Rozpieszcza nas ta jesień.
Kiedy późnym, piątkowym popołudniem zawitaliśmy u bram, powitała nas cisza, kapiące gdzie-niegdzie liście, ciepełko zachodzącego słońca, a w chatce postrącane różności z półek. To nasze przyjaciółki robiły ostatnie obchody, bo już śpią, nie wychodzą na belkę ani nie chroboczą nocami w podbitce dachu.
Rozkwitły marcinki, wykopane na pastwisku nad Wiarem, chociaż niepodlewane przez dwa tygodnie, przetrwały ...
... gdzieś zdobędę jeszcze niższe odmiany, będą kolorowe poduchy na jesień z kwitnących marcinów ...
Zza góry dobiegło tęskne wołanie lecących żurawi, zawsze ten odgłos wywołuje u mnie ściśnięcie serca, czegoś mi nieodparcie żal ...
Klucze przelatywały pod wieczór, chyba ze trzy, a ciemną nocą słyszałam jeszcze ze dwa ...
Ogromne liczebnie, pewnie ponad sto ptaków w jednym ...
W tamtym roku miały odpoczynek w dolinie, na łące za potokiem, w nocy słyszałam ich zaniepokojone głosy, może lisy podkradały się pod śpiące stado?
Słońce prawie zachodzi, z daleka po łące kładą się długie cienie, na podwórzu już prawie ciemno ...
,.. a tak słońce prześwieca przez gałęzie drzew i winorośli na tarasie. Za chwilkę zapaliliśmy ogień w naszym nieśmiertelnym grillu i przypiekliśmy kaszankę ...
Same nudy, jesienne lenistwo nas opanowało, ale trzeba czasami poleniuchować. Dla mnie jest to bardzo przyjemne lenistwo, siedzę sobie na tarasie, opatulona pledzikiem i czytam, syn zamówił sobie dwie książki, opisujące I wojnę światową, porwałam mu jedną i wciągnęło mnie ...
Hrabia Krasicki, urodzony w Bachórcu koło Dynowa, pan majątku w Lesku brał udział w tej kampanii, przebywał w twierdzy Przemyśl, opisuje dzień po dniu, jak wyglądało życie frontowe, potem rzucają go na Zakarpacie, właśnie tam, gdzie byliśmy przed tygodniem, wszystkie nazwy znajome, Rafajłowa, Przełęcz Legionów, Droga Legionów, Nadwórna ...
Dla mnie są to wydarzenia bardzo mało znane, bo II wojna światowa mocna przysłoniła tę wcześniejszą, czytam z zainteresowaniem, bo nie tylko działania wojenne opisuje, ale także wygląd i stroje mieszkańców, rośliny, uprawy, gospodarkę leśną, a także zwyczaje, przewijają się nazwiska wielkie, ale i te chłopskie, mam wrażenie, że gdzieś słyszane.
Pierwszy mąż mojej babci został powołany właśnie na tę wojnę, zostawił maleńkiego synka z młodą żoną i nie powrócił, nikt nie wie, gdzie złożone są jego kości. Ponieważ w domu jego zostało jeszcze starsze rodzeństwo, babcia z małym dzieckiem niemile była tam widziana, skoro on nie powrócił z wojny, jeszcze dwie gęby do wyżywienia? I wróciła do domu rodzinnego, gdzie również było ciasnawo i biednie.
Jestem w posiadaniu takiej ikony, nie sądzę, żeby miała jakąś wartość, na zardzewiałej, tłoczonej blasze wizerunek jakiegoś świętego, będzie pasowała do drewnianej ściany z bali ...
,.. a tę maleńką wygrzebałam w klamociarni, urzekło mnie jej przyciemnione tło, jak w cerkwii i ta metalowa plecionka jako ramka, pewnie jakaś współczesna pamiątka, ale klimatyczna ...
,... i jeszcze ceramiczne i plecionkowe zdobycze za grosik, butelki rozmaite pewnie czymś napełnimy, jakimiś leczniczymi, ziołowymi specjałami, bo moczą mi się takowe w słojach na parapecie okiennym.
