środa, 11 stycznia 2023

Szczęście w nieszczęściu ...

Odziedziczyliśmy na podwórzu po dawnych gospodarzach dwa stareńkie orzechy włoskie. Wysokie do nieba, wiatr strącał na ziemie spróchniałe gałęzie, ale jeszcze rodziły orzechy. Ten bliżej wschodniej granicy runął któregoś lata podczas letniej nawałnicy, na gęste zarośla z głogu i zawisł na nich. Trzeba było go ostrożnie ogłowić z gałęzi, żeby główny pień opadł na ziemię.

Drugi orzech rósł sobie dalej , jesienią rzucił mnóstwem orzechów, bo to był dobry rok, przymrozek nie zwarzył pąków. Jedno i drugie drzewo cierpiało na jakąś grzybową chorobę, od poziomu ziemi do wysokości 1.5 m pnie próchniały, robiły się w nich dziuple, a szerszenie wynosiły z nich celulozowy materiał do budowy swoich gniazd. Mąż nie raz powtarzał, że trzeba orzecha ściąć, bo coraz bardziej pusty w środku, a niedaleko pasieka, stoją ule ... nawet nie chciało mi się myśleć o tym, ileż to pracy czekałoby nas. 

- Zostaw, niech jeszcze rośnie, a zresztą drzewa, które zwala wiatr, i tak lecą z zachodu na wschód, więc z tym orzechem też tak będzie. - odwlekałam ten moment. Mąż tylko kiwał głową, a orzech rósł sobie dalej. W zeszłym tygodniu, po czerwonych zachodach słońca, które Wam pokazywałam, przyszedł wiatr, jakiś kolejny cyklon powiał, Axel czy jak mu tam. Przyjechaliśmy do chatki, jak zwykle czyszczenie pieca z popiołu, ja rozpalałam, a mąż poszedł opróżnić na kompost wiaderko z popiołu. Nie było go długi czas, a kiedy wrócił, kazał mi spojrzeć przez okno i zapytał, czy widzę jakieś zmiany na podwórzu. Gdzież tam, przez gęste gałęzie jabłonek nic nie zauważyłam.

- Orzech runął ..... między ule ... Zatkało mnie, jak to między ule, a co z pszczołami? - Idź, sama zobacz!

Pobiegłam z ciężkim sercem, a tam obraz nędzy i rozpaczy, ale ule całe, tylko jeden z brzegu lekko przesunięty. Drzewo wcale nie poleciało na wschód, tylko na południe, ale tak szczęśliwie między pszczeli domek a ule. Stara jabłonka uratowała domek pszczelarza, a gałęzie między ulami nie narobiły wielkich szkód. Baliśmy się, czy uderzenie nawet z góry w daszek ula nie strąciło w dół z ramek tzw. kłębu zimowego pszczół, a pszczoły nie miały siły wrócić na ramki i skrzepły. Na szczęście temperatury były dodatnie, a kiedy zajrzeliśmy pod daszek, słychać było brzęk owadów. Dzielna jabłonka poniosła ofiarę, straciła mnóstwo gałęzi, połamanych przez niesamowity ciężar drzewa, kosmetycznie przytniemy ją i odrodzi się.



Ponieważ dzień następny to święto, za robotę z piłą zabraliśmy się w sobotę. Widzicie tą gęstwę gałęzi? trzeba wszystko przyciąć, wynieść, przyciąć mniejsze konary, ale tak, żeby główny pień nie stoczył się na ule, wiele konarów wbitych w ziemię ... nawet nie chcę myśleć, co byłoby, gdyby ... to potworny ciężar, co czuje się podnosząc nawet pojedynczego klocka.




