piątek, 16 kwietnia 2021

Kiedy piec dymi ...

 ... baba miesza w wiadrze glinę i dłonią oblepia wszelkie nieszczelności:-)

Kiedy wczoraj przyjechaliśmy do chatki na Pogórze, z lekka pykający dymem piec zabuzował na całego. Dymił bradrurą, przez płyty kuchenne, a nawet przez nieszczelności między kamieniami. Chyba coś przytkało komin, bo niemożliwe, żeby tak fajczył. Z zapaloną czołówką obeszłam piec wkoło, żeby w świetle zobaczyć, skąd tak dymi ... no tak, dymił jak napisałam powyżej. Otworzyliśmy bradrurę, stamtąd waliło najbardziej ... po wygaszeniu ognia mąż wyjął blaszany wkład, no niestety rzeszoto, wszystko przepalone, trzeba kupić nowy.

Nazajutrz rano odsunęliśmy od komina skrzynię posagową babci. Za nią znajdowała się wyczystka komina, może tam nazbierało się za dużo sadzy, w końcu piec służy nam  już prawie 20 lat. Po otwarciu drzwiczek wysypało się trochę żużlu, nie za wiele, a po zrobieniu zdjęcia komórką okazało się, że komin jest w całkiem przyzwoitym stanie.

A więc trzeba wymienić wkład bradrury, uszczelnić wszystkie prześwity i powinno być dobrze. 

zdjęcie z netu
Od dawna planowaliśmy zaopatrzyć się w  osłony na taras na czas okołozimowy, bo nawet w cieplejszy dzień wieje tam nie wiadomo skąd. Zazwyczaj właśnie tam przeziębiamy się, przysiadając na przerwę po pracy lekko spoceni. Znajoma blogowa Bożena z Chatomanii dała mi namiar na producenta takich plandek w Czerteżu koło Sanoka, a ponieważ pogoda zupełnie nie sprzyjała jakimkolwiek pracom na obejściu, pojechaliśmy do Czerteża. A po drodze "regularna zima", jak mawia mąż:-)





Udało nam się po drodze w Birczy kupić wkład do bradrury, więc już odpadł nam wyjazd do Przemyśla, a wypad do Czerteża potraktowaliśmy jak wycieczkę. Szybko załatwiliśmy sprawę z młodym właścicielem firmy, a potem poszliśmy pooglądać bojkowską cerkiew grecko-katolicką pw. Przemienienia Pańskiego z 1742 roku. Niestety, była zamknięta, więc tylko zdjęcia z zewnątrz, w gęsto sypiącym mokrym śniegu.



Wróciliśmy do chatki, aby nakarmić i wypuścić psy. Trzeba jeszcze gdzieś zdobyć glinę do wylepienia pieca, tylko jedno miejsce przychodziło nam na myśl, stara cegielnia w Przemyślu, a więc wyjazd do tego miasta nieunikniony:-) Przywdziałam robocze spodnie, gumiaki, bo śnieżyca nie odpuszczała, do tego saperka, worek i pojechaliśmy. Znaleźliśmy stromą skarpę z wyrobiskiem glinianym, wynieśliśmy stamtąd cały worek urobku, część na zapas, a ja oprócz tego znalazłam mnóstwo sadzonek kosaćców, które działkowcy wyrzucali za skarpy, a one doskonale się rozmnożyły. Oprócz tego były tam narcyzy, a także kosaćce syberyjskie. No jak mogłam nie zabrać ich ze sobą:-)
Już są posadzone pod rozłożystym świerkiem.


Na tych zajęciach zszedł nam cały dzień, ale załatwiliśmy tyle spraw. Zamówione osłony na taras, wycieczka w scenerii zimowej przez Góry Słonne, naprawiony piec, nowy wkład do bradrury, no i powstał nowy post. 

A śnieg sypie dalej, wilk - samotnik znowu był widziany na łąkach za potokiem.

Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!

35 komentarzy:

grazyna pisze...

