Spotkanie roztoczańskie, a właściwie można powiedzieć, że spotkanie wołyńskie. Tuż przy granicy z Ukrainą, na polskim skrawku Wyżyny Wołyńskiej. Po drugiej stronie granicy miasteczka Sokal, Bełz i Krystynopol od 1951 roku przemianowany na Czerwonograd. Niedaleko również Przewodów, tam gdzie spadła rakieta nie wiadomo czyja.

Pierwszy wieczór to spotkanie wszystkich znajomych, powitania, rozlokowanie w pokojach, a potem wesoły konkurs z odgadywaniem zdjęć z poprzednich spotkań, mnóstwo śmiechu i zabawy. Wiesio pokazał zdjęcia z jesiennych Bieszczadów z wielu lat, coś pięknego. To wszystko za sprawą naszej koleżanki Justyny, inicjatorki tych zlotów, kolega Adaśko ustalił trasę. A potem długo w noc gitarrrrra! i śpiewy. Prognozy na wyjście nie były optymistyczne, w nocy zaczęło bardzo mocno wiać, wicher w kominach wył jak potępieniec, a na dodatek zaczął padać śnieg. Ale co to dla nas za przeszkoda:-) Rano, po śniadaniu wyjazd do Mycowa, tam pod starą cerkwią zostawiliśmy auta i poszliśmy szlakiem. Na szczęście lekki mróz skuł błoto na drodze, polach, tak że w miarą suchym butem szliśmy bezkresnymi polami. Pierwszy przystanek na cmentarzu w Mycowie, a w nim przepiękna kaplica cmentarna rodu Hulimków z 1900 roku.


To, że została zbudowana na wzniesieniu i podchodzi się tutaj z dołu, sprawia wrażenie, że jest ogromna. Bardzo zniszczona, nad drzwiami, gdzie przybito deski, znajdował się kiedyś witraż, wnętrze kaplicy wytrybowane z wszelkich ozdób, jakby rozwalony ołtarz, jakieś resztki pobudowlane.
Wejścia bronią zamknięte metalowe drzwi, bardzo ozdobne, choć wandale i roślinne elementy byli w stanie wyłamać. Kojarzą mi się te kwiatki z makami, bo i małe makówki tam widać. Po obu stronach jakby anioły, z płonącym zniczem w jednej ręce i opuszczoną gałązką w drugiej, całość trzyma się jeszcze muru, coś jakby sgraffiti.
Ponoć jakiś czas temu były tu jeszcze prochy zmarłych, ale ktoś z rodu Hulimków przyjechał i zabrał je, razem z wyposażeniem kaplicy, tablicami epitafijnymi, ołtarzem, została mała tabliczka.
Ta płaskorzeźba znajdowała się w ołtarzu tejże kaplicy grobowej wg projektu Alojzego Bunscha z 1904 roku, jednak jako element sztuki sakralnej została przeniesiona do kościoła w Tarnawie Dolnej k/Wadowic, a tym samym uchroniona przed dewastacją. Alojzy Bunsch także był projektantem samej kaplicy.
Bardzo klimatyczne miejsce, a wyobrażam sobie, jak tu musi być w zieleni. My poszliśmy dalej, mroźny wicher szarpał nami na wszystkie strony i wyciskał łzy z oczu, przewiewając do szpiku kości, nie pomagały rękawiczki, zgrabiałymi rękami trudno robić zdjęcia. Ogromne bezkresy, skończyły się tu drogi, wędrujemy duktami śródpolnymi, rozjeżdżonymi przez ciężki sprzęt.
Nie ma rady, musi być przerwa na rozgrzewkę, jedni używają wzmocnioną, kierowcom zostaje tylko herbata z termosu:-) Za takim nasypem, w wąwozie można jeszcze wytrzymać, najgorzej jest na otwartych przestrzeniach. W oddali widać cebulki cerkwi w Dłużniowie ...
