wtorek, 14 października 2014

Kosmos w ogrodzie ... Rumunia III

Ściągnęłam ten tytuł na dzisiejszy post z Aninego bloga, bo taki widok, jak na zdjęciu poniżej aż prosił się o to...


Zobaczyłam je przy okazji poszukiwań w necie ciekawostek o Rumunii, a że to miejsce leży całkiem niedaleko od trasy naszego ostatniego wyjazdu, więc zajrzeliśmy tam i my.
To niecałe 20 kilometrów od Zalau, małe miasteczko Jibou.
Zupełnie niepokaźne, przejechaliśmy je wzdłuż jednej ulicy, ani śladu jakiejś tabliczki, reklamy, zapuścilismy się w drugą ... nic za bardzo nie widać ... zapytałam policjanta, który uprzejmie skierował nas w wąską uliczkę, biegnącą do góry ... wypatrywaliśmy tych kosmicznych kopuł jako znaku szczególnego ... nie widać, nie widać, są ... a więc jesteśmy na miejscu.


To ogród botaniczny im. Vasile Fati, nauczyciela biologii, który swą pasją zachęcił uczniów, jak i innych nauczycieli, do zainteresowania tematem. Udało mu się przekonać władze, że tereny byłej rezydencji rodziny grafów węgierskich Wesselenyi, położone nad rzeką Somes, park wokół zamku, gdzie funkcjonowało liceum, nadaje się do założenia ogrodu ...


Poczatki ogrodu sięgają lat 1959-1968, początki były trudne i burzliwe, przy wylewaniu  fundamentów pod pierwsze szklarnie brali udział uczniowie, pracownicy administracji, nauczyciele ... przeprowadzono badania, jakie rośliny posadzić, a bazowano przede wszystkim na darowiznach z innych ogrodów, z kraju i zagranicy ...


W latach 1978-1972 zbudowano owe kopuły-szklarnie, o kosmicznym kształcie, w których mieszczą się palmiarnie, akwaria, ptaszarnia ... podobne, ale małe szklarenki widywałam potem w przydomowych ogrodach, widać ta technologia przyjęła się, i w regionie chętnie korzystali  z tego rozwiązania.


Obok szklarni budyneczek cały w zieleni, to toalety ... ściany zbudowane z metalowych prętów, wypełnionych ziemią, zabezpieczoną folią z otworami, a w otworach posadzone rośliny ... zupełnie jak słoń w centrum Przeworska ...



Zapuściliśmy się w labirynty kopulastych szklarni, gdzie było mnóstwo tropikalnych roślin, niektóre kwitły, niektóre przycięte, czekały na nowy sezon, mało było storczyków ...







Nie sposób wybrać spośród tylu zdjęć te najładniejsze, bo wszystkie rośliny są ładne, oryginalne, rzadko spotykane ... być tu wiosną, latem, w pełni kwitnienia ...



Te zdjęcia ogromnych dzbaneczników wykorzystałam ze strony www.roslinyowadożerne, właśnie z ogrodów w Jibou, my, niestety nie widzieliśmy ich, dla wielu roślin to już okres spoczynku ...



Imponujące, ogromne akwaria, słodkowodne, słonowodne, zbiorniki z żółwiami ...





Nie mniejsze zainteresowanie wzbudził w nas okazały budynek rezydencji, raczej w opłakanym stanie, ale pomalowane na biało ściany, mimo, że nie remontowane, nie raziły tak bardzo liszajami odpadłego tynku ...




Zajrzeliśmy w każdy dostępny kąt, w niezasłonięte okna, zadziwiała oryginalna stolarka, okucia, klamki ...
w wysokich oknach sali balowej zobaczyliśmy piękny parkiet, bajeczny pieco-kominek z ozdobnymi kaflami i drzwiczkami, że głowa boli  ... poniżej poziom kuchenny, piękne posadzki, piece ...


Ogród położony jest na tarasach, w mury oporowe wkomponowane kamienne ławy, między nimi jednak niezbyt ładne, współczesne betony z naklejonymi kamieniami ... widać szlachetność starego dzieła, kamienne lwy z łapą opartą na kuli wprowadzają na wyższe poziomy ...


W jednym miejscu zgromadzono kamienne postumenty, może na nich stały parkowe rzeźby, zegary słoneczne, poidełka dla ptaków ...
Nie wychodziliśmy przez główną bramę, na tyłach ogrodu znaleźliśmy dziurę w ogrodzeniu i wyszliśmy na   ulicę ... stary bluszcz kwitł jeszcze, a wokół unosiły się roje pszczół, aż brzęczało ...


... po drugiej stronie przyciągała oczy czerwień jakichś oryginalnych, grzebieniastych kwiatów ...


