wtorek, 22 grudnia 2020

Nie jedz, to na święta ...

O czym można pisać tuż przed świętami?  O przygotowaniach do nich, które czasami przynoszą sytuacje, że boki można zrywać:-) Ot, jak chociażby wczoraj wieczorem ... zażyczyli sobie w domu, żebym zrobiła blok, taki najzwyklejszy w waflu, z mlekiem w proszku, orzechami i herbatnikami, na pewno każdy zna  przepis i smak tego specjału. Jasiek bardzo ucieszył się, lubi pomagać mi w kuchni, kruszył herbatniki, trochę pogryzał, a potem wyskrobywał garnek do czysta z masy kakaowej ... babciu, jak ja lubię pomagać ci w kuchni. Na buzi brązowe wąsy, ślady na policzkach, czole i podkoszulku, no i radość w oczach. Zrobiłam dwa, jeden dla nas, drugi dla młodych. Wieczorem obydwaj z ojcem, a moim synem, zakręcili się w kuchni /nawiasem mówiąc, słodziarze niesamowici/... a ten blok to może już zastygł? ... a to na święta, czy można już jeść?  ...Dostaniecie go zaraz i zrobicie, co zechcecie:-)                                                                                        Za chwilę po schodach tup! tup!, Jasiek z kawałkiem bloku w ręce,  z żalem w oczach i głosie: ... babciu, dali mi tylko jeden kawałek, bo reszta na święta ... a syn: - dużo roboty przy takim bloku? bo jakby co, to może jeszcze jeden:-)

Bardzo krótko byliśmy na Pogórzu, tylko w sobotę po południu, a w niedzielę rano zaraz powrót. Trzeba było zrobić wędzonki, mięsa pomoczyły się w marynacie, sery w solance, Pierwotny zamiar to wędzenie w niedzielę, ale ponieważ jeszcze załapaliśmy się na godzinę jasnego dnia, szybko rozpaliłam w wędzarni, beczka ogrzała się, a ja w tym czasie ubrałam  mięso i sery w siatki. Wkładaliśmy je do wędzarni już przy świetle czołówki, na niebie widniał mały rogalik księżyca, noc była mroźna i jasna, bez chmur, i bardzo gwiaździsta. Pachnący dym ścielił się niżej, bo zwiewał go wschodni wiaterek ... pachnący dym, bo najpierw w palenisku były bukowe drwa, a na koniec, na kolor i zapach polanko śliwkowe. Trzeba było doglądać co jakiś czas, w końcu przynieśliśmy do chatki gotowe wędzonki, nic specjalnego, a jednak o niebo lepsze od tych, które oferują sklepy ... no i ten zapach.


Sery wczoraj degustowane, przepyszne, jak rumuńskie:-)

W niedzielne przedpołudnie wracaliśmy do domu okrężną drogą, bo takie słońce, i szadź na drzewach i krzakach. Szlakiem czerwonym, który częściowo prowadzi drogą szli turyści, osmagani mroźnym wiatrem, uśmiechnięci, pewnie szli na Kopystańkę, aż im pozazdrościłam ... my jak zawsze w drodze. W dolinie Wiaru jak zwykle mgła, a potem słońce, i słońce, i widoki dalekie.





Z tym tytułowym "nie jedz, to na święta" też tak jest u Was? syn śmieje się, że potem "jedz, bo się zepsuje":-) 


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny i zdrowych, spokojnych Świąt życzę, pa!



środa, 16 grudnia 2020

Powyżej 400 m n.p.m. ...

 Nasza wioseczka leży na wysokości 431 m nad poziomem morza. Ostatnie dni bardzo mgliste, pochmurne, albo niskie chmury dotykają brzuchami ziemi i na samej górze świata nie widać, albo z doliny Wiaru wlewają się opary białe jak mleko i też świata nie widać:-) W sobotę z mężem przenieśliśmy suche drewno na taras, by pod dachem zrobić miejsce dla nowej dostawy. W niedzielę zostałam w chatce, ulepiłam mnóstwo pierogów, a za płotem na poniedziałek czekało 5 metrów opału do poskładania pod dachem. A dlaczego za płotem? bo łatwiej taczkami zwozić ciężar z górki niż pchać pod górkę. Myślałam, że może robotę rozłożę sobie na dwa dni, żeby nie przeciążyć kręgosłupa. Ale im bardziej sterta drewna zmniejszała się, tym bardziej byłam przekonana, że trzeba robotę skończyć, bo jutro różnie może być, mogę się na ten przykład schylić i potem nie wyprostować:-) Koło południa jakby lekko rozjaśniło się, chmury podniosły się na tyle, że pokazał się Kanasin, dostojny, pobielony szadzią, trochę tajemniczy i niesamowity w zestawieniu z raczej jesienną scenerią wokół ...



