Początek Radruża datuje się na XV wiek.
Pierwsza cerkiew została zniszczona w 1531 roku podczas najazdu Tatarów. Kolejną, pw, św. Paraskewy ufundował prawdopodobnie starosta lubaczowski Jan Płaza w 1583 roku.
Z cerkwią i samym Radrużem związana jest niezwykła legenda, znajdująca potwierdzenie w historycznych faktach, o Marii Dubniewiczowej, pięknej żonie wójta.
Kiedy w roku pańskim 1672 upadł Kamieniec Podolski i wraz z nim poniósł śmierć jego obrońca, mały pułkownik z wąsikiem Michał Wołodyjowski, zagony tatarskie zalały wschodnie rubieże Rzeczypospolitej.
Za zgodą sułtana Mehmeda IV hordy ordyńców bezkarnie łupiły ziemie po prawej stronie Sanu, Roztocze, a także południową Lubelszczyznę.
6-7 października tegoż roku Tatarzy podeszli pod Radruż.
Pojawiło się niebezpieczeństwo spalenia wsi i cerkwi ... jedni opowiadają, że Turkom spodobała się piękna wójtowa i wytargowała u nich zgodę na zabranie jej w niewolę w zamian za obietnicę pozostawienia wsi w spokoju. Inne przekazy mówią, że pozostawiła w zaroślach dwóch synów, wybiegła naprzeciw Turkom, aby odciągnąć ich od dzieci ... wieś i tak została spustoszona, z tatarskim najeźdźcą nie było mowy o układach czy umowach.
W tym samym czasie, 7 października, pod niedalekim Cieszanowem hetman Jan III Sobieski gromił Tatarów, spychając ich na bagna i stawy. Wielu utonęło, a resztę wzięto do niewoli, uwolniono przy okazji setki brańców.
Gdybyż tak hetman szybciej dotarł pod Radruż, być może wójtowa Dubniewiczowa uniknęłaby niewoli tureckiej.
Tymczasem piękna Maria trafiła wraz z innymi na targ niewolników w Kamieńcu, gdzie została sprzedana. Niechlubnym zajęciem parali się ormiańscy i żydowscy kupcy, brańcy traktowani byli jak bydło. Oglądano stan zębów, czy nie posiadają jakichś ułomności, zatem trzeba było obnażyć się przed kupującymi ... niewolnik musiał być zdrowy, silny, wtedy można było zażądać wyższej ceny.
Maria już jako niewolnica ruszyła w dalszą drogę, która wiodła przez Jassy, Cecorę, przeprawa przez Dunaj, potem w Babadag postój. Tutaj był pochowany baba Sołtyk baj, święty wojownik muzułmański.
Potem wybrzeżem Morza Czarnego, przez Bułgarię aż dotarli do Konstantynopola.
1200km drogi, 2-3 miesiące wędrówki ... tutaj Maria została sprzedana ponownie tureckiemu dostojnikowi.
Branki z terenów dawnej Rzeczypospolitej to było typowe zjawisko w tamtych czasach.
Pamiętna żona osmańskiego sułtana Sulejmana Wspaniałego, piękna Rusinka Aleksandra Lisowska, zwana Roksolaną lub Hurrem Sultana, była jedyną i ukochaną żoną tego wybitnego władcy /niczym Marysieńka dla Jana III Sobieskiego/.
Ofiarowana sułtanowi w 1520 roku, zmarła przed Sulejmanem w 1558 roku, obdarzając go 5 synami i córką.
Z historii życia pięknej Rusinki Maria wyciągnęła dla siebie nauki:
aby przetrwać realia tureckiego haremu, należało podjąć ostrą walkę o względy władcy-męża, trzeba było zapomnieć "imię,wiarę, ojczyznę, matkę", i w tym wypadku "męża".
Marii udało się przetrwać, haremowe intrygi, pasza na łożu śmierci obdarował ją glejtem, pozwalającym na powrót do kraju.
Z kolei fakty historyczne mówią, że wraz ze śmiercią swego pana niewolnica niejako automatycznie uzyskiwała wolność, ale to przecież ładniej brzmi, że na łożu śmierci, że łaskawie pozwolił, darował wolność ...
Maria Dubniewiczowa zdecydowała się wrócić do kraju po 27 latach tureckiej niewoli.
Obdarowana kosztownościami, ukryła je w wydrążonym dyszlu chłopskiego wozu i w przebraniu, w łachmanach wróciła do Radruża.
Inna wersja legendy mówi, że wróciła w złotej karocy, a za przywiezione kosztowności odbudowała cerkiew. Ponoć przywiozła ze sobą złotą figurkę Matki Boskiej, którą można było podziwiać w cerkwi do ostatniej wojny.
