Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 kwietnia 2019

Szlakiem słowackich kostelików :-) ...

Kostelik to po słowacku kościółek, bardzo podoba mi się ta nazwa ... zresztą lubię słowacki czy czeski język, jest podobny, ale taki bardziej zdrobniały, czasami kojarzy się śmiesznie.
Przyszedł czas na wyjazd w Bukovske Vrchy, aby popatrzeć na ciemierniki w naturze ... to był tylko jeden z punktów wycieczki, bo natchnieniem na ten wyjazd były wymieniane od czasu do czasu mejle z p.Zygmuntem, który zwrócił moją uwagę na miejscowości w dolinach Vihorlatu, niedaleko granicy z Ukrainą.
Pogoda u nas nie nastrajała optymistycznie, chmury, zimno, kanapkę jedliśmy na Przełęczy Radoszyckiej w aucie, a za południową granicą 10 stopni więcej, słońce i prawdziwa wiosna.
Niespodziewanie spociliśmy się na podejściu do rezerwatu, gdzie rosły ciemierniki, a polary zostały zdjęte.


Ciemierniki już w fazie prawie przekwitającej, te poniżej jeszcze-jeszcze, ale na samym szczycie wzgórza wykształciły już wyraźne nasienniki i straciły kolor. Bardzo lubimy ten region Słowacji, a ponieważ dzień był powszedni, to i wielki spokój w górach i osadach, chociaż nie, przy zejściu z ciemiernikowych pól spotkaliśmy dwóch wędrowców. To miłe, kiedy ludzie pozdrawiają z daleka:-)





Pod stopami pełno szorstkich, oryginalnych liści, jedna z roślin już pokazała żółty kwiatek ...



W mijanym lesie, oprócz łanów zawilców zwróciły moja uwagę inne białe kwiatuszki, roślina wyższa, a kwiatków więcej na łodydze ...



To zdrojówka rutewkowata, po przekwitnięciu i wykształceniu nasion zamiera, podobnie jak zawilce.
Ruszyliśmy dalej, na południe, aby po kilkudziesięciu kilometrach, w Dubravie, skręcić w dolinę wśród gór. Tam, w Hrabowej Roztoce czekała na nas prześliczna cerkiewka, kostolik na wysokim wzgórzu ... najpierw przy podejściu wyłoniły się urocze wieżyczki, a potem ona sama w całej okazałości ...



Na dole piały koguty, toczyło się powolne, leniwe i spokojne życie, atmosfera jak nie z tego świata.
Cerkiewka z 1750 roku, pw. św. Bazylego Wielkiego, z kompletnym ikonostasem, wypatrywaliśmy przez szybki maleńkich okienek ... poniżej nowa budowla, jakich wiele na Słowacji ...


W mijanych miejscowościach przeróżne kościoły, budowle o rozmaitych bryłach, stare, nowe ...


Powróciliśmy na główną drogę, wolniutka jazda pozwalała przyglądać się okolicy i nagle ... o, ludzie, jaki drapol!  nad potokiem przechadzało się ptaszysko, wypłaszając chyba myszy, jaszczurki z suchej trawy ... jakby mu tu zrobić zdjęcie, żeby nie zerwał się do lotu?
Jak będziemy wycofywać autem, na pewno odleci ... pojechaliśmy dalej, zawróciliśmy, on przechadzał się dalej ... po chwili nawrotka i teraz wolniutko, z otwartym oknem, z przygotowanym aparatem zrobiłam mu zdjęcie ... jakby chciał ulecieć, z lekka przysiadł, ale nie, przejechaliśmy dalej, a on został, wypatrując ofiar na obiad:-)



Czy może ktoś wie, co to za stworzenie? ... emocje są przy fotografowaniu.
Zadowoleni znowu skręciliśmy z głównej drogi, tym razem do Ruskiej Bystrej, gdzie czekała na nas kolejna perełka ze światowej listy UNESCO, cerkiewka z 1730 roku pw. Przeniesienia Relikwii św. Mikołaja ... góruje na wzgórzu nad okolicą i widoczna z daleka ...


