Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chust. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 maja 2018

Narkotycznie czyli Dolina Narcyzów na Ukrainie ...

To było moje marzenie, od kiedy przeczytałam o tej Dolinie w internecie.
Ale jakoś nie składał nam się wyjazd w te strony Zakarpacia, bo zazwyczaj pędziliśmy na południe, przez Słowację i Węgry do naszej ulubionej Rumunii.
Nie skłamię, jeśli przyznam, że jednym z hamulców było przekraczanie granicy, no i niesamowite dziury w drodze.
Raz kozie śmierć! jedziemy, ale nie po nocy, żeby widzieć, co na drodze, a na granicy ... wielka niewiadoma, ale może nie będzie tak źle:-)
Na przejściu w Krościenku poszło szybko, mimo tajemniczych karteczek, przyciemnionych szyb, przybijania wielu pieczątek, a nawet zdjęcia auta.
Droga okazała się miłym zaskoczeniem.


Ten szlak na Turkę i Borynię odstraszał kiedyś, a teraz nowy asfalt, więc poszło szybko i sprawnie.


W porannym słońcu minęliśmy Góry Sanocko-Turczańskie, gdzieś w oddali bieliły jeszcze szczytami ukraińskie Bieszczady.
Jak zwykle zatrzymaliśmy się na mały popas gdzieś ponad doliną, rozkwitały łąki, ptaki kląskały w przydrożnych krzakach, a przed nami majówkowe dni.


Trochę gorzej było na Zakarpaciu, za to o wiele cieplej. Przy drodze sprzedawano czereśnie, truskawki, a żarnowce całe w złocistych poduchach porastały przydrożne skarpy. Drogi rozjeżdżone, nieremontowane, a najgorzej było na objeździe Mukaczewa. 


Stąd jeszcze 70 km do Chustu, bo właśnie w jego pobliżu, na łąkach wioski Kireszi znajdują się owe słynne narcyzowe pola.
Cała podmokła dolina leży na 160 m npm i jest to unikat wśród podobnych rezerwatów, jako że inne znajdują się zazwyczaj wysoko w górach.


Oczywiście jest parking, trzeba wykupić bilety wstępu, a porządku pilnuje specjalna ochrona.
Na początku nic nie widać, za to czuje się zapach, a potem pojawiają się całe łany tego unikatowego cudeńka. Wędruje się wygodną, asfaltową drogą, a po obu stronach narcyzy, wszędzie narcyzy ...
czasami mignie fioletowo rozkwitły kosaciec syberyjski, czasami żółty ... a tak nawiasem mówiąc, czy to nie przypadkiem czas już na Hostovicke Luky:-)?




Część łąk jest ogrodzona, część otaśmowana, ale i tak są chętni, zazwyczaj dziewczyny, na selfie wśród łanów narcyzowych. Wpadają szybko w te kwiaty, zdjęcie , zdjęcie, a tu rozlega się ostrzegawczy dźwięk z tub głośnikowych, bo w takie są wyposażeni strażnicy, a potem napomnienie:-)
I dobrze, że ktoś pilnuje tu porządku, bo narcyzom groziłby podobny los jak naszym krokusom na halach tatrzańskich.


Za zerwanie kwiatka grozi również kara.




Niektórzy uczeni sądzą, że na skutek geologicznych kataklizmów zsunął się z gór płat ziemi wraz z narcyzami i w ten sposób powstał ten niezwykły naturalny ogród właśnie tak nisko, poniżej 200 m npm.  Rezerwat ten boryka się też z pewnymi trudnościami, bo szybko zarasta wierzbą, a pracownicy nie nadążają z jej wycinaniem.


Z narcyzami związana jest miejscowa legenda.
Kiedy chustyński zamek został zdobyty przez ordyńców, mieszkańcy podarowali im poduszki, wypchane kwiatami narcyzów, w dowód poddaństwa. Kto zasnął na takiej poduszce, już się nigdy nie obudził, tak narkotyczny był ten zapach.


Według niektórych źródeł nazwa narcyza pochodzi od greckiego "narkao" - być oszołomionym.
Hm! w pełni rozkwitu przed tym zapachem nie ucieknie, jest wszędzie i chyba coś w tym jest, sami zdradzaliśmy dziwne objawy odurzenia:-)


W pewnym okresie dla ochrony narcyza obowiązywał w rezerwacie zakaz koszenia trawy, jednak z roku na rok kwiatów ubywało, czyli jednak wypasanie, koszenie,  zbieranie siana przez wieki nie było takie złe, a rośliny nie były zagłuszane. Teraz łąki nadal kosi się po okresie kwitnienia, a siano jest zabierane do skarmiania zwierząt gospodarskich. Ciekawe, czy i u nich obserwuje się objawy oszołomienia i czy mleko od takich krów jest lepsze:-)


Oprócz narcyzów zauważyłam na łąkach dorodne ciemiężyce, wiele storczyków, nawet białe fiołki czy krzyżownice.
Ponoć jest tu około 500 rzadkich roślin, a wiele zostało wpisanych do Czerwonej Księgi roślin zagrożonych.


Jako, że była to już pora poobiednia, to i nasze żołądki zaczęły domagać się posiłku.  Tym bardziej, że przy parkingu stały kramy z prawdziwym lokalnym jedzeniem, przyrządzanym przez miejscowe gospodynie. Mąż oczywiście szaszłyk pieczony na prawdziwym ogniu, ogromny, że nie dał mu rady, a ja skromniutko - bogracz.
I tak najedzeni, odurzeni zapachem narcyzów podążyliśmy na przejście graniczne Sołotwino-Sighet Marmoroski. Nawet natarczywość celnika w przeszukiwaniu naszego auta za jakimkolwiek przemytem nie zrobiła na nas żadnego wrażenia, bo humory mieliśmy przednie.
Witaj, Rumunio:-)


Pozdrawiam serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, wszystkiego dobrego, pa!