Jakie mogło być spotkanie z mężem? przecież upłynęły prawie 3 dekady, czy rozpoznał wójt w starej żebraczce w łachmanach swoją Marię?
Nie za bardzo.
Dopiero wspólna tajemnica, kontrakt ślubny, ukryty w starej lipie, pozwolił rozpoznać się małżonkom.
Ale życie nie stało w miejscu. Wójt już dawno uznał żonę za zmarłą i ożenił się ponownie z Katarzyną.
Idąc tropem dat zachowanych na płycie nagrobnej Katarzyny, czyli drugiej żony wójta, co niektórzy mówią, że Katarzyna szczęśliwie zmarła przed powrotem Marii, i że to Maria ufundowała Katarzynie tę płytę ...
Napis na płycie, położonej przy prezbiterium cerkwi, mówi:
"Tu położone jest ciało sławetnie urodzonej Jekateriny Iliaszowej Dubniewiczowej wójtowej radruskiej odeszłej od życia udręki roku 1682 miesiąca marca dnia 20 przeżywszy dotąd lat 24 i miesięcy 4 do Pana odchodzi Amen"
Ale inni, nie zważając na daty powiadają, że ... i owszem, żyła, i resztę życia spędzili razem w trójkę, wójt z żonami, Marią i Katarzyną.
Co do Marii, doświadczonej w tureckim haremie, nie było to chyba niczym nadzwyczajnym.
Natomiast wójt, jak głosi opowieść, kazał się pochować pod drzwiami cerkwi, za grzech posiadania dwóch żon.
Legenda ma swoje odbicie w faktach historycznych.
W Archiwum Państwowym w Przemyślu, w aktach cerkiewnych zapisano starocerkiewnosłowiańskim językiem w "Krótkiej historyi o kobicie z więzienia Tatarów przybyłej":
... Kronika sławetnie urodzonego sługi bożego Eljasza Dubniewicza i żony jego Marii, która wzięta do Kamieńca Podolskiego w 1672 roku do niewoli tureckiej do Konstantynopola wywieziona i sprzedana, przebywała przez lat 27 i dzięki Miłosiernemu Bogu powrócona do ojczyzny swojej w roku pańskim 1699 ...
Z legendy wynika, że wójt miał na imię Eliasz, i zresztą tym mianem posługują się w różnych opracowaniach ... Maria, żona wójta Eliasza, Katarzyna Eliaszowa ....
Z kolei w opracowaniu p. Jarosława Giemzy nt. Malowidła ścienne jako element wystroju drewnianych cerkwi w XVII wieku z łańcuckiego muzeum przeczytałam, że: ... Bazyli Dubniewicz /wójt zmarły w 1699/ ożeniony przed 1652 rokiem z Marią, córką Michała /porwaną w 1672 roku przez Tatarów/. Ich pierworodnym synem był Eljasz /wójt/ żonaty z Katarzyną, zmarłą w 1682 roku w wieku 24 lat, młodszym synem był Szczepan ...
Tak więc chronologia wg zapisków ksiąg cerkiewnych, przechowywanych w Muzeum w Łańcucie, sobie, zapiski w Archiwum sobie, a legenda żyje swoim życiem:-)
No chyba, że ja coś mylnie zinterpretowałam, ale czy to ważne:-) historycy na pewno wiedzą ... dla mnie legenda jest ważna:-)
Ktoś coś dodał, ktoś ubarwił, ktoś przemieszał fakty, daty ... i wyszła piękna legenda:-)
Miejsce wyjątkowe, cerkiew w Radrużu pamięta czasy Jana III Sobieskiego, jeśli Wasze drogi zawiodą Was w te strony,. koniecznie ją odwiedźcie.
Z tych czasów pochodzi także inna opowieść z pobliskich stron. To opowieść Kaśki Kolasy, wiejskiej dziewczyny z Morawska spod Jarosławia, co w jasyr na Krym została wzięta i wróciła do swej rodzinnej wsi po 5 latach. Co widziała i przeżyła, opowiedziała księdzu z Chłopic, który zamieścił tę historię w kronice kościelnej.
Na początku wspomniałam o Cieszanowie, o hetmanie Janie III Sobieskim.
Bitwa z Tatarami odbyła się 7 października 1672 roku, zdarzenie to upamiętnia pomnik, ufundowany przez mieszkańców w 1883 roku, w 200 lecie odsieczy wiedeńskiej.