Trochę wczesnoporannego słońca ...
,... cały sad prześwietlony, liści już rzadkawo na śliwkach, a i owoce lecą już na dół ... pomarszczone, słodkie ...
Lubię taką porę, słońce ukosem przesącza się przez liście, a dym znaczy ślad tych promieni, bo jak lenistwo, to na całego, powolne zagniatanie ciasta, znowu jabłka na szarlotkę, bo spadły z drzewa, ziemniaczki zapiekane, pierożki i pieróg, e tam! same nudy ...
,.. i już po godzinie w piecu ... a potem śliwki były suszone ...
A Janek z góry dowiózł nam drzewa sosnowego, suchego, dobrego na rozpałkę, jak "czołg" wróci z remontu, jeszcze sporo pracy przed nim, potem trochę posiedzieliśmy z młodym sąsiadem, tym powyżej nas, posłuchaliśmy lecących żurawi, poopowiadaliśmy sobie to i owo i ledwo zdążyłam na zachód słońca ...
Trzeba wyjść drogą sporo powyżej, bo u nas sad sąsiada zasłania cały widok, Bigos mi towarzyszy, a Maksio jest bardzo słabiutki i jest oszczędzany, i początek tygodnia miał bardzo ciężki, ale jeszcze wyśliznął się, jutro znowu do kontroli, a potem do mamy ...
A przy okazji zachodu słońca pstryk! w lewo ...
,.. i jeszcze raz w lewo ...
... i na łąki za drogą ...
W nocy znowu leciały żurawie, w sadzie szczekały lisy, potem w nocy jelenie ryczały za potokiem, i słyszałam nad ranem strzały, panowie polują ...
Orzechy włoskie wyniosły już wiewiórki do swoich dziupli, uwijają się jeszcze, niektóre czarne, inne rude ...
a kowaliki dalej myszkują w psich miskach ...
Trzeba było wszystko zostawić, szybko wracać do domu, mąż przeziębiony, bańki bezogniowe i syropy ...
Mijali nas motocykliści, całe mnóstwo, myślałam, że mają jakiś zlot, a to było zakończenie sezonu motocyklowego rzeszowskiej braci w Kalwarii Pacławskiej...
... na trójkołowcach też ...
... u wyjazdu z Przemyśla, ciągnęli tak przez całą drogę do domu. A gdy wracałam od mamy, oni też już wracali, tylko jednostajne dudnienie potężnych silników się rozlegało ...
I już skończyła się niedziela, październik mamy, wierzyć się nie chce.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich, dzięki za Waszą uwagę i miłe słowa, pa.
Jeszcze parę widoków pogórzańskich ...
niedziela, 2 października 2011
środa, 28 września 2011
Karpackie manowce ... powrót do domu ...
Niedzielny poranek był rozsłoneczniony, z okna hoteliku mieliśmy przepiękny widok, słońce oświetlało przeciwległy stok, na którym rozrzucone były zagrody ...
Rozłożyliśmy mapy, wybraliśmy mało uczęszczaną trasę przez góry, z serpentynami, widokową, tak mówiła legenda mapy, zamiast ruchliwej drogi, wzdłuż rumuńskiej granicy w dolinie Cisy, nie chcieliśmy wracać tak, jak przyjechaliśmy.
Droga wzdłuż rzeki, dolina otoczona wysokimi górami, malownicza, przepiękna, zero ruchu na drodze, niedzielna powolność.
Zjechaliśmy w dół do Rachowa ...
Małe zakupy w sklepiku, a potem usiłowaliśmy wbić się w drogę przez góry ...
... kręte uliczki, zaułki, i znowu jesteśmy na głównej drodze, trzeba kogoś zapytać.
Spotykaliśmy kobiety ubrane niedzielnie, wszystkie w chusteczkach na głowie, szły do cerkwi, a ta w bieli łapie stopa, za chwilkę ktoś się zatrzymał ...
