piątek, 25 marca 2011

Spacerkiem na Kopystańkę ....

Raczę Was od czasu do czasu jakąś fotografią tego najwyższego wzniesienia na Pogórzu Przemyskim, dla nas to taka malutka połoninka, łysy szczyt, rozległy widok dookoła i wiatr wiejący jak na połoninach bieszczadzkich. Przy dobrej widoczności widać najwyższe pasma bieszczadzkie, od Smereku po gniazdo Tarnicy , Halicza...


Kopystańka ma 541 m n.p.m, najpiękniejsza panorama Pogórza


Od naszej chatki jakieś 1,5 godziny spokojnym marszem, trzeba zejść w dół, przez potok , jak zwykle grzebię w kamieniach, a każdy ładny...



Malowniczymi, ukwieconymi łąkami wspinamy się na grzbiet wzgórza, po drodze można spotkać różne zwierzęta, tu przebiegł jelonek....

 


,....... a tutaj duża łania, oczywiście za późno wyjęłam aparat i na zdjęciach wyszły jakieś kropki.
Zdjęcia są wiosenne, letnie i jesienne, różnymi porami chodzimy tam.


Dochodzimy do Kopyśna, jest to wieś-widmo, tak ją nazywają, opustoszała, niedawno zmarł jej ostatni mieszkaniec, zabudowania rozsypały się ze starości, sady zarosły, do jednej zagrody przyjeżdżają potomkowie rodziny, chyba tam nie mieszkają na stałe.
 Tutaj studnia pod drzewem, ułożona cembrowina z kamieni, wyschła, wszystko porośnięte barwinkiem, który właśnie zaczął kwitnąć. Prawdopodobnie teren wsi został już wykupiony przez przyjezdnych, przeważnie warszawiaków, czytałam na jakimś forum.


Widok na wieś z Kopystańki, większość mieszkańców wywieziono w 1946 roku na Ukrainę, we wsi zachowała się cerkiew grekokatolicka pw. Opieki NMP.




Kiedy w 1923 roku przedłużano ku zachodowi budynek cerkwi, natrafiono na grób duchownego, podejrzewano, że mógł tu być pochowany Michał Kopystyński, ostatni prawosławny władyka przemyski, który zmarł w 1609 roku.



We wsi zachowała się kapliczka pańszczyźniana z 1848 roku. Na południowy zachód od wsi, w lesie Grabnik odkryto pozostałości grodu z XI-XIII wieku, nazywano to miejsce Zamczyskiem, ponoć jest tam głęboka studnia, która łączy się podziemnym przejściem z Rybotyczami.


Przechodzimy obok wyremontowanego domu, pomysłowy płot, w razie ciężkiej zimy może uratować skórę przed zmarznięciem, kiedy zawieje śniegiem po dach.


We wsi grasuje stado dziko-świń, są prawie oswojone, łażą po opuszczonych sadach, wyjadają owoce, przechodzę obok nich zawsze z obawą.

Ale moje psy bojowe były dzielne, przepędziły te brzydkie zwierzaki precz, zresztą popatrzcie sami...




... najpierw obszczekał je Maks, Bigosik schował się, bo on malutki i bojący, ale potem dołączył i proszę, tylko ogonek zakręcony widać było z krzaków, dzielne psy....


... na szlaku spotkaliśmy znakarzy z PTTK-u z Przemyśla, odświeżali znaki......


.... i ich tablica pamiątkowa na szczycie...


.... oraz triangul i krzyż, przedtem był drewniany, ale tak pioruny waliły, że rozczepił się , a potem zwalił na ziemię.


Daleki widok na Kalwarię Pacławską, za nią wzgórza - to już Ukraina...


..... a tu rzut oka na rozwiniętą cywilizację, wiatraki za Przemyślem....


Chroniony jest tutaj ostrożeń siedmiogrodzki.


Jesień na zboczu Kopystańki.
Kończymy już naszą wycieczkę, wracamy tą samą trasą....


..... łąkami w dolinę potoku, po jego drugiej stronie mijamy dom naszych sąsiadów, przeniesiona chałupa z bali, a kawałek wyżej - nasza chatka. Tutaj czeka nas pieczenie różności na grillu, bośmy głodni i zasłużony wielce odpoczynek.


Najlepszy pod słońcem grill, bęben z pralki automatycznej, służy nam od wieków, cały czas na zewnątrz, nikt go jeszcze nie ukradł, szybki ogień, kratka na wierzch i pieczenie, dostęp z każdej strony, zależy, jak wieje wiatr.