Pozwoliłam sobie wykorzystać zdjęcia ze strony sobieskilubaczow, wykonane przez T.Późniaka ... moja gmina, niedaleko dom rodzinny, a ja nie mam własnego zdjęcia pomnika Sobieskiego z Cieszanowa:-)
Pomnik w kształcie obelisku ... wieńczy go krzyż wsparty na kuli z księżycem ...
... dwa medaliony ... na pierwszym herb Rzeczypospolitej Trojga Narodów Polski, Litwy i Rusi ... na drugim król Jan III Sobieski ...
... po bokach dwie tablice, jedna w języku ukraińskim z naleciałościami rosyjskimi tzw. jazyczije; druga w języku polskim. Mała pomyłka na tablicy, z której wynika, że bitwę wydano dzień wcześniej ... ale co innego mnie zastanawia ... słowo "jassyr" ...
Encyklopedia staropolska podaje, że to niewola tatarska, turecka, wszystko zgadza się, ale ta nazwa bardzo kojarzy mi się z miejscowością Jassy /obecna Rumunia/ na szlaku niewolniczym brańców tatarskich, prowadzącym do Konstantynopola ... to są tylko moje luźne dywagacje:-)
Z XVII-wieczną historią Cieszanowa wiąże się też czczony w miejscowym kościele obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, która w swym wizerunku chroniła ludność w ciężkich czasach najazdów tatarskich. Wedle lokalnych przekazów, odnotowanych przez Tomasza Roga, pomogła jednej z mieszczanek, uprowadzonej w "jassyr", wrócić szczęśliwie z niewoli tureckiej.
Moje bliskie strony, moje rodzinne strony, a dopiero teraz odkrywam tyle historii:-) pewnie dopiero dorosłam:-)
I to by było na tyle.
Jak jeszcze coś ciekawego wyszperam, to nie omieszkam podzielić się z Wami:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za uwagę, mam nadzieję, że nie zanudziłam, pa!
czwartek, 15 lutego 2018
niedziela, 11 lutego 2018
Uroki śniegu ...
Trochę za głęboki śnieg okazał się na wędrówkę.
Może i drogi leśne są trochę odśnieżone, ale wybraliśmy tym razem narty. Tym bardziej, że przez ostatnie lata nie było zimy i troszkę zatęskniliśmy za białym szaleństwem.
Zwieźliśmy do chatki odkurzony sprzęt narciarski, wykorzystaliśmy zmianę ferii, bo jedni wyjeżdżali, a nowi jeszcze nie przyjechali i w sobotę rankiem stawiliśmy się na stoku w pobliskim wypasionym ośrodku.
Zadumaliśmy się nad ofertą cenową, co tu wybrać? Czy na początek 10 zjazdów, czy może lepiej 2 godziny w tej samej cenie? Ludzi na stoku mało, śnieg piękny, warunki jak złoto, pojeździmy sobie, że hej! przez dwie godziny:-) Najpierw pomacaliśmy powolutku mały stok, trzeba sobie przypomnieć to i owo, i nie połamać na początek starych kości.
Jakoś poszło, przenieśliśmy się na dłuższy, troszkę trudniejszy stok, zjeżdżaliśmy raz za razem. Mały przystanek na dociągnięcie butów albo otarcie nosa ... popatrzyliśmy na czas, dopiero upłynęła godzina, a już czujemy mięśnie nóg, drętwienie stóp ... ej! porwaliśmy się trochę z motyką na słońce i jednak nie wykorzystaliśmy wykupionego czasu. Ale jak na pierwszy raz to było wcale nieźle, w tygodniu wybieramy się znowu, mamy tak niedaleko, szkoda byłoby nie skorzystać z uroków zimy:-)
Zima na Pogórzu w najlepszym wydaniu, śnieżna, niezbyt mroźna, a krajobrazy bajeczne.
Dziś świat otuliła mgła, która wzmagała odczucie chłodu.
Pojechaliśmy nad Wiar zobaczyć Skałę Machunika, wodospad ... nie przygotowaliśmy się na taką niespodziankę. Ścieżka nieprzetarta, lita warstwa śniegu na kładce, a my w lichych kamaszach ... trzeba ochraniacze, solidne buty i dopiero wtedy można iść:-)
Nasza hodowla sopli lodowych pięknieje w oczach, szkoda, że nie ma słońca, bo rozbłysłyby kolorowymi iskierkami.
Z kolei ścieżka za chatką jest stale zasypywana, bo z dachu zsuwają się potężne masy śniegu, na szczęście sukcesywnie. Ale przyjdzie taka chwila podczas odwilży, że runą z impetem w dół, czyniąc przy tym taki rumor, że psy schowają się po kątach:-)
Całe podwórze jest zasypane, gałęzie drzew przygięte do ziemi, niektóre starsze drzewa nie wytrzymały ciężaru i co słabsze gałęzie złamały się. Jedna jabłoń straciła całą koronę, więc na wiosnę trzeba będzie pozostały pień wyciąć. Ponieważ gałęzie są również porażone jemiołą, nocami przychodzą sarenki, bardzo lubią jemiołę.
