poniedziałek, 10 czerwca 2024

Bardziej na południe czyli tym razem bułgarskie klimaty cz.I ...

Od kilku lat zaczynaliśmy sezon wyjazdowy na majówkę, tym razem opóźniliśmy go o miesiąc. Przyśpieszona wegetacja spowodowała także i to, że pszczoły napełniły plastry miodem i trzeba było go odebrać, pod koniec maja mieliśmy również rodzinną uroczystość. Jasiek przystąpił do pierwszej komunii, przyjechał angielski syn z rodziną, czas był wyjątkowo intensywny. Potem syn na lotnisko, wnuki do szkoły, a my z biegu, nie patrząc nawet na prognozy pogody, spakowaliśmy się na chybcika i w drogę. Zapomnieliśmy zabrać połowę zapasów żywnościowych, które kupiliśmy na wyjazd, ale to nie problem, wszędzie są sklepy:-) Plan był taki, że przetniemy Rumunię aż do Dunaju zatrzymując się po drodze tylko na nocleg, potem odpoczniemy z dzień w górach Macin, odwiedzimy klify Jurilowca, zjedziemy nad morze, w ostatniej miejscowości przekroczymy granicę z Bułgarią i już tam będziemy po trosze zwiedzać kraj. Na zdjęciu zamek chłopski w Saschiz ...


Ponieważ wyjechaliśmy w południe, wiadomo było że daleko nie zajedziemy, ale w miarę sił jak najdalej. Potem odjechaliśmy od głównej drogi, polną drogą na wykoszone łąki, w miejsce spokojne, acz ukryte wśród drzew przed ludzkim okiem. Ha, nie takie całkiem spokojne, bo późnym wieczorem przyjechał ciągnik z maszyną do kostkowania siana, tłukł się za drogą jakiś czas, ale nam to nie przeszkadzało, za bardzo byliśmy zmęczeni:-) Następnego dnia towarzyszył nam deszcz az do Dunaju.
Jechaliśmy piękną trasą przez góry Vrancea, a tam przy drodze taki obrazek. Smutne to, niedźwiadek ma przed sobą niewesołą przyszłość, kiedy od małego przyzwyczajany jest do żebrania o jedzenie przy drodze. Myślałam, że tylko przy trasie fogaraskiej można zobaczyć niedźwiedzie, ale tutaj też, ludzie są bezmyślni.



Nad Dunaj dotarliśmy pod wieczór, od razu zjechaliśmy w mieście Braiła na przystań promową, a tam, o zgrozo, wszystko zamknięte, ani gdzie kupić biletów na przeprawę, a najgorsze, że na wodzie nie widać ani jednego promu. Co się dzieje? Może to nie tu, źle pojechaliśmy ... pokręciliśmy się na nabrzeżu wśród starych magazynów rodem jak z filmu o Kubie Rozpruwaczu, obszczekały nas wściekłe psy, atmosfera iście jak z horroru. Wróciliśmy do miasta, no gdzie tu jechać, pewnie trzeba gdzieś szukać miejsca na nocleg, na przystani trochę niebezpiecznie, kręcą się różni. Jadąc nad Dunaj widzieliśmy w oddali potężną budowlę, most na linach, potężne dźwigi, ale z daleka nie widzieliśmy żadnego ruchu na moście, inwestycja w budowie za unijną kasę. Trochę w strachu zatrzymaliśmy się, sprawdzam, żeby przynajmniej zorientować się, w jakim czasie pływają promy ... o, Panie, dzięki ci za internet!
Wpadł mi w oko artykuł, że promy tutaj na Dunaju są niepotrzebne, bo w 2023 roku latem oddano do użytku most na Dunaju:-) Jak to oddano, przecież jest w budowie .... i owszem, coś tam jeszcze było budowane wokół, ale most jak najbardziej działał:-) Aż gruchnęło wokół, taki kamień spadł nam z serca, przejechaliśmy cudownym mostem nad wodą, pachnącym jeszcze nowością, swoistym Golden Gate na Dunaju.


Stąd już było niedaleko do podnóża gór Macin, do dzikiego kempingu obok monastyru. Lata jednak zmieniają bardzo odczucia, to co kiedyś wydawało nam się rajem, już takim nie było.