Kopystańki na razie nie było widać, tylko chmury i chmury, ale przez chwilę i ona błysnęła daleko bielą ...


Pod dziką czereśnią wyrosły jakieś grzyby, nawet mróz im nie przeszkodził.

Posadzone dla pszczół krzewy śnieguliczki już ładnie owocują, jest odmiana biała i różowa.

Skoro uwinęłam się z robotą w jeden dzień, to trzeba mi wracać do domu, do świąt trochę się przygotowywać. Za oknem znowu mgła jak mleko, a ja miałam sporo czasu w oczekiwaniu na męża, więc upiekłam rogaliki z dereniową marmoladą z dodatkiem róży. Bardzo przypasował mi jej smak, kwaskowaty, konkretny, doskonale komponuje się ze słodyczą.

 Mąż przyjechał w południe, a mgła nie ustąpiła ani o krok, a na pytanie, czy tak wszędzie jest, zaśmiał się, że nie, bo nawet blisko, na górze pod kapliczką świeci słońce. Już w drodze pod górkę mgła gwałtownie zrzedła, snuły się opary, ale widoki wokół niezwykłe ... 








Z wędrówki weekendowej nici, ale za to ważna praca zrobiona ...



Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, zdrowia życzę, pa!





poniedziałek, 7 grudnia 2020

Zanim halny zmiótł zimę ...

 Nocne przymrozki trzymały śnieg w ryzach. Co prawda na nasłonecznionych południowych stokach niknął w oczach, ale w miejscach zacienionych miał się całkiem dobrze. Na Pogórzu jednego ranka mróz osiągnął -13 stopni, ale w dzień nie było tak źle. Pod koniec tygodnia chłód zelżał, w powietrze uniósł się mglisty opar, a prognozy zapowiedziały halny w górach i jego prędkość na Kasprowym prawie do 160 km/h.

Widoki i u nas niestety nie były powalające. Przymglone, zamazane, więcej kazały się domyślać niż podziwiać. Pojechaliśmy na wzgórze kalwaryjskie, puste jak nigdy, tylko głosy robotników pracujących przy remoncie niosły się w dal, a potem zjechaliśmy w dolinę Wiaru.


Droga do nas już utrzymana zimowo, śnieg wytopił się, więc bez stresu zjeżdżaliśmy w dół.

 Nie chciało nam się siedzieć w chatce, więc psy zostały nakarmione, wybiegane, potem sjesta dla nich, a my w dalsza drogę. 


Ty razem ruszyliśmy na południe trasą bieszczadzką do Ustrzyk Dolnych, ale przed nimi skręciliśmy na Wańkową, bo kusiło nas spojrzeć, czy stok narciarski na Laworcie jest już przygotowywany do zimy.


I owszem, armatki śnieżne rozstawione, nawet gdzie-niegdzie usypane białe pagórki, ale w tej dodatniej temperaturze nie wróżyliśmy im trwałości. Hej, gdzież te zimy, kiedy śniegu było mnóstwo, nie trzeba było naśnieżać, a jaka to przyjemność jeździć po białym puchu, a nie sztucznej krupie. Nie ma co przesądzać, zima jeszcze przed nami, różnie może być:-) 


Ruszyliśmy dalej zamieszkałymi dolinami, w Leszczowatem nad potokiem Wańkówka cerkiew św. Prescyli, poniżej gdy droga wspięła się ładnie po zboczu. Ilekroć tamtędy przejeżdżamy, zachwyca mnie ten widok ... zazwyczaj cerkiewki znajdują się na wzniesieniu, na wzgórzu, na tę akuratnie spoglądamy z góry.


Przed nami do wyboru dwie drogi, na Brelików, a wcześniej szutrowa droga do Ropienki Górnej, wybraliśmy tę pierwszą. Stromo, wąsko, kręto do góry, a dalej tereny kopalniane ropy naftowej. Na jednym z drzwi mignął mi przyciemniony "deskal" Andrejkowa, nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo za nami coś jechało, nie ma gdzie zatrzymać się, ale od czego internety:-) ... zdjęcie ze strony google.maps


Przejechaliśmy pasmo Chwaniowa, a droga z górki na pazurki do Wojtkówki, z otwierającą się panoramą kolejnych pasm  Gór Sanocko-Turczańskich w kierunku Arłamowa.


