Sporo czasu upłynęło od napisania ostatniego postu, zdjęcia w aparacie odleżały sobie boczki, kwiaty przekwitły, osy szukają już sobie miejsca na zimę, choć niewiele ją przetrwa. Co ja z tymi osami? przecież całkiem mało było ich w tym roku, może dlatego, że prawie wcale nie było owoców w naszym sadzie. Ale na belce w gospodarczym budynku znalazłam ostatnio takie gniazdo, inne zupełnie niż dotychczas, szare i papierowe. To było jak delikatna rzeźba w kawałku drewna, odznaczał się rysunek słoi, a prowadziło do niego wiele wejść. W podziwie oglądałam pracę tych małych owadów, niby os, a jakichś małych:-)
poniedziałek, 9 października 2023
Z lata w jesień ...
poniedziałek, 7 sierpnia 2023
Z lotu ptaka na nasze Pogórze ...
Sobotni poranek chyba wszędzie na południu mocno postraszył. Nagle zrobiło się ciemno, od zachodu znad Kopystańki coś zbliżało się, strasząc grzmotami i błyskawicami. Ale to nie wyglądało jak zwykła burza, a raczej jak zapowiedź czegoś strasznego, nieokiełznanego, na żywioł człowiek jest bezsilny. Wicher uderzył w drzewa, teraz ucieszyłam się, że nie ma już orzecha tuż przy ulach, bo umierałabym ze strachu, że go zwali tam, na pszczoły. I właściwie nie wiedziałam, za co łapać, zdążę pozamykać okna? a może najpierw polecę zasznurować tunel foliowy, żeby nie odfrunął. Ledwie zamknęłam okna, kiedy lunęło okropnie, krajobraz za oknem zniknął, to była biała ściana, nawet bez zarysu najbliższych drzew u sąsiada. Pierwszy impet przewalił się, potem nadchodziły kolejne fale, ale już łagodniejsze, do przeżycia, a po południu zrobił się upał nie do zniesienia ... co za wariactwo pogodowe. Za to niedzielny ranek obudził się wyjątkowy ...
Zza góry wstawało słońce, ale jeszcze nie zdołało się przebić przez biały opar, z dolin potoków dymiło, każda biała wstążka mgły to znak, że tam gdzieś płynie czy to większa rzeka czy mały ciurek wodny. Naszą łąkę od północy okrąża dopływ do większego potoku, a ten zmierza prosto na południe do Wiaru, one wszystkie parowały. Widok zmieniał się z chwili na chwilę, to mgła całkowicie zasłaniała widok, to ustępowała, aż bałam się, czy mój latający aparacik zdąży to wszystko zobaczyć:-) A potem słońce uniosło się jeszcze wyżej, rozpędziło mgłę i zrobiło się całkiem zwyczajnie, letnio, upalnie i słonecznie.
wtorek, 1 sierpnia 2023
Zapach dojrzałego lata ...
Trochę się napracowaliśmy. Przy chatce było takie miejsce zaciszne, placyk miedzy jedną ścianą a drugą, akuratnie na posiedzenie w pierwszych ciepłych dniach po zimie. Czasami luty grzał przyjemnie słońcem, a czasami dopiero kiedy śniegi zeszły. Zarys tarasu był, obłożony kamieniami na sucho, ale przez lata malutki placyk niewykorzystany, bo albo zarośnięty, albo za gorąco. Więc wzięliśmy się z mężem do pracy, naiwnie myśląc, że szybko uporamy się z robotą. Wpierw przytargaliśmy ciężkie kamienie, ocalone po rozburzeniu zawalonej piwnicy. Wielkie i ciężkie płyty ... tak się zastanawialiśmy, jak przed kilkudziesięciu laty zbudowano ją, przy pomocy tylko konia, wozu i siły rąk gospodarza. Ostatnią warstwę trzeba było wypoziomować, zachowując minimalne nachylenie, żeby wody opadowej nie sprowadzać pod chatkę, przybetonowaliśmy od spodu sporą kielnią zaprawy i czekaliśmy, aż zastygnie. Potem to już zabawa w układanie klocków, drewnianego bruku, który trzeba było sobie przygotować., ale zanim klocki, to włóknina na ziemię, potem warstwa kamyczków ... żeby te nie topiły się później w ziemi. Ależ mi się zmęczyło chłopisko, bo z tymi taczkami musiał pod górę jeździć. A gzy nie próżnowały w tym gorącu, żarły nas ile wlezie:-)
Naiwnie myślałam, że kilkanaście klocków wystarczy, żeby pokryć nimi powierzchnię tarasu, a tu tniemy, układamy i układamy i końca nie widać. Środek w metalowej obręczy ze starego koła wozu strażackiego wypełniliśmy w połowie drewnem śliwkowym, uzupełniliśmy orzechem włoskim, a reszta to w przewadze orzech z większych pieńków. Usiłowaliśmy zdejmować korę, ale tak mocno przyschła do drewna, że to katorżnicza praca. Wniosek był jeden, nie zdejmujemy kory, jak się rozsypie, uzupełnimy kamyczkiem i już. Wreszcie nadszedł dzień, kiedy cała powierzchnia została ułożona, a mąż dowiózł z dołu jeszcze dodatkowo dziesięć taczek kamyczków, aby wysypać je między puste przestrzenie. Na wierzchu rozsypałam jeszcze dodatkowo jedną taczkę, bo jak popada deszcz, to wszystko ładnie się zaklinuje.
Czekaliśmy, czekaliśmy, ale zapowiadanego deszczu nie było, więc podłączyliśmy węża pod prysznic w chatce i z góry polewałam taras, pomagając naturze. Woda wpłukała ładnie kamyczki z pospółką w wolne przestrzenie, większe kamyczki zostały na wierzchu, pewnie niektóre ręcznie powciskam, a resztę zmiecie się gdzieś na bok.
Teraz tylko ustawić siedziska pod ścianą, ławy z topolowych belek, pozostałych po budowie chatki i korzystać. Taras wyższy, zadaszony i z przesłonami przeciwwiatrowymi służy teraz właściwie jak pokój, z bambetlem i poduszkami do leżenia, a nawet do popołudniowej drzemki:-)
Odwirowaliśmy trochę miodu spadziowego, ciemny bardzo, teraz to już ostatnie prace przy ulach i przygotowywanie pszczół do zimowli, czyli trzeba je odpowiednio zakarmić, żeby zgromadziły jedzenie w plastrach na zimę. Pożytki już się skończyły, łąki wykoszone, jakieś kwitnące kwiatki dostarczają pożytku na bieżące jedzenie pszczołom w ulach. Nie ma u nas nawłoci, nie ma wrzosów, może to i dobrze, bo pszczoły nie spracują się tak do imentu:-)
Zabezpieczyłam przed ptakami kilka krzaków borówek, bardzo lubimy ciasto jogurtowe z borówką i kruszonką. W zeszłym roku kupiłam siatki osłaniające, ale kiedy zaczęliśmy je teraz rozciągać, od razu pojawiła się obawa, że ptaki mogą zaplątać się w nie pazurkami, bo wcale jej nie widać na krzaku. Więc tradycyjnie pojawiły się chochoły z firanek, a pierwszy jogurtowy z borówkami zjedliśmy w niedzielę:-)






