Tym razem wybór padł na tereny nad rzeką Huczwą w małej miejscowości Wronowice pod Hrubieszowem.
Zanim tam dotarliśmy, skusiło nas jeszcze jedno miejsce pod Tomaszowem Lubelskim, w Łaszczówce.
To rezerwat geologiczny "Piekiełko".
Trudno było trafić, bo po drodze nie zauważyliśmy ani jednej tabliczki, dopiero zapytany człowiek na rowerze machnął nam ręką kierunek i powiedział "Jedźta tam".
Rezerwacik malutki, kamienie i skały interesują mnie zawsze, więc połaziliśmy między nimi.
Na pewno pora niezbyt odpowiednia, latem pachnąco od macierzanek i piołunów, chociaż kolega stwierdził, że nie zawsze. Kiedy on był tu, na okoliczne pola wywieziono wytłoki buraczane, więc i zapaszek był nieciekawy:-)
Za Tomaszowem kraina jakże odmienna od naszych regionów. Prawie wcale lasów, domostwa porozrzucane wśród bezkresnych pól, nazwy miejscowości jedne z echem ruskim, jedne mające w nazwie "ordynacki", jeszcze inne pochodzą od imion.
Zmierzaliśmy do Wronowic, do klimatycznego dworku położonego w odosobnieniu w starym parku przy ubitym trakcie, a wokół jak okiem sięgnąć bezkresne pola żyznej ziemi pszenno-buraczanej.
Ponieważ nasi znajomi przyjeżdżali pod wieczór, mieliśmy trochę czasu w zapasie.
Rzuciliśmy plecak na kwaterze, a sami pojechaliśmy do Hrubieszowa zobaczyć cudeńko o 13 wieżach, jak naliczyliśmy. Zachodzące słońce oświetlało cerkiew, dachy na cerkiewnych cebulkach wyraziście odcinały się na tle błękitu, coś pięknego.
Pod drugiej stronie drogi, w niedalekim sąsiedztwie kościół pw. św. Mikołaja ...
Poszukiwaliśmy browaru hrubieszowskiego, żeby kupić lokalne piwo, ale wystrój i recepcja przy wejściu skutecznie nas wystraszyły, zupełnie niepotrzebnie. To hotel i restauracja, ale lokalne piwo też można było kupić, o czym przekonaliśmy się po powrocie do bazy.
Powitania, uściski, znajome twarze, jedni przyjechali ze stolicy, inni ze Śląska, jeszcze inni z Włocławka, Białej Podlaskiej, no i spora grupa z południowego wschodu, czyli my i nasi znajomi sprzed dwóch tygodni, kiedy to wędrowaliśmy po Pogórzu.
Rankiem, po śniadaniu wyruszyliśmy polnymi drogami w kierunku Turkowic.
Dobrze, że ziemia była zmrożona, więc szliśmy również po zaoranym polu, nieciekawie byłoby po deszczu.
Na polach pasły się spore stada saren, które na nasz widok rzucały się do ucieczki, błyskając białymi zadkami. Były i chwile zatrzymania, kiedy trzeba było ustalić dalszą trasę wędrówki, teraz to już nie mapy i kompasy, a gps-y w telefonie pokazują, gdzie jesteśmy i jak iść dalej:-)
Dobrze, że po drodze był sklepik obficie zaopatrzony, na ławkach można było rozłożyć się z kanapkami i termosami, chwila wytchnienia dla nóg, ale za długo nie można było się rozsiadać, bo jednak po rozgrzaniu marszem szybko schładzaliśmy się.
A mnie zachwyciły dorodne rojniki i inne skalne w donicy przy ogrodzeniu, niektóre tyle że tyle nie kwitną.
Zmierzaliśmy w kierunku monastyru w Turkowicach.
Po drodze, w lesie, zarośnięta część cmentarza prawosławnego z ciekawymi, malowanymi figurami, a niektóre krzyże znaczone przewieszonymi "rucznykami"...
Na skraju lasu krzyż przydrożny, z narzędziami męki pańskiej, a za nim trzy groby ze starymi drewnianymi krzyżami, a na wieńcu niewyraźny napis cyrylicą, odczytałam tylko "Chołmszczina" ...
Oto i monastyr.
