Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arboretum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arboretum. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 września 2017

Ufff!!! ... nareszcie skończyłam ...

... malowanie desek na ogrodzenie.
Bardzo to żmudna robota, deski nieostrugane, "kudłate", bardzo ciężko wcierało się w nie pędzlem impregnat. Wystarczyło jedno popołudnie, żeby zakończyć budowę ogrodzenia, czyli poprzybijać owe deski i na razie inwestycja zakończona, no, jeszcze daszki na słupki z obrzynków, ale to już małe piwo:-)
Największy zgryz miały psy, bo co zapędziły się starymi, utartymi ścieżkami, to tam stop! ogrodzenie ... z jednej strony, z drugiej strony. W końcu udepczą sobie nowe trakty, ale przynajmniej ten pierwszy impet z wybieganiem na drogę będzie zahamowany.
Paździoch, piesek ze wsi, daje sobie radę. Przyszedł wczoraj, patrzyliśmy, którędy udało mu się przecisnąć ... aha, taki mały kurdupel zmieścił się pod bramą:-)


Na naszą okolicę wrócił na chwilę spokój, nawet łanie wyszły na łąkę.  Geofizyka pozbierała swoje kable, jeszcze wczoraj spotkanie z panem od szacowania szkód, przy okazji dowiedziałam się, że na naszej łące, na końcu przy lesie były wiercone dwa otwory i tam zakładano ładunki. To stąd to kołysanie podłogi w chatce jakiś czas temu:-)
W ramach nagrody za zakończone prace ogrodzeniowe wyszłam sobie rano na łąki, było bardzo rześko, bo jakaś lokalna "Irma" hiperwentylowała pogórze, aż łzy z oczu wyciskało.
Mania kiedyś pisała, że takie chmury to "soczewki", i ja taką zaobserwowałam nad naszym lasem.


Parę zdjęć, kwiatki mizerne, bo łąki skoszone, może jakieś grzyby po deszczu się pokazały ...






No i się pokazały.
Na końcu łąki rośnie sobie kępa drzew, brzoza, osika i dzika czereśnia. Tam zobaczyłam pierwszego czerwonego kozaka, zaraz potem następnego ...


Nieco wyżej, ale stojąc tyłem do rannego, niskiego słońca zobaczyłam mnóstwo bielejących plam. To kanie, ale i także olbrzymie purchawy. Ponoć niektóre są jadalne, może nawet i te, ale nie odważyłabym się:-)



Ponieważ to był tylko zwiad, a ja uzbrojona tylko w aparat, wróciłam do chatki, zakończyłam wszystkie roboty, a potem z czystym sumieniem, że coś tam na mnie czeka, ruszyłam na łąki ponownie.
Tych kozaków znalazłam o wiele więcej, bo słońce nie raziło w oczy, rosły sobie takie olbrzymy o dziwo! na wykoszonej łące, a od kań musiałam się opędzać ... wystarczyło niecałe pół godziny, żeby zapełnić koszyk ... tylko wietrzysko ogromne kanie wywiewało mi z kosza, bo to takie "papierowe" grzyby:-)


Chyba każdy grzybiarz tak ma, że największą przyjemność znajduje w tym poszukiwaniu, radości ze znalezienia, bo potem taki zapełniony koszyk trzeba oczyścić, zagospodarować i to tylko kłopot.
Tak i ja, przyniosłam je do chatki, podzieliłam się swoją radością ze znajomymi, wysyłając im mms-a, a potem załamałam ręce: Mało masz babo roboty, to jeszcze grzybów nazbierałaś!
Siedziałam do późna w nocy, dziś kozaki już wysuszone, a na kanie znalazłam nowy sposób.
Pokroiłam je w paski i w maśle zostały obsmażone, po wielokroć zmniejszyły swoją objętość i tak z tej ilości powstały dwa słoiki "Kanie pasteryzowane w maśle".


Niepięknie wyglądają na patelni, jak odnóża ośmiornic, do tego te ciemne przebarwienia skórki ... jak ślimaki ... błe!!! ... ale zapewniam, aromat mają wspaniały i jako dodatek  na pewno wykorzystam.
Kanie też suszyłam, ale wydają mi się takie bez zapachu, jak sproszkowana bibułka.
Oprócz tego pracuję ciągle z papryczkami czereśniowymi ...


