środa, 13 lutego 2019

Po sąsiedzku i u nas ...

Po sąsiedzku ...
Podczas któregoś wyjazdu odkryliśmy bardzo ładną drogę w Górach Sanocko-Turczańskich, prowadzącą z Ropienki aż do Stebnika za Krościenkiem. Wjazdu bronił zakaz, a więc droga do wędrówki w sam raz.
Na rozstaju dróg miejsce na odpoczynek, a także kierunkowskaz na Ustrzyki Dolne ... tam pojedziemy potem.




U nas wiosennie zupełnie, śnieg wytopiony, tak samo droga, a tutaj zima w całej okazałości i już po wyjściu z auta żałowałam mocno, że nie zabrałam "raczków" do butów, dobrze chociaż, że kijki odrobinę chroniły przed niekontrolowanymi poślizgami.


Tam, gdzie słońce operowało, śnieg miękł, lód wytapiał się, a w cieniu przyjemnie chrupało i skrzypiało pod butami. Las stary, potężne jodły, świerki, bardzo mało sosny i buka, a przy drodze leniwe rozlewiska, meandrujące potoki, spowolnione licznymi zaporami, zbudowanymi przez bobry. Dla mnie to niezwykłe uroczyska, z uschłymi jodłami, które przydawały tym miejscom tajemniczości ...



Na białym śniegu widać było doskonale ścieżki, którymi przechodzą bobry, uklepane błoniastymi łapami, szerokimi spłaszczonymi ogonami, zabłocone mułem, wyciągniętym z dna spiętrzonych jeziorek ...


Zewsząd ciurkały wesoło strumyki wody, a mróz nocny mroził je w sople lodu ...


Usiedliśmy sobie na zacisznej polanie, od śniegu promieniowało ciepło, choć górą szedł wielki wicher ... na potężnych pniach ściętych drzew, przysypanych śniegiem, bo i tego miejsca nie omijała mordercza wycinka drzew.


Nie ruszamy teraz nigdzie bez termosu gorącej herbaty, z namiastką góralskiego "prądu", jaką daje czeski "rumczaj", przywieziony z któregoś wyjazdu:-)
I szlibyśmy tak dalej, do samego Krościenka, ale cóż! gdzieś tam pośród lasów, nad wodnym zbiornikiem, pozostała nasza "kula u nogi", auto.
Nawet gdyby chcieć, nie zaplanowałby człowiek wyjazdu w te rejony jakimś busikiem, bo zajęłoby to chyba pół dnia w jedną stronę lekko licząc, okrężnymi drogami.
Trzeba było zawrócić ...
Zjechaliśmy tą droga na Ustrzyki, o której pisałam na początku i wylądowaliśmy w Leszczowatem, potem Brelików i znowu nieznana droga przez tereny kopalniane Ropienki, przez cienisty las ... ależ tu ładnie ...


Wracaliśmy przez Birczę, a potem wzdłuż Wiaru ... na pewno szła tędy większa woda, niektóre tamy bobrów zmyte, a na brzegach rzeki poskładane całkiem spore płyty lodowe ...


Na Pogórzu mroźne poranki, z dobrą widocznością, a także spektakularne zachody słońca w pochmurne dni, które trwają tylko chwilkę ... korzystając z ciepłych chwil przycięłam mocno winorośl, zdjęłam ją z dachu tarasu, a także wyczyściłam go, bo w rynnach zaczęły już rosnąć drzewka:-) Nie raz dziwiliśmy się, dlaczego kapie ze środka dachu ... jakże miało nie kapać, skoro nie było odpływu, a liście z kilku lat zamieniły się w żyzną próchnicę.



U nas ...
Odwiedzili nas roztoczańscy znajomi, Kasia i Adam, i z nimi poszłam w niedzielne przedpołudnie na Kopystańkę.


Mokro, błoto, a w cieniu lasu całkiem sporo śniegu. Szliśmy rozległymi "zapotocznymi" łąkami, a właściwie ich grzbietem. Ponieważ cały czas trwa jeszcze budowa gazociągu, trzeba było pokonać rozgrzebaną ziemią wykopy, błoto niesamowite, oblepiające buty dokładnie:-)
Widoki na naszą wioseczkę, chatka prawie niewidoczna zza drzew, za to czerwony dach stajni sąsiadów wyraźnie widać, a także osierocony dom poniższych sąsiadów, który czeka cierpliwie na ich powrót ...