Zima w pogórzańskim wydaniu ...
Zima sprzyja również różnym zajęciom kuchennym, a już jak się ma takiego pomocnika:-)
Powstają pyszne piwoszki z marmoladą z derenia i róży ... albo kartoflak z dodatkiem skwarków boczkowych ...
Z tą marmoladą z derenia to była taka sprawa, że jego owoce zostały wykorzystane po raz drugi.
Po raz pierwszy w nalewce, a potem żal mi było je ot! tak wyrzucić ... dorodne, mięsiste ... pogotowałam je chwilę, straciły procentowy aromat i ładnie zmiękły. Przetarłam je potem przez sito, co wcale nie było lekką robotą i tak powstało kilka słoiczków doskonałej, lekko kwaskowej marmolady o rubinowym kolorze. Pączki na tłusty czwartek też zyskały takie dereniowo-różane nadzienie:-)
Śmieję się sama z siebie.
Miewam takie wariackie sny, że mąż rano, kiedy mu je opowiadam, patrzy na mnie ze zdziwieniem i powtarza po raz kolejny: Czym tyś się, kobieto, upaliła? Zioło zmień albo co ...
A śniło mi się, że przyleciały ptaki, całe stado. Ale to nie były zwykłe ptaki, tylko podobne do kolorowych ryb z rafy koralowej. Przelatywały szybko obok ścian, tuż przy domu, potem wzbijały w niebo na wzór stad ptaków odlatujących jesienią ... rozsypywały się, a potem znowu zawijały w locie pod ściany. Jedne kolorowe jak papugi, inne blade jak skóra z ciemniejszymi punktami ... ni to ptaki, ni to ryby ... wybiegłam zrobić zdjęcia, i nie mogłam zrobić żadnego, bo aparat zaciął się:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, wszystkiego dobrego, pa!
Może i drogi leśne są trochę odśnieżone, ale wybraliśmy tym razem narty. Tym bardziej, że przez ostatnie lata nie było zimy i troszkę zatęskniliśmy za białym szaleństwem.
Zwieźliśmy do chatki odkurzony sprzęt narciarski, wykorzystaliśmy zmianę ferii, bo jedni wyjeżdżali, a nowi jeszcze nie przyjechali i w sobotę rankiem stawiliśmy się na stoku w pobliskim wypasionym ośrodku.
Zadumaliśmy się nad ofertą cenową, co tu wybrać? Czy na początek 10 zjazdów, czy może lepiej 2 godziny w tej samej cenie? Ludzi na stoku mało, śnieg piękny, warunki jak złoto, pojeździmy sobie, że hej! przez dwie godziny:-) Najpierw pomacaliśmy powolutku mały stok, trzeba sobie przypomnieć to i owo, i nie połamać na początek starych kości.
Jakoś poszło, przenieśliśmy się na dłuższy, troszkę trudniejszy stok, zjeżdżaliśmy raz za razem. Mały przystanek na dociągnięcie butów albo otarcie nosa ... popatrzyliśmy na czas, dopiero upłynęła godzina, a już czujemy mięśnie nóg, drętwienie stóp ... ej! porwaliśmy się trochę z motyką na słońce i jednak nie wykorzystaliśmy wykupionego czasu. Ale jak na pierwszy raz to było wcale nieźle, w tygodniu wybieramy się znowu, mamy tak niedaleko, szkoda byłoby nie skorzystać z uroków zimy:-)
Zima na Pogórzu w najlepszym wydaniu, śnieżna, niezbyt mroźna, a krajobrazy bajeczne.
Dziś świat otuliła mgła, która wzmagała odczucie chłodu.
Pojechaliśmy nad Wiar zobaczyć Skałę Machunika, wodospad ... nie przygotowaliśmy się na taką niespodziankę. Ścieżka nieprzetarta, lita warstwa śniegu na kładce, a my w lichych kamaszach ... trzeba ochraniacze, solidne buty i dopiero wtedy można iść:-)
Nasza hodowla sopli lodowych pięknieje w oczach, szkoda, że nie ma słońca, bo rozbłysłyby kolorowymi iskierkami.
