Kiedy w piątek jechaliśmy tam w słoneczne i ciepłe popołudnie, oczy otwierały mi się ze zdumienia, że tyle zmian ... jakie pola zielone, zawilce zdążyły rozkwitnąć, przylaszczkowe zbocza, cebulica ledwie że nie przekwita ... a widzisz, siedź dalej w domu! - orzekł mąż.
Ale w domu też miałam sporo roboty, zwłaszcza w ogrodzie, tyle gałęzi do przycięcia, wszystko porosło nas wyraz i trzeba było troszkę słońca wpuścić do środka.
Na oknie stanęły popikowane rozsady, a przy pracy pilnować musiałam się z każdej strony, bo Jaśko był chętny do pomocy, i Mimi. Gdy na chwilę zostawiłam miskę z ziemią, to psica wygrzebała połowę na trawę, a w reszcie ryła, zanurzona prawie po oczy:-)
Z tego wszystkiego przemieszały mi się odmiany pomidorów, dobrze że papryki tylko dwa rodzaje.
Wracając do Pogórza, w ciepłe dni pięknie pracują pszczoły.
Usiedliśmy sobie z mężem na ławce pod pszczelim domkiem, w słońcu, i patrzyliśmy na uwijające się owady. Choć pszczelarze narzekają, u nas rodziny przezimowały w dobrej kondycji, matki czerwią, robotnice znoszą różnokolorowy pyłek, w zależności z jakich kwiatów pobierany. Od żółtego koloru do fioletowego, ten ostatni to przypuszczam że z miodunki. Każda pszczoła przylatująca do ula niesie "obnóża", to pyłek zlepiony w kulkę. Na początku śmieszyła mnie ta nazwa, jak to obnóża? nazwa bliska mi była odnóżom, a pyłek to pyłek:-) Przy drugim ulu widać te żółciutkie kulki pyłkowe, czasami niektóre gubią się i widać je u wlotu. Kiedy matka czerwi, pszczołom potrzebna jest woda, jeśli w pobliżu są rozlewiska, to stamtąd czerpią ją, a my stworzyliśmy im sztuczne poidła, porośnięte mchem, żeby nie tonęły. Co jakiś czas dolewa się wody, bo paruje ... wysysają ją z wilgotnych gałązek mchu, może i przy okazji pobierają jakieś potrzebne, tylko im wiadome składniki ...
Całe podwórze pokrywa delikatna niebieska mgiełka. To cebulica dwulistna zakwitła ... a pomiędzy i zawilce, i miodunki, i pierwiosnki ...
Wszędzie uwijają się pszczoły, łagodne, zajęte noszeniem pokarmu do ula. Tylko raz mieliśmy na początku jeden ul złośliwych pszczół, takie z czarnym brzuszkiem, które mnie atakowały, że na grządki nie mogłam wyjść. Nawet jedna do ucha mi weszła, przez co przeżyłam prawdziwy horror:-)
Pojechaliśmy dziś do lasu, nad Wiar, tam gdzie rośnie czosnek niedźwiedzi ... wszędzie młoda zieleń, i czosnkowy zapach. Będzie bardziej pachniało, kiedy zakwitnie białymi kwiatkami.
Ale po drugiej stronie drogi w lesie, same kolorowe rarytasiki .
Zachwyca kokorycz, biała i fioletowa, między tym łany żywca gruczołowatego ... latałam z aparatem po górkach, kierpce niedzielne sobie zniszczyłam, bo błoto było gdzie-niegdzie, ale warto było ...
A tu mam takie coś dla znawców botaniki, czy to aby obrazek alpejski? proszę o upewnienie mnie, bo jeśli to on, to muszę tu wrócić i zobaczyć go w fazie kwitnienia:-)
W ramach akcji "posadź drzewo" w sobotę zasadziłam 25 lipek. Od rana cieplutko, psy baraszkowały na łące, zaszedł sąsiad z dziewczynkami pogadać, no i wykluła mi się nowa robota na poniedzielę. Z wielką chęcią przyjęłam jego obornik kozi, trzeba go tylko zwieźć, spryzmować, mam też wielką ochotę zrobić sobie wał permakulturowy, na dynie, cukinie i co tam jeszcze przyjdzie mi do głowy. Lektura blogowa robi swoje, zasiewa różne pomysły:-)
Na razie siedmiolatka plonuje, jedna z pierwszych nowalijek.
Na łąkach jest mnóstwo kleszczy, zdejmuję je dziesiątkami z psów, ale jak tu im zabronić hasania?
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, a na koniec uraczę jeszcze kilkoma pogórzańskimi widokami.
Coś mi się wydaje, że na tym nie koniec z "botanicznymi wtrętami" do postów, jak tu być obojętnym, kiedy szachownica kostkowata pewnie już w blokach startowych:-)





















