... nic nie tupie po poddaszu, nie cmoka na drzewach, przyszła pora zimowego snu, jak u niedźwiedzi:-) Liście już prawie opadły wszystkie, zbieram je, rozsypuję na grządkach, opatulam byliny posadzone w płotkach i przykładam iglastym stroiszem, bo kiedy przyjdą solidne wichury, wszystko wywieje.
Łąki za oknami już poszarzały, lekko zżółkły, zwłaszcza tam po lewej stronie, za sosną i brzozą, gdzie jest spore zabagnienie i rosną trzciny. Mąż nawet pytał, co tak kwitnie na żółto o tej porze roku:-)
Z pergoli przy domu miejskim zrywam winogrona, starej odmiany, granatowe, słodziutkie i aromatyczne. Trzy lata temu cała winorośl była drastycznie przycięta, zostawiłam tylko 3-4 pędy, grube jak moja ręka. Obawiałam się, że roślina będzie długo chorować, odbudowywać odrosty, ale szybko to poszło. W tym roku już stworzył się zielony dach, który trzeba było przerzedzać i mimo majowego przemarznięcia od góry, winorośl wyjątkowo obrodziła. A co byłoby, gdyby wszystkie kiście zachowały się? To chyba nawet nie jest połowa zbioru, jeszcze mnóstwo owoców zostało na pędach, coś tam zerwę, resztą pożywią się ptaki. Teraz czeka mnie pracowite obrywanie owoców z gron, część na sok, część na wino, może uda mi się coś w końcu wyprodukować, nadającego się do degustacji:-)

Mamy połowę listopada, a wszytko jeszcze kwitnie, w mijanych ogrodach pysznią się dalie, kosmosy, chryzantemy ogrodowe, róże. Pod chatka pojedyncze kwiatki tytoniu ozdobnego i lwich paszczy. U nas sarenki przepędzlowały także grządkę "permakulturalną", jak mawia moja siostra. Sałaty na patelnię, jakieś japońskie odmiany nie smakują im, szpinak i rukola też nie za bardzo, za to listki rzodkwi Lodowy Sopel jak najbardziej, znowu odwiedziły mój warzywnik, choć nic tam już dla nich nie zostało. Na wiosnę muszę porządne strachy postawić:-)
Przepracowaliśmy owocnie cały weekend, zakończyliśmy prace na tarasie, nowe barierki w zeszłym tygodniu, w tym wyrównywaliśmy skosy pod dachem, żeby można było przymocować do czegoś osłony na zimę.

Namęczyliśmy się setnie, bo przestrzeń trudna do zbudowania ścianki: najpierw rusztowanie z listew, do którego trzeba przybić deski, zachować odpowiedni kąt przycinania, a także pion i poziom. A wiadomo,że trzeba dobrze zacząć robotę, żeby potem szło prawidłowo, tak jak przy układaniu płytek:-) Wydawało się, że pójdzie jak z płatka, ale zapomnieliśmy przy pierwszej desce o poziomie, więc przy końcu okazało się, że wyszło krzywo, trzeba było rozkręcać, poprawić kąt przycięcia i na nowo skręcić deski, a przybijaliśmy z obydwu stron rusztu. Niby niedużo roboty, ale kombinowania, przymierzania co niemiara, więc zeszło nam dwa dni. Na tarasie wiało przenikliwie, było bardzo zimno, myślałam, że rozchoruję się, bo nawet palców rąk nie czułam w rękawiczkach. Po powrocie wieczorem do chatki twarz paliła mnie od tego przewiania, na szczęście jestem zdrowa, nawet kataru nie mam:-) Dzień krótki, myśleliśmy, że szybko uwiniemy się z robotą i w sobotę pójdziemy do krypty profesora Węgłowskiego w Krzeczkowej, przy okazji na Krzeczkowski Mur, duży i mały, ale wyszło inaczej. Pójdziemy w tym tygodniu:-)

Rankiem, przed pracą zdążyłam upiec ciasto jogurtowe z utopionymi połówkami gruszek, szybko się robi, zamieszać składniki, wyłożyć ciasto do blachy, ułożyć na wierzchu, co się ma, albo i nic, w zależności od inwencji:-) ja miałam gruszki, które już bardzo rozmiękły z długiego leżenia:-)
Jak pisałam na początku, liście już prawie opadły, przebarwiają się teraz modrzewie i zaczynają sypać rudymi igiełkami. Ponieważ rosną w bliskim sąsiedztwie, w lesie tuż za drogą, ich igiełki będę znajdować wszędzie, nawiane na taras, w psich miskach, przyniesione na łapach do chatki, ale to zupełnie mi nie przeszkadza. Krajobrazy z modrzewiami i resztkami liści na wierzchołkach brzóz przecudne, zdjęcia z naszej wioseczki i zza szyby auta, mijane po drodze do domu, tym razem z Huty Brzuskiej ...
Dosyć pochmurny niedzielny poranek, nawet z malutkim deszczykiem zamienił się przecudowny dzień, słoneczny i ciepły, a zaczątek dała ta mała, niebieska przerwa w chmurach:-) od niej było już tylko lepiej.
Wyjeżdżając z domu, zostawiłam prawie zielony klon palmowy, a po powrocie zastałam burzę złoto-pomarańczowych listków ...
W rozwidleniu gałęzi ukrył się wiklinowy karmnik, już niedługo trzeba będzie go zawiesić na gałęzi, sikorki już myszkują w poszukiwaniu pożywienia, pamiętają miejsce z zeszłej zimy?
Pozdrawiam Was ciepło, dziękuję za odwiedziny i zdrowia życzę, pa!