Z kolei ścieżka za chatką jest stale zasypywana, bo z dachu zsuwają się potężne masy śniegu, na szczęście sukcesywnie. Ale przyjdzie taka chwila podczas odwilży, że runą z impetem w dół, czyniąc przy tym taki rumor, że psy schowają się po kątach:-)
Całe podwórze jest zasypane, gałęzie drzew przygięte do ziemi, niektóre starsze drzewa nie wytrzymały ciężaru i co słabsze gałęzie złamały się. Jedna jabłoń straciła całą koronę, więc na wiosnę trzeba będzie pozostały pień wyciąć. Ponieważ gałęzie są również porażone jemiołą, nocami przychodzą sarenki, bardzo lubią jemiołę.
Zima w pogórzańskim wydaniu ...
Zima sprzyja również różnym zajęciom kuchennym, a już jak się ma takiego pomocnika:-)
Powstają pyszne piwoszki z marmoladą z derenia i róży ... albo kartoflak z dodatkiem skwarków boczkowych ...
Z tą marmoladą z derenia to była taka sprawa, że jego owoce zostały wykorzystane po raz drugi.
Po raz pierwszy w nalewce, a potem żal mi było je ot! tak wyrzucić ... dorodne, mięsiste ... pogotowałam je chwilę, straciły procentowy aromat i ładnie zmiękły. Przetarłam je potem przez sito, co wcale nie było lekką robotą i tak powstało kilka słoiczków doskonałej, lekko kwaskowej marmolady o rubinowym kolorze. Pączki na tłusty czwartek też zyskały takie dereniowo-różane nadzienie:-)
Śmieję się sama z siebie.
Miewam takie wariackie sny, że mąż rano, kiedy mu je opowiadam, patrzy na mnie ze zdziwieniem i powtarza po raz kolejny: Czym tyś się, kobieto, upaliła? Zioło zmień albo co ...
A śniło mi się, że przyleciały ptaki, całe stado. Ale to nie były zwykłe ptaki, tylko podobne do kolorowych ryb z rafy koralowej. Przelatywały szybko obok ścian, tuż przy domu, potem wzbijały w niebo na wzór stad ptaków odlatujących jesienią ... rozsypywały się, a potem znowu zawijały w locie pod ściany. Jedne kolorowe jak papugi, inne blade jak skóra z ciemniejszymi punktami ... ni to ptaki, ni to ryby ... wybiegłam zrobić zdjęcia, i nie mogłam zrobić żadnego, bo aparat zaciął się:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, wszystkiego dobrego, pa!
czwartek, 8 lutego 2018
Spotkanie na Roztoczu ... zima pokazała pazur ...
Przyszedł czas na kolejne spotkanie forumowe na Roztoczu.
Tym razem było to Roztocze Południowe z bazą w Horyńcu Zdroju.
Kiedy w piątek późnym popołudniem jechaliśmy w tamte rejony, pogoda wcale nie napawała optymizmem. Lało, lało i lało ... mąż tylko pytał: - I co? pójdziemy przy takiej pogodzie w trasę?
- Zobaczymy, jak wszyscy pójdą, to i my też!
Nie znalazłszy u mnie poparcia westchnął tylko z rezygnacją, nie lubi wędrowania w deszczu, a poza tym byliśmy świeżo po grypie. I stał się cud! wieczorem zaczęły z nieba spadać wielkie, mokre płaty, coraz więcej i więcej, aż rano świat wyglądał tak ...
Co prawda - mokro pod nogami, ale lepiej tak, niż błotnista breja.
Po śniadaniu zamówiony autobus wywiózł nas do przygranicznego Prusia i stamtąd zaczęliśmy wędrówkę.
Tutaj zwiedziliśmy cerkiew pw. Narodzenia NMP z 1887 roku z ciekawymi polichromiami ...
Babcia przyszła o laseczce, otworzyła nam drzwi wielkim kluczem i cierpliwie czekała, aż pooglądamy sobie wszystko dokładnie.
Zielony szlak prowadził nas przez pola, leśne ostępy po dziewiczym śniegu, gdzieniegdzie tylko przeplatały się znajome tropy, wilcze, lisie ... a ponieważ przechodziliśmy tuż obok strażnicy WOP, to i zaliczyliśmy obowiązkowe pytania, skąd, dokąd? Dobrze, że grupa była wcześniej zgłoszona, dzięki temu uniknęliśmy żmudnego kontrolowania.
Chmury wisiały nisko, mgła przysłaniała dalekie widoki. Ponoć stąd, czyli z Józkowej Góry są niezłe widoki, czego nie było nam dane doświadczyć, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Wystarczy, że śnieg nam pobielił świat:-)
Teraz lasami zmierzaliśmy w kierunku Moczar.
Byliśmy tu na wycieczce podczas świąt, w ramach odpoczynku od stołu. Ale mnie gryzło co innego.