Pogoda przymglona, widoki przysłaniał delikatny opar, bo w słońcu wszystko paruje, a poza tym od zachodu szedł już front z opadami deszczu.


Przed nami Kopystańka, a wcześniej wieś Kopyśno z opuszczoną cerkiewką.


Na szlaku sporo śladów, wędrowcy nie darują tej najwyższej górze pogórzańskiej z dookólną panoramą:-) Rozmiękły w słońcu śnieg wcale nie ułatwiał wędrówki pod górę, nasapałam się, napociłam, ale szczyt zdobyty:-)




Na górze kilkoro turystów, ale spokój tego miejsca zakłócał nam warkot quadów, a jeden jakby się uwziął ... góra-dół, obok nas ... bardzo to uciążliwe dla ludzi szukających spokoju ...


Nie wracaliśmy już szlakiem, zeszliśmy łąką prosto do wsi Kopyśno ... w oddali, po lewej stronie widać Szybenicę ..z "łysinką".


W chatce zjedliśmy pierwszą w tym roku przypieczoną na ogniu kiełbaskę, nie wiem, czy byliśmy tacy głodni, czy kiełbaska tak pachnąca i smaczna, że smakowała wybornie:-)
A potem trzeba było wracać do domu ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!





poniedziałek, 4 lutego 2019

W wąwozach Roztocza Środkowego ...

Przyszedł czas na doroczny, zimowy zlot turystycznej braci na Roztoczu.
Wybór padł na Roztocze Środkowe, okolice Zwierzyńca od strony północnej.
Najechaliśmy Ranczo Turzyniec na dwa dni. W pierwszy wieczór oczekiwanie na uczestników, którzy zjeżdżali się do późnego wieczora z różnych stron kraju, potem śpiewogranie długo w noc, pogaduchy, bo dawno nie widzieliśmy się.
A droga łatwa nie była, na Roztoczu leży mnóstwo śniegu, do tego odwilż, breja na drogach ...
Rano czekały na nas dwie dziewczyny ze Szczebrzerzyńskiego Parku Krajobrazowego, obie w jednolitych, oliwkowych strojach  maskujących:-) ...


Ruszyliśmy w poszukiwaniu czarnego szlaku.
Trochę polami, dawnymi terasami porośniętymi krzakami, a niektóre to były wysokie na człowieka i trzeba było z pomocą męską wspinać się do góry. Ileż w tych krzakach było płomienic, zimowych grzybów, nic tylko zbierać:-) Wydostaliśmy się na wzniesienie ponad wsią ...


... mały przystanek, bo trochę zmęczyliśmy się.
Prognozy były nieciekawe, miał padać deszcz, więc wzięłam impregnowaną kurtkę, pod to lekki polar, na głowę włóczkową czapkę, rękawice, spodnie nieprzemakalne ... do licha, chyba ugotuję się:-) Powoli, powoli odparowałam i można było iść dalej, rozchełstawszy pod szyją wszelkie zapięcia, a rękawiczki ubrałam na kijki.


Weszliśmy w stary las, a tu już zaczęła się kraina wąwozów lessowych ... brzegi porośnięte zimozieloną paprotką zwyczajną, ściany w przekroju paskowane jak słoje w drzewach. Licząc je można odczytać, przez ile lat tworzyła się tutaj ta warstwa lessowa, przekopując się oczywiście przez całą grubość pokładu ...




Dziewczyny z Parku pokazały nam jeszcze specyficzne "otoczaki", które można znaleźć w tej miękkiej, pylastej skale osadowej. Drobiny kwarcu są "otorbiane" twardniejącym pyłem, czasami przy potrząsaniu grzechocze w środku minerał, a miejscowi nazywają je "kukiełkami":-)


Kiedy jest sucho, unosi się pylista chmura po przejechaniu pojazdu, a nawet przejściu wycieczki, z kolei jak mokro, to spływa rzadka breja ... wyobrażam sobie to miejsce, jak idą wiosenne roztopy albo złapie kogoś w drodze gwałtowna ulewa ... nie zazdroszczę ...


Poszliśmy dalej, popatrując na odsłaniające się kolejne wąwozy ... dnem niektórych prowadziły drogi, a niektóre były nieużywane, zarośnięte krzakami ...