Wjazd miedzy akacjowe drzewa zamknięty szlabanem, mnóstwo tablic, jaki to cenny teren, ile roślin, motyli, a spory kawałek od nas kopalnia, kamieniołom, gdzie wydzierano kawałek po kawałku stare skały odsłaniając wnętrze gór, zdrapane zębami koparek trzewia. No tak tam jest, buduje się drogi i na miejscu pozyskuje się skalny urobek. A tereny są naprawdę wyjątkowe ...



Był tam z nami pies, pewnie niczyj, przyjazny, łagodny, a ponieważ zawsze wozimy ze sobą worek karmy psiej, miał niezłą wyżerkę. Zjadł górkę chrupek psich, popił wody i poszedł dalej szukać przyjaciół. Ranek obudził nas deszczem, ba! ulewą, a tu trzeba jakiegoś okienka pogodowego, żeby złożyć w "zielepuszce" legowisko, wcisnąć materac ... czekaliśmy, czekaliśmy, przestało na chwilkę padać. Szybkie składanie, szybkie mycie, nawet kawy nie zdążyliśmy zrobić, bo lunęło znowu ... pies spał zwinięty w kulkę, deszcz mu nie przeszkadzał, nasypaliśmy mu chrupek i w drogę, czyli nici z wędrowania po tych górach.

zdjęcie z jesiennego wyjazdu przed laty

Zatrzymaliśmy się na wzgórzu przy twierdzy Enisala, wszystko zamknięte, ani żywej duszy, ale pies jest, chudzina taka, czeka aż ktoś przyjedzie. Sypnęliśmy karmy i dalej w drogę, przejechaliśmy słynny Babadag Stasiuka, niezbyt ładny, deszcz coraz mniejszy, troszkę kropi. Zanim dojechaliśmy na klify Jurilovca, nawet błysnęło słońce. Zawsze mówiny na tę miejscowość Jurilovca, ale to jest Żurilowka, osada Lipowian, starowierców, którzy uciekli tu przed prześladowaniami caratu. Miejsce przepiękne, dobry czas na obserwowanie, zielono, kwitnąco, w oddali widać wody Morza Czarnego, bliżej lądu jezioro Razim odcięte od morza, dawniej jego zatoka.
Ileż tam roślin, ptactwa, mąż gotował kawę, a ja łaziłam wokół, fotografując różne kwitnące rośliny.







Przechodzili obok nas Węgrzy, zobaczyli że my Polacy, więc każdy chciał się pochwalić poznanymi słowami po polsku, obawiałam się tylko, czy ktoś nie powtórzy tego najpopularniejszego na "k", którego najszybciej uczą się obcokrajowcy:-) Piesek też do nas przyszedł, taki mniejszy rudy kundelek, też dostał chrupek na odchodne. 
Nieco dalej była ostoja ptaków wodnych, a hałas jak na targu. Okazało się, że najgłośniejsze są ... żołny.
Niezwykle kolorowe ptaki, żyjące w dziuplach, w skarpach, zwinne, szybkie, w locie łapały owady, a jedna chwyciła ogromną ważkę i taka wąsata siedziała potem na drutach, czekając na swoją kolej, aby polecieć do dziupli.






Na niebie klucze ptaków, co to, czaple, bociany? zakrążyły nad nami, toż to pelikany, jakieś niezgrabne takie, nieforemne, przyciężkawe, dziób większy od tułowia, ale doskonale fruwające.




Na przeciwległym brzegu rozlewiska białe plamy, skupiska ptaków, nie mając lornetki, nie mogliśmy rozróżnić, czy to pelikany, czy gęsi, a może łabędzie. Braku tej lornetki nie mogliśmy przeżałować, a zawsze wozimy ze sobą. 