Pyszna kawa w przydrożnym barze dla rozjaśnienia umysłu, mąż wyskoczył na chwilkę i wrócił zdruzgotany:
Wiesz, co oni zrobili? Na ujęciu wody z gór stoi kibelek, strumień zabiera wszystko rurą pod drogą do Cisy, jakiś diabelski pomysł!
Każdy zakręt odsłaniał nowe widoki ...
Wreszcie trafiliśmy właściwie, od razu serpentynami do góry, wydawało się, że tak wysoko już nikt nie mieszka ...
Cieszliśmy się jak dzieci, to będzie nasz off-road, widoki z góry niesamowite, robiłam mnóstwo zdjęć przez okno, ale tak trzęsło "czołgiem", że połowę trzeba było wykasować.
Domy spotykaliśmy do samych pastwisk ...
To są chyba budowane zadaszenia dla owiec, patykami przepleciony dół i furtka zamykająca ...
Pod samym szczytem rozległe pastwiska, przez otwarte okno "czołgu" wdarł się jakiś dźwięk, zwolniliśmy na chwilkę, to dziesiątki dzwonków, jedno wielkie dzwonienie ...
Jakimś tajemnym szyfrem poruszają się te owieczki, jedne tu, jedne tu, jakieś kręgi zataczają. Wszystkie pasące się zwierzęta mają dzwonki u szyi, krowy prawie ogromne, myślę, że sprzedają takie dzwonki w sklepie, jak pojedziemy jeszcze kiedyś, to kupimy sobie po takim jednym z każdego rodzaju. Do kolekcji.
W oddali majaczą ogromne masywy górskie, niby słońce, a jakieś to wszystko takie przymglone, pewnie z powodu odległości ...
Zatrzymaliśmy się na samym grzbiecie góry, przypuszczam, że w oddali widać połoniny Świdowca ...
Przerwa na śniadanie, kawa ugotowana, można patrzeć dookoła, a jest na co ...
I w tym momencie przyszedł do nas dziadziuś, z laską, wypytał, skąd? gdzie? po co? i potem zaprosił nas na grzyby, chodźcie! nazbieracie sobie "krasnych biereźniaków" do domu, pełno tu, ale my musieliśmy dalej, do Kosowskiej Polany ...
... tam w dół, gdzie ledwie majaczą domy.
Do pasącego się stada przyjechał pastuszek, zmotoryzowany ...
A w górę pojechali rowerowi turyści ...
Oj, ciężko mają!
W Kosowskiej Polanie zasięgnęliśmy języka, mężczyzna skierował nas w dalszy odcinek naszej off-roadowej drogi, przy sklepiku zapytaliśmy jeszcze chłopaków, którzy odkrzyknęli tylko, że tam kiepsko. Jak kiepsko, nie damy rady naszym "czołgiem"?
A jednak kiepska droga! trzeba było wycofać się i znowu wrócić na główną, nie było nawet gdzie zawrócić. Głębokie koleiny, wąsko, wyrwy na pół samochodu, sterczące kamienie, o które można rozpruć miskę olejową, wrył się mąż w krzaki tyłem, jeszcze raz, jeszcze raz, można zawracać, uff!
Skierowaliśmy się na Dubowe, kiepski asfalt po pewnym czasie skończył się, zaczęły się sakramenckie doły ...a droga na mapie jest ...
... czas płynął, a my jechaliśmy, jechaliśmy, żołądek obijał się o żebra, wreszcie asfalt, główniejsza droga.
I spotkaliśmy po drodze pogrzeb, cały kondukt przechodził powoli, na ciężarowym UAZ-ie otwarta trumna, zmarła babuleńka cała odkryta, za ciężarówką płaczki, kobiety ubrane czarno i w chusteczkach, jakoś tak zrobiło się nam przykro, oby to nie była zła wróżba.
Jechaliśmy dalej doliną rzeki Brusturianki, coraz głębiej w góry, rzeka momentami zabrała całą drogę ...
Mijaliśmy kolejne miejscowości, Krasna, Ust-Czorna, Ruska Mokra, Niemiecka Mokra ...
Okazało się, że w dolinie tej zostali osiedleni alpejscy górale z Austrii w połowie XVIII wieku za panowania Marii Teresy ...