A jutro będą skrzydełka w pikantnej marynacie z olejem, a potem maczany chlebek w tejże i grillowany, pyszny, chili i czosnek dają super-smak.
Pozdrawiam serdecznie, dzięki za komentarze, to dla mnie miła zachęta, pa.









środa, 23 marca 2011

Schody do ..... i o koronkach

Z dołu prowadziła do chatki trawiasta ścieżka, po deszczu nie raz zjechało się na siedzeniu po śliskiej trawie. Napomknęłam o tym przy rozmowie z Jankiem, od którego kupiliśmy tę ziemię, że musimy jakąś ścieżkę zmajstrować, bo można się zabić. Przyjeżdżamy następnym razem, a tu leżą ogromne, płaskie kamienie ,  gotowe do ułożenia schodów i ścieżki, nasapaliśmy się przy nich setnie, a on sam to wszystko załadował i wyładował u stóp pagóra, jest bardzo uczynnym człowiekiem.
Po jakimś czasie ślad po ścieżce zaginął, trawa porosła wszystko, trzeba było z powrotem odsłonić kamienie.

     
                                   Obok ścieżki botaniczne tulipanki, mam nadzieję, że rozlezą się po
                                    podwórzu, jak krokusiki, które kwitną, gdzie chcą.


                               Na pierwszy ogień poszły schody, nożem, motyczką, rękami walczyłam
                               z trawą , jakieś korzonki zostały, na pewno odrośnie w tym roku....


                              .... potem ścieżka, darń odchodziłą z kamienia jak plastry , pomiędzy nimi
                                   znowu nóż i motyczka........


                              ..... aż w końcu odsłoniła się cała, ciekawe, na jak długo.......
                                                      to jest widok z dołu



                                                i z góry, ze schodków do chatki...



 A wszystko odbywało się w przepięknych okolicznościach wiosny, stare jabłonie są mądre, kwitną późno, nie grożą im przymrozki, a owoce wydają raz na dwa lata, ale za to w ilościach grożących klęską urodzaju.

Budowę chatki zaczęłam od zrobienia firaneczek na okna, których jeszcze nie było, w liście i winogrona, wzór z jakiegoś dzierganego czasopisma, a belki topolowe leżały i czekały na budowę.


                        oczywiście, jak w każdej szanującej się chacie - mała kolekcja żelazek i 2 prymusy,
                                                    te po babci męża nam się dostały


                          nad drzwiami do przyszłej łazieneczki maciupkiej - motyw róż, zostało po firankach
                          trochę nici bawełnianych, takich grubszych

             
                      tę paskudną, metalową futrynę wyrzucimy, a będzie z drewna, taka toporna i takież drzwi  

     
Koronkę na komódce wyszperałam  w szmateksie, a tę na drzwiach wejściowych "odrobiłam" od niej , tylko w większym rozmiarze, nazywam ją "zębata koronka".


Dwa okrągłe naczynia na półce powyżej - to ogrzewacze na zimę, do pościeli lub nóg, wlewa się gorącą wodę, w środku jest jakaś płytka metalowa do akumulacji ciepła i można się od biedy ogrzać.
A ten malutki kredensik - to szafeczka na przyprawy, z szufladkami i napisami, stareńka, pamiątka po Mikołaju, w którego domu kiedyś mieszkaliśmy.


 Na potoku utworzył się mały wodospadzik, jego jednostajny szum dociera do chaty, a po potężnej ulewie
 "huczy"......


                       
                                                  ..... a przylaszczki kwitną na potęgę.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie, dzięki za komentarze i dobre słowa, pa.

poniedziałek, 21 marca 2011

Wiosna na zagrodzie

Zimno było jak licho, a potem zaczął padać śnieg, jakby sprawdzała się prognoza pszczelarzy, że w połowie marca atak zimy przez 7 dni, a potem już tylko ciepło i wiosna. Dobrze, że pracowaliśmy w chacie, a na zewnątrz tylko przycinaliśmy łaty i czyściliśmy deskę, no i małe pieczenie kiełbasek na końcu, na gorącą kolację.
Jakieś krokusiki wychyliły główki na to zimno, odważne....




                                           .....ale tylko te pastelowe i jeden żółciutki, a reszta śpi...  