Nie zostawaliśmy tu zbyt długo, bo u wejścia była tablica z napisem "interzis" - zabronione i wyszczególniona jakaś niebotyczna kwota 2000, potem 3000 lei. Czegoś nie wolno, tego nie doczytaliśmy i nie przetłumaczyliśmy. Przecudowne miejsce, nie dziw, że chronione przed ludźmi, dbając o spokój ptaków. Wyjątkowe miejsce ...
Jadąc dalej na południe terenami Dobrudży raczyliśmy się cudnymi widokami, szczególnie oko przyciągały łany ostróżki tak intensywnie fioletowej, że aż niewiarygodne. To na pewno w polach chwast, ale tak piękny jak maki z tej krainy, które pokażę za chwilę.







Jechaliśmy teraz nadmorskimi terenami, z oddali wyłaniały się ogromne dźwigi portowe Konstancy, Navodari, Mangalii, wszędzie hotele, kurorty, utrudniony dostęp do plaż. Jechaliśmy do ostatniej miejscowości przy granicy z Bułgarią, Vama Veche. Przed laty była to wioseczka rybacka z uroczą plażą, którą ulubili sobie hippisi, nudyści, teraz jak wszędzie zwąchano tu interes, mimo że plaża niewielka, wjazdu zakazano, ogrodzenia, letniska, wille, hotele, Vama Veche straciło naturalny urok. Znalazłam na mapie drogę przez pole, prowadzącą nad morze, Tam policjanci zakazali jechać w prawo, bo tam już granica, pojechaliśmy w lewo wybrzeżem, znaleźliśmy jedną, słownie - jedną miejscówkę, gdzie nad stromym klifem mogliśmy postawić "zielepuszkę" w jakichś zielskach. Trudno, przebidujemy jakoś, bo od północy mamy dopiero ważną winietę do Bułgarii. Za naszymi plecami kopano rowy pod instalacje sanitarne, kładziono rury kanalizacyjne, teren zbroił się pod kolejne inwestycje, za rok nie będzie już gdzie stanąć na dziko. Wspomniałam o makach ... jechaliśmy przez te pola Vama Veche z takimi makami, że takiej czerwieni nie widziałam nigdzie:-)




Co było robić całe popołudnie, trochę spacerowaliśmy po "kurorcie", z hoteli sączyła się muzyka, sezon jeszcze nie w pełni. Takie klimaty nas nie rajcują, patrzyliśmy na morze, ptaki szybujące nad wodą, mewy wylatujące nagle znad klifu prawie na wprost twarzy ... w nocy zapalono wszystkie latarnie, było jasno jak w dzień.







Jutro rano przekraczamy granicę i wkraczamy jakby w inny świat, a to ciągle jeszcze Dobrudża:-)
Pozdrawiam serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, wszystkiego dobrego, pa!
C.D.N.




poniedziałek, 6 maja 2024

Zieleń ma różne odcienie ... "śliski" temat ...

 Może zacznę od tego "śliskiego" tematu. Do tej pory cieszyłam się, że nie ma u nas ślimaków, na które narzekają wszyscy ogrodnicy i działkowicze. E, tam, myślę sobie, jesteśmy wysoko, otoczeni lasami, nie dolezą do nas, mając po drodze tyle pól na równinach. Ale dolazły, i to w ilości trochę zastraszającej. Przeniosłam rozsady pomidorów, papryk i ogórków do tunelu foliowego, bo tam widno, cieplej, łatwiej mi podlewać. Prawie dwa tygodnie temu jeszcze nawiedził nas solidny przymrozek, na szczęście okryłam zieloności podwójną agrowłókniną i to je uratowało. Nie powiem, rano ze strachem patrzyłam na oszronione trawy, z obawą podnosiłam okrycie, ale na szczęście przetrwały.