Coś mi się wydaje, że nie są już tak całkiem czereśniowe, bo rosły na grządce z innymi odmianami, i pozyskane nasionka są chyba skażone innymi odmianami, bo dosyć rosłe jakieś, a co niektóre nawet palące, jak co najmniej jalapeno:-)
Ale do nadziewania serkiem kozim, którego mam całkiem spory zapas zamrożony - jedyne, i smakowite bardzo.
Iwonka miała rację, sery podpuszczkowe nie nadają się do mrożenia, bo tracą fason, po prostu sypią się potem, ale z dodatkiem ziół, czosnku, i mocno osolone bardzo akuratne do nadziewania papryczek. Te papryczki także marynuję w zalewie słodko-kwaśnej z dodatkiem miodu, bardzo nam smakują, bo mają tę ostrość.
W niedzielę udało nam się wpaść na chwilę do arboretum w Bolestraszycach na Festiwal Derenia.
Uwagę całkiem nam zaabsorbował pan Grzegorz Kapcia z Bochni, sympatyczny bard ze swoimi piosenkami w klimacie "krainy łagodności". Nie znaliśmy jego piosenek, ale zabraliśmy do domu jego utwory na płycie ... słuchamy, słuchamy ...



Pan Grzegorz też maluje, na scenie jego obrazy, pisane ikony ...


Stoiska, kramy już zaczęły się zwijać, jeszcze mały spacer nad wodą, na wrzosowisku ... na zielonej kępie księżniczka zaklęta w żabę:-)






Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, wszystkiego dobrego, pa!


wtorek, 27 września 2016

Inne smaki derenia ...

Zaskoczył mnie, ale raczej nie oczarował.
Przyzwyczajona do derenia raczej w nalewce, albo marmoladce trochę z ukosa spoglądałam na te zielone owocki w niewiadomej zalewie ... trochę jak oliwki ...



To dereń kiszony.
Obok w naczyniu stały owoce do degustacji, ludzie podchodzili, próbowali, a ja rozpoczęłam rozmowę z panią. Więc dereń przeznaczony na kiszenie zrywamy, kiedy jeszcze nie jest czerwony, potem postępujemy jak, nie przymierzając, z ogórkami. Kiedy owocki ukiszą się, odcedzamy je z zalewy, przekładamy do słoiczków i zalewamy na powrót, ale olejem z przyprawami, czosnkiem, koprem czy też może prowansalskimi ziołami.


Duża pestka, mało miąższu, a me niewybredne podniebienie na dobrodziejstwie smaku nie poznało się zupełnie, cóż, nie jestem smakoszem.
Działo się to na Święcie Derenia w bolestraszyckim arboretum, mnogość ludzi odstraszała od wędrówek po ogrodzie. Takie miejsca wolę podziwiać w spokojniejsze dni, nie mniej jednak obeszliśmy stragany, podziwiając różności związane z tym świętem ...






Na samym końcu ciągu straganów, tam gdzie miał swoje stoisko pan z wikliną, odkryłam przecudną kępę kwitnącej trójsklepki ...



... tuż za nią żółte "coś" o palczastych, jakby klonowych liściach ...



Najwięcej naszego zainteresowania wzbudził jednak powojnik, który oplatał w wielkiej obfitości słup, płożył się wokół niego na ogromnym klombie ... może raczej nie powojnik, a mnogość pszczół, która późnym latem znalazła sobie tutaj pożytek ...


Bo "faza na pszczoły" trwa:-)
Rozglądamy się właśnie za następnymi sadzonkami drzew i krzewów miododajnych, mamy upatrzone miejsce na sadzonki oliwnika, dosadzimy jeszcze lipki, derenie, akacje białe i różowe.
Czytuję czasami mężowskie czasopisma pasieczne, zwłaszcza przy jedzeniu, kiedy jestem sama ... brzydka to przywara, ale lubię. Zainteresował mnie tam artykuł o drzewach tlenowych, a konkretnie o paulowni, znanej również pod nazwą judaszowiec ... kwiaty wyrastające bezpośrednio z pnia, z bezlistnych gałęzi ... cudo ...

I tu wnoszę poprawkę, bo jednak judaszowiec to zupełnie inna roślina niż paulownia ... wielkie dzięki, Staszku, za naprostowanie mojego spojrzenia na zaczarowany świat botaniczny:-)


Akuratnie powyższa piękność lubi przemarzać w mroźne zimy, więc wyhodowano w Barcelonie, w warunkach laboratoryjnych paulownię oxytree bardzo odporną na niskie temperatury, do tego bardzo szybko przyrasta, drewno ma lekkie, przydatne do budowy choćby uli ...


Potem zajrzałam na stronę oxytree ,,, zapaliłam się do tego pomysłu, może chociaż kilka drzewek ...
Mąż mnie ściągnął z chmur na ziemię ... Maryś, po co ci jakieś egzotyczne dziwolągi, nawet nie będą tu pasować w naszym otoczeniu, a że kwitną w maju? ... w maju tu jest tyle pożytku, że szukaj raczej coś kwitnącego późno ... i naszego ...
Niby racja, ale temat nie jest zamknięty na amen ... gdzieś niedaleko nas ktoś już założył taką plantację, około 100 drzewek ... będziemy się przyglądać.
Najważniejsze, że odmiana wyhodowana w laboratorium nie będzie się dziko rozmnażać jak inne inwazyjne rośliny ... tak zapewniają dystrybutorzy.
Tymczasem w arboretum, w starej stodole, można oglądać jabłka z historycznych odmian jabłoni ,,,


... bo arboretum słynie z pokaźnej kolekcji starych odmian, a niektóre już odeszły w niepamięć.
Na Pogórzu rozpanoszyła się jesień, łąki wypiękniały łanami delikatnych zimowitów ...



