niedziela, 17 marca 2019

Trochę zimy, trochę wiosny ... wyprawa na kosmate piękności ...

Nasze wyjazdy są bardzo spontaniczne.
Środek tygodnia, troszkę mniej zajęć i szybki wyjazd, mimo, że prognozy niezbyt optymistyczne.
Zimno, trochę deszczu, parę godzin przed południem bez opadów jak pokazują prognozy, może uda nam się wstrzelić w ten czas.
O szarej godzinie świtu siąpiło, przestawało, dalej siąpiło, ale jak wjechaliśmy w Beskid Niski, a zwłaszcza na Przełęcz Radoszycką, wszelki optymizm uszedł z nas jak z przekłutego balonu.
Pewnie jedziemy na darmo, śnieg przykrył wszystko, co chcemy zobaczyć, a od niedzieli ma być ciepło, wyrwaliśmy się jak Filip z konopi ...



Ale im niżej zjeżdżaliśmy  na słowacką stronę, tym przyjaźniejsze stawały się widoki i już wiedzieliśmy, że nie będzie tak źle.  Co prawda, Vihorlat z daleka bielił na szczytach, ale my będziemy na jego niższej odnodze i chyba śniegu nie powinno być.
Do rezerwatu "Humensky Sokol" jedzie się przez bardzo przygnębiającą dzielnicę cygańską Podskałka.
U wejścia na ścieżkę przyrodniczą parking, a ponieważ to środek tygodnia, dzień pracy, to byliśmy sami. Wiosny za bardzo nie było widać, nisko kwitły tylko niebiesko nieliczne cebulice a zieleń to mchy i bluszcz, zwisający ze stromych ścian skalnych.


Nieśmiało wyjrzało słońce, za to południowy wiatr huczał w nagich gałęziach gdzieś wysoko.
Wspinaliśmy się powoli na stromy stok, zakosami ścieżki zdobywając kolejne metry wysokości.


Ławki pozwoliły przysiadać tu i ówdzie ... podziwialiśmy potężne pnie dębów omszonych, które tutaj mają swoją zachodnią granicę zasięgu, gdzieniegdzie żółciutkie pączki dereni, jeszcze nie rozkwitłe.


W tym huczącym wietrze usłyszeliśmy nagle klangor żurawi ... leciały niesione sprzyjającym wiatrem potężne klucze ... jeden, drugi, gdzieś nad równiną za Humennem powitalny krzyk, stada chyba połączyły się. Za chwile następne, i następne ... jesienią odlatujące ptaki wywołują u mnie bezbrzeżny smutek, czasami aż ściska gardło, ale wiosną ... o! to sama radość z ich powrotów, szybsze bicie serca:-)

Siedzieliśmy sobie na ławeczce, grzejąc w słońcu twarze, gdzieś w dole naszczekiwał pies, a w górze odgrywała się powietrzna bitwa. Krążył drapieżca, a inny mniejszy ptak, też z zakrzywionym dziobem atakował, wręcz odpędzał tego większego ... jakby od swego siedliska ... przenikliwy krzyk i atak, zakotłowało się i poszybowały dalej. Za chwilę powrót jednego z nich, szybki jak błyskawica atak drugiego ... można tak siedzieć, i patrzeć, i patrzeć, i słuchać ...


Przyjechaliśmy tutaj, żeby zobaczyć kwitnącą sasankę w naturze. Gdzieś przy ścieżce pierzaste, kiełkujące sadzonki ... i nic. Chyba nie umiem patrzeć, nie widzę nigdzie kwiatków ... to nic, okoliczności przyrody wynagradzają nam ten brak:-)


Osiągnęliśmy szczyt góry, przed nami potężne kamienie, głazowiska, które wyglądają jak ruiny starego zamczyska ... paprocie, wyrastające ze ścian, skalne studnie, skąd wyrastają potężne buki, a ich koron można dosięgnąć ręką ... mam słabość do kamieni, skał, bardzo podobają mi się takie miejsca, a tym byłam zauroczona.


Przed nami niespodziewana przeszkoda, skalną stromiznę pomaga pokonać łańcuch ... a sasanek dalej ani śladu ...



Dopiero na południowym skłonie, wśród naturalnego jakby skalniaka mignęło mi coś kolorowego ... jest, jest pierwszy kwiatek ... poniżej jeszcze jeden ... mąż poszedł dalej, a ja drapię się po tym stromym zboczu, żeby chociaż ze dwa zdjęcia pstryknąć, bo może więcej nie będzie mi dane.


I nagle słyszę głos: - Chodź tu, chodź, coś zobaczysz!


Są, rosną małymi grupkami, niektóre prawie na gołym kamieniu, jedne w pełni kwitnienia, inne dopiero wychodzą z ziemi, zresztą zobaczcie sami ...






W oddali, na sąsiednim paśmie górskim widnieją okazałe ruiny zamku Jesenov, gdzieś dalej rozłożył się zamek Brekov ... dla nich samych warto tu jeszcze kiedyś przyjechać.


Ścieżka poprowadziła niżej, tym samym skończyły się sasanki. Szliśmy po kolana w szeleszczących liściach, które nawiał wiatr, kolejne znaki doprowadziły nas do jaskini Dupna.




Znak na drzewie kazał wrócić z powrotem, ale nam zachciało się pójść ścieżką na prawo.
Obeszliśmy masyw dołem i wspięliśmy się ponownie na grzbiet góry, niestety, znaków już nie było, tylko coś czerwonego, zamazanego na drzewach i widoczna ścieżka miedzy drzewami, a wokół ścieliły się łany barwinka.


