poniedziałek, 12 lutego 2024

Skok w bok:-) ... wino i tureckie placki ...

Ten tytuł to zmyłka:-) chodzi mi o taki skok w bok, kiedy podążamy gdzieś w naszych podróżach ustaloną trasą, a zazwyczaj jest to trasa do Rumunii i nieoczekiwanie następuje zmiana, choćby objazd. Przy tej okazji poznaje się inne miejsca. Granicę słowacko-węgierską przekraczamy w malutkiej miejscowości o nazwie Pribenik, to takie miejsce w środku niczego. GPS tam Was nie skieruje, nie widzi tego przejścia, kieruje bardziej na zachód. Może nawet do większego przejścia do węgierskiego miasta o niemożliwej do wymówienia nazwie Satoraljauhely, spróbujcie sami:-)

Tym razem, w czasie jesiennego wyjazdu, o którym pisałam wcześniej, tablice skierowały nas tuż przed Pribenikiem na objazd, remont mostu na małym kanale. Śródpolną asfaltowaną dróżką dojechaliśmy do wsi Maly Hores, w oddali majaczyły przymglone Góry Tokajskie, wszak byliśmy w pobliżu winiarskich rejonów. I w tej malutkiej, urokliwej wioseczce zobaczyliśmy wzgórze podziurkowane jak szwajcarski ser, porośnięte bluszczem i starymi drzewami, z mnóstwem malutkich wejść, mnie skojarzyły się z katakumbami. Jeśli czas i pora dnia pozwoli, na powrocie zajedziemy tu pozwiedzać, zobaczyć te piwniczki, rozprostować nogi na ścieżkach. No i udało się, wygodny parking zaprasza, wszędzie ławeczki, akcesoria winiarskie, beczki, beki, prasy do wyciskania owoców, odrzwia ozdabiane stylizowanymi pędami winorośli, dojrzałymi gronami. 

Sama wioska w herbie ma pęd dojrzałej winorośli, wspartej na patyku.

Mieliśmy do dyspozycji późne popołudnie, upał zelżał i przyjemnie chodziło się wśród drzew, a że dzień był powszedni, byliśmy sami.

Historia wsi sięga 1214 roku, kiedy to po raz pierwszy udokumentowano jej istnienie. Wieś należy do wschodniosłowackiego okręgu winiarskiego, w tufie wulkanicznym wzgórza jest 70 wejść do wnętrza góry, a piwniczek wykutych w skale, połączonych korytarzami jest około 300. Niektóre wejścia zabezpieczone solidnymi drzwiami, niektóre tylko okratowane i można zajrzeć do wnętrza, skąd ciągnie chłodem. Lubię takie klimaty, omszałe antałki, szklane butle, butelki, niektóre omszone ze starości. 




Niektóre piwniczki bardzo zadbane, widać że użytkowane, remontowane. Ciekawe, jak wygląda sprawa własności, czy przechodzi z pokolenia na pokolenie, czy może są dzierżawione, a może to własność wsi i ktoś nimi zarządza. 








Niektóre widać, że pozostawione same sobie, dawno nikt ich nie odwiedzał, zarośnięte i wręcz sypiące się. Te przemawiają do mnie najbardziej, co też kryją ich wnętrza:-)





I tak schodząc powoli ścieżką z góry doleciał nas świeży, owocowy zapach i rozmowa. Wychyliliśmy się zza jednej piwniczki, a tam poniżej, przy zadaszonej ławeczce kilku chyba winiarzy, starszych wiekiem, w kapeluszach już zsuniętych na tył głowy degustowało różne wina, co było widać po kolorze zawartości butelek. Nie tak byle jak, tylko w ładnych kieliszkach, pewnie oceniany był kolor, przejrzystość i inne takie tam. Rozmowa oczywiście po węgiersku, bo mieszkańcy południowej części Słowacji to Węgrzy, nawet w sklepie przy kasie gadają po węgiersku, a dopiero kiedy orientują się, że my ani be, ani me, to przechodzą na słowacki:-)


Odbywają się tu różne imprezy, występy zespołów ludowych, co bardzo nas interesuje, można zakupić różne wina bezpośrednio u winiarzy. Myślę, że uda nam się kiedyś trafić na taką imprezę winiarską, oczywiście z noclegiem, bo jak tu być i nie podegustować różnych win:-) Czasami kupujemy je w sklepie, kadarkę, furmint, cabernet, frankovkę, riesling, na innych się nie znamy, bo tacy to z nas smakosze:-) Ale na pewno jest różnica w smaku wina od prawdziwego winiarza niż z taśmy produkcyjnej, tak mi się wydaje. Miło wspominam ten pobyt tutaj, ten skok w bok od ustalonej trasy, małą przerwę w podróży.


