo ... nic z tego, z nieba lało żywym deszczem, waliły pioruny, a grzmoty po wielokroć odbijały echem wśród skalnych ścian, na których zauważyłam dziko rosnące perukowce, lilaki. Niebo nie dawało żadnej nadziei na poprawę pogody, odpuściliśmy ... może kiedyś dane będzie nam tu wrócić? może wiosną, kiedy wszystko kwitnie?
Oto co nas ominęło ... i jeszcze przy trasie jeziorko Ochiul Bei - Oko Byka, i jeszcze jeden wodospad - Vaioaga ...
zdjęcie ze strony Aventura in Romania - wodospad Beusnita

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ... po drodze czekała nas niespodzianka w postaci jednej z głównych atrakcji Rumunii, wodospad Bigar. Nie jest on najwyższy, ani największy w Rumunii, ale jeden z najpiękniejszych ... okolica ucywilizowana, stragany, bary, kioski z pamiątkami ...





Po ścianach z mchu spływa woda, w zależności od zasobności źródła, które znajduje się powyżej. Prowadzi tam ścieżka przyrodnicza, pod skalną ścianę, spod której wypływa podziemna rzeka ... odwiedzający ułożyli z kamieni stożki, prawie jak w Himalajach ...


Podziemna rzeka spływa poniżej małym wodospadem ...


... by spłynąć do rzeki Minis skałą porośniętą mchem. Zdjęcie poniżej pochodzi ze ścianki dla dzieci, można poruszać poszczególnymi elementami, gdzie na innych ścianach znajdują się wesołe historyjki dla dzieci, oczywiście po rumuńsku ...





Oprócz tego, powyżej źródła Bigaru znajduje się jaskinia, i to pewnie dosyć głęboka, bo dalsza jej część zamknięta jest kratą. Trzeba się wspiąć do niej po linie i skalnych stopniach, jest dosyć stromo ...


Tymczasem deszcz przestał padać, tęsknie spojrzałam do tyłu ... może by tak wrócić do Beusnity?
Mąż był jednak stanowczy, za dużo kilometrów, nie lubi zawracać z drogi, niech coś zostanie na przyszłość. Wypatrzyliśmy jeszcze z drogi podobne miejsce, jednak zupełnie suche. Widocznie spływa tędy woda w czasie wiosennych roztopów, albo po obfitych opadach ... wygląda jak paszcza przedpotopowego stwora, wychylająca się ze ściany ...


Ruszyliśmy dalej zaplanowanym szlakiem, nieśmiało napomknęłam, że jest jeszcze jeden wodospad w okolicy, ale droga do niego niewiadoma. To wodospad Moceris.
- Jedziemy? - Jedziemy! -
Dojechaliśmy do miejscowości, stąd jeszcze 3,8 km niewiadomą drogą, co uwidoczniono na szlakowskazie. Droga poprowadziła nas przez czyjeś podwórko, potem popod lasem, korytem potoku, czasami jego brzegiem, a najczęściej w poprzek. Czy to na pewno tu? ja w panice, nie ma kogo spytać ... wreszcie nadjechała kobieta, kiwnęła potakująco głową na nasze pytanie: tak, dobrze jedziecie ...


Nawet czapla nie bała się nas za bardzo, bo akuratnie w dziobie trzepotała jej mała rybka. Odskoczyła na 1,5 metra i spokojnie konsumowała:-)
Droga nieoczekiwanie skończyła się na podwórku równie nieoczekiwanego gospodarstwa ... wyskoczyły do nas groźne psy, za nimi na szczęście pojawił się gospodarz.
Wskazał ręką niewielki przesmyk w krzakach ... przejechaliśmy, trochę kałuż, błota i roztoczył się przed nami niezwykły widok ...





Z wysokiej ściany spadała woda malowniczymi kaskadami, omszone kamienie, materiał skalny nietrwały, kruchy, porowaty ... bajeczny wodospad, a okolica jak w raju:-) Byliśmy tam sami, obeszliśmy wszystkie ścieżki, zakątki ... woda wypłukała w ścianie jaskinie w miniaturze, z prawdziwymi naciekami na ścianach ...