Ruiny zespołu cerkiewnego już znaliśmy, pozostała kapliczka "na wodzie", do której nawet nie próbowaliśmy dostać się, bo była z nami babcia.
I tak grupa została podziwiać cerkwisko, a ja wypuściłam się między drzewa, bo jakoś widziałam miedzy nimi jakby udeptaną ścieżkę. Zresztą kolega wskazał mi kierunek, żeby tam szukać, za bagnami.
A bagna są tam bardzo malownicze, pokryte zieloną rzęsą, bieleją w nich ogryzione przez bobry konary, jakby kości śmiałków, którzy tu się zapuścili i nieopatrznie wpadli w topielisko ...
Przez leniwie płynący strumień przerzucono luźne bale, miedzy nimi prześwituje zielona woda, a po jednej i drugiej stronie uroczysko.
Nie powiem, trochę miałam stracha, a jak noga ugrzęźnie mi między belkami, albo coś mnie wystraszy i wpadnę w bagno ... udało mi się przejść bez przygód na drugą stronę. Od razu zobaczyłam ruiny dawnego gospodarstwa parocha, zawalone w połowie piwnice, ale gdzie ta kaplica "na wodzie"...
Oczy myszkowały wokół między drzewami, starymi lipami, przesuwałam się ostrożnie coraz bliżej bagna i nagle jest! zbudowana z kamienia szara bryła kapliczki ...
Nawa środkowa głębsza, po bokach mniejsze, płytsze ... chyba ktoś przyniósł krzyż bruśnieński i wstawił tu, bo zdaje się nie należeć do tej zabudowy. Być może zwieńczał dach i został przez kogoś odkryty i pozostawiony. Tajemniczy jakby basen, wypełniony wodą, która również pokryta jest zieloną rzęsą.
Gdzieś wyczytałam, że kiedy przebiegała tędy granica miedzy Sowietami a Niemcami, to sowieccy żołnierze poili tu konie, bo teren cerkwiska i cmentarza był po ich stronie.
Wszędzie sączy się woda, strumyki wypływają spod kapliczki, a nawet jakby przez nią. Bardzo jestem ciekawa, jaka jest historia tego miejsca, czemu służył ten niby basen, jakie rytuały tu się odbywały ... Miejsce jest naprawdę wyjątkowe, jak i same ruiny cerkwiska, rzadko gdzie można odczuć tak tajemniczy klimat.
Wróciłam do grupy, zadowolona z odkrycia ... wreszcie znalazłam kapliczkę "na wodzie".
Ruszyliśmy dalej w kierunku Dziewięcierz Słotwina ... opuszczone, a może służące za letnisko domy, dziwna bryła cerkwi ... jakby dom, a z cebulką z krzyżem ...
Mijaliśmy przydrożne krzyże, znak, że była tu kiedyś wieś ...
Śnieg sypał coraz bardziej, a my doszliśmy do miejsca zwanego Sołokija. Jest to rezerwat jałowca, rosną tu rzadkie rośliny sucholubne ... niektóre okazy są całkiem duże ...
Teraz las zmienił oblicze, dorodne buki, a wśród nich tajemnicze kamienie zwane Świątynią Słońca.
Ten kamień nazwany jest Żaba ... może tak, ale z innej perspektywy:-)
... a ten poniżej to Tron ...
Zmęczenie już dawało znać o sobie, tym bardziej, że mokry śnieg był wymagający.
Zielony szlak zaprowadził nas do Nowin Horynieckich, do kolejnego ciekawego miejsca i kapliczki "na wodzie".
Z niej wypływa źródełko z cudowną wodą, pomaga przede wszystkim na oczy. Woda jest smaczna, a samo miejsce jak uroczysko. Spod nawisów ziemnych słychać ciurkające źródełka, tyle tych źródełek, one łączą się potem w jeden strumień, który płynie gdzieś dalej. Musi być tu swoisty mikroklimat, mimo zimy zaczynają kwitnąć lepiężniki, w bystro płynącej wodzie zielenią się całe wyspy jakiejś rośliny ...
Jeszcze tylko przejście przez tunel, trochę przez las i zaczęliśmy powoli zbliżać się do zabudowań Horyńca.
Mieliśmy w nogach około 20 kilometrów, a więc obiad i mały odpoczynek, który przeciągnął się prawie do 19-tej. Po prostu wszyscy smacznie zasnęliśmy, by potem samym wieczorem przejść się po parku zdrojowym, a jeszcze potem posiedzieć przy gitarze, ha! nawet dancing sanatoryjny można było zaliczyć:-) ale któż miałby na to siły:-)
Te dni były specyficzne i dla Horyńca, bo odbywał się przegląd teatrów amatorskich, było mnóstwo młodzieży, starszych, cały czas coś się działo.