Tymczasem zima prawie minęła, na oknie kiełkują pierwsze zasiewy, przede wszystkim papryka. Do tego wysiałam rozmaryn i lubczyk. Z lubczykiem to jest taka sprawa, że miałam dwa piękne krzaki, ale szkody czyni chyba karczownik. Któregoś dnia, kiedy śniegi zeszły, zobaczyłam tylko dziury w ziemi po tej roślinie, teraz szkodnik zabiera się za jarmuż. Wyczytałam, że on w zimie nie śpi, tylko buszuje i niszczy wszystko, nawet pod śniegiem. Oglądam dużo filmików podróżniczych na yt, zobaczyłam w jednym z nich placki podawane w Turcji, odnalazłam przepis i zrobiłam też. To gozleme ...


Piecze się je na suchej patelni w delikatnym cieście drożdżowym, a nadzienie to ziemniaki, ser żółty i ser słony, może być feta, do tego zielenina. Ależ to jest dobre, podczas pieczenia placek wygląda jak piłka, taki napompowany, potem siada. Ciasto jest chrupiące, z pokrojonego placka wypływa ser, trochę podobne jak rumuńska placinta, ale placintę smaży się w dużej ilości tłuszczu.


Na Pogórzu śniegu ani śladu, tylko z dolin unoszą się wilgotne mgły. jest bardzo mokro. A mnie już nie chce się siedzieć w domu, już poszłabym coś porobić, może nawet za chwilę troszkę pograbię liście, odsłonię przebiśniegi. Nie, nie pójdę, znowu zaczęło mżyć, brrrr!


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bądźcie zdrowi, pa!





piątek, 2 lutego 2024

Trzy zamki ...

 Ojejku! nie mogę wygrzebać się z choróbska, które przyatakowało mnie po raz trzeci. Przełom listopada i grudnia to raz, potem przed świętami wirus przywieziony z babcią ze szpitala, a teraz przyczepiło się mnie coś, przyniesione może z apteki, może z przychodni, może z dnia babci, kiedy było nas w sali dużo:-) sama nie wiem. Dobrzeję, ale sił brak, a tu za pasem spotkanie roztoczańskie, mam jeszcze miesiąc na odzyskanie sił, a to wszystko trwa i trwa. No i ten gwizd w uszach, zwłaszcza w nocy, kiedy cisza w domu.

Czytam, oglądam filmiki na yt, zwłaszcza zainteresowały mnie Dolnośląskie  tajemnice p.Lamparskiej, i HistoryStory p.Kazka, jak i jego również History hiking, ciekawe bardzo rzeczy o Dolnym Śląsku, o których nie miałam zielonego pojęcia. Oglądam też podróże krajanina z Przemyśla Gregor w drodze, okolice te bliższe i dalsze, a także pogórzańskie. To pod wpływem właśnie jednego z odcinków ruszyliśmy późną jesienią na południe do Słowacji, aby obejrzeć, zwiedzić ruiny ciekawych zamków. Wybraliśmy się w dzień powszedni, po pierwszym solidnym przymrozku, gdy mijane rankiem okolice siwiały w słońcu.

Wyprawa niezbyt daleka, w okolice Humennego. Okolica obfituje w ruiny zamków, pięknie położone na szczytach gór, z dalekimi widokami. Pierwszym z nich był zamek Cicava, zbudowany w XII wieku. Jadąc od strony Humennego w kierunku na Vranov n/Toplou widzimy go z daleka na wysokiej skale. Jak urocza jest to okolica, niech pokaże filmik Frantiska Chmeliara, a nastrojowa muzyka dopełni wrażeń ...

Z zamkiem tym związana jest historia Elżbiety Batorówny, która wyszła za mąż w wieku 15 lat za Franciszka Nadasdy, ślub odbył się w pobliskim Vranowie, wesele trwało 3 dni, a gości sproszono w liczbie 4500. Elżbieta była siostrzenicą Stefana Batorego, zasłynęła niezbyt chlubnie jako "krwawa hrabina z Cachtic", bo tam zamieszkała. Ponoć zamordowała ponad 600 osób, odbył się proces, posądzono ją o czarnoksięstwo, wampiryzm, ponoć znaleziono rejestr jej ofiar ... zamurowano ją w komnacie z jednym tylko otworem do podawania posiłków, bo była wysoko urodzona, zaś sługi skazano na śmierć. Pozbycie się Elżbiety ma ponoć bardziej prozaiczne podłoże - spisek Habsburgów, władza, wpływy, jakże aktualne sprawy i dziś. 

