Oj, tak, tak, nie może być nadchodzącej jesieni bez rumuńskiego wyjazdu. Jak zwykle krótki pobyt, niezbyt daleki, planowanie, co i gdzie . Jeszcze dodam, że koniec tygodnia to nie jest dobry czas na wyjazd, wtedy też Rumuni ruszają w plener:-) Marzył nam się nocleg gdzieś nad wodą, ale ciężko jest w górach znaleźć takie miejsce, bo brzegi ogromnych jezior zaporowych są bardzo strome, z utrudnionym zejściem do wody, nie mówiąc już o noclegu. Wreszcie udało się, na Grupie Biwakowej znaleźliśmy pinezkę na końcu ogromnego zbiornika Tarnita, płasko, miejsce na ognisko, jedziemy tam. Góry piękne wokół, my pomiędzy nimi, z jednej strony Góry Gilau, z drugiej Vladeasa.
![]() |
| zdjęcie z netu |
220 hektarów powierzchni, rzeka Samosz przegrodzona tamą wysokości prawie 100 m, 70 metrów słupa wody, dla mnie to są dane oszałamiające. W nocy przyjechała młodzież, rozpalili ogniska, posłuchali muzyki, która właściwie nie przeszkadzała, jakieś wręcz tureckie rytmy, które kołysały do snu. W nocy wyjechali cichutko, nawet nie zauważyłam, kiedy. Na drugim brzegu rzeki był ogromny, wybetonowany otwór, jakieś przypory, myślałam, że to pozostałości po jakichś budowlach. Ale okazało się, że w nocy woda jest z górnego zbiornika przepompowywana do dolnego właśnie tym tunelem ... nie zanotowałam tego szumu wody, spałam jak suseł, tylko mąż mi opowiadał:-) Za to rankiem zaczął się najazd Rumunów, rozstawianie altan, kolumn nagłaśniających, stolików, zastaw, oj! będzie tu się działo, nie wytrzymamy. Zwinęliśmy biwak i w drogę ... zaciekawiła mnie jeszcze jedna droga, którą znalazłam w jakimś opisie, to Droga Generała, ale rozkazał zbudować ją marszałek Antonescu.
Właściwie nic ciekawego, przejechaliśmy spory kawałek w dolinę malowniczymi serpentynami, droga wyasfaltowana, wąska, ale bardzo widokowa. Została zbudowana w czasie wojny II wojny przez okolicznych mieszkańców za pomocą motyk, zwierząt gospodarczych, wyryta w zboczu przez dzieci, kobiety i starców ... miała ułatwić komunikację tego terenu z miastem Cluj. Schodzi w dół serpentynami, jest dosyć wąska, a kierowcy czasami jeżdżą jak wariaci.
I co zauważyliśmy? wiele dróg, dostępnych kiedyś dla aut 4x4 zostało zamkniętych, a po drogach krążą patrole strażników. Też nie dziwię się, bo kiedy ktoś dla frajdy rozjeżdża górskie pastwiska, ryje głębokie koleiny, te kawalkady aut wyprawowych ... Rumunia zamyka się powoli. Zastanawialiśmy się, czy droga na Padis od wschodu jeszcze jest przejezdna, spróbujemy nią przejechać wysoko w góry. Dało radę, bardzo zniszczona przez leśne maszyny, wypłukana przez wodę, ostre kamienie, ale choć jedzie się bardzo wolno, zaoszczędza się wiele kilometrów, gdyby objeżdżać cały masyw górski po asfalcie. Wydawałoby się, że to dzicz zupełna, ale nie. W jednym miejscu stoi pasieka, pszczelarz sprzedaje swoje produkty, gdzie indziej docierają nawet auta osobowe, to grzybiarze, nawet na tej drodze spotkaliśmy motocyklistów, a także ogromną ciężarówkę z przyczepą, która załadowana wywoziła stąd drewno. Kolebała się na dziurach na wszystkie strony, grożąc wywrotką. Spotkaliśmy ją potem, po długim czasie, jednak wyjechała za nami na Padis i pomknęła w dół już po asfalcie. A my zatrzymaliśmy się w lesie, aby nazbierać sobie chrustu na wieczorne ognisko, bo tam, gdzie jedziemy, wszystkie gałązki są wyzbierane do sztuki:-) nawet worki mieliśmy przygotowane, a do wyposażenia biwakowego dołączyła siekierka i składana piła tzw. lisi ogon, bardzo teraz przydatna.
Jak zapewne domyślacie się, a przynajmniej niektórzy blogowi znajomi, wylądowaliśmy na kempingu Poiana Glavoi. Niby dziki kemping, ale bardzo oswojony, woda w przepływającym potoku znika poniżej, jest bardzo sucho. Niektóre punkty gastronomiczne już zamknięte, ale nam nic niestraszne, mamy zapasy, drewno na ognisko, powierzchnia życiowa zwiększyła się dostawianym do zielepuszki przedsionkiem. Krzesełka i stolik pod zadaszeniem, podłoga z grubej folii, można zrobić zadaszenie, pootwierać również na przewiew, pogoda dopisała, no i zakotwiczyliśmy tu i zalegli na dłużej. Na gałęzi do słońca grzała się woda w worku prysznicowym, można opłukać sól z ciała po całym dniu.
Wieczorem rozpalaliśmy ognisko, mamy też kratkę grillową, zrobioną z półki ze starej lodówki:-) sprawdza się znakomicie. Obozowisko zasnuwały dymy, aha! i zaczęły się poszukiwania gałęzi, jeden gość nawet miał spalinową piłę i naciął polan z suchego świerka, wszyscy później korzystali.
Doskonale sprawdzają nam się na biwakach składane naczynia silikonowe, wiaderko, zlewozmywak, jakieś sito, to co jest dostępne z tych rzeczy, dokupujemy. Nawet stolik zmieniliśmy na mniejszy, niższy, składa się na dwoje, zatrzaskuje i wygląda jak mała płaska walizeczka. Chodzi o to, żeby było to małe, dało się upchnąć w bagażniku i nie ciężkie:-)
Chyba wystarczy na dziś, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, wszystkiego dobrego, pa! C.D.N.
P.s. Jeszcze jedna sprawa:-) urosło mi na kompoście takie coś, ładne, z listkami jak lipka, z delikatnymi żółtymi kwiatkami.
Telefon rozpoznał, że jest to zaślaz pospolity, wyjątkowo uciążliwe zielsko. Nie mam pojęcia, skąd się wziął, być może z karmą dla ptaków, z taką mieszanką kukurydzy i innych nasion. Podobnie kiedyś wyrosła u nas ambrozja, też paskudztwo zawleczone z nasionami słonecznika, urosła pod karmnikiem. I kiedy przeczytałam o tym zaślazie, strach mnie zdjął ... jedna roślina może wytworzyć do 17 000 nasion, które zachowują zdolność kiełkowania w glebie przez 50-60 lat, wyobrażacie sobie? Co za roślinny potwór, zawleczony do nas oczywiście z Ameryki Północnej, podają też, że z Australii. Bez skrupułów wyrwałam z ziemi i zniszczyłam.