Teraz, dla odmiany czekała na nas inna atrakcja w miejscowości Podhorod. Sama nazwa kojarzy już się z jakimś grodem, podgrodziem, i rzeczywiście ... potężna skalna ściana, a na niej ruiny zamku Tibava ...



Ścieżką po lewej stronie stromizny wspięliśmy się na wzgórze, mijając po drodze łany zdrojówki i modrych przylaszczek ...


W ruinach trwają jakieś prace, trochę rozkopane, w zeszłorocznych liściach coś zaszeleściło ... zobaczyłam tylko brązowy ogon, kryjący się skalnej dziurze ... pewnie żmija obrała sobie to miejsce na kryjówkę ...




Ze szczytu rozległe widoki, na skałach wiele ciekawych roślin ...





Jak koraliki na sznurku odhaczamy kolejne atrakcje okolicy, o których wiemy:-)
Teraz kolej na miejscowość Benatina, a w niej dawny kamieniołom trawertynowy i turkusowe jeziorko na jego dnie ... najpierw zapuściliśmy się nie w tę drogę, nie należy skręcać przy krzyżu, tylko w następną:-)
Bardzo ciekawe miejsce, prowadzi tędy nowy szlak z Pohorodu, prowadzący przez lokalne ciekawostki ... zdjęcie "jizerka" z góry ...



... i z poziomu wody ...


Na skalnych ścianach kolorowe nacieki, jeden z nich przypomina wielką rybę, niektórzy nazywają ją Benatinską velrybą  ...


Ponoć znaleziono tu przy kolejnym odsłanianiu ścian skamieniały szkielet prawiekowej, prawie 5-metrowej ryby ... jak wyczytałam na jednej z tablic, związana jest z tym miejscem legenda, że wielka ryba trwała w skalnej ścianie przez czas, kiedy istniała kopalnia, a kiedy zamknięto kamieniołom, wielka ryba plusnęła i skryła się w wodach jeziora ... jakoś tak to zrozumiałam:-)
W lecie odpoczywają tu ludzie, kąpią się jednak na własną odpowiedzialność, głębia jest solidna 5-7 metrów, woda bardzo zimna ...


Na stromej ścianie zauważyliśmy człowieka w czerwonym polarze ... najpierw siedział na ławeczce, a potem zsuwał się po stromiźnie coraz niżej, szperając czy też przyglądając się czemuś, może roślinom jak podejrzewaliśmy. W domu przeczytałam, że można tutaj znaleźć świetne skamieniałości, więc tego szukał. Powyżej coś białego ... okazało się, że to krzyż ... przy okazji poszukiwań w necie wyczytałam, że miało tu miejsce tragiczne zdarzenie.


Miejsca takie przyciągają ludzi na biwaki ... młodzi nadużyli alkoholu i jeden z nich, młody chłopak, w przypływie odwagi wykonał jedyny, ostatni w swoim życiu skok do wody z tej wysokości ...

zdjęcie ze strony slovakia
To jeszcze nie koniec naszych eksploracji terenowych, bo w następnej miejscowości Inovce kolejna cerkiewka, równie urokliwe miejsce jak poprzednie ... w otoczeniu stareńkich, dziwnie powykrzywianych drzew ...



I właściwie już można było wracać do domu, choć w planie było jeszcze Morskie Oko w Vihorlacie,  było już naprawdę niedaleko, ale byliśmy trochę zmęczeni, a zwłaszcza ja, po dwóch dniach pracy na grządkach. Tę atrakcję pozostawimy sobie na następny, kolejny raz.
Ale na tablicach informacyjnych szlaku wyczytałam, że na łąkach pobliskiej miejscowości Konus, "s" pisane z daszkiem:-) na łąkach rosną trawolistne kosaćce ... skoro już tu jesteśmy, podjedźmy jeszcze tam ... podjechaliśmy pod sam las, gdzie wchodził szlak, mijaliśmy łąki, a moje wyobrażenie o kwitnących kosaćcach to jak z Hostovickich Luk, o takie:-)


Kosaćce znaleźliśmy, ale takie:



Jak porównałam ze zdjęciami z netu, to wyglądają mi na kosaćca bezlistnego ... ale jaki on bezlistny, jak ma liście:-) ... może one takie będą, jak zakwitną ...