Furta została nam otworzona i jedna z mniszek opowiedziała nam jego historię, najpierw wypytawszy, jakiej jesteśmy wiary. Mówiła ze wschodnim zaśpiewem. o legendzie, związanej z Władysławem Opolczykiem, który wiózł ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej z Bełza na Jasną Górę. Po odpoczynku w Turkowicach konie z orszakiem nie chciały jechać dalej, a kiedy wreszcie ruszyły, w tym miejscu pojawiło się światło, przyjmując wizerunek Matki Boskiej, który w cudowny sposób przeniósł się na płótno i tak powstała cudowna ikona. Miejscowa ludność zbudowała tu cerkiewkę, która nie przetrwała do naszych czasów. Ponoć była tu wspólnota monastyczna męska, jednak nigdzie nie ma zapisów na ten temat, ponoć legenda posłużyła jako pretekst do zbudowania tutaj na początku XX wieku prawosławnego monastyru i rusyfikacji miejscowej ludności.
![]() |
| wiki cerkiew 1916 rok |
Po wojnie w budynkach monastyru powstała szkoła rolnicza, teraz stoją nieużywane, niszczejące, wystawione do sprzedania ... szkoła, internat, sala gimnastyczna, teren wokół.
Po I wojnie i w czasie II przebywały tu katolickie siostry służebniczki, uratowały ok. 300 dzieci żydowskich, były i ofiary band ukraińskich nacjonalistów ... siostra Longina z wychowankami ...
Zeszliśmy starym parkiem w dolinę rzeki Huczwy.
Dobrze, że to ta pora roku, a nie na ten przykład lato, wtedy pewnie trawy, pokrzywy i trzciny sięgają powyżej człowieka ... wszędzie ślady działalności bobrów, wybłocone ścieżki, wykopane nory w brzegu.
Przed nami wieża w pobliżu grodziska Czermno.
Prawdę mówiąc, liczyliśmy na jakiś most, bo Huczwy przy takim stanie wód nie sposób inaczej przekroczyć jak wpław:-)
Niestety, patrzyliśmy na cukierek przez szybę, drewniane ostrokoły, wieża widokowe, ziemne wały grodziska, a rzeka zazdrośnie nie pozwoliła nam dostać się na drugi brzeg.
Stąd powolny powrót do bazy, od rana obiecywane słońce skryte za chmurami, teraz odsłaniało się coraz więcej nieba i wkrótce pod butami zaczynało być ślisko. Nasze twarze zsieczone mroźnym wiatrem w cieple domu czerwieniały rumieńcami, po gorącej herbacie, zupie czy co tam kto miał na rozgrzewkę. Było wielkie ognisko, przypieczona kiełbasa, ba! dla chętnych była nawet sauna:-)
Do tego trzy gitary, gruby śpiewnik i noc skończyła się w niedzielę:-)
Za parkiem taki wschód słońca nie pozwolił za szybko wrócić do naszych domów ...
Po śniadaniu pojechaliśmy całą kawalkadą aut do Kryłowa, tuż nad Bugiem. Słupy graniczne biało-czerwone, bardzo przyjemne miejsce tuz pod ruinami zamku, no i ten Bug ...
Jakoś nie miałam wyobrażenia, co mnie czeka w tym miejscu, nawet nie czytałam o zamku w Kryłowie ... może malownicze ruiny z pustymi oczodołami okien, wieża dla księżniczki, kolumny, schody, tajemne przejścia i piwnice ... nic z tych rzeczy, ciekawa historia, spisana na tablicach edukacyjnych, fragmenty potężnych murów i doskonałe miejsce do spacerów ...
No cóż, taki los fotografującego ... nie ma mnie na żadnym zdjęciu, może ktoś mi przyśle bodaj jedno:-)
To jeszcze nie koniec, kolega Wiesiek z Białej zdradził nam widokowe miejsce nad Bugiem, z wysokimi ścianami, prawie jak klifami ... to w miejscowości Ślipcze ... Bug meandruje jak narysowany niebieską kredką ręką dziecka ...
Strome skarpy podziurawione, może miejsca lęgowe żołn, a może jaskółek ... paskami folii zabezpieczone nowe obrywy, szerokie przerwy w ziemi, można stanąć i polecieć do wody razem z ziemią ... a domy już całkiem niedaleko.
Jeszcze w planach pobliski rezerwat kserotermiczny ... zrezygnowaliśmy, teraz nic nie kwitnie:-)
Pożegnaniom i uściskom nie było końca, rozjechaliśmy się w trzy strony świata, bo ta czwarta była za Bugiem, na Ukrainie:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!