Jak wspomniałam, miasteczko nieduże, ale wszędzie rojno, gwarno, młodzież wysypała się ze szkoły, mnóstwo ludzi ze wsi przyjechało na zakupy, a my odbiliśmy z głównej drogi na rozległe pastwiska, gdzie grube zmarszczki znaczą dawne poletka, wydarte górom przez pokolenia pod uprawę ...


... i drobniejsze, wydeptane kopytkami pasących się tu od wieków niezliczonych stad zwierząt ...


Na wielu przydrożnych krzyżach, a także na ścianach domów zauważyliśmy delikatne wianuszki z kłosów zbóż, może to ich "Zielna"? ...


Zakupiliśmy w sklepie rumuńskie specjały, marynowane papryki nadziewane serem, ostrą i łagodną, z ziołami, i sam ser, który z czasem nabiera ostrości bryndzy, i kiełbaski mici, które upieczemy na ogniu ...


... dla przełamania smaków także słodkości, ciastko z musem czekoladowym, i mni-tarty owocowe ...



... słodziutkie to wszystko jak ulep, ale można sobie raz pofolgować.
Aha, i jeszcze dwa sznury cebuli, na którą polowałam od dawna ... różowa, łagodna, odmiany słodkiej sałatkowej ...


A w drodze powrotnej uwzięli się na nas kontrolujący, najpierw węgierska straż graniczna, dogadaj się tu człowieku z nimi ... potem słowacka policja straszyła nas 300-eurową "pokutą", bo mieliśmy włączone światło przeciwmgielne, a deszcze i mgły były po drodze ... uff! przejechaliśmy jakoś ...
Po takim wypadzie przydałoby się zawsze ze dwa dni wolnego, na odpoczynek.


Na każdym rumuńskim wyjeździe cieniem kładzie się widok bezpańskich psów, o najsmutniejszych oczach na świecie, przepełnionych rezygnacją ... więcej ich na południu kraju, niż północy, czekają cierpliwie na jakiś kąsek, jedne przymilające się, jedne wyczekujące z boku, inne wręcz agresywne ... najwięcej ich na obrzeżach dużych miast, przy parkingach, wszędzie, gdzie tylko można spotkać ludzi ... wędrują z turystami po górach, są przy pracach drogowych, leśnych, budowach, przy barach, hotelach, marketach, monastyrach ... wszędzie ... zabiedzone, chude, chore ... szczenne suki ... co mogę? tylko rzucić im kromkę, co pozwoli przetrwać do następnej ... bo kiedyś próbowałam z suchą karmą ... nie znają ...
Kończę tym niewesołym akcentem rumuńskie opowieści, a z wiosną znowu gdzieś się wybierzemy ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękując jednocześnie za odwiedziny, dobrego tygodnia, pa!


Na chatkowym tarasie czeka już ułożone suche drzewo, oczekujemy chłodów ... właśnie od zachodu niebo pociemniało i lunęło jak z cebra ... co niektórzy ciesza się, będą grzyby ...












niedziela, 12 października 2014

Łazęgi "zapotoczne" ...

Oj, udał mi się wyjazd do pogórzańskiej chatki.
Pogoda bardzo dopisała, prawie letnia ... jeden z poranków jeszcze zimny, mglisty, ale następne wyjątkowo ciepłe ...


... wschodzące słońce musi wznieść się ponad grzbietem góry, żeby zajrzeć w naszą stronę doliny...


Wstrzeliłam się w dobry czas na zrywanie jabłek, bo zaczynały się już ostre wiatry i jabłka spadały w trawę z głuchym łomotem, strącając po drodze jeszcze inne, a jabłka obite nie poleżą długo ...


Zajechał jeszcze Janek "z góry", pomógł zerwać te z trudniejszych gałęzi, a na drabinę trzeba było wspiąć się wysoko, bo to stare drzewa ... przy okazji osmykał gałęzie z narośli jemiołowych ... staramy się jak najdłużej uchronić te jabłonie przed starością, bo rodzą pyszne jabłka, dorodne, i bardzo dobrze przechowują się ... kiedy była piwnica, to jabłka potrafiły przeleżeć w niej do żniw, bo miały stałą temepraturę, i miły chłodzik.
Żal mi, że musieliśmy ją rozebrać, może była za mało zabezpieczona, a to ciągłe osypywanie się mas ziemnych było groźne.


Tak ogniście przebarwiły się najzwyklejsze czereśnie, teraz tylko liście kapią pod swoim ciężarem, a najlżejszy wietrzyk strąca ich całe masy ... rano, kiedy słońce osusza rosę na trawie, unosi się również ich  zapach, a dym z takich liści jest najwonniejszy z wonnych, inaczej pachnie wiśnia, inaczej czereśnia, a jeszcze inaczej jabłoń ... tak samo jest z drzewem ...