W połowie góry budowla, która właściwie nie wiadomo czemu ma służyć. Okazało się, że to jakby kaplica grobowa, nieco poniżej malutki kościółek, również z okazałymi nagrobkami rodu Nadasdych i nie tylko. Dzień powszedni jest najlepszym do zwiedzania, wtedy nie ma ludzi i można zajrzeć w każdy kąt. Idą remonty, góry kamieni są z powrotem wmurowywane w rozlatujące się mury, na pewno korzysta się z funduszy unijnych. Sama ścieżka do góry bardzo ładna wśród starych drzew, miejsce robi wrażenie ... zamek słynął również z "Księgi Kłamców", która znajdowała się w tutejszym archiwum Zemplińskiego powiatu, zapisani w niej najwięksi kłamcy i największe kłamstwa. 







Zawróciliśmy kilkanaście kilometrów w stronę Humennego, przy głównej trasie na południe, na okazałym wzgórzu znajdują się również malownicze ruiny zamku Brekov. Ilekroć mijaliśmy je w drodze do Rumunii, zawsze mówiliśmy - trzeba tu kiedyś wstąpić:-) I teraz nadszedł ten czas, wcale nie po drodze, tylko celowo, bez gonitwy czasowej. A zastanawiałam się, jak tam dostać się po tej stromiźnie widocznej z drogi. Parking znajduje się przy cmentarzu z drugiej strony, ścieżka łagodnie wznosi się coraz wyżej, słońce daje popalić, ale chłodny wręcz mroźny wiaterek nie pozwala zdjąć bluz.



Na zdjęciu pracują same kobiety, noszą metalowe rury do składania rusztowań, bo trwa remont murów. Potem siadają w zaciszu i wesoło rozmawiają, przy nich śpią spokojne psy. Nagle dzwoni telefon, na głośnomówiącym słychać, że to dzwoni ich szefowa, że tyle pracy, a one tu "rekreacju" uprawiają. Nie mam pojęcia, skąd wiedziała, a może po prostu znała swoje pracownice. Obiecały, że już-już wstają, co wcale nie było prawdą, bo kiedy schodziliśmy, one dalej tam siedziały:-) smagłe na twarzy, typ południowy:-)
 




Na południe od Humennego znajduje się miejscowość Jasenov, właściwie to jakby dzielnica miasta, tam także są podobne ruiny zamku. Również pięknie położone na szczycie góry, tutaj trzeba było wspiąć się leśną drogą przez bukowy las trochę wyżej. Słychać było piły pracujące w lesie, maszyny, czyli wycinka jak u nas.

Ostry skręt w lewo i już ukazują się nam białe mury jasenovskiego zamku. Wędrowaliśmy lasem, bez widoków, a tutaj rozpościera się szeroka panorama. 


Historia tego zamku podobna jak tych dwóch poprzednich, zbudowany w XIII wieku, przewijają się nazwiska Drughetów, zniszczony przez Rakoczego. Wiąże się z tym miejscem ciekawa historia, w XVI wieku bito tutaj fałszywe monety, po wielu skargach, które nadchodziły z Węgier i Polski, izba królewska nakazała pojmać fałszerzy. Oczywiście właścicielom Drughetom nie stało się nic, tylko mistrz Mikołaj pracujący w tej wytwórni został pojmany, osądzony i stracony w Preszovie.



Z zamku widok na sąsiednie pasmo, tak bardziej na wschód. 