Droga była coraz gorsza, gps zameldował, że do Kołoczawy 21 km, czas przejazdu 2 godziny 20 minut, popatrzyliśmy po sobie z powątpiewaniem ...
Ale szybciej nie dało się, wąska drożyna wśród domów, dziurawa, wyboista jak najgorsza leśna ...
Całe życie toczy się na drodze, wszyscy wylegli, stoją, rozmawiają, pasą kozy ...
Takie ciężarówki kursują jako przewóz, paka okryta brezentem od deszczu, siedzą tam dzieci, dorośli, zatrzymuje się co jakiś czas i zostawia kolejnych pasażerów ...
Ogrodzone pastwiska, tuż nad rzeką, w tle połoniny ...
Gps melduje, że kilka kilometrów do celu, będziemy przeprawiać się przez rzekę, obydwa brzegi spina ogromna rura, na niej trochę desek do przejścia piechotą, a mostu ani śladu. Może objazd zrobili? jakieś kamienie świeże na drodze, która prowadzi donikąd wg mapy, nadjechał przewóz, kierowca powiedział, że nie ma mostu i drogi do Kołoczawy, nie przejedziemy tam.
I okazało się, że urwało się coś przy rurze spalinowej, chrobotała jak diabli, przywiązaliśmy paskiem od spodni i powrót, cała nasza krwawica na nic ... Po raz trzeci na główną drogę, sporo kilometrów z powrotem, słońce już nisko oświetlało góry, a my dalej w środku Karpat ...
Nie wolno wierzyć mapom, jeśli miejscowi mówią, że droga zła, to jest rzeczywiście bardzo zła, albo nie ma jej wcale ...
A samym wieczorem dziewczyny, wystrojone po miejsku, na wysokich obcasach, spacerują grupkami, strzelają oczami na chłopaków, taksują się wzajemnie wzrokiem, tak, jak wszędzie.
I to jest ostatnie zdjęcie z tej wyprawy, bo potem szybko zapadł zmrok, a my jechaliśmy w stronę Mukaczewa, miasteczka i wsie nieoświetlone, kawałek powyżej odbiliśmy na Turkę, potem na Chyrów i przejście w Krościenku, i już Polska. Od razu odczuliśmy zmianę nawierzchni na drodze, przecięliśmy nasze Pogórze i przed 4 raniutko w poniedziałek byliśmy w domu.
"Czołg" poszedł do remontu, bo oprócz urwanej rury, na tych dziurach wysypało ze staruszka całą rdzę i pękła rama, trzeba ją wyspawać, wzmocnić i wyszykować na następną wyprawę, która odbędzie się na pewno, jeśli dobry los pozwoli.
Wróciliśmy pełni wrażeń, pod wielkim urokiem tej dzikiej krainy, jakiej chyba już nie spotkasz nigdzie, żyją tu ludzie twardzi, bo warunki do życia ciężkie i dostaliśmy lekcję pokory, góry są surowe.
Miejsc do wędrowania, szukania śladów polskości mnóstwo, my tylko musnęliśmy to z wierzchu.
A już wyczytałam, że w Chuście, na Zakarpaciu, w środku maja kwitnie Dolina Narcyzów, 80 ha w białym, pachnącym kwieciu, to musi być widok! a Pokucie, Bukowina?
Dotrwaliście do końca tego postu? długi był, dla wytrwałych, jak zawsze zresztą, bo chyba robię za dużo zdjęć i chcę potem wszystko pokazać.
Pozdrawiam serdecznie, życzę cudnej jesieni, grzybów, babiego lata i kluczy żurawi, i marzeń.
Droga wzdłuż rzeki, dolina otoczona wysokimi górami, malownicza, przepiękna, zero ruchu na drodze, niedzielna powolność.
Zjechaliśmy w dół do Rachowa ...
Małe zakupy w sklepiku, a potem usiłowaliśmy wbić się w drogę przez góry ...
... kręte uliczki, zaułki, i znowu jesteśmy na głównej drodze, trzeba kogoś zapytać.