Poszliśmy nią, szło się bardzo przyjemnie, ale coraz bardziej oddalaliśmy się od naszego miejsca postoju, jeszcze trochę, a dojdziemy na Węgry:-)


Trzeba szukać miejsca na zejście do drogi ... w miarę łagodnym stokiem schodziliśmy coraz niżej i niżej, w lesie mnóstwo powalonych drzew, oglądałam się tylko, czy jakiś miś nie obudził się z zimowego snu:-) ... bo ja to okropna panikara jestem ... pogoda psuła się, zaczęło z lekka kropić.


Wreszcie osiągnęliśmy dno doliny, okropnie błotnistej, wyszliśmy na łąki, ale drogę przegrodził nam solidny potok. Wzdłuż niego doszliśmy do jakiegoś mostka, już droga i tylko kawałek do parkingu.


Miałam szczery zamiar pojechać na Gazdoran, żeby ciemiernika purpurowego zobaczyć, ale znad Vihorlatu szły opady, świat znikał w szarej zasłonie, to i my zabraliśmy się prosto do domu, choć wyjazdowe plany były bardzo ambitne. Jeszcze cerkiewki, kamieniołom trawertynowy , no i te ciemierniki ... ale nic to, coś trzeba zostawić na następny raz.


Za to zebrałam sobie puszyste nasionka powojnika prostego, już są posiane w doniczce, zobaczymy, co nam z tego wyjdzie:-)
Przed chwilą zadzwoniła Bylinowa Ania, parking u wejścia na szlak pełen samochodów, niedziela, zrobiło się wreszcie ciepło, więc naród ruszył na łono natury:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!



poniedziałek, 11 marca 2019

Niedokończone porachunki z Roztoczem ... nad Szumem ...

Kilka postów wstecz pisałam o nieoczekiwanej, krótkiej wizycie w Górecku Kościelnym.
Nie odwiedziliśmy wszystkich atrakcji tej miejscowości, ścieżka przyrodnicza "Szum" czekała na sprzyjający czas, a niedzielne popołudnie to pora akuratna. Troszkę ruchu nie zaszkodzi, choć słońce schowało się za chmury, a wiatr urywał głowę.
Lasy Roztocza są przecudowne.


Sosny rosną równiutko jak ułożone zapałki, a na ziemi poduchy przeróżnych mchów, przetykanych plamami brusznic czy borówczysk.


Tym razem zajechaliśmy od strony Górecka Starego, zaparkowaliśmy na śródleśnym parkingu i ruszyliśmy ścieżką znaczoną niebiesko-białym kwadracikiem. Kawałek lasem, z lewej strony stromizny zaczęło prześwitywać lustro wody, a na dnie żółty piasek.


Szum jest dopływem Tanwi, ze skalnymi progami, które tworzą wodospady, a spływająca woda szumi. Kiedyś rzekę nazywano Strużką albo Bździną:-)


Nurt rzeki czasami rozdwaja się, opływając piaszczyste wysepki, przeciska się również przez strome brzegi. Liczne małe wodospady były kiedyś wykorzystywane przez gospodynie do prania ubrań i nazywano je "praczki".


To coś jak rumuńska "steaza" ... też jest tu wykorzystywany nurt wody do prania ...


Szliśmy sami, bo pogoda odstręczała od spacerów, ale tak lubimy.
Szlak poprowadzono nad brzegiem rzeki, niektóre tablice przyciągają wzrok, bo litery elegancko, równiutko wycięte w drewnie pewnie ploterem frezującym, a wyczytałam na którejś stronie, że ŻUBR współuczestniczył w tym projekcie /sfinansował tablice/.



Nie widziałam przebiśniegów, ale nad brzegiem Szumu kwitły różowo wawrzynki, ścieliły się poduchy widłaka, na tablicy napisali, że to wroniec.


Niektóre miały już wykształcone kłosy, dziś sprawdziłam w necie i wydaje mi się, że to chyba jałowcowaty., być może wroniec też tam gdzieś jest.




W zaklęśnięciu terenu zielono, noga zapada się po kolana ... zielone poduchy, niektóre jakby czupryny przeczesane w różne strony grzebieniem.



Na bardziej nasłonecznionych skarpach niebieszczyły się przylaszczki, jeszcze nieśmiało stulone płatki broniły się przed zimnem.



Spod stromego brzegu pulsowało rytmicznie źródełko, pompując krystaliczną wodę, dla mnie takie źródełka to wyjątkowy cud natury ...


Drzewa tam ogromne, potężne świerki, jodły, sosny, niektóre spróchniałe, trzymające pion, bo wsparte na sąsiadach, niektóre strzaskane leżą i nikt ich stamtąd nie rusza. Huby na spróchniałych pniach, w kolorze jak szlachetne borowiki, przyciągają oko, nęcąc i obiecując, jak tu będzie jesienią.



I jeszcze inne grzyby na pniu drzewa ...


Mieliśmy świadomość, że gdzie niedaleko przebiega droga, słychać było od czasu do czasu przejeżdżające samochody, a tutaj? uroczysko.




Już nas kusi, żeby przyjechać tu na początku lata, a może pod koniec maja, niezwykłe miejsce ze wszech miar.
Na koniec trasy z daleka widać było taflę wody szeroko rozlanej, kaczki pływały.



Gdzieś tam rzeką przegradza tama, widać było barierki, przechodzących ludzi, poszliśmy jedną ze ścieżek do drogi, a potem do auta.
Można by przejść przez tamę, wejść na czerwony szlak i wrócić drugą stroną Szumu, ale było za zimno, za ciemno, zaczynało kropić i trzeba było wracać do domu.



Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!