To Humensky Sokol, rezerwat przyrody, z białymi skałkami, kwitnącymi wczesną wiosną włochatymi sasankami, gdzie mają tutaj stanowisko w naturze, byliśmy kiedyś je zobaczyć. Siedząc tam w cieple wiosennego słońca, nasłuchując powracających żurawi, obiecaliśmy sobie, że przyjedziemy kiedyś do jasenovskiego zamku ... i oto jesteśmy. Ale i do sasanek też się serce rwie:-)





Czeka na nas jeszcze jeden zamek, bardziej na południe, to Viniansky Hrad. Pewnie gdyby można było przejechać przez las, to zdobylibyśmy się na ten wysiłek, ale tam wszędzie zakazy, nie przejedzie. Nie chciało nam się objeżdżać pod Michalovce, a poza tym stare nogi były już zmęczone. Ten zamek jeszcze musi poczekać. Wracaliśmy późnym popołudniem, nocny przymrozek już podziałał na liście drzew, było bardziej kolorowo niż rankiem. Na zachód słońca zdążyliśmy na kawę do pogórzańskiej chatki.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, jednocześnie przepraszam za tak długą nieobecność, myślę, że idzie ku lepszemu, pa!


poniedziałek, 6 listopada 2023

Kolorowo, grzybowo, wietrznie ...

 Zanim wiatr obszarpał kolorowe liście ...





Jeszcze księżyc w pełni, ale z "lisią czapą", jasne bezsenne noce. Tarcza w otoczce przyniosła zmianę pogody, lekki deszcz, a rankiem mgły w dolinie. Szczyty wzgórz już muśnięte promieniami słońca i po raz pierwszy zobaczyłam tęczę na zachodzie, nad Horodżennem, właśnie kiedy wstawało słońce.





Zazwyczaj ulewa, gnana od zachodu, a potem podświetlona słońcem, daje tęczę gdzieś nad wioseczką, a tu taki widok o poranku. Jesienny czas to czas grzybowy, z którego skorzystaliśmy w tym roku ze wszech miar. Najczęściej szukaliśmy ich w lasach sieniawskich, na przyległych pastwiskach, trochę w naszym pogórzańskim lesie tuż za drogą. Najpierw były kanie, dorodne, młodziutkie, nieprzebrane ilości, tak że na ten rok mam już kań dosyć:-) Jeszcze w zeszłym tygodniu znalazłam kilka i te znalazły się na talerzu jako kotlet panierowany.

Potem przyszedł czas na inne grzyby, były borowiki, maślaki, kozaki, bardzo dobry materiał na susz. Opieńki wyjątkowo znaleźliśmy na pniu drzewa ... zbieraliśmy je wspinając się coraz wyżej i wyżej.

Przedostatni wyjazd do lasów sieniawskich zaowocował wyjątkowo, w koszyku znalazły się szmaciaki gałęziste, siedzunie sosnowe jak nazywają je także, a u nas to baraniochy. Choć ostatnio dowiedziałam się od Ani i Stefana, że baraniocha jest zupełnie innych grzybem, ściśle chroniona, występuje rzadko, nawet mamy stanowisko na Pogórzu Przemyskim, ale nie spotkałam jej nigdy. To żagiew okółkowa, a jej zdjęcie z netu poniżej ... świat jeszcze nie raz mnie zadziwi:-)

A to moje szmaciaki, dorodne, zebrane w późniejszej, już chłodnej porze.

Ten borowik na wierzchu trochę mnie zmylił, myślałam, że to może amerykański przybysz opanowujący nasze lasy, ale okazało się, że to jednak borowik sosnowy. No i teraz jest czas rydzów ...

Rydze rosną nawet za naszą chatką, zaszczepiłam glebę resztkami grzybowymi, to i teraz są na wyciągnięcie ręki.



Dokwitają mizerne resztki kwiatów, jakaś pojedyncza różyczka, której wiatr potem rozrzuca płatki, a najbardziej zaskoczyła mnie ostróżka. Ten niebieski kolor przynależy do lata, powtórzyła kwitnienie i nie mogę oczu od niej oderwać, szkoda, bo mróz ją zwarzy.




Chatka przeżywa inwazję myszy polnych, musimy się bronić:-)
Czyżby wróżyły ostrą zimę?


Jeszcze pożytkujemy ostatnie cukinie, leżą sobie w chłodzie na tarasie, do mrozów ich już nie będzie.
Zamówiłam partię dymki cebuli ozimej, do tego polski czosnek do posadzenia. Cebulki i czosnek już posadzone, jeszcze tylko z lekka okryć je przed zimą, ale wielkich chłodów na razie nie zapowiadają.
A teraz smutne wieści, tną nam las za drogą, pod piłę idą wszystkie modrzewie. Pewnie jak przyjedziemy na Pogórze następnym razem, będzie już łyso. To bardzo przykry i przejmujący odgłos, kiedy walą się na ziemię z trzaskiem potężne drzewa ....


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, wszystkiego dobrego, pa!