Gruby pień ma ponad 3 m długości, to ładne i cenne drewno. Już mamy obgadany tartak, potną go na brusy, ten drugi wcześniejszy pień także, może wystarczy materiału młodym na schody:-)


Z kolei mniejsze pieńki potniemy na jeszcze mniejsze, okorujemy i będzie brukowany taras w zaciszu pod chatką:-) Gałęziami obłożone jest całe podwórze, mamy mnóstwo chrustu:-) potrójne rzędy zasieków jak w afrykańskiej zagrodzie z kozami:-)



Tak więc widzicie, że zajęcia nam nie brakuje, a już w kolejce czeka na ogłowienie z jemioły kolejna jabłonka, także nad ulami. To praca na ten weekend, jak pogoda pozwoli. a sarny przyjdą i ogryzą jemiołę, bo lubią. Śpieszymy się, bo może wrócić zima, a potem wylecą pszczoły i już nie będziemy mogli tam pracować. Tymczasem do weekendu mięśnie odpoczną, zakwasy znikną, z nowymi siłami dalej pójdziemy do sadu.


Nie myślcie, że tylko pracowaliśmy. Byliśmy też na wycieczce, po deszczu unosił się opar nad lasami, było wilgotno i mgliście, tradycyjnie pętelka doliną Jamninki, było nam mało, pojechaliśmy do Wańkowej zobaczyć nowy stok, śniegu jak na lekarstwo, długo nie pociągnie, nawet na naśnieżanie nie ma odpowiedniej temperatury.




W Grąziowej przy cerkwisku nowa kapliczka św. Jana, z ławeczką że można przysiąść w wędrówce, bo prowadzi tamtędy zielony szlak. Wieńczy ją bardzo ładny krzyż, jak zdjęty z cerkiewnej bani ...


No i w styczniu zbieraliśmy grzyby:-) pół płóciennej torby dorodnych uszaków bzowych:-) Na zmurszałym  pniu były też boczniaki, ale już stare, zbrązowiałe, poczekam na nowe. Frajda jest, zbierać grzyby w styczniu.
1/3 zbioru uszaków już w garnku, w mieszance niby chińskiej z ryżem, reszta zamrożona. Siostra śmieje się ze mnie, że jakieś huby z lasu przynoszę i jemy to, jakiegoś specjalnego smaku nie mają, raczej jako egzotyczny dodatek.



Udało mi się rankiem zapolować na ładny wschód słońca, ostatnio były zachody:-) co prawda słońce mam za plecami, nie widać go, ale ładnie oświetla przeciwległe stoki. Trwało to tylko chwilę, różowe niebo, różowy poblask na ziemię, potem przyszły chmury i po widokach.




To wszystko przy wielkiej herbacie z jesiennym suszem owocowym, który sobie zachomikowałam na zimę, do tego plaster świeżej pomarańczy i miód, pół litra delicji:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, zdrowia życzę, pa!



P.s. Z daleka wypatrzyliśmy nad Sanem wielkiego drapola. Ptaki chyba wiedzą, że są obserwowane, odfrunął, a naprawdę byliśmy daleko, nie było powodu uciekać:-)

czwartek, 5 stycznia 2023

Zimą sarny nocują pod chatką ...

 Jeszcze ciemno, kiedy wypuszczam świtem psa na zewnątrz. Mimie nie chce się buszować w głębokim, kopnym śniegu, porusza się po odsypanych traktach i tam też załatwia swoje sprawy, a potem szybciutko skrobaniem w drzwi daje znać, że chce już do domu.

Widzicie na tym z pozoru nieudanym zdjęciu dwa błyski? Zauważyłam je, kiedy zapaliłam światło w kuchni, ponad powierzchnię śniegu wystawały tylko dwie głowy, jedna z rożkami, a światło odbiło się w ich oczach. Kilka kroków od domu sarny wygrzebały sobie głębokie legowiska i tam spędzały noc, pewnie im tak bezpiecznie i cieplej.


Śniegi zeszły, zachodnie wiatry osuszyły podwórze, a Mima pod jabłonią, tam gdzie sarny zawsze przychodzą na jabłka, znalazła jedno malutkie poroże. Z odrobiną sierści, z kropelką krwi, pewnie za wcześnie odpadło mu z głowy. Może zaplątał się w gałęzie i wyszarpnął je, czy może gorzej, wydarzyło się coś złego? 