Spotykaliśmy kobiety ubrane niedzielnie, wszystkie w chusteczkach na głowie, szły do cerkwi, a ta w bieli łapie stopa, za chwilkę ktoś się zatrzymał ...
Pyszna kawa w przydrożnym barze dla rozjaśnienia umysłu, mąż wyskoczył na chwilkę i wrócił zdruzgotany:
Wiesz, co oni zrobili? Na ujęciu wody z gór stoi kibelek, strumień zabiera wszystko rurą pod drogą do Cisy, jakiś diabelski pomysł!
Każdy zakręt odsłaniał nowe widoki ...
Wreszcie trafiliśmy właściwie, od razu serpentynami do góry, wydawało się, że tak wysoko już nikt nie mieszka ...
Cieszliśmy się jak dzieci, to będzie nasz off-road, widoki z góry niesamowite, robiłam mnóstwo zdjęć przez okno, ale tak trzęsło "czołgiem", że połowę trzeba było wykasować.
Domy spotykaliśmy do samych pastwisk ...
To są chyba budowane zadaszenia dla owiec, patykami przepleciony dół i furtka zamykająca ...
Pod samym szczytem rozległe pastwiska, przez otwarte okno "czołgu" wdarł się jakiś dźwięk, zwolniliśmy na chwilkę, to dziesiątki dzwonków, jedno wielkie dzwonienie ...
Jakimś tajemnym szyfrem poruszają się te owieczki, jedne tu, jedne tu, jakieś kręgi zataczają. Wszystkie pasące się zwierzęta mają dzwonki u szyi, krowy prawie ogromne, myślę, że sprzedają takie dzwonki w sklepie, jak pojedziemy jeszcze kiedyś, to kupimy sobie po takim jednym z każdego rodzaju. Do kolekcji.
W oddali majaczą ogromne masywy górskie, niby słońce, a jakieś to wszystko takie przymglone, pewnie z powodu odległości ...
Zatrzymaliśmy się na samym grzbiecie góry, przypuszczam, że w oddali widać połoniny Świdowca ...
Przerwa na śniadanie, kawa ugotowana, można patrzeć dookoła, a jest na co ...
I w tym momencie przyszedł do nas dziadziuś, z laską, wypytał, skąd? gdzie? po co? i potem zaprosił nas na grzyby, chodźcie! nazbieracie sobie "krasnych biereźniaków" do domu, pełno tu, ale my musieliśmy dalej, do Kosowskiej Polany ...
... tam w dół, gdzie ledwie majaczą domy.
Do pasącego się stada przyjechał pastuszek, zmotoryzowany ...
A w górę pojechali rowerowi turyści ...
Oj, ciężko mają!
W Kosowskiej Polanie zasięgnęliśmy języka, mężczyzna skierował nas w dalszy odcinek naszej off-roadowej drogi, przy sklepiku zapytaliśmy jeszcze chłopaków, którzy odkrzyknęli tylko, że tam kiepsko. Jak kiepsko, nie damy rady naszym "czołgiem"?
A jednak kiepska droga! trzeba było wycofać się i znowu wrócić na główną, nie było nawet gdzie zawrócić. Głębokie koleiny, wąsko, wyrwy na pół samochodu, sterczące kamienie, o które można rozpruć miskę olejową, wrył się mąż w krzaki tyłem, jeszcze raz, jeszcze raz, można zawracać, uff!
Skierowaliśmy się na Dubowe, kiepski asfalt po pewnym czasie skończył się, zaczęły się sakramenckie doły ...a droga na mapie jest ...
... czas płynął, a my jechaliśmy, jechaliśmy, żołądek obijał się o żebra, wreszcie asfalt, główniejsza droga.
I spotkaliśmy po drodze pogrzeb, cały kondukt przechodził powoli, na ciężarowym UAZ-ie otwarta trumna, zmarła babuleńka cała odkryta, za ciężarówką płaczki, kobiety ubrane czarno i w chusteczkach, jakoś tak zrobiło się nam przykro, oby to nie była zła wróżba.