Chcieliśmy spojrzeć na okolicę z najwyższego punktu, wdrapaliśmy się, a tu na górze niespodzianka ... poletko kukurydzy, koń pasący się na łące i owce w zagrodzie. Więc i tu żyją ludzie!


Biegiem zeszliśmy na dół, żeby przypadkiem nie ściągnąć psów, niektóre potrafią być dokuczliwe.
Świetne miejsce na biwak, trzeba jednak uciekać, kiedy zacznie padać, bo wezbrany potok może odciąć odwrót:-) Nie widać tu wielu śladów przebywania turystów, znaleźliśmy tylko jeden papierowy kubek, z oryginalną ozdobą:-)


... i krzaczki też były ozdobione ...


W takich okolicznościach przyrody zjedliśmy bardzo późne śniadanie, za bardzo nie chciało nam się ruszać dalej ...


Kolejną atrakcją był młyn, ale niespotykany u nas, bo z kołem poziomym:-)






Urządzenie bardzo zmyślne w swej prostocie, drewniane "kopytko" zamyka lub otwiera zsyp ziaren, a kamień żarna można zatrzymać tylko przez skierowanie wody na inne tory. Zakupiliśmy kukurydziankę na polentę, jakąś inną mąkę razową, co do nazwy której nie mogliśmy się za bardzo dogadać, a także owczą bryndzę. Do wyboru były jeszcze palinki różnej mocy, jakieś dziergadełka ...
ciekawa jest droga w tej miejscowości, powyżej otworów drzwiowych, przed którymi prowadzi rowek do odprowadzenia wody, pochyłe zejście, no i nieśmiertelna pajęczyna przewodów elektrycznych ...


Ruszyliśmy do Baile Herculane, miejscowości sanatoryjnej, uzdrowiskowej, z gorącymi źródłami.
Po drodze jeszcze ciekawa, czarna ściana skalna w okolicy Mehadia - Rapa Neagra, ponieważ było pod słońce, zdjęcie nie wyszło, pożyczyłam z netu ...

zdjęcie z netu
Widziałam podobną ścianę w okolicy Sebes, w miejscowości Lancram, tylko nie mogliśmy przedostać się do niej, bo budowali autostradę ... nazywa się Rapa Rosia, bo jest czerwona:-)


Chyba tyle wystarczy na jeden wpis, mimo, że dla nas dzień jeszcze nie skończył się.
Wiele zdjęć, wiele wrażeń, cykl rumuński jeszcze trochę potrwa:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!
C.D.N.









środa, 22 sierpnia 2018

niedziela, 19 sierpnia 2018

I tak mija nam lato ...

W lipcu lało, ani się pooglądałam, a tu już prawie koniec sierpnia.
Mgły poranne zalegają doliny, by potem przegoniło je słońce.
Ptaki jakby ucichły, tylko koncerty koników polnych słychać do późna w noc.
Tylko trawa nic nie robi sobie z końca lata i rośnie jak szalona. Dopiero co skosiłam, a już trzeba robić powtórkę. I wcale nie z racji, że chcę mieć angielski trawnik, a dlatego, że będą lecieć orzechy, jabłka, a nawet śliwki, a wyższa trawa tylko by przeszkadzała.






Na początku tygodnia spędziłam trochę czasu z Jaśkiem, bywając sporo nad wodą. Wiar jest rzeką o charakterze górskim, ale woda była tak ciepła, że Jaśkowi nawet zęby nie dzwoniły po dłuższym chlapaniu:-) Pyszna to była zabawa, budowanie zapory z kamieni, puszczanie kaczek, "bomby" z wody, kiedy płaski kamień spadał z dużej wysokości, prawdziwe gejzery ...