Ooooo! regularna ta zima, rzeczywiscie! i jak przeżyliście w chatce bez pieca, bo póki nie zmieniliscie bratrury i nie zalepiłaś dziur, to chyba nie używaliscie pieca. Az nusialam zajrzeć do googla co to bratrura..
A zima nawet ładna na Twoich zdjeciach, ale juz chyba jej nie chcemy. Nawet ja. JAkkolwiek cerkiew zimowa przedstawia się niezwykle malowniczo w takiej bieli.
dzisiaj za oknem, jak od kilku juz dni...szaroburo i pada deszcz, i jedyne moje zmartwienie (oby!..hahaha) to takie, ze mi marnieje lasek magnoliowy w ogrodzie botanicznym i nici z mego tam wyjścia Pozdrawiam serdecznie

Tomasz Gołkowski pisze...

Ciekawe czy to ten sam wilk samotnik którego w rejonie Żytnego widziałem. Piękna ta skrzynia. Stara cegielnia jeszcze może się przydać, a Przemyśl to klimatyczne miasto i na szczęście nie przytłacza. Chcąc wyjechać w teren by odetchnąć, naprawdę wystarczy 5 minut i jest się poza jego granicami :). Raz jeden byłem w Czerteżu, ale niestety nie mam zdjęć świątyni. Warto byłoby się przyjrzeć bliżej temu obiektowi. Zima pewnie wróciła na Pogórze Przemyskie - nawet w mieście dość mocno sypało. Tydzień temu jeszcze dreptałem w swetrze z dzieciakami po dróżkach kalwaryjskich a tu taka odmiana, na gorsze.
Pozdrawiam Cię serdecznie
Tomasz

jotka pisze...

Takie plandeki widuje w kawiarniach parkowych i miejskich ogródkach kawiarnianych, gdy wstawi się do do takiej altany podgrzewacz, to można posiedzieć do późnej jesieni.
Krajobrazy ładne, ale czekam na wiosenne obrazki:-)

elaj pisze...

Ale piękny piec macie! A zima i na naszym pogórzu nie odpuszcza, za oknem biało bielutko. Serdeczności ślę:)

Ismar pisze...

Taka chatka to skarb i masa problemów. Pracowite ale bogate życie w niej. Cóż my możemy mówić o uciążliwej pogodzie w porównaniu z terenami podgórskimi. Przemyśl to piękne, ciekawe miasto a okoliczne cerkwie są prawdziwym skarbem architektury.

ikroopka pisze...

Napracowałas się, ale tez ile masz satysfakcji, jak się domyslam:) Kocham taka pogode, jak na zdjęciach, i wiem, fajnie sie mówi, jak człowiek siedzi w ciepełku w domu, ale przecież zaraz przyjdzie wiosna, z nia zapewne fala upałów i ciepłolubni beda mieli swój raj, a ja bede ogladac zimowe zdjęcia, haha. Trzymaj się:)

Agnieszka Mikołajczyk pisze...

Pogoda nie najlepszą ale pięknie zdjęcia wyszły.

Aleksandra I. pisze...

Czytając o Waszej przygodzie z piecem, przypomniałam sobie moją Ciocię, która nie mogąc się doczekać na przebudowę pieca kaflowego - sama to zrobiła. Miałam super zaradną Ciocię. Dobrze, że Wasza przygoda też skończyła się sukcesem. Ile jeszcze dodatkowych korzyści. Fajne nowe kwiatki będą upiększać Twój ogród. I ja wczoraj miałam wspaniałą zimę, dzisiaj już pada deszcz. Myślę, że to już ostatnie podrygi, chociaż kto to wie, wszak zbliża się majówka, a wtedy różnie bywa. Pozdrawiam Was bardzo wiosennie, Trzymajcie się zdrowo.

Pellegrina pisze...

