Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arłamów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arłamów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Zanim halny zmiótł zimę ...

 Nocne przymrozki trzymały śnieg w ryzach. Co prawda na nasłonecznionych południowych stokach niknął w oczach, ale w miejscach zacienionych miał się całkiem dobrze. Na Pogórzu jednego ranka mróz osiągnął -13 stopni, ale w dzień nie było tak źle. Pod koniec tygodnia chłód zelżał, w powietrze uniósł się mglisty opar, a prognozy zapowiedziały halny w górach i jego prędkość na Kasprowym prawie do 160 km/h.

Widoki i u nas niestety nie były powalające. Przymglone, zamazane, więcej kazały się domyślać niż podziwiać. Pojechaliśmy na wzgórze kalwaryjskie, puste jak nigdy, tylko głosy robotników pracujących przy remoncie niosły się w dal, a potem zjechaliśmy w dolinę Wiaru.


Droga do nas już utrzymana zimowo, śnieg wytopił się, więc bez stresu zjeżdżaliśmy w dół.

 Nie chciało nam się siedzieć w chatce, więc psy zostały nakarmione, wybiegane, potem sjesta dla nich, a my w dalsza drogę. 


Ty razem ruszyliśmy na południe trasą bieszczadzką do Ustrzyk Dolnych, ale przed nimi skręciliśmy na Wańkową, bo kusiło nas spojrzeć, czy stok narciarski na Laworcie jest już przygotowywany do zimy.


I owszem, armatki śnieżne rozstawione, nawet gdzie-niegdzie usypane białe pagórki, ale w tej dodatniej temperaturze nie wróżyliśmy im trwałości. Hej, gdzież te zimy, kiedy śniegu było mnóstwo, nie trzeba było naśnieżać, a jaka to przyjemność jeździć po białym puchu, a nie sztucznej krupie. Nie ma co przesądzać, zima jeszcze przed nami, różnie może być:-) 


Ruszyliśmy dalej zamieszkałymi dolinami, w Leszczowatem nad potokiem Wańkówka cerkiew św. Prescyli, poniżej gdy droga wspięła się ładnie po zboczu. Ilekroć tamtędy przejeżdżamy, zachwyca mnie ten widok ... zazwyczaj cerkiewki znajdują się na wzniesieniu, na wzgórzu, na tę akuratnie spoglądamy z góry.


Przed nami do wyboru dwie drogi, na Brelików, a wcześniej szutrowa droga do Ropienki Górnej, wybraliśmy tę pierwszą. Stromo, wąsko, kręto do góry, a dalej tereny kopalniane ropy naftowej. Na jednym z drzwi mignął mi przyciemniony "deskal" Andrejkowa, nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo za nami coś jechało, nie ma gdzie zatrzymać się, ale od czego internety:-) ... zdjęcie ze strony google.maps


Przejechaliśmy pasmo Chwaniowa, a droga z górki na pazurki do Wojtkówki, z otwierającą się panoramą kolejnych pasm  Gór Sanocko-Turczańskich w kierunku Arłamowa.


W sobotę, po nocnym przymrozku był plan na wczesną wędrówkę, ale przyjechali chłopcy chętni na jemiołę. Nasze jabłonie mocno nimi porażone, więc niech sobie zabiorą na świąteczny biznes, w końcu ludziska musza się pod czymś całować:-) Trudne to drzewa do wchodzenia, bo pnie gołe, bez odrostów, gdzie można oprzeć nogę, a i wysokość niezgorsza, Bez drabiny nie odważyłabym się, a młodzik jak małpka po pniu wspiął się wysoko bez żadnego zabezpieczenia i ściął sporo gałęzi z jemiołą. Okazało się potem, że to z klubu wspinaczkowego, dlatego tak łatwo mu poszło:-) Porządnie to zrobili, jemiołę zabrali, a gałęzie ładnie poskładali pod płotem. My zaś koło południa pojechaliśmy w stare miejsce, na Połoninki Arłamowskie, powtarzamy wiele tras, które są zawsze inne o każdej porze roku.


Droga od szlabanu biała, ale jednocześnie ciężka, mimo że szliśmy w dół, bo wilgotny śnieg rozsuwał się pod nogami. Czy śnieg pachnie? ten pachniał świeżością, odwilżą, świeżym sokiem z jodeł, z lasu ciągnęło próchnicznym zapachem opadłych liści. Z nasłonecznionego za zakrętem zagajnika biło odczuwalne ciepło, wyroiły się jakieś komary, które ze śniegu spijały wilgoć, a może i krzepły potem od niego.
Za lasem połoninki, już prawie bez śniegu, odwilż zrobiła swoje ...