zdjęcie z Atlasu roślin
Z kolei kosaciec trawolistny wygląda tak:

zdjęcie z Atlasu roślin 
I tu niespodzianka, ten kosaciec rośnie pod moim domem, w ogrodzie, a ja do tej pory nie wiedziałam, co to:-) :-) :-)


Na powrocie zajechaliśmy jeszcze w Sninie pod pałac, na dziedzińcu atrakcyjny mężczyzna, muskularny Herkules ... zażywał kąpieli, solidnego czyszczenia przed sezonem turystycznym:-)




Już nocą wróciliśmy do domu, setnie zmęczeni, syci wrażeń, widoków, przeróżnych ciekawostek, i głodni ... na szybko zapiekanki:-)
Z żalem wspominaliśmy ciepłą wiosnę u południowych sąsiadów, bo u nas jakby zimowo, 10 stopni mniej:-)



To są słowackie ozdoby, przystrajanie obejść na Wielkanoc chyba, bo i pisanki, i zieloności, kwiatki.


Pozdrawiam serdecznie, dziękuje za wytrwałość, bo wpis długi, wszystkiego dobrego, pa!





sobota, 12 stycznia 2019

Spotkanie autorskie ze Stanisławem Krycińskim ... w masywie Roztoki ...

Jako, że ukazała się nowa książka Stanisława Krycińskiego "Pogórze Przemyskie - Tajemnice doliny Wiaru", odbyło się w Przemyślu spotkanie autorskie, promujące tę książkę.
Ponieważ książkę otrzymałam jeszcze przed świętami, łyknęłam ją w jeden dzień i wieczór, ale na spotkanie pojechaliśmy, bo zawsze to żywe słowo samego autora.


Okazało się, że pana Stanisława nie raz mijaliśmy na pogórzańskich dróżkach, nie wiedząc, że to on:-) Spotkaliśmy wielu znajomych, o! ta głowa z lewej to nasz sąsiad od kóz, była Ania ze Stefanem, jej kuzynka-grzybiarka która obiecała mi nauki z rozpoznawania różnych grzybów, których nie znam. Kiedy pokazała nam zdjęcia purchawek wielkich jak pół plecaka, i do tego powiedziała, że je konsumuje i, jak widać, żyje, to chyba warto nauczyć się:-) Oprócz tego znajome twarze przewodników przemyskich, twarze gdzieś spotkane, atmosfera wielce sympatyczna, a autograf autora na stronie książki to zdobycz nie od parady:-)
Miałam parę pytań, z tego wszystkiego zapomniałam, może będzie jeszcze okazja, jak wyjdzie druga część książki.


Zima trzyma krzepko.
Pod drzewami rozgrzebane kopytkami saren wielkie ilości jabłek. Sarenki przychodzą nocą, a w dzień kwiczoły, sójki i kosy pożywiają się. Pod orzechem śmignęło mi coś futrzastego ...


Nie śpi jeszcze wiewiórka, rozgrzebuje śnieg pod orzechem, powinny tam zostać resztki, których nie zebrałam. Dziś piękny dzień, choć w nocy dosypało śniegu i wiało mocno ... właściwie to tak rano byliśmy w rozterce, iść na wędrówkę, nie iść? jak tak będziemy odkładać, to nigdy nie ruszymy się z chatki. Wcześnie zrobiłam ciasto drożdżowe na rogale i "topione" Basi, niech sobie rośnie w spokoju, a my tymczasem szybko zebraliśmy na wyjście.


Ciemne chmury nie nastrajały optymistycznie, ale w końcu co nam przeszkadza śnieg.
Pojechaliśmy w kierunku na Arłamów, aby po drodze przejść żółtym szlakiem na Suchy Obycz.
Jakaś inna tabliczka zatarasowała nam drogę, ale żeby ją odczytać, musiałam przejść jakoś przez wodę wcale nie płytką Turnicę ...


No i nie pójdziemy tędy. Jeszcze zerknęłam do malutkiego wodospadu, który odkryłam przy okazji fotografowania miesiącznicy trwałej ... rośliny już prawie wysypały nasiona, a wodospadzik w lodowej sukience ...