Jechaliśmy dalej doliną rzeki Brusturianki, coraz głębiej w góry, rzeka momentami zabrała całą drogę ...
Mijaliśmy kolejne miejscowości, Krasna, Ust-Czorna, Ruska Mokra, Niemiecka Mokra ...
Okazało się, że w dolinie tej zostali osiedleni alpejscy górale z Austrii w połowie XVIII wieku za panowania Marii Teresy ...
Droga była coraz gorsza, gps zameldował, że do Kołoczawy 21 km, czas przejazdu 2 godziny 20 minut, popatrzyliśmy po sobie z powątpiewaniem ...
Ale szybciej nie dało się, wąska drożyna wśród domów, dziurawa, wyboista jak najgorsza leśna ...
Całe życie toczy się na drodze, wszyscy wylegli, stoją, rozmawiają, pasą kozy ...
Takie ciężarówki kursują jako przewóz, paka okryta brezentem od deszczu, siedzą tam dzieci, dorośli, zatrzymuje się co jakiś czas i zostawia kolejnych pasażerów ...
Ogrodzone pastwiska, tuż nad rzeką, w tle połoniny ...
Gps melduje, że kilka kilometrów do celu, będziemy przeprawiać się przez rzekę, obydwa brzegi spina ogromna rura, na niej trochę desek do przejścia piechotą, a mostu ani śladu. Może objazd zrobili? jakieś kamienie świeże na drodze, która prowadzi donikąd wg mapy, nadjechał przewóz, kierowca powiedział, że nie ma mostu i drogi do Kołoczawy, nie przejedziemy tam.
I okazało się, że urwało się coś przy rurze spalinowej, chrobotała jak diabli, przywiązaliśmy paskiem od spodni i powrót, cała nasza krwawica na nic ... Po raz trzeci na główną drogę, sporo kilometrów z powrotem, słońce już nisko oświetlało góry, a my dalej w środku Karpat ...
Nie wolno wierzyć mapom, jeśli miejscowi mówią, że droga zła, to jest rzeczywiście bardzo zła, albo nie ma jej wcale ...
A samym wieczorem dziewczyny, wystrojone po miejsku, na wysokich obcasach, spacerują grupkami, strzelają oczami na chłopaków, taksują się wzajemnie wzrokiem, tak, jak wszędzie.
I to jest ostatnie zdjęcie z tej wyprawy, bo potem szybko zapadł zmrok, a my jechaliśmy w stronę Mukaczewa, miasteczka i wsie nieoświetlone, kawałek powyżej odbiliśmy na Turkę, potem na Chyrów i przejście w Krościenku, i już Polska. Od razu odczuliśmy zmianę nawierzchni na drodze, przecięliśmy nasze Pogórze i przed 4 raniutko w poniedziałek byliśmy w domu.
"Czołg" poszedł do remontu, bo oprócz urwanej rury, na tych dziurach wysypało ze staruszka całą rdzę i pękła rama, trzeba ją wyspawać, wzmocnić i wyszykować na następną wyprawę, która odbędzie się na pewno, jeśli dobry los pozwoli.
Wróciliśmy pełni wrażeń, pod wielkim urokiem tej dzikiej krainy, jakiej chyba już nie spotkasz nigdzie, żyją tu ludzie twardzi, bo warunki do życia ciężkie i dostaliśmy lekcję pokory, góry są surowe.
Miejsc do wędrowania, szukania śladów polskości mnóstwo, my tylko musnęliśmy to z wierzchu.
A już wyczytałam, że w Chuście, na Zakarpaciu, w środku maja kwitnie Dolina Narcyzów, 80 ha w białym, pachnącym kwieciu, to musi być widok! a Pokucie, Bukowina?
Dotrwaliście do końca tego postu? długi był, dla wytrwałych, jak zawsze zresztą, bo chyba robię za dużo zdjęć i chcę potem wszystko pokazać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































