Wspinaliśmy się po nasłonecznionym stoku, a pot rosił nasze czoła, bo zrobiło się naprawdę ciepło.
Gdzieś tam na samym grzbiecie czekała na nas 48 ławka ... dawny Arłamów otworzył spod krzyża przecudne widoki nakładających się na siebie kolejnych pasm górskich, od ciemnych po te najwyższe, coraz jaśniejsze ...

Droga poszła w dół doliną, a my usiedliśmy na ławce, chłonąc widoki wokół. Leciutki wiatr wiał nam od wschodu w plecy, słońce grzało twarze, a my siedzieliśmy i siedzieliśmy, bo nikt nie czekał na miejsce, byliśmy tam sami:-) 


Mąż został posiedzieć, ja szybkim marszem poszłam na druga górkę, bo było mi mało ... zza lasu wyłaniają się garbki ukraińskiej strony ... ech, pojechałby tam.


Stąd ławeczka z mężem to tylko kropka gdzieś tam w oddali ... 


Z góry droga przez dawną wieś błyszczała w słońcu, wznosił się opar mgielny, który przeganiał wiatr ...


Tą samą drogą wróciliśmy do auta, brnąc w rozmokłym śniegu, ale nie chciało nam się wracać do chatki, jedziemy dalej. Do Birczy, potem kierunek Borownica, zjechaliśmy do Ulucza, a temperatura rosła niezwykle szybko, od naszych porannych -3,5 stopnia aż do +12. Zadzwonił angielski syn, przegadaliśmy wiele kilometrów, rwała nam się łączność, bo my w takim terenie, on też jechał ... chciałabym, żeby przyjechał na święta.
Na ziemi sanockiej już nie uświadczyliśmy śniegu, prawie wiosennie. Zatrzymaliśmy się na chwilę w Mrzygłodzie, bo przegapiliśmy ostatnim razem kolejny mural Andrejkowa ...



Zawsze intrygował mnie ten budynek obok sklepu, widać że stary, kamienie łączone z cegłą, stare ogromne drzewa, okrągła absyda, tylko dach jak dorobiony, nowszy ...




Przez kratę w oknie mąż zrobił zdjęcie czegoś, co zobaczyliśmy fragmentem przez dziurkę w drzwiach. Okazało się potem, że to karawan pogrzebowy, ciekawe czy jeszcze służy, czy już nowocześnie, samochodem.

W domu poszperałam w necie ... tak, to ruiny cerkwi pw. Zaśnięcie Przeczystej Bogarodzicy z 1901 roku, zbudowanej w miejscu poprzedniej, która spłonęła w 1893 roku. Po wysiedleniach przeznaczona na magazyn spółdzielni produkcyjnej, obecnie dożywa swoich dni, nieremontowana.
Wróciliśmy do chatki pod sam wieczór, tu znowu przywitało nas -0,5 stopnia, na zachodzie regionu jednak cieplej. Zachód słońca też nie wróżył dobrej pogody ...


W nocy wydawało mi się, że deszcz stuka o blaszany dach. Niedzielnym rankiem okazało się, że to nie deszcz, a świat otuliła mgła, skraplając się na gałęziach brzozy, strącana była przez podmuchy wiatru, śnieg zginął zupełnie.
Wczorajszy dzień nieporównywalny do niedzieli, do tego ten dokuczliwy wiatr, i tak jest do dzisiaj.
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!








wtorek, 27 lutego 2018

W diamentowym pyle doliną dawnego Arłamowa ...

Skoro tylko mocno przymrozi i jest słoneczna pogoda, w powietrzu unoszą się kryształki lodu tworząc migotliwą, skrzącą się zawiesinę. Kiedyś nawet widziałam tęczę, światło rozszczepione przez kryształki lodu ... niezwykłe zjawisko, mroźnie, słonecznie i tęcza na niebie:-)


Mieliśmy okazję obserwować to zjawisko "diamentowego pyłu"w niedzielę na wyprawie z naszymi znajomymi "Kujawiakami" do dawnej wsi Arłamów, leżącej w niezwykłej dolinie, opustoszałej po wysiedleniach. Potem teren zagarnął ośrodek rządowy i dopiero po przemianach ustrojowych można odwiedzać to miejsce.
Urządziliśmy się doskonale na dwa auta.


Jedno na górze, drugie na dole, tak, że nie trzeba było drałować potem po asfalcie pod górę.


Okoliczności przyrody wręcz bajkowe. Spadł świeży puch, leciutki, skrzący się, mimo że było go całkiem sporo, nie czuło się trudu wędrowania.



Oprócz tego, po świeżym puchu przejechał jakiś ciężki pojazd, chyba pograniczników, to całkiem raźnie nam się szło po jego śladach.