Cerkiew jest największym obiektem w Polsce, wysoka na 27 metrów, długa na 25 metrów. Od tej pory drogi nasze przecinają się z parą młodych ludzi, którzy usiłują dojeżdżać do cerkwi samochodem z rejestracją stalowowolską. Najczęściej zostawiają go gdzieś i wędrują dalej jak my, bo już zaczyna się "rasputica", przymarznięte błoto zaczyna się powoli rozpuszczać i oblepia buty obciążając je dodatkowo. Nie pomaga przechodzenie polem, trawą, błotko lessowe wszędzie.
Idziemy dalej.
Nie widać mieszkańców, może ich tu wcale nie ma:-) Ogromne połacie z uprawami, z rzepakiem, zbożem, gdzieniegdzie widać ogromne dachy, skupiska magazynów, wiat na maszyny, to są chyba farmy, wiele tysięcy hektarów.
Kolejna cerkiew czekała na nas w Wyżłowie, widać, że za bardzo nikt o nią nie dba w tej bezludnej przygranicznej krainie. Suche badyle, niekoszone od lata, co śnieg przygniótł, to leży... można wejść do środka przez boczne drzwi, a wewnątrz trochę makabrycznie:-)
Przy drodze krzyż upamiętniający zniesienie pańszczyzny 1848 roku. Ramię krzyża odłamane, rolę tę przejęły ramiona Ukrzyżowanego.
Teraz już powrót do pozostawionych pod cerkiewką aut. Jak przedtem wiatr wiał jakoś z boku, tak teraz główny podmuch walił prosto w twarz. Już nawet nie wycierałam łez, które wyciskał, może mi zamarzały na twarzy:-) lekko pochyleni wcinaliśmy się w tę siłę, byle do przodu, byle bliżej, o zdjęciach nawet nie było mowy. A tuż obok biegła granica, po drugiej stronie urokliwe pagóry, nietknięte pługiem, z rzadkawymi kępami zakrzaczeń, co tam musi kwitnąć wiosną na tym lessowym podłożu. To już Myców, w jednym z ogrodów aż biało od kwitnących przebiśniegów ...
Jeszcze cerkiew z przyległym cmentarzem, obelisk właścicieli tej ziemi Obińskich, strzaskana płyta z inskrypcją, ciekawy ornament. Odnalazłam tam sierp, kosę, grabie, jakby snopy zboża ...
Nie myślcie sobie, że to koniec cerkiewnego szlaku, jeszcze jedna już na powrocie, tak na chwilkę wyskoczyć z auta, ale zimno coraz bardziej, albo my już zmęczeni. To Chłopiatyn, a cerkiew pw. Zesłania Ducha św. w środku wsi ...
... i jeszcze jedna w Budyninie. Młodziutka, rezolutna dziewczyna otworzyła nam drzwi, a my do woli mogliśmy oglądać zachowane oryginalne malowidła naścienne i ciekawy chór. Cerkiew św. Pokrowy z 1887 roku, teraz służy jako kościół. Prawdopodobnie zachowało się wyposażenie, ale pierwszy ksiądz, który przejął tę cerkiew, ograbił ją częściowo pod pozorem odnowienia ikon, carskich wrót, wywożąc je gdzieś, tak wyczytałam w necie.
Teraz zobaczyłam na mapie, że ominęła nas jeszcze jedna perełka cerkiewna w Korczminie, ale może warto zostawić sobie coś na przyszłość i inną porę roku?
Powrót do bazy, a tam już czekał na nas gorący obiad, ależ wypas, rzadko mamy takie delicje, raczej bazujemy na swoim, przywiezionym jedzeniu, ognisko, kiełbasa albo coś jednogarnkowego do odgrzania:-) Po obiedzie należała się sjesta, potem wieczorne pogaduchy, ajaj! nawet śpiewać się nie chciało, tylko gwar rozmów przy stole. A niedzielnym rankiem dla odmiany przywitało nas słońce i błękitne niebo, szybkie sniadanie, pakowanie i jeszcze przed odjazdem do domów rajd po najbliższej okolicy i kolejne wyłuskiwanie ciekawostek. Z polecenia Wiesia było najprawdziwsze grodzisko w Posadowie ... wspinaczka górska i nawet "łańcuchy", nie myślcie sobie:-) doskonale zachowane wały, fosa, a jak musi tu być ciekawie botanicznie.