Wracając do tych rozsad, po kilku dniach, kiedy podniosłam okrycia, zauważyłam kilkanaście zżartych roślin, i to doszczętnie. Okazało się, że w ziemi pod folią kryją się całe zastępy ślimaków. Na dzień chowają się pod doniczkę, a nocą wychodzą na żer. Tyle mojej pracy ... nie mam dla nich litości, wyzbierałam i zniszczyłam. Codziennie rankiem inspekcja i jeszcze kilka znalazło się. Co tu robić? wysypałam ziemię popiołem, na to ustawiłam palety, a dopiero na nie doniczki, jakby pomogło. Ale co będzie, kiedy posadzę rośliny w ziemi? nie mam pojęcia.
Napracowaliśmy się setnie przygotowując podłoże pod ten zielony tunelik na ogórki, trzeba było choć trochę wypoziomować ziemię, z jednej strony nadebrać, z drugiej dosypać, bo wszędzie spadek terenu. Potem na to mnóstwo wytłaczanek po jajkach, na to znowu ziemia przywożona z krzaków, bo tam najżyźniejsza, jeszcze trochę kompostowej. Wytłaczanki ładnie rozkładają się z ziemią, przy tym chroniąc przed przerastaniem zielska. W pewne popołudnie rozłożyliśmy z mężem stelaż, co wcale nie jest taką prostą sprawą:-) Następnego dnia przyszła na stelaż folia, która trzeba było obciążyć czymś, żeby nie odfrunęła. Woziliśmy drobne kamienie, kilkanaście taczek i obsypywaliśmy kołnierz folii ... jak wypoziomowałam podłoże, to skos trzeba było czymś zapełnić, więc taczek z kamieniami coraz więcej. Ale robota skończona, tunel czeka na sadzonki, ale to po "zimnych ogrodnikach" i "Zośce", pomna przeszłych lat nie chcę już ryzykować. A tu jeszcze ślimaki w natarciu :-)
Nie tylko pracą żyjemy ... są spacery na łąki, wycieczki autem, kiedy nogi już nie chcą nosić ... Z łąk przynosimy niezliczone ilości kleszczy, Mima w sierści również:-)





Na łąkach pokazują się już pierwsze storczyki męskie ... łanami żółcą się pierwiosnki lekarskie.



... a dzikie czereśnie będą owocować, nie obmarzły im owoce.


Zdarza mi się wstać wcześniej od słońca:-) Ostatnio zaobserwowałam swoistą zorzę polarną, słońce jeszcze nie wychyliło się zza góry, ale już zaróżowiły się rozproszone chmury, tworząc smugi nad Horodżennem.




Jak zmienia się niebo, kiedy już pierwsze promienie musną góry za Wiarem, wyzłocą Kanasin, ale ja jeszcze słońca nie widzę, długo jesteśmy w cieniu.



W taki poranek zobaczyłam na nagim jeszcze orzechu stadko ptaków, kto zacz? Lornetka pomogła mi ustalić, to śliczne jemiołuszki, skąd one tutaj o tej porze.


Z wycieczki znaną pętelką przywiozłam zdjęcia i zapach kwitnącej miesiącznicy trwałej. Najładniej kwitnie zwieszając się ze stromego brzegu potoczku z wodospadzikiem, dopływu Turnicy.




Po trzykroć odwiedzaliśmy naszą lokalną Dolinę Narcyzów, bo chłód zahamował kwitnięcie. Z tygodnia na tydzień było coraz więcej kwiatów, aż wreszcie rozkwitły wszystkie. Wśród nich przechadzały się myszate konie z pobliskiego gospodarstwa.




W majowy weekend już w pełnym rozkwicie i zapachu.



Rozsiewają się, porastają ruiny fundamentów domostw, ponoć kiedyś była tu gajówka, po wysiedleniach wszystko się zmieniło, narcyzy przetrwały. Przetrwały też stare drzewa, aleje, kapliczki ... jakież to ładne miejsce, mimo popegierowskich ruin.




Majówkę spędziliśmy trochę na Pogórzu przy pracy, trochę w domu. Przełożyliśmy dużo drewna opałowego, już suchego do szopy przy tarasie. Myślimy o dociepleniu ściany wschodniej, tam, gdzie w mrozy łapie nam wodę. 


Młodzież wybrała się ze znajomymi na Kopystańkę, chłopcy jak zwykle dali radę, ale najbardziej zaskoczyła nas Tosia. Dzielnie przedreptała niemało kilometrów tam i z powrotem, góra-dół, góra-dół, bo tak się tam idzie. Wrócili zmęczeni, spaleni słońcem i zadowoleni bardzo.






Kwitną niebieskie wielosiły:-) ... i głogi, o tak intensywnym zapachu, że aż w nosie kręci.




Pozdrawiam Was majowo, serdecznie, ciepło, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!