Zza zakrętu wyłonili się jeźdźcy na koniach, przydając wędrówce dodatkowego uroku.
Najpierw w jedną stronę spokojnie ...



... potem na powrocie galopem. Parujące konie, w śnieżnym pyle ... Co to! niedźwiedź was goni? - zawołaliśmy tylko...



Za gęstym choinowym zagajnikiem stary krzyż przydrożny,  ślad po dawnej wsi ...
Nad nim rozciągają się na sporym odcinku Połoninki Arłamowskie. Nie wychodziliśmy tam wyżej, bo śniegu było dużo, a także wiało dosyć mroźnym wiatrem. I tak mieliśmy szczęście, że dmuchało nam w plecy, twarze i bez tego były rumiane od mrozu jak piwonie:-)


Wieją tu swoiste wiatry, widać to po przechylonych w jedną stronę gałęziach sosny ...


Dobrze nam się szło, od czasu do czasu mały odpoczynek przy łyku gorącej herbaty. Nawet za bardzo nie było gdzie przysiąść, bo wszystko zasypane, zawiane ... nie za długo można było posiedzieć, bo mróz jakby srożył się coraz bardziej.



Czuło się jego oddech po szczypaniu na twarzy, śnieg pod butami skrzypiał, wręcz piszczał coraz bardziej. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy cmentarzu, do którego wiodły zasypane ślady, no i jakżeby inaczej ... kładka przerzucona nad Arłamówką, przysypana grubą warstwą śniegu. Nie było wiadomo, czy tam tylko bale, czy może deski poprzybijane ... prześladują mnie te kładki:-)





To tylko my byłyśmy dzielne, bo nasi mężowie zostali na drodze i dopingowali nas z daleka ...
Tak idąc traktem wśród leśnych ostępów, pomnąc na pozostawione u wejścia na szlak tabliczki ostrzegające o niedźwiedziach, zastanawiałam się, co by było gdyby ... gdzie bym uciekała, na które drzewo można się wspiąć ... drzewa o pniach gładkich, krzaki za cienkie, gdzie ja bym uciekała, przecież tutaj dzicz dookoła ... lepiej, żeby niedźwiedzie już spały:-)


Zbliżaliśmy się powoli do końca naszej wędrówki. Jeszcze tylko resztki cmentarza w Kwaszeninie ...


... do granicy z Ukrainą rzut beretem ...
Ktoś kilka dni temu wylądował w ambasadzie we Lwowie, bo chciał sobie zrobić zdjęcie od strony ukraińskiej na tle słupów granicznych, no i został pochwycony przez ichnich pograniczników ... będą mieli chłopaki urlop jak znalazł, albo nagrodę ... miałam wrażenie, że jednak jakieś oczy nas obserwują z grzbietu granicznego:-)



Człapaliśmy powoli do pozostawionego przy drodze auta, ale nie dane nam było szybko wrócić do domu. Nadjechał wielki zielony pojazd z uśmiechniętymi wopistami, zostaliśmy skontrolowani, przy okazji okazało się, że od długiego czasu mam nieważny dowód osobisty:-) dobrze, że prawo jazdy miałam oprócz tego.
Jeszcze tylko zapytaliśmy o temperaturę, czy mają termometr w pojeździe ... mamy, jest  -15.


Zajechaliśmy do chatki na posiłek i odpoczynek, przegadaliśmy pół wieczoru, a gitary nawet nie zostały wyjęte z pokrowca. I już poniedziałek, i już trzeba się żegnać ... mam tylko nadzieję, że "Kujawiacy", Lidka i Jacek "napaśli się" śniegiem, bo i w Bieszczadach byli, i u nas na Pogórzu... jak do tej pory oni nie mają śniegu u siebie:-)


Taki zachód słońca wróży tylko jedno, tęgi mróz.
Karmimy ptactwo, bo zlatuje się ich całe mrowie, pewnie z całego lasu.  Daję im rozłupane orzechy, przyjechałam do domu jeszcze jeden worek słonecznika zakupić, kosom kroję jabłka i rozrzucam po podwórzu ... pomóżmy ptakom przetrwać ten trudny czas, dokarmiajmy systematycznie.


Oprócz mrozu zaczyna wiać wiatr.
Paskudne to połączenie, odczucie chłodu spotęgowane, przewiewa na wskroś, nawet psy nie chcą wychodzić. Wicher kręci wiry ze śniegu, pędzi polami jakieś niesamowite postacie, a na drodze ruchliwa przesłona ze zwiewanego, sypkiego śniegu, jak purga syberyjska. Tam, gdzie natrafia na jakąś przeszkodę, tworzą się jęzory, do jutra może zawiać, i jak wtedy wrócę na Pogórze, na zmianę antymrozową:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!

P.s. Zdjęcia Lidki i moje:-)