Żeby tylko jeszcze wypoczywający nad wodą nie zostawiali po sobie tyle śmieci. Może to i wina braku koszy, przecież można zawiesić na obręczy kilka worków i po sprawie ... tak myślę:-)
Na drugim brzegu broniła dostępu wysoka ściana skalna fliszu karpackiego ...


Późnym popołudniem jechaliśmy na Pogórze, kierując się na most na Sanie w Krzywczy. Jakaż nas spotkała po drodze burza, ciemno zrobiło się wkoło, grad walił falami jak śnieg w syberyjskiej purdze ... schowajmy się pod drzewo, bo nam dziury porobi w karoserii ...- krzyknęłam do męża w strachu. - No tak, lepiej, żeby drzewo się na nas zwaliło - skwitował. Co prawda, to prawda, więc jechaliśmy wolniutko dalej ... za kolejnym pasmem wzniesień ani śladu ulewy, sucha droga.
Śmiałam się, że ludzie pomyślą sobie, że prosto z myjni wyjechaliśmy, tak wymyte mieliśmy auto.
Mąż zaczyna przygotowywać pszczoły do zimowli.
Już drugi raz były dymione, wczoraj po raz pierwszy je dokarmiał. Dziś zajrzał do uli, jedzenie prawie całe zabrane.
Także wczoraj zrobiliśmy porządek ze sprzętem pszczelarskim, mycie wiader, odstojników, sit, miodarki, montowanie w piwnicy nowej półki ... zajęło nam to prawie cały dzień.
Ale zanim zabraliśmy się do roboty, poranny wyjazd do sklepiku w dolinie i objazd drogi do Leszczyn i doliny Jamninki.
W Górach Sanocko-Turczańskich już z lekka płowieją bukom czupryny ...


Na drutach mnóstwo ptactwa, pewnie zbierają się do odlotu ... dziś na polach pod Radymnem widzieliśmy także stada czajek ...


Już zaczynają kwitnąć zimowity ...


Niechybny to znak, że lato ma się ku końcowi.
W piątek wieczorem znalazłam jeszcze chwilę czasu, żeby przygotować jedzenie, takie "ubogoresztkowe".
To knedle czeskie.
 Na zdjęciu wyglądają nieciekawie, ale są smaczne. To ulubione danie męża, babcia mu takie gotowała:-)


Na pewno u każdego znajdą się w chlebaku czerstwe bułki, z którymi nie wiadomo co zrobić, bo ileż można produkować tartej bułki. Więc trzeba te bułki pokroić w kostkę, przygotować ciasto drożdżowe jak na racuchy, a kiedy podrośnie, wsypać do nich te kostki. Dokładnie wymieszać i poczekać, aż bułka wypije wilgoć z ciasta. Uformować kule, wrzucać na wrzącą wodę /dla ułatwienia można obtoczyć je w tartej bułce, żeby nie lepiły się do rąk/. One nie toną, pływają cały czas po wierzchu i niech to Was nie zmyli, trzeba je pogotować dłużej, żeby środek nie był surowy.
Swoje knedle czeskie polałam sosem z kurek, na następny dzień zostały odsmażone i również z tymże sosem zjedliśmy. Dziś rano zjedliśmy same, tylko takie chrupiące:-)
Tylko trzy bułki, a jedzenie, że ho!ho!


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!


wtorek, 7 sierpnia 2018

Klęska urodzaju ...

Zawsze byłam przeciwna takiemu nazewnictwu.
Jak to klęska? Trzeba tylko mądrze wykorzystać obfitość plonów.
Jednak mój stary sad chyba nie przeżyje tej obfitości.
Stare śliwy węgierki  łamią się pod ciężarem owoców jak zapałki.
Dziś kosiłam, bo po deszczach trawa znowu wybujała i już zaczęła wykładać się.
Kosiłam ze strachem pod tymi drzewami, bo zdawało mi się, że wibracje kosy spalinowej spowodują, że drzewo nie wytrzyma.
Jedna śliwka stoi jeszcze, bo oplatające ją pędy winorośli jeszcze przytrzymują, a kierunek upadku prosto na mój piec chlebowy:-)
Inna położyła się płasko na dachu pomieszczenia gospodarczego, podparta trochę na drewnianych widełkach, pojedyncze gałęzie jabłoni spadły na dół.
Do zbiorów owoców jeszcze daleko, muszą przecież dojrzeć, a jeszcze chyba powiększają swoją objętość i ciężar.