Do kosza po ziemniakach pozbierałam spady, te poczekają jeszcze chwilkę na odwirowanie z nich soku, bo już wspominałam, że chcę popróbować cydr zrobić ..."sajder", jak to mówi mój syn.
A zbieranie spadłych jabłek to istny wyścig ze zwierzyną ... kiedyś pod jabłoniami leżały całe masy jabłek, i chętnych na nie nie było, a teraz każde jabłko to zdobycz ... w dzień zbieram ja, a w nocy one ... wydeptane ścieżki w trawie znaczą trasy przejścia stad dzików, bo to one głównie żerują, a jest ich całkiem sporo.
Tuż po zmroku wychodzą z krzaków, słychać chrupanie ... Amik z Miśką wypadają zza rogu chatki, troszkę ich postraszą szczekaniem i wracają, a dziki są nieustępliwe ...


Ach, jak psy lubią pobiegać po łąkach!
Ostrzygłam Miśce nogi z  frędzelków, nawbijało się tam mnóstwo czepliwych nasionek, skołtuniło sie to wszystko, i teraz wygląda jak ... kapibara, tak nazwał ją syn ... na cieniutkich nóżkach gruby baleronik.
Nie przeszkadza mi to wcale, bo charakter wcale jej się nie zmienił i dalej jest z niej wielka, ukochana  przytulicha ...

Grządki oczyszczone z korzeni chwastów czekają na nawiezienie próchnicy z liści, tudzież trochę koziego nawozu, który czeka od wiosny w pryzmie ... podejrzewam, że znalazło tam schronienie na zimę dużo różnych zwierzątek ... pewnie zaskrońce, może żaby, padalce ... trzeba zostawić im co-nieco, żeby miały gdzie przezimować ...
Przecudny, sobotni ranek wypędził nas najpierw na zakupy do sklepiku w Makowej ...


... a potem ruszyliśmy na drugą stronę potoku, na łąki, które widzę z okna naszej chatki. Nie szliśmy na Kopystańkę, tylko w stronę Rybotycz ... ale najpierw pooglądaliśmy dzieło zniszczenia oberwanej chmury, które zrobiło latem niezłe spustoszenie w naszym regionie ...


Nikły zazwyczaj potok zabrał całą drogę, wypłukał warstwy skalne, które utworzyły jakby kamienną widownię w starożytnym teatrze ... można sobie posiedzieć, mając u stóp płynącą wodę ... a kiedyś było tu wąskie koryto, przegrodzone pniem w poprzek, aż utworzył się niewielki basenik ...


Psom tu dobrze, hop! i do wody, potem otrzepywanie na cieplutkich skałach ... a my ruszyliśmy dalej, wspinając się zielonymi łąkami aż do grzbietowej drogi ... ze dwa tygodnie temu wędrował ktoś tędy z dużym, białym psem ...


Posiedzieliśmy w tych okolicznościach przyrody, mając przed sobą rudziejącą Kopystańkę ...


... a za nami naszą górkę ... z zarysami dawnych pól, z pojedynczymi domami, nikły, bielejący ślad drogi ... i nasza "chatka na kurzej stopce", niewidoczna wśród drzew ...


Nie my jedyni wyruszyliśmy dziś na pogórzańskie bezdroża ... już na powrocie, patrząc z wysokiej skarpy potoku, zauważyliśmy sporą grupę wędrujących ... A dokąd to idziecie? ... Do RFN-u! ... A, to kierunek jak najbardziej dobry, na zachód! ...


A potem upiekliśmy sobie na ruszcie pstrąga ... posypany przyprawą do ryb, obficie cebulką i koprem ... kilka chwil i gotowy ... potraktowany sokiem z cytryny jest naprawdę smaczny, no i nie taki "złoty", jak w przydrożnych knajpkach ...


... trzeba go tylko piec na papierze, jak Okrasa, bo jednak skórka ryby przywiera do kratki, a jest taka pyszna, obrumieniona ... nie, nie zdążyłam zrobić zdjęcia, pochłonęliśmy wszystko w try miga ...
Jeszcze pszczoły polatują po nielicznych kwiatkach ...


... motyle wykorzystują ciepłe chwile i wylatują z ukrycia, żeby na "marcinkach" pożerować sobie ...
..., o! a tego obserwuję od kilku dni, taki pirat z wystrzępionym skrzydłem ...


Na belce zawisł Chrystus Pantokrator, przywieziony z Rumunii ...


... w kącie chatki wiszą puste ramki z woskiem ... pszczoły jeszcze przylatują do środka tą ścieżką zapachową, wynoszę je potem, bo szukają drogi powrotnej na szybie, w oknie ...


Jeszcze parę pogórzańskich widoczków, zrudziały Kanasin, zamglona dolina Wiaru, Kopystańka w pełnym słońcu ... jest pięknie ...




Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, za pozostawione słowa, wszystkiego dobrego, pa!