... a lokalne radio podało, że turyści w Bieszczadach mocno przestraszeni, bo niedaleko ryczą niedźwiedzie:-)  ... rzeczywiście, jeśli ktoś nie wie, że trwa rykowisko, to można się wystraszyć.
Zebrałam z grządki cały kosz czereśniowych papryczek ... ładne jak malowanie:-) ostre, ale nie tak mocno jak chili ... w sam raz ... wyskrobałam z nich mnóstwo nasionek.


Część zamarynowana została w zalewie słodko-kwaśnej,  a reszta nadziana bardzo słonym serem rumuńskim z ziołami i zatopiona w oliwie z przyprawami ... niech się macerują:-)


W lesie bezgrzybie zupełne, znaleźliśmy kilka robaczywych rydzów, nawet trujaków nie ma ... liczę na maślaki w młodniku na łące u sąsiada. Jabłka leżą pod jabłoniami, czekają na wyciskanie soku ,,, cydr trzeba nastawiać ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, dobre słowo, wszystkiego dobrego, pa!


środa, 7 września 2016

Klęska urodzaju? ....

Prawdę mówiąc, za bardzo nie podoba mi się to wyrażenie ... jaka klęska, po prostu dobry rok i coś tam pięknie obrodziło, i trzeba wykorzystać plon, bo przyszły rok może być gorszy ... lub całkiem zły, i będziemy wzdychać do tej "klęski urodzaju":-)


Więc czeka mnie zrywanie dorodnych kiści, wyciskanie soku do picia, tudzież fermentowanie rozgniecionych gron w moszczu, co jak co niektórzy wiedzą, rozpoczyna proces produkcji wina sposobem domowym:-)


Tam, gdzie nie dosięgnę, a jest takich miejsc mnóstwo, bo w tym roku winorośl poszła prawie do nieba, nie przycinana kiedy był na to czas, owoce zostaną dla ptaków, a także dla pomniejszych zwierzątek. Popielice, myszy czy jeszcze inne chętnie korzystają z tej spiżarni.




Akuratnie mieliśmy okazję obserwować młodocianą popielicę, która harcowała wśród pędów winorośli, przeskakiwała na plastikową rurą, po czym ześlizgiwała się w gęstwą gałęzi, nie znalazłszy zaczepienia dla pazurków ... sprytnie jej to szło, bo ani razu nie znalazła się na ziemi:-)
Buszują na poddaszu nocami, tupią z góry na dół, wydają te swoje, dziwne odgłosy ... patrzę tylko, żeby mi jakaś nie spadła na głowę:-)


Nasza Mimi bardzo nie lubi, kiedy zostawiamy ją w domu ... nudzi się jej, tęskni, a w ramach oczekiwania i wyrażania swojej tęsknoty zgryza, co jej wpadnie na ząb ... tu książka z biblioteki, którą nieopatrznie zostawiłam na stoliku. Trzeba myśleć o wszystkim, o butach, poduszkach, zabawkach Jaśka, ważnych pismach ... i czasami coś umknie uwadze. Aż się boję, jak wybrnę z tej sytuacji, strony są wszystkie, ale poszarpane zębami, wiele osobno, okładki prawie brak:-) ... trzeba pewnie odkupić albo zapłacić ...


Widziałam klucz dzikich gęsi, wyleciał zza górki na naszej łące, akuratnie wschodziło słońce. Uwagę moją zwróciły nie same ptaki, bo pewnie nie zauważyłabym ich przy zbieraniu fasoli, ale odgłos, jaki wydawały ich skrzydła ... powietrze grało w tych lotkach, ptaki ciężko pracowały, widać wyraźnie czarne, płetwiaste łapki ... jak eskadra bombowców, wysrebrzone przez słońce, wyciągnięte długie szyje ... piękne ... i szkoda, że nie miałam aparatu pod ręką:-)
Mamy następną imprezę w zanadrzu, może uda się zdążyć, bo znowu nosi nas ... ale kto może, niech skorzysta ...


Mój dereń już pozbierany, moczy się w szklanym słoju, będzie dereniówka ...


Pozdrawiam Was serdecznie, z nutką jesiennej nostalgii, dziękuję za odwiedziny, pa!


P.s. Właśnie przeleciał klucz żurawi ... smutno mi jakoś ...