W sobotę, po nocnym przymrozku był plan na wczesną wędrówkę, ale przyjechali chłopcy chętni na jemiołę. Nasze jabłonie mocno nimi porażone, więc niech sobie zabiorą na świąteczny biznes, w końcu ludziska musza się pod czymś całować:-) Trudne to drzewa do wchodzenia, bo pnie gołe, bez odrostów, gdzie można oprzeć nogę, a i wysokość niezgorsza, Bez drabiny nie odważyłabym się, a młodzik jak małpka po pniu wspiął się wysoko bez żadnego zabezpieczenia i ściął sporo gałęzi z jemiołą. Okazało się potem, że to z klubu wspinaczkowego, dlatego tak łatwo mu poszło:-) Porządnie to zrobili, jemiołę zabrali, a gałęzie ładnie poskładali pod płotem. My zaś koło południa pojechaliśmy w stare miejsce, na Połoninki Arłamowskie, powtarzamy wiele tras, które są zawsze inne o każdej porze roku.


Droga od szlabanu biała, ale jednocześnie ciężka, mimo że szliśmy w dół, bo wilgotny śnieg rozsuwał się pod nogami. Czy śnieg pachnie? ten pachniał świeżością, odwilżą, świeżym sokiem z jodeł, z lasu ciągnęło próchnicznym zapachem opadłych liści. Z nasłonecznionego za zakrętem zagajnika biło odczuwalne ciepło, wyroiły się jakieś komary, które ze śniegu spijały wilgoć, a może i krzepły potem od niego.
Za lasem połoninki, już prawie bez śniegu, odwilż zrobiła swoje ...


Wspinaliśmy się po nasłonecznionym stoku, a pot rosił nasze czoła, bo zrobiło się naprawdę ciepło.
Gdzieś tam na samym grzbiecie czekała na nas 48 ławka ... dawny Arłamów otworzył spod krzyża przecudne widoki nakładających się na siebie kolejnych pasm górskich, od ciemnych po te najwyższe, coraz jaśniejsze ...

Droga poszła w dół doliną, a my usiedliśmy na ławce, chłonąc widoki wokół. Leciutki wiatr wiał nam od wschodu w plecy, słońce grzało twarze, a my siedzieliśmy i siedzieliśmy, bo nikt nie czekał na miejsce, byliśmy tam sami:-) 


Mąż został posiedzieć, ja szybkim marszem poszłam na druga górkę, bo było mi mało ... zza lasu wyłaniają się garbki ukraińskiej strony ... ech, pojechałby tam.


Stąd ławeczka z mężem to tylko kropka gdzieś tam w oddali ... 


Z góry droga przez dawną wieś błyszczała w słońcu, wznosił się opar mgielny, który przeganiał wiatr ...


Tą samą drogą wróciliśmy do auta, brnąc w rozmokłym śniegu, ale nie chciało nam się wracać do chatki, jedziemy dalej. Do Birczy, potem kierunek Borownica, zjechaliśmy do Ulucza, a temperatura rosła niezwykle szybko, od naszych porannych -3,5 stopnia aż do +12. Zadzwonił angielski syn, przegadaliśmy wiele kilometrów, rwała nam się łączność, bo my w takim terenie, on też jechał ... chciałabym, żeby przyjechał na święta.
Na ziemi sanockiej już nie uświadczyliśmy śniegu, prawie wiosennie. Zatrzymaliśmy się na chwilę w Mrzygłodzie, bo przegapiliśmy ostatnim razem kolejny mural Andrejkowa ...



Zawsze intrygował mnie ten budynek obok sklepu, widać że stary, kamienie łączone z cegłą, stare ogromne drzewa, okrągła absyda, tylko dach jak dorobiony, nowszy ...




Przez kratę w oknie mąż zrobił zdjęcie czegoś, co zobaczyliśmy fragmentem przez dziurkę w drzwiach. Okazało się potem, że to karawan pogrzebowy, ciekawe czy jeszcze służy, czy już nowocześnie, samochodem.

W domu poszperałam w necie ... tak, to ruiny cerkwi pw. Zaśnięcie Przeczystej Bogarodzicy z 1901 roku, zbudowanej w miejscu poprzedniej, która spłonęła w 1893 roku. Po wysiedleniach przeznaczona na magazyn spółdzielni produkcyjnej, obecnie dożywa swoich dni, nieremontowana.
Wróciliśmy do chatki pod sam wieczór, tu znowu przywitało nas -0,5 stopnia, na zachodzie regionu jednak cieplej. Zachód słońca też nie wróżył dobrej pogody ...


W nocy wydawało mi się, że deszcz stuka o blaszany dach. Niedzielnym rankiem okazało się, że to nie deszcz, a świat otuliła mgła, skraplając się na gałęziach brzozy, strącana była przez podmuchy wiatru, śnieg zginął zupełnie.
Wczorajszy dzień nieporównywalny do niedzieli, do tego ten dokuczliwy wiatr, i tak jest do dzisiaj.
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!