Niedziela zawsze jest krótka, bo po południu wszyscy wyjeżdżają.
W planie mieliśmy zespół cerkiewny pw. św. Paraskewy w Radrużu ...
... i jeszcze drugą cerkiew w tej miejscowości, pw. Mikołaja Cudotwórcy.
I już trzeba było szybciutko na obiad, bo co niektórzy na pociąg śpieszyli, przed innymi daleka zaśnieżona droga ... pożegnania, uściski, do zobaczenia na następnej imprezie ...
A my, ledwo wpadliśmy do domu, już jechaliśmy na Pogórze. Przez dwa dni zostawiona chatka nieogrzewana, ptaki głodne ... miałam do dziś swój dyżur mrozowo-śniegowy, eh! błogość:-)
Napadało mnóstwo śniegu, w niektórych miejscach było -21,5 mrozu, wyżej troszkę cieplej, do -15 ... zima jak malowanie.
Ale są i dobre oznaki końca zimy, chyba szpaka widziałam, pod karmnikiem pojawił się szczygieł, zięby ... tylko patrzeć, a żurawie powrócą:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie zdrowi, pa!
Tym razem było to Roztocze Południowe z bazą w Horyńcu Zdroju.
Kiedy w piątek późnym popołudniem jechaliśmy w tamte rejony, pogoda wcale nie napawała optymizmem. Lało, lało i lało ... mąż tylko pytał: - I co? pójdziemy przy takiej pogodzie w trasę?
- Zobaczymy, jak wszyscy pójdą, to i my też!
Nie znalazłszy u mnie poparcia westchnął tylko z rezygnacją, nie lubi wędrowania w deszczu, a poza tym byliśmy świeżo po grypie. I stał się cud! wieczorem zaczęły z nieba spadać wielkie, mokre płaty, coraz więcej i więcej, aż rano świat wyglądał tak ...
Co prawda - mokro pod nogami, ale lepiej tak, niż błotnista breja.
Po śniadaniu zamówiony autobus wywiózł nas do przygranicznego Prusia i stamtąd zaczęliśmy wędrówkę.
Tutaj zwiedziliśmy cerkiew pw. Narodzenia NMP z 1887 roku z ciekawymi polichromiami ...
Babcia przyszła o laseczce, otworzyła nam drzwi wielkim kluczem i cierpliwie czekała, aż pooglądamy sobie wszystko dokładnie.
Zielony szlak prowadził nas przez pola, leśne ostępy po dziewiczym śniegu, gdzieniegdzie tylko przeplatały się znajome tropy, wilcze, lisie ... a ponieważ przechodziliśmy tuż obok strażnicy WOP, to i zaliczyliśmy obowiązkowe pytania, skąd, dokąd? Dobrze, że grupa była wcześniej zgłoszona, dzięki temu uniknęliśmy żmudnego kontrolowania.
Chmury wisiały nisko, mgła przysłaniała dalekie widoki. Ponoć stąd, czyli z Józkowej Góry są niezłe widoki, czego nie było nam dane doświadczyć, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Wystarczy, że śnieg nam pobielił świat:-)
Teraz lasami zmierzaliśmy w kierunku Moczar.
Byliśmy tu na wycieczce podczas świąt, w ramach odpoczynku od stołu. Ale mnie gryzło co innego.
Ruiny zespołu cerkiewnego już znaliśmy, pozostała kapliczka "na wodzie", do której nawet nie próbowaliśmy dostać się, bo była z nami babcia.
I tak grupa została podziwiać cerkwisko, a ja wypuściłam się między drzewa, bo jakoś widziałam miedzy nimi jakby udeptaną ścieżkę. Zresztą kolega wskazał mi kierunek, żeby tam szukać, za bagnami.
A bagna są tam bardzo malownicze, pokryte zieloną rzęsą, bieleją w nich ogryzione przez bobry konary, jakby kości śmiałków, którzy tu się zapuścili i nieopatrznie wpadli w topielisko ...
Przez leniwie płynący strumień przerzucono luźne bale, miedzy nimi prześwituje zielona woda, a po jednej i drugiej stronie uroczysko.
Nie powiem, trochę miałam stracha, a jak noga ugrzęźnie mi między belkami, albo coś mnie wystraszy i wpadnę w bagno ... udało mi się przejść bez przygód na drugą stronę. Od razu zobaczyłam ruiny dawnego gospodarstwa parocha, zawalone w połowie piwnice, ale gdzie ta kaplica "na wodzie"...