Ależ piękny piec macie a i klimatycznych przydasiów przy nim co niemiara. I skrzynia wianna cudna i opleciony gąsior. Pomysł na osłonę, plandekę na taras super zwłaszcza to, że przezroczysta, bo płócienne już widziałam.
Baba miesza glinę w wiadrze i na toczku kręci garnki - tak mi się kojarzy. A dłonią oblepia nieszczelności to w afrykańskich klimatach. Tak czy siak to przyjemna choć brudna robota.
Rzeczywiście zima na całego!

don't blink pisze...

I zima, i wilk, i jeszcze zdobyczne narcyzy. Samo dobro:)
Piece często dymią z powodu tak zwanego zimnego komina. Moja kuchnia pod orzechem zawsze wiosną mnie odymia z tego powodu:)

Anna Kruczkowska pisze...

U nas też regularna zima. Znam ten ból dymiącego pieca, używania gliny szamotowej i sprawdzania wyczystek. A Bircza kojarzy mi się z punktem żywieniowym na maratonie rowerowym. Gdy Chuda jechała Bałtyk Bieszczady, to tam odpoczywała.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Grażyna, w górach śniegu pewnie było z 15 cm, a widoki z lekka bajkowe:-) na szczęście w małym pokoiku mamy mini-kominek, on dawał ciepło, a my grzebaliśmy się przy bardzo brudnym zajęciu z sadzą i na końcu orzekliśmy z mężem, że jednak robota bardzo nas lubi:-) nie martw się, póki nie ma przymrozku, który niszczy pąki kwiatowe, wszystko w porządku, deszcz niestraszny, magnolie zwolnią tempo i poczekają na Ciebie:-) pozdrawiam.

Tomasz, bardzo możliwe, krąży ten samotnik po okolicy, widzieliśmy go pod Posadą i u nas co jakiś czas, w końcu odległości niezbyt duże; skrzynia po babci, jeszcze ze starymi zapiskami na wieku; właściwie to nie liczyliśmy na glinę z cegielni, bo przy budowie obwodnicy mogli ją zasypać, ale udało się, glina tam piękna, czysta; lubimy Przemyśl, zaglądamy tam przy okazji różnych zakupów, spraw urzędowych, miasto bliskie mi, mieszkałam tam trochę, mam siostrę na Zasaniu; cerkiew w Czerteżu wyjątkowa, szkoda tylko, że tak sypało, a pod nogami gliniasta maź, warto wybrać się tam przy dobrej pogodzie; niby zimno, ale w ruchu można wytrzymać, pracowaliśmy wczoraj w sadzie; pozdrawiam.

Jotka, niezbyt mi pasuje ten plastik, ale przecież nie będę zabudowywać deskami tarasu, nawet ściana z winorośli nie pomaga, lepsza ta przezroczysta plandeka, tylko na kilka miesięcy, latem ładnie zwija się ją w uchwyty i nie widać; właśnie, w zacisznym miejscu można dłużej posiedzieć, a nawet końcem zimy pogrzać już pyska do słońca:-) śnieg zszedł, będą wiosenne widoczki; pozdrawiam.

Elaj, budowaliśmy go sami z mężem, ja woziłam kamienie zbierane nad rzeką, mąż kleił; prawie wszystkie roboty w chatce naszymi rękami zrobione; dlatego jestem z chatką związana emocjonalnie:-) śnieg trochę pomieszał szyki, ale przetrwamy:-) pozdrawiam.

Ismar, znajoma blogowa Krystynka napisała kiedyś w tym sensie: troski i radości właścicielki nieruchomości:-) święta prawda; przed nami wiele pracy jeszcze, zawsze więcej niż za nami, ale mówią, że dobrze mieć cel w życiu; w górach leży śnieg, byliśmy przejazdem wczoraj w okolicy, u nas zszedł, ale widzę za oknem zaśnieżoną Kopystańkę; to prawda, lubimy Przemyśl, jesteśmy tam często, a cerkwie w wioseczkach bardzo urokliwe, jest gdzie jeździć i podziwiać, połazić po starych cmentarzach; pozdrawiam.