No i widoki dookólne, zapierające dech ...
Na niebie przelatujące klucze dzikich gęsi, bo wokół stawy, moczary, trzciniska ... na początku myśleliśmy, że to żurawie, ale za szybko machały skrzydłami, leciały niżej i inny głos wydawały. Dla nas dziwowisko, bo dzikich gęsi u nas nie widziałam:-)
Teraz kolej na miasto Łaszczów, a w nim ruiny pałacu i park, a także ruiny, a jakżeby inaczej, synagogi.
Niedaleko parku ładna figura św. Antoniego na kolumnie.
Pałac Szeptyckich, spalony w 1915 roku, częściowo rozebrany przez Niemców w II wojnie i wykorzystany do budowy drogi do Dołhobyczowa. Ruiny robią wrażenie.
Druga budowla, synagoga, powstała na bazie dawnej zbrojowni, skarbca i sali rycerskiej. Przekształcony budynek był duży, mógł pomieścić około 300 osób, przebudowany na styl "mauretański", ozdobiony architektonicznie, służył Żydom do II wojny Światowej. Nawet teraz, kiedy straszy tylko ruina, widać resztki bogatych zdobień, solidność budowli, a jak orzekł osobisty budowlaniec, po zachowanych łukach śmiało można chodzić:-)
Na rynku pomniki z nazwiskami, polegli partyzanci, żołnierze, mieszkańcy, jakże podobnie w prawie każdym miasteczku.
Jak jest synagoga, to jest i kirkut. Bardzo mało macew, zostały wykorzystane do utwardzenia dróg i placów przez Niemców, ocalały jakieś ułomki oryginalnych XIX-wiecznych, mogiły symboliczne.
Jeszcze długo można by kręcić się po terenie, wyszukując różne ciekawostki. Ale co niektórzy mieli daleko do domu, więc ruszyli w drogę, a reszta jeszcze dotarła do Jarczowa, to już bliżej Tomaszowa Lubelskiego. Tam śliczna, mała cerkiewka, przycupnięta w cieniu niezbyt ładnego, nowego kościoła ... ale ona tu była pierwsza. Zbudowana w 1755 roku jako cerkiew unicka, burzliwe jej dzieje, przejęta przez prawosławnych w 1870 roku, potem przez katolików w 1921 roku. Najpierw funkcjonowała jako filia parafii w Chodywańcach, w 1947 parafię przeniesiono do Jarczowa, niektórzy mieszkańcy nie byli zadowoleni, przepędzono księdza, sprowadzono innego z Kościoła Polskiego i przez dwa lata był to kościół narodowy.
I na tym zakończyliśmy nasz roztoczański zlot, serdeczne pożegnania, życzenia spokojnej drogi, bo przed niektórymi uczestnikami kawał Polski do przejechania, aż do Włocławka:-) A my tradycyjnie na Susiec, małe zakupy w znajomym sklepiku, a przede wszystkim chleba nam zabrakło:-) i do domu.
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję, że dotrwaliście do końca naszych cerkiewnych peregrynacji. Doprawdy, zadziwił nas i zachwycił ten skrawek ziemi, niedaleki, a ciekawy. Bądźcie zdrowi, pa!
P.s. Tośka towarzyszyła mi przy przeglądaniu zdjęć z wyjazdu, pytała: a to kto, a to kto? - To jest pani Justyna, a to pan Zbyszek ... tłumaczyłam. Popatrzyła na mnie - A ty mas babciu dziadzia:-) :-) :-)
Coś czuję, że jeszcze nie raz mnie zaskoczy na wesoło:-)