Oczy myszkowały wokół między drzewami, starymi lipami, przesuwałam się ostrożnie coraz bliżej bagna i nagle jest! zbudowana z kamienia szara bryła kapliczki ...
Nawa środkowa głębsza, po bokach mniejsze, płytsze ... chyba ktoś przyniósł krzyż bruśnieński i wstawił tu, bo zdaje się nie należeć do tej zabudowy. Być może zwieńczał dach i został przez kogoś odkryty i pozostawiony. Tajemniczy jakby basen, wypełniony wodą, która również pokryta jest zieloną rzęsą.
Gdzieś wyczytałam, że kiedy przebiegała tędy granica miedzy Sowietami a Niemcami, to sowieccy żołnierze poili tu konie, bo teren cerkwiska i cmentarza był po ich stronie.
Wszędzie sączy się woda, strumyki wypływają spod kapliczki, a nawet jakby przez nią. Bardzo jestem ciekawa, jaka jest historia tego miejsca, czemu służył ten niby basen, jakie rytuały tu się odbywały ... Miejsce jest naprawdę wyjątkowe, jak i same ruiny cerkwiska, rzadko gdzie można odczuć tak tajemniczy klimat.
Wróciłam do grupy, zadowolona z odkrycia ... wreszcie znalazłam kapliczkę "na wodzie".
Ruszyliśmy dalej w kierunku Dziewięcierz Słotwina ... opuszczone, a może służące za letnisko domy, dziwna bryła cerkwi ... jakby dom, a z cebulką z krzyżem ...
Mijaliśmy przydrożne krzyże, znak, że była tu kiedyś wieś ...
Śnieg sypał coraz bardziej, a my doszliśmy do miejsca zwanego Sołokija. Jest to rezerwat jałowca, rosną tu rzadkie rośliny sucholubne ... niektóre okazy są całkiem duże ...
Teraz las zmienił oblicze, dorodne buki, a wśród nich tajemnicze kamienie zwane Świątynią Słońca.
Ten kamień nazwany jest Żaba ... może tak, ale z innej perspektywy:-)
... a ten poniżej to Tron ...
Zmęczenie już dawało znać o sobie, tym bardziej, że mokry śnieg był wymagający.
Zielony szlak zaprowadził nas do Nowin Horynieckich, do kolejnego ciekawego miejsca i kapliczki "na wodzie".
Z niej wypływa źródełko z cudowną wodą, pomaga przede wszystkim na oczy. Woda jest smaczna, a samo miejsce jak uroczysko. Spod nawisów ziemnych słychać ciurkające źródełka, tyle tych źródełek, one łączą się potem w jeden strumień, który płynie gdzieś dalej. Musi być tu swoisty mikroklimat, mimo zimy zaczynają kwitnąć lepiężniki, w bystro płynącej wodzie zielenią się całe wyspy jakiejś rośliny ...
Jeszcze tylko przejście przez tunel, trochę przez las i zaczęliśmy powoli zbliżać się do zabudowań Horyńca.
Mieliśmy w nogach około 20 kilometrów, a więc obiad i mały odpoczynek, który przeciągnął się prawie do 19-tej. Po prostu wszyscy smacznie zasnęliśmy, by potem samym wieczorem przejść się po parku zdrojowym, a jeszcze potem posiedzieć przy gitarze, ha! nawet dancing sanatoryjny można było zaliczyć:-) ale któż miałby na to siły:-)
Te dni były specyficzne i dla Horyńca, bo odbywał się przegląd teatrów amatorskich, było mnóstwo młodzieży, starszych, cały czas coś się działo.
Niedziela zawsze jest krótka, bo po południu wszyscy wyjeżdżają.
W planie mieliśmy zespół cerkiewny pw. św. Paraskewy w Radrużu ...
... i jeszcze drugą cerkiew w tej miejscowości, pw. Mikołaja Cudotwórcy.
I już trzeba było szybciutko na obiad, bo co niektórzy na pociąg śpieszyli, przed innymi daleka zaśnieżona droga ... pożegnania, uściski, do zobaczenia na następnej imprezie ...
A my, ledwo wpadliśmy do domu, już jechaliśmy na Pogórze. Przez dwa dni zostawiona chatka nieogrzewana, ptaki głodne ... miałam do dziś swój dyżur mrozowo-śniegowy, eh! błogość:-)
Napadało mnóstwo śniegu, w niektórych miejscach było -21,5 mrozu, wyżej troszkę cieplej, do -15 ... zima jak malowanie.
Ale są i dobre oznaki końca zimy, chyba szpaka widziałam, pod karmnikiem pojawił się szczygieł, zięby ... tylko patrzeć, a żurawie powrócą:-)
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie zdrowi, pa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