Ikroopka, no ba! piec polepiony tak, że ani dymek się nie prześliźnie, a ogień huczy w palenisku jak dawniej; w pewnym momencie czuliśmy się jak w wędzarni albo góralskiej bacówce, wszystko przesiąknięte dymem, na szczęście dym pachnący, z owocowego drewna:-) przemokłam przy kopaniu tej gliny, mimo że kurtka niby p-deszczowa, ale człowiekowi w ruchu nie zimno; myślałam, że przeziębienie gotowe, ale wszystko w porządku; wysokie temperatury też mi nie służą, osłabiają, chowam się w cień; pozdrawiam.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Agnieszka, było bardzo zimowo, w górach jeszcze leży śnieg, dużo śniegu, u nas zniknął; pozdrawiam.

Ola, za kaflowy piec nie brałabym się, bo to chyba skomplikowane, a piec chlebowy przy chatce wybudowałam sama pod mężowskie dyktando, przed wyjazdem męża do pracy dostawałam wytyczne, lepiłam kamienie i tak powstał piec; szkoda tylko, że rzadko używam, robotę przejął blaszany piekarnik elektryczny, szybko i bez dodatkowych czynności:-) kwiatków nie mogłam zostawić, w wysokim zielsku było im źle:-) właściwie to dobrze, że pogoda wstrzymuje wegetację, może przymrozki majowe nas ominą; pozdrawiam.

Krystynko, piec własnoręcznie ulepiony:-) a przydasie to wyjątkowe kurzołapki, ale lubię takie "graciarstwo", jak mawiała moja mama; właśnie, przezroczyste, nie przysłonią widoków ani słońca; latem zwiniemy, zepniemy i nie będzie widać, a zimą nie nasypie śniegu na taras, ani deszcz nie zmoczy aż pod drzwi; glina rozmieszana jest bardzo plastyczna, gładka, cuda można robić; kiedyś pod wpływem "Mai w ogrodzie" ulepiłam z gliny z dodatkiem cementu i piasku krasnala do ogrodu, długo przetrwał, w końcu rozsypał się w kupkę, która tylko rozgarnęłam; przecież glina kiedyś była na porządku dziennym, wspaniałe tworzywo, lepiono ściany, przestrzenie między belkami, nie mówiąc o piecu; dodawał soli, żeby się dodatkowo zeszkliła; pozdrawiam

Don,tblink, wilka widujemy co jakiś czas, krąży po okolicy, pewnie trudno mu samemu cos upolować, czeka na resztki po pobratymcach; kwiatki wykopałam, bo były niczyje, może jeszcze raz odwiedzę tę skarpę, przepatrzę dokładniej, czasami skarby można znaleźć wyrzucone z działek; tak znalazłam sadzonkę dzielżanu, z nasion nie chciał mi wykiełkować:-) o, tak, znamy zimny komin, zwłaszcza po dłuższej przerwie, kiedy przyjeżdżamy do chatki:-) pozdrawiam.

Ania, to chyba ostatnie podrygi zimy, będzie za to więcej wody; mieliśmy zapas zaprawy szamotowej, ale się skończyła, teraz czysta glina z dodatkiem soli załatwia sprawę; widuję w Birczy wielu rowerzystów właśnie na takich imprezach, ciągną właśnie w Bieszczady albo pedałują po Pogórzu, bo tras tu mnóstwo; pozdrawiam.

wkraj pisze...

Zima choć pięknie wygląda na zdjęciach w połowie kwietnia może już męczyć. Dymiący piec też daje się we znaki, dobrze że ten problem już za Wami. Życzę spokojnej niedzieli. Pozdrawiam serdecznie :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Wkraju, już nawet nie cieszą te zimowe krajobrazy, choć miło patrzeć zza okna na szarugę. Rankiem patrzymy na Kopystańkę, która aż świeci bielą, u nas na szczęście już wytopił się śnieg, jest mokro, bardzo mokro. Ho, ho, w chatce były klimaty bardzo bacówkowe, wędzarnicze, dobrze że w czasie mrozów piec jeszcze pracował:-) jest wylepiony bardzo dokładnie, myślę, za za kilka lat znowu będzie taka akcja:-) pozdrawiam.

kobieta w pewnym wieku pisze...