Potężne lessowe ściany podziurawione, pewnie gnieździ się albo gnieździło się tutaj jakieś ptactwo.
Teraz krzaki porosły wysoko i pewnie utrudniają swobodny wlot i wylot do gniazda ...


Teren lasu, którym przechodziliśmy, cały pocięty głębokimi jarami ... ciemno, tajemniczo ... anim myślała, że będziemy pokonywać całkiem spore wzniesienia.




Dobrze, że ktoś przejechał polną drogą, którą prowadzi szlak, robiąc dosyć szerokie koleiny, z drugiej strony w tych koleinach zaczęła się zbierać woda, śnieg był rozmoknięty, więc i my człapaliśmy w tej mokrości, dodatkowo trudząc się, bo buty rozjeżdżały się w różne strony.



Aniołek w śniegu musi być:-)


... i jaskółka też:-)


Po chwili odpoczynku, przerwie na kanapkę i herbatkę, opuściliśmy czarny szlak, a dołączyliśmy do niebieskiego ... z grzbietu wzniesienia znowu zanurzyliśmy się w leśne ostępy ...



Nosy na świeżym powietrzu były wyczulone na zapachy ... dym, gdzieś w pobliżu pali się ognisko.
Po chwili usłyszeliśmy męskie głosy ... pewnie polowanie było, myśliwi tu się zabawiają, już mi sie jeżył włos na karku, że za chwilę zobaczę te martwe zwierzęta leżące pokotem ...
Ufff! okazało się, że to grupa chłopaków też zrobiła sobie rajd po okolicy, od razu sympatyczne rozmowy, a dokąd, a skąd ... nawet wspólne zdjęcie mamy:-)
Fotograf zawsze pokrzywdzony, bo robi zdjęcia:-)


Młodzież poszła przodem, my po ich śladach trochę rozmyślnie, niech przecierają szlak:-) bo śladu stopy ludzkiej tu nie było ... za chwilę znowu ich spotykamy. Stoją pod wielkim drzewem i coś kontemplują ... wysoko w pniu wydziobana chyba przez dzięcioła ogromna dziupla ...


Wióry na śniegu jakby bóbr wspiął się tam wysoko ...


Może jest tam jakiś mieszkaniec?
Dla chłopaków to nic trudnego, jeden z nich wspiął się po kruchych gałęziach i zrobił zdjęcie wnętrza ...


... a potem zgrabnie zszedł na dół:-) ... eh! młodości ...


Nic tam nie było, a może dopiero wiosną coś zasiedli dziuplę, bo miejscóweczka akuratna.
Zeszliśmy powoli w szeroka dolinę, w twarze zawiał nam ciepły wiatr od Wieprza, zupełnie jak nasz halny. Śnieg topniał w oczach ...


Dzień powoli kończył się, a my zmierzaliśmy jeszcze w kierunku Topólczy, by zobaczyć odnowioną cerkiew, zamienioną w kościół pw. św, Izydora ...



... a także stary budynek po byłej szkole ...


Naprzeciwko kościoła, po drugiej stronie drogi prowadzi w głąb piękny wąwóz lessowy ...


Kiedyś jego dno było naturalne, teraz wyłożono go betonowymi płytami dla ułatwienia, bo tędy z pól zwożono zboże, a z łąk siano, no i pewnie drewno z lasu ...


Mijaliśmy mnóstwo opuszczonych, starych domów, pięknie położonych na lessowych skarpach, zbudowanych z brusa, polepionego gliną, malowaną na niebiesko ...


Z ulgą dotarliśmy do bazy, zmęczeni drogą, rozmokłym śniegiem ... jedni mówili, że przeszliśmy ok. 18 km, inni, że 22 ... ile by to nie było, sól wykrystalizowała się na twarzy:-)
Na drugi dzień, już po śniadaniu pożegnaliśmy wszystkich, wracaliśmy do domu, a po drodze podwieźliśmy jeszcze koleżankę "na kolej".
Na drodze już łatwiej, śnieg wytopiło, choć w lesie jeszcze lodowe koleiny.


Pozdrawiam wszystkich serdecznie, dziękuję za uwagę, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!
P.s. Wiosna już niedaleko, bazie mają się bardzo dobrze:-)