Wariacka noc sylwestrowa pozbawiła życia wiele stworzeń, zwłaszcza ptaków. Moja Mima też bardzo boi się wystrzałów, trzęsie się panicznie i trudno ją uspokoić. Choć blisko naszej chatki nikt nie strzela, to z góry niosą się huki, aż ziemia drży, las oddaje echem. Dobrze, że to tylko taka jedna noc, chociaż i zdarzają się goście w arłamowskiej willi, którzy witają jakiś chiński rok, albo jeszcze co innego.

Pogoda zwariowała, na łodygach ruty zauważyłam nowe, młode listki, kocimiętka właściwa jakby wcale nie odczuła -17 stopni.

Wyobraźcie sobie, że uaktywniły się również kleszcze, zdjęłam z Mimy żywego po wyprawie na łąki ... kleszcze w styczniu:-) Kiedy już jestem przy obserwacjach przyrodniczych, to ostatnio zauważyliśmy na nadsańskich równinach pod Bachowem nieznanego drapieżcę. Uwagę zwróciło białe upierzenie głowy z nielicznymi wstawkami brązowych, pojedynczych piór, które poniżej szyi przechodziły w nakrapiany tułów. Ja to taka zawsze nieprzygotowana, aparat gdzieś z tyłu, zwyczajny powrót do domu:-) ale zaraz wygooglaliśmy sobie to stworzenie ... albo to jest raróg zwyczajny ...

... albo białozór, sokół norweski ...

Szkoda, że nie znam się na ptakach, nie zrobiłam zdjęcia, tylko ta biała, paskowana głowa zwróciła naszą uwagę:-)

Miałam jeszcze ciekawe spotkanie z bażantami. Przy drodze, na parkingu przycmentarnym, tłukły się dwa koguty, głowy nisko, jeden przy drugim, nawet myślałam, że może coś się wydarzyło, bo wcale nie zwracały na mnie uwagi. Podeszłam bliżej, skrzeczały na siebie groźnie, wreszcie podskoczyły do góry w walce jak to koguty , a ja coraz bliżej. Trwało to dobre kilkanaście minut, dziobały się zawzięcie, znowu do góry, na dół ... ja w tył zwrot, żeby do auta, dopiero wtedy oprzytomniały z tego amoku:-) Z wrzaskiem rozleciały się w różne strony, jeden aż nad Wiar poniżej drogi, tak długiego lotu nie zrobił chyba nigdy, drugi poleciał bliżej na łąki.


To zdjęcia sprzed śniegów, jeszcze modrzewie strojne w złote igiełki. Z doliny unoszą się dymy, płoną ogniska z gałęzi, pnie ściętych drzew wywożone są na skład, urokliwy zakątek z wodospadzikiem w ruinie. Za to poranki bywają rozświetlone, kiedy granica słońca przesuwa się coraz niżej, prześlizguje się po wierzchołkach drzew ....



... zaś zachody słońca z przełomu roku przymglone, łąki płowe jak sierść saren ... 




Ostatnimi dniami zachody słońca wyjątkowo spektakularne, może nawet nie sama tarcza słoneczna, a niebo podświetlane od dołu, chmury purpurowe, różowe, pomarańczowe, cała paleta ognistych barw. A to wszystko naprzeciwko okna, trudno pozostać obojętnym:-)





Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!



środa, 7 grudnia 2022

Szadź ...

 Śniegi zeszły, przymrozek chwycił wilgoć i nawet pod butami nie mazało się błoto. Odważyliśmy się wyjść do pracy na podwórzu w taką bezwietrzną, choć rześką pogodę. Odważyliśmy się, bo po serii jesiennych chorób uważamy bardzo, aby się nie przeziębić. Wiadomo, przy pracy spocić się łatwo, złośliwy wiaterek wiuchnie, no i gotowe:-) Od lata leżały gotowe, pomalowane deski i okorowane, dębowe słupki, przy których napracowałam się solidnie, bo korę zdejmowałam z przyschniętych pni. Ojej, katorżnicza robota, trochę ośnikiem, trochę szpadlem i jakoś poszło. Korę zebrałam do worka, niech przeschnie, jest wykorzystywana jako dodatek do naparów ziołowych dla pszczół, spora zawartość garbników działa dobrze na drogi pokarmowe owadów. Zresztą korę dębową stosuje się także w mieszankach ziołowych dla ludzi, do picia, przemywania, płukania, nawet włosy zyskują ładny odcień:-) 