Ooo, rzeczywiście regularna zima, tym bardziej piec niedymiący potrzebny. Dobrze, że zakupy udane. Mam nadzieję, że to już ostatnie podejście zimowe. Wiosny życzę.

Olga Jawor pisze...

Bardzo zaciekawiłaś mnie tymi osłonami na taras. Z czego są zrobione i jakiej są wielkości? Tez jakis czas temu o czymś takim mysleliśmy, ale potem temat rozmył sie po kościach.
I znowu straszna mokrawica na dworze. Jak nie kijem to pałką. Jak nie śnieg, to woda wszędzie, błoto i deszcz do tego. i znowu ciezko cos robić w ogrodzie, bo gdzieniegdzie woda po kostki.
Pozdrawiam Cie serdecznie, Marysiu!:-)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Kobieto wpw, myślę, że z każdym dniem będzie coraz lepiej, znaczy cieplej;-) a piec huczy, ogień buzuje i ani dymek nie przedostaje na chatę; osłony praktyczne, dłużej posiedzimy w zaciszu na tarasie, a wypatrzyłam je właśnie u Bożeny i nad Sanem w domkach letniskowych; wzajemnie i pozdrawiam.

Ola, osłony są wykonane z przezroczystej folii o wysokich parametrach, obszytej pasami chyba brezentowej wzmocnionej, pod zapięcia i zwijanie, wielkość zrobią Ci, jaką potrzebujesz; zrobiliśmy zdjęcia z wydrukiem na A-4, na to nanieśliśmy wymiary i już; będą zabezpieczone trzy strony, na lato zwiniemy i podepniemy pod sufitem; myślałam, że to będzie bardzo kosztowna inwestycja, ale da się przeżyć; właśnie, miałam zabierać się za grządki, a tu mokro, ani wejść z zasiewami, będzie chyba wszystko opóźnione; chociaż powiem Ci, że nasionka rzucone w ogrzaną ziemię o wiele szybciej kiełkują; pozdrawiam.

Bozena pisze...

Właśnie zastanawiałam się, czy skorzystałaś z moich namiarów na osłony, a tu jak na życzenie piszesz o nich. Nam dobrze służą i jesteśmy z nich bardzo zadowoleni. Piszesz też o regularnej zimie, więc osładza mi to tęsknotę za Bóbrką, bo jeszcze musimy chwilkę tutaj. Pomidory nam rosną, zioła również. Zakupiony tunel czeka... My tez narcyzy mamy z jakiegoś wysypiska śmieci ogródkowych, bo komuś niepotrzebne, a u nas jak znalazł. Myślę, że gdy już do Bóbrki będziemy się wybierać, to znowu z całym ogrodnictwem... I jak to mówi moja Stella, jak Romowie w taborze. Pamiętasz jeszcze Romów jeżdżących w taborach, bo ja doskonale. Ale Ty młodsza, to może niekoniecznie. Pewnie już wtedy musieli osiąść na jednym miejscu. Pozdrawiam serdecznie:)

cudARTeńka pisze...

Jestem pełna podziwu za naprawę pieca. Mam blisko taki, w którym szpary pomiędzy cegłami coraz większe. Można nie otwierać drzwiczek, by popatrzeć na ogień.
Cerkiewka, nawet w deszczu ze śniegiem, jest piękna.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Bożena, jestem bardzo wdzięczna za kontakt, cena przystępna i termin też, jeszcze przed weekendem majowym obiecał właściciel zrobić; zabezpieczymy trzy ściany, wschód-zachód na przeciągi, a południe na zacisze zimowe, żeby śniegiem nie sypało na taras:-) pogoda niepewna, zimno, więc bez żalu przeczekajcie ten czas w mieście; pewnie jeszcze raz wybiorę się na skarpę, zabiorę pozostałe roślinki; ja nie pamiętam cygańskich taborów, do naszej wsi nie docierali, ale mąż wspomina, jak przyjeżdżali do piekarni bielić kotły, a także koczowali nad Sanem; w Rumunii widywałam tabory, albo całe obozowiska; pozdrawiam.