Woda żwawo płynie pod lodową skorupą, słychać jej bełkotanie, bo pewnie nie ma się gdzie pomieścić.

Pojechaliśmy dalej, a w odwodzie mieliśmy masyw Roztoki tuż za Kwaszeniną, skąd odchodzi koński trakt ... do Liskowatego 10 km, do Krościenka 17 ... jaka elegancka droga, nigdy nią nie szliśmy ...


Droga dziewicza, ani śladu zwierzęcego tropu po nocnym śniegu ... plecaczek z herbatą i kilka ciastek ... teraz już nie ruszamy się nigdzie bez tego zaopatrzenia.


Wzdłuż drogi płynie, to zbliżając się to oddalając, potok Wyrwa. Na jej brzegu wypatrzyłam pień drzewa, to chyba olsza, a na nim grzyby. Jak mniemam, to uszaki, jadalne, cenione w kuchni chińskiej i japońskiej ...


Ostatnio czytałam nawet czyjegoś bloga o pobycie w Bieszczadach, było zdjęcie potrawy z tymi grzybami. Gotowany ryż z pokrojonymi w paseczki grzybami ... wyglądały całkiem jak w warzywnej mieszance chińskiej na patelnię:-)
- Weźmy parę grzybów, zobaczymy jak smakują - rzuciłam do męża, ale kiedy zobaczyłam jego minę, to chyba straciłam odwagę, żeby je skosztować:-)
Szliśmy dalej w baśniowym krajobrazie, pielęgnowane stare drzewa owocowe znaczyły teren po dawnej wsi Kwaszenina. Skręciliśmy w prawo, dokąd wiódł ślad odgarniętego śniegu ...
wyszliśmy na odkryty teren, pełno drzew owocowych, stara lipa, olbrzymi świerk ... tu kiedyś tętniło życie ...






Teren wzdłuż drogi bardzo malowniczy i pozostawiony sobie, liczne pnie przewalone przez potoki, ciurkająca woda na dnie głębokich jarów, omszałe gałęzie ...




Doszliśmy do zamarzniętego zbiornika wodnego, miejsca odpoczynku dla koni, jeśli przejeżdżają tędy jeźdźcy, są ławeczki i wielkie pnie przy drodze, wywleczone z lasu.


Tam zrobiliśmy sobie i my odpoczynek, gorąca herbata czyni cuda ... jeszcze przeszliśmy kawałek do wypału węgla drzewnego i trzeba było wracać. Ciasto drożdżowe pewnie już wylazło z miski, a to "utopione" wręcz wyskoczyło z wody:-)


Spotkaliśmy też pierwsze oznaki wiosny ... maleńkie, srebrzyste bazie i fioletowe "robaczki" olchy ...



Cudo trasa na wiosnę.
Kiedy zbliżyliśmy się do rozdroża, gdzie zostawiliśmy auto, w oddali mignęły nam czerwienią dwie sylwetki ...


To chyba nasi znajomi, Andrzej i Leszek, przewodnicy ... mijaliśmy ich zaparkowane auto przed szlabanem na Suchy Obycz. Szybcy są, pewnie przeszli trasę dawnym Arłamowem, a nie chcąc wracać tą samą drogą, poszli na Wecowską Przełęcz, a potem do Arłamowa:-) ... tak myślimy:-)
Wróciliśmy do domu doliną Jamninki, a jakżeby inaczej:-)
Lubię ten wyjazd z lasu i perspektywę doliny ...


Gdzieś po lewej, w lesie mignęła nam łania ... gdy oglądałam zdjęcia na komputerze, okazało się, że były dwie ...


Wiar zamarznięty, woda wypływa na lód ... mój aparat na kolanach, może uda nam się spotkać tego żbika?

W chatce psy przywitały nas radośnie, ciasta drożdżowe nie wyszły z misek, a teraz pachnie wypiekami. Orzechy znowu na tapecie, wczoraj nałuskałam całą miskę, więc powtórka rogali marcińskich, i rogalików Basi, tym razem z orzechami:-) pewnie mnie domownicy w końcu przepędzą.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!