Wracając do naszych zajęć w obejściu, mąż świdrem ręcznie wywiercał dziury w ziemi, ja w  tym czasie smarowałam słupki czarną mazią dla zabezpieczenia części, która będzie zagłębiona w ziemi. I tak obserwując wyciągane z coraz większej głębokości kolejne warstwy ziemi, zobaczyłam, że jest jednak bardzo sucho. Wierzchnia warstwa odrobinę z wilgocią ze stopionego śniegu, a dalej bardzo sucho. Przy okazji w ostatnim otworze natrafiliśmy chyba na stare wysypisko śmieci, bo strasznie ciężko było wiercić w tych resztkach skorup, szkła, blach nie wiadomo z czego, do tego korzenie krzaków, drzew, no, ale jakoś uporaliśmy się i słupki stanęły. Następnego dnia pomalowałam słupki impregnatem, potem przykręciliśmy deski, a po skończonej robocie zawsze z dumą przyglądam się dziełu, podparłszy się pod boki:-) 

Ostatnie dni były bardzo mgliste, słońca jak na lekarstwo, pułap chmur bardzo niski, do tego przenikliwy wschodni mroźny wiatr, więc od wysokości chyba 400 m npm można było obserwować bajeczną szadź. Nasza wioska leży na wysokości 430 m npm, więc na samej górze już były pobielone drzewa, trawy, a pod Arłamowem w Górach Sanocko-Turczańskich było jeszcze ładniej. 

Tak się zastanawiam, po jakie licho tworzone są parki krajobrazowe, obszary chronionego krajobrazu, kiedy wszędzie można zobaczyć te paskudne, gęsto rozmieszczone plastikowe słupki z rozciągniętymi przewodami, szpecącymi widoki. Czy ktoś to uzgadnia?



W pobliżu mojego miasta jest popularna letniskowa wieś, skrajem lasu poprowadzono ścieżkę rowerową, poustawiano latarnie, naprawdę było przyjemnie. Ale pojawiły się i tu plastikowe słupki , poutykane między latarniami, gęstwa jak w lesie ... to nie można było dogadać się i puścić kabel po latarniach? zupełnie tego nie rozumiem.


Nasze powroty często prowadzą szutrową drogą przez Hutę Łodzińską, grzbietem widokowych wzgórz. Tym razem hulał tam wicher, który porwał mi czapkę z głowy i cisnął pod auto, ale na samej górze szadź była najładniejsza:-) Wspomniałam wcześniej, że jest susza ... tak, to widać po stanie wody w rzekach, Wiar znowu cienką strużką sączy między kamieniami, a na Sanie w okolicy Bachowa ogromne ilości ptactwa w płytkiej wodzie. Łabędzie zazwyczaj widać, jak pływają, teraz stoją na środku rzeki i czyszczą sobie pióra, czaple siwe i białe brodzą po płyciznach, przerzucają dziobami wodorosty, a ile kaczek, nurogęsi, pewnie są i inne, ale na ptactwie nie znam się ...





Wczoraj były Mikołajki, z uśmiechem w duszy obserwowałam radość wnucząt z drobiazgów, które wpadły do komina, przyniesione nie wiadomo kiedy przez dobrodusznego grubasa z brodą. Jasiek po lekcjach opowiadał, że widział gumkę przy brodzie Mikołaja i to chyba był pan od wuefu:-) a z drugiej strony ciągle wierzy, bo mówi, że ciastko zostawione dla Mikołaja zniknęło, no i przyszedł list od Mikołaja z wielką złotą pieczęcią:-) Zaś Tosia raczy mnie nowościami z przedszkola: babciu, zaśpiewam ci piosenkę ... i rozlega się głośne ... marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi "polskiej" do Polski ... i różne inne patriotyczne wierszyki:-) I bawimy się w bajki, ona jest Roszpunką, a ja jestem starą matką Gertrudą:-) Był etap sharkowy, potem dinozaury, syrenki, teraz księżniczki, wróżki, różdżki , nie sposób nadążyć:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!