Arteńka, wystarczy glina, trochę wody i już powstaje doskonałe lepiszcze do naprawy pieca; taki widoczny ogień przez nieszczelności przerażał mnie, bo wydawało mi się, że byle mocniejszy wiatr wydmucha iskrę na chatkę; czeka nas większa naprawa okucia kuchennego, bo ono stareńkie, przedwojenne, z domu męża, już też nieszczelne, może znajdziemy zmyślnego ślusarza, który wymieni pas blachy, a zachowa mosiężne gałki; cerkiewki nasze ulubione, szkoda że pogoda nie sprzyjała, no i była zamknięta; pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Ojej, ale traf, w ubiegłą niedzielę odwiedziliśmy Krowiarki i obejrzeliśmy przynajmniej z zewnątrz pałac, o którym pisze Twoja znajoma Bożena z ChatoManii. Jaki ten świat mały, podpisuję się obiema rękami pod Waszymi refleksjami z tego postu.
Marysiu chyba w niebyt poszedł mój wpis pod ostatnim postem, a chciałam Ci powiedzieć, że warto już teraz robić nowe nasadzenia starych gatunków drzew owocowych. Niestety, drzewa zarażone jemiołą są skazane na śmierć. Interesuję się tym tematem i wiem, że takie gatunki można zdobyć, nawet na starych podkładkach np. antonówek. W Polsce istnieją narodowe kolekcje i tam warto szukać (np. Bolestraszyce), są też pozytywnie zakręceni sadownicy. Warto szukać i wymieniać się takimi informacjami. Drzewa nas przeżyją, nawet jeśli nie dożyjemy ich owoców. Zawsze warto próbować hel.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Heleno, w necie nic nie ginie, napisałaś komentarz o jabłoniach w poście "Plecie nam się kwiecień" i tam też odpowiedziałam:-) Bożena to Twoja krajanka, choć sporo czasu spędza teraz w Bieszczadach, gdzie ma domek. A z kolei Grażyna, która też tam komentuje, spędziła dzieciństwo na ziemi opolskiej. Tak, tak, będą nowe nasadzenia, wybieramy się do arboretum, trochę do lokalnych sadowników, bo wyrobiło się sporo miejsca po usunięciu wyschniętych śliw. Pałace macie tam u siebie chyba w każdej wsi, szkoda tylko, że tak marnie kończą; pozdrawiam.

Krzysztof Gdula pisze...

Zima u Was? Teraz? Coś się tej złośnicy pomyliło. Może warto byłoby jej powiedzieć, żeby już sobie poszła?
Mario, zdziwiła mnie nazwa tej przepalonej części, bradrury, bo brzmi z niemiecka.
Ujmujące są starania tych wzgardzonych i porzuconych roślinek. Chcą żyć mimo wszystko.
Okazuje się, że aparat w telefonie można wykorzystać jako peryskop :-)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Krzysztof, a tak, tak było w piątek i w sobotę, i w niedzielę jeszcze Kopystańka cała w bieli, do dziś leżą łachy śniegu; dopiero troszkę dziś zaczęłam grzebać w ziemi, ale teraz leje, więc jutro nie wiadomo, czy gliniasta ziemia puści do pracy; pierwsze grzmoty, pierwsze kukanie kukułki, miły czas. Bradrura, tak się u nas mówi, słyszałam jeszcze "duchówka". Można ciekawostki roślinne znaleźć na wysypiskach przydziałkowych, dziwię się, że ktoś nie podaruje, przesadzi w inne miejsce, tylko wyrzuca, a roślina chwyta się życia i potem jaj ją znajduję:-) lusterko nie zdało egzaminu, telefon najlepszy:-) pozdrawiam.

Ula H. pisze...

Taką plandekę na taras to i ja bym chciała, bo u nas też wieje. Pozdrawiam serdecznie :)

AgataZinkiewicz pisze...