Chcieliśmy zagospodarować przestrzeń pod blatem, jakieś drzwiczki-żaluzje, żeby to wszystko oddychało, a jednocześnie był jakiś schowek na rzeczy brzydsze w gospodarstwie domowym, kiedyś wisiała tam kratkowana zasłonka, ale teraz jest za krótka.


                                           Ale cóż, nie skończyliśmy, bo zabrakło jednej łaty.


Ale za to uczyniliśmy półkę na różne pojemniki, które zagracały stół i zrobiliśmy porządek w rzeczach wiszących, przy okazji okazało się, że zegar chodzi jakoś do tyłu i trzeba go zawieźć do mistrza.


To jest półko-bariera, która oddziela zejście na schody. W nocy bywały wypadki nietrafienia stopą na stopień i delikwent lądował z potłuczonym mocno tyłkiem na dole, tudzież z urazem kostki zakończonym
w końcu zagipsowaniem stopy. Oczywiście pełno tu durnostojek, ale co ja zrobię, jak one mi się podobają.
Kiedyś była zamontowana lina taternicka, ale wyciągnęła się i brzydko wyglądała.



Pełno tu różnych dzbanków, zwierzaczków, strachów na wróble, piszczałka gliniana ze skansenu w Kolbuszowej......

         
                                            .... no i ulubione plecionki.....



Te dwa pojemniki wyplotłam sama, z papierowej, a właściwie gazetowej, wikliny , przepis znalazłam w SZUWARKOWIE, papierowe rurki, a potem już łatwo. Są nieforemne, krzywe, brzydko zakończone, ale miałam radochę, jak udało się je skończyć. inne pełnią rolę kosza na śmieci. Deski na półkę odpadowe, zamoknięte, niedoczyszczone, ale odzyskane.


Przy kapliczce zrobiłam kilka zdjęć, bo akurat troszeczkę wyszło słońce...


                                             ..... jak zwykle, panorama Kopystańki...


                          ....... widok na południe, dachy wsi, w oddali wzgórze kalwaryjskie....

                   
                                        .... i lasy w dolinę potoku .......

W niedzielne popołudnie wyruszyliśmy na doroczny koncert, "W górach jest wszystko, co kocham"...., a po drodze ujrzeliśmy na niebie jakiegoś nieznanego ptaka......

     
                                                ...... tylko buczał, zupełnie jak silnik...


Na pierwszy ogień poszedł Jerzy Krużel, stary tramp z Grupy R, zabrzmiały " Buty rajdowe" i inne stare hiciory, obecnie prowadzi audycję "Mikroklimat" w niedzielę o 9 rano, słuchanie jej stało się rytuałem naszym przy porannej kawie, miły, spokojny głos.


 Nic tu nie widać, czerwone światło zabrało twarz tego bieszczadzkiego człowieka, Grzegorza Śmiałowskiego, śpiewał piosenkę do słów wiersza nadleśniczego z Cisnej "Sanem" i tu usłyszałam słowa ... "narkoza ziół"..., a maestrią gry na gitarze normalnie mnie zachwycił.


I krakowski zespół Yeskiezsirumem, po ormiańsku "Kocham cię", muzyka hałaśliwa, ale treściwa i ich "Anioły" ... nie będę się więcej bał, aniołów wokół mam"..., a także Witkacy, Przerwa-Tetmajer....

Potem "Dom o Zielonych Progach", szczupluteńka Basia, Pelton na basie, Wojtek Szymański - pomysłodawca całego projektu i nowy, chyba zeszłoroczny nabytek, skrzypek niesamowity, co też on wyczynia z tym instrumentem, mieli 10-lecie powstania zespołu. Ujęli mnie piosenką  Ze Starej Szuflady - o ile dobrze zapamiętałam "Góry i ludzie", jakoś tak:
                           Jedna nad nami Łemkowyna
                          i jeden święty Jerzy czuwa
                          Jezus na tronie wypoczywa
                          czesany w koki jak Samuraj...      


Na koniec wszyscy wykonawcy tradycyjnie odśpiewali "Sielankę o domu", a my z nimi, naklaskałam się, naśpiewałam i wróciliśmy do swojego domu, gdzie czekały nasze stęsknione zwierzaki. To był miód na nasze ucho i oko, i serce..... A przekrój wiekowy był - od niemowlaka do staruszka....
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, dzięki za komentarze.

 
Ze Starej Szuflady
"Góry i ludzie" mistrza Harasymowicza
Wojtek Szymański i Michał Łangowski