Tak się cieszyłam moją grządką permakulturową, dorodne pomidory, ogórki ... wystarczył jeden dzień nieobecności, a pomyślałam, że ktoś psikusa mi zrobił.



Jakby zaraza ogniowa przeszła ... dziś to już sterczą tylko wyschłe pędy, a zgniłe owoce opadają ...


Pod folią lepiej, no może chociaż tutaj coś z tego będzie ...



Po kilku dniach "złe" przylazło i tutaj ... coś tam jeszcze zbieram, ale nowe owoce już nie przyrastają, liście sczerniałe, łodygi to samo. Mąż tylko pokiwał głową: - Tyle się nachodziłaś przy tych rozsadach, tyle pilnowania, od lutego ... Takie to są blaski i cienie działkowca-amatora.
Pod folią jeszcze podlewam pomidory, niech dojrzeją te, które przetrwały. Wczoraj miałam towarzystwo, pod strumień wody z węża przyszła jaszczurka zwinka. Zanurzała pyszczek w wodzie, jak to czasami pies bawi się, polałam ją, co sprawiało jej wyraźną przyjemność:-) przeszłam do następnego krzaczka, a ona dalej czekała, no to jeszcze ją polałam ... popiła, kilka razy wysunęła rozdwojony języczek, jakby się oblizywała i sama odeszła. Nie sądzę, żeby cierpiała na brak wody, przecież tunel jest otwarty na okrągło.


Przestało wreszcie lać, może drzwi zaczną się domykać, spuchnięte od wszechobecnej wilgoci.
Piernaty wyniosłam na słońce, wszelkie dywaniki i inne szmatki, bo mam wrażenie, że wilgoć dotarła wszędzie.
Na środku podwórza rośnie stara grusza. Dziwna to jakaś grusza, bo jej owoce już spadają miękkie w środku, a już na ziemi wystarczy dzień, dwa i śladu po nich nie ma. Używanie mają osy, szerszenie, motyle, a nawet pszczoły ... teraz to nawet te na drzewie są przez nie zjadane. Słychać brzęczenie, jak na kwitnącej lipie, a pod gruszą ... no, tam to strach nawet się zbliżyć:-) Osy są wszędzie, nie można jeść na tarasie, psy chowają się przed nimi, a okna i drzwi w chatce są zamknięte, bo zlatują się po kilkanaście sztuk. Już zostałam użądlona, i to wieczorem, kiedy czytałam przy lampce. Przyleciała do światła, a ja myślałam, że to mucha usiadła mi na włosach, no i dziab! w rękę:-)
To ostatnie odkrycie w pomieszczeniu gospodarczym, są dwie kule wielkości głowy dorosłego człowieka, już są puste ...



... chyba osy tu mieszkały, te same, na które polował gąsiorek:-)
Nastał czas przetworów, zdążyłam jeszcze kupić wiśnie w sadzie po drodze na Pogórze. Dżem już siedzi w słoikach, a ja pracuję nad konfiturą wiśniową. Trochę to schodzi, bo konfiturę przygotowuje się przez 3 dni ... podgrzać i zostawić do ostygnięcia, podgrzać i zostawić ... owoce stają się szkliste, nasycone cukrem, dobrze się przechowują. To tak zwana galanteria przetworów z wiśni, nie do codziennego użytku, a do przyozdabiania smakowego np. budyniu, bitej śmietany, zupy "nic", ciast czy lodów:-)
To już tyle wieści z Pogórza.
W powietrzu czuje się już poranny chłodek, pachnie jesienią, a ja nie zdążyłam nacieszyć się latem.
To wszystko przez ten deszcz:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!