Pogoda niesamowicie płata figle... A pięć piękny, mam nadzieję że już opanowaliście sytuację. W pierwszej chwili pomyslalam, że w kominie nieproszeni goście się znajdują... Ale to przeważnie przy nieużywanych piecach... Piękny pięć, mi się właśnie marzy pięć z gliny ale na ogród do wypieku nie chleba tylko takich placuchow, pozdrowionka. Trzymajcie się cieplutko.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ula, no jak to jest, że na tarasie zawsze wieje:-) dla nas to też ochrona przed śniegiem, nawiewa zaspę, że drzwi trudno otworzyć; pozdrawiam.

Agata, tydzień temu było biało, a dziś prawdziwa wiosna, choć nadal chłodno i białym też podsypuje; piec hula jak należy, sami go budowaliśmy z kamienia, po prostu raz na jakiś czas trzeba mu zrobić solidny przegląd, ponaprawiać i będzie dobrze; piec chlebowy też mamy, obecnie z rzadka używany, bo jakoś czasu brakuje; chodzi Ci może o taki piec jak u Gruzinów, w formie wielkiego garnka, co to ciasto przykleja się do ścianek? pozdrawiam.

Ania pisze...

Musiałam sprawdzić, co to jest bradrura. Okazało się, że też ją mam w kaflowym piecu. Ma 15 lat i jestem przerażona, że kiedyś i mnie się przepali. Pojęcia nie mam, jak toto wymienić. Chyba rozebrać piec ? Dobrze, że zimowe zdjęcia to już archiwum. O osłonie na taras i ja myślę. Byłoby fajnie mieć werandę. Jaką piękną masz tę skrzynię ! Czy teraz Tosia dostanie ją w posagu :-)?

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ania, wymiana takiego wkładu do bradrury, to nic trudnego, nie trzeba rozbierać pieca; w ramce na stałe są takie skrzydełka, które przytrzymują wkład, trzeba je poluzować, lekko popracować jakimś śrubokrętem, żeby poluzować wkład i już się wyjmuje:-) wczoraj po pracy usiedliśmy na tarasie, przyświeciło słonko, ale wiało jak licho, będzie przytulniej z osłonami; pozdrawiam.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ania, o tak, Tosia dziedziczy skrzynię, a Jasiek "kandelabr" w pokoju:-)

Anonimowy pisze...

Jak potrzeba przyciśnie, to i zdunem można zostać...

Pozdrawiam serdecznie,
Wojtek

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Wojtek, w zdunów zabawiliśmy się już dawno, sami zbudowaliśmy piec z kamieni, a teraz trzeba go utrzymywać w formie. W końcu przez wieki glina była najlepszym lepiszczem, i piece, i domy, i polepy w chatach; moja mama rzekłaby, że jesteśmy jak "sanacji":-) dla niej to słowo oznaczało zupełne zacofanie, bo jak to, tyle ładnych gotowych kuchni, kafli, a my glina i kamień:-) pozdrawiam.

Kasia Dudziak pisze...

Posiadanie takiego pieca to piękna sprawa... póki się nie zepsuje. A bez pieca w górach zimno i ciężko wytrzymać. Pani zima w tym roku długo nie chciała odpuścić. Cerkiew przepiękna.

Pozdrawiam najserdeczniej Marysiu :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Kasia, zwykły piec to dusza domu; kiedy zawiodą wszystkie zdobycze cywilizacji, zabraknie gazu, prądu, ten piec uratuje życie, da ciepło, można na nim ugotować, a jakie pyszne proziaki wychodzą. Piec się nie zepsuje, ubytki tylko trzeba uzupełnić gliną, a reszta to naprawy eksploatacyjne, jak chociażby wkład do bradrury:-) Zima ma swój urok, przy ciepłym piecu, a za oknem szaleje zawieja, że świata nie widać. Tak, cerkiew cudna, szkoda że zamknięta, może gdyby w